Znaleźli się w pustym pokoju z drzwiami na świat.

Przejdźcie! - zachęcał ich głos. - Chodźcie!

O dziwo. Pierwszy poszedł Mycroft. Normalnie przeszedł przez betonową podłogę i wyszedł na zewnątrz. Za nim poszli inni.

Kiedy znaleźli się na dworze, zobaczyli krajobraz Londynu.

Moje ostatnie wyzwanie – głos wydobywał się z głośników zawieszonych nad wejściem. - To dotarcie do miasta. Ja was już żegnam! Do prędkiego zobaczenia, Sherlock!

On mówił prawdę? - zapytał John po długiej ciszy.

Chyba tak. Byłem już tu! - odrzekł Sherlock i podążył do przodu budynku.

Jak stanęli u drzwi, jego przyjaciele rozpoznali to miejsce.

On trzymał nas w melinie narkotykowej? - załamał się Watson.

No tak – młodszy Holmes popatrzył na brata.

Podejrzewałem.

Detektyw zaczął:

Czyli stąd: tamta ścieżka, 40 minut marszu – rząd zmarszczył brwi. - Potem w prawo, i przez las prosto na Baker Street od jednej z uliczek – teraz spojrzał na brata. - Sorry, pobrudzisz sobie garnitur.

Pomimo humoru, pozostała dwójka wiedziała, że ich kolega nie wyzdrowiał, i potrzebna jest mu pomoc.

Tym razem Cię nie zawiodę, braciszku – przyrzekł sobie Mycroft.

Ja też nie – złożył przysięgę John.

A w tej chwili ruszyli. Wędrówka im wszystkim przeszkadzała, ale szczególnie rządowi. Co chwilę, musieli się zatrzymywać i słuchać docinek jego brata. W końcu jednak doszli do „jednej z uliczek". Tam rozpoznała ich jakaś kobieta:

Patrzcie, to Sherlock Holmes!

I John Watson.

Cała trójka więc przyśpieszyła kroku i szybko znaleźli się na Baker Street 221b.

Która godzina? - zapytał konsulant, przed wejściem.

16 po południu.

Okej. Wchodzimy.

Przy wejściu napotkali Panią Hudson rozmawiającą z Lestrade.

Nie widziała ich pani, na pewno? Zapaść się po... - policjant przestał, kiedy odwrócił się i ich zobaczył.

Sherlock sobie to wyobrażał: wielki, błyskotliwy Sherlock Holmes w ubłoconych ciuchach, ambitny bloger John Watson poszarpanej nocnej koszuli i prawie nieznany Mycroft Holmes, człowiek sterujący rządem, w niedobranych ciuchach.

Spodziewał się wszystkiego, lecz nie tego, że komisarz rzuci się na niego z uściskiem. Stał tak oniemiały, zanim oddał przytulenie. Następnie podszedł do doktora, jego poklepał po ramieniu, tak samo z Mycroftem.

I gdzie wyście, do cholery byli?! - potem wybuchnął.

Watson popatrzył na ubrania:

Da nam się przebrać i wykąpać, to ci zrelacjonujemy – a widząc wybierającego numer telefonu Holmesa, dodał: - Ty też zostajesz! - on został ze zrezygnowaną miną.

Jak wszyscy doprowadzili się do porządku (starszy Holmes miał swoje ubrania. A inni podejrzewali, że Sherlock ma szafę z ubraniami brata.), siedli przy stole i zaczęli relacjonować Detektywowi i Andersonowi ich poczynania. Nie obyło się bez Pani Hudson. Miłosierni oni, jednak przemilczeli do kogo, jaki incydent należał, i co się podczas niego odbywało. Niech sami główkują!

Po skończonym opowiadaniu, właścicielka bloku sama zrobiła im kolację (współlokatorzy zwalali to na dzisiejsze zaginięcie). Stanowczo zaprzeczyła, gdy Mycroft pośpiesznie chciał już wyjść.

Z nią nie wygrasz – dorzucił uśmiechnięty brat. Otrzymał krzywy uśmiech.

Następnego dnia, rząd i bloger wstali wcześniej od detektywa. Jego brat wykorzystał okazję i miał iść, ale w ostatniej chwili odwrócił się do zaspanego doktora i szepnął:

Dbaj o niego. Będę się częściej pojawiać – a potem go nie było.

Zaś Sherlock kontynuował swoją rutynę, upewniając wszystkich, że jest Ok. Jego przyjaciel nadal nie zostawiał go samego. Czasami zamykał się w łazience i płakał, a John upewniał się przez „przypadki", że nic sobie nie zrobił.

Jeśli jednak kiedykolwiek miałby coś takiego zobaczyć, nawet jak byłyby to domysły, to miał dzwonić do Mycrofta. Z doświadczenia wiedział, że mógłby być na spotkaniu z pieprzonym prezydentem w Białym Domu, a rzuci wszystko i będzie w 10 minut.

Oprócz tego, przyjeżdzał co tydzień. Detektyw zaczął go tolerować, najczęściej grał z nim w szachy. Za kilka tygodni ich przyjaciel powiedziałby, że go lubi.

Reszta szybko zapomniała o incydencie, tylko Lestrade rozszyfrował minimum jeden przypadek. Reszta była mu wdzięczna, że o tym nie wspomina.

Życie toczyło się dalej – powiedziałbyś. Tylko, że kilka osób nie zapomniało. I chciało to rozwinąć.

I tym, jakże optymistycznym akcentem, kończymy tą historię. Nie wiem, czy zrobię kontynuację. W planach mam zrobienie teraz fiction z Kuroshitsuji (Black Butler). I nie tradycyjne SebaCiel. :)