Pierwszy Dzień Świąt

Był już wieczór, kiedy przyszedł. Był Pierwszy Dzień Świąt, a on nie pojawił się przed obiadem w żadnym z poprzednich, więc głupio było z mojej strony sądzić, że będzie inaczej. Niezależnie od tego, przejmowałam się, czy wo ogóle będzie się fatygował. Zastanawiałam się, dlaczego ten palant w ogóle mnie obchodzi, skoro przez cały czas tylko mi ubliża – z wyjątkiem ostatnich dni. Jednak nawet wtedy był bardzo marudny.

Bawiłam się małą paczuszką na stole. Trzymałam książkę, na której nie mogłam się skoncentrować wystarczająco. Aby przeczytać więcej niż dwa zdania. Zajął swoje zwykłe miejsce naprzeciw mnie.

- Kolejny prezent, Granger?

Zaśmiałam się na jego dzisiejsze powitanie.

- Nie udawaj, że nie dostałeś więcej, w tym tygodniu widziałam twojego puchacza kilkanaście razy.

Malfoy uniósł brew i położył ręce na stole.

- Więc obserwujesz moją sowę?

- Trudno było jej nie zauważyć, jest ogromna. – Przesunęłam po stole książkę, którą Malfoy wczoraj skończył. Zachowywaliśmy się nawet przyjaźnie, a Malfoyowi wydawało się to pasować.

- Co dzisij czytasz? – zapytał, nie zawracając sobie głowy podniesieniem jej.

- Um – zawahałam się. Przez ostatnie kilka dni czytaliśmy pozycje z biblioteki, ale tym razem miałam ze sobą jedną z moich własnych lektur, do tego była mugolska. Nie byłam pewna, jak Malfoy przyjąłby ten fakt. – Dziadek do orzechów.

- To krótka historia, dzieje się w Boże Narodzenie – konynuowałam, spoglądając na Malfoya. – Czytam to co roku w Wigilię. Czytałabym już wczoraj, gdybym wiedziała, że moja mama mi ją wysłała.

- Właściwie to była zawartość tego prezentu, który chciałeś zniszczyć kilka dni temu. Wysłała go wcześniej, ale... – Mój głos ucichł, kiedy zorientowałam się, że bełkoczę o czymś, co prawdopodobnie wcale nie interesowało Malfoya.

Pozwoliłam mu wyjąć mi książkę z rąk. Prawdopodobnie odzyskam ją, zanim stąd wyjdziemy, ponieważ była naprawdę krótka i założę się, że skończy ją przez kolacją.

Nie wiedziałam, jak zareagować. Zazwyczaj potrafiłam ignorować jego szyderstwa, coraz lepiej sychodziła mi obojętność, ale ten Malfoy, którego widziałam od kilku dni, był zupełnie inny i dało się z nim wytrzymać. Był autentycznie zaciekawiony tym, co czytam.

Wybrałam inną książkę. Udało mi się przewrócić kilka stron, tylko po to, żeby zachować pozory, ale przez większą część czasu patrzyłam tylko, jak płomień świecy odbija się w błyszczącym czerwono-zielonym papierze, owijającym prezent, który Malfoy wyśmiał pierwszego dnia.

Czerwony i zielony.

Uniosłam pudełko na wysokość wzroku.

- Czy to nie interesujące, że nienawidzimy się jako domy, a jednak świętujemy dzień, który łączy nasze kolory?

Malfoy zatrzymał się i spojrzał na prawie skończoną książkę.

- O co ci chodzi, Granger? Oczywiście, że nie. Boże Narodzenie nie ma nic wspólnego z naszymi domami.

- Ale w każdej innej sytuacji pogardzalibyśmy pomysłem połączenia naszych kolorów. – W końcu odłożyłam pudełko i odwróciłam się do niego. – Zastanawiam się, dlaczego tak jest.

- Nie spodziewam się, że ktoś taki jak ty to zrozumie. – Nagle stał się bardzo spięty, odłożył lekturę na stół. – Chodzi o to, że wszystko ma swoje miejsce.

- Więc – zapytałam – jest miejsce na to, aby czerwony i zielony się łączyły?

Malfoy spojrzał na mnie.

- Tak, a to miejsce to Boże Narodzenie.

- Ale z pewnością jest więcej takich miejsc – nalegałam. Chciałam, aby zauważył, że jest miejsce na połączenie dwóch przeciwieństw, nie tylko w święta. Skrzyżowałam ramiona. – Z pewnością jeszcze kilka dni temu było oczywiste, że koleżeństwo, a przynajmniej uprzejmość między naszymi domami jest niemożliwa.

- Nie, Granger, Boże Narodzenie to Boże Narodzenie i nie ma nic wspólnego z nami ani z naszymi domami – stwierdził stanowczo.

- I podobnie jak kolory, ten mały rozejm pozostaje tylko w Boże Narodzenie. – Przyglądał mi się z chłodną szczerością, wpatrując się w moje oczy. Zapomnieliśmy o książkach. Miał rację. Nie tylko nie moglibyśmy kontynuować naszych spotkań, gdy semest znów się zacznie, ale nasza wiedza o wspólnie spędzonym czasie musiała pozostać wśród półek.

Popatrzyłam na niego i westchnęłam.

- Wiem.

Wstałam i odeszłam z torbą od stołu, stóry dzieliliśmy przez ostatnie trzy dni, przy którym on i jego koledzy mnie znaleźli pierwszego dnia, Na blacie został mój egzemplarz Dziadka do orzechów i czerwono-zielone pudełko z miętowymi cukierkami jojej mamy z jego imieniem na etykietce.


T/N: Mam nadzieję, że ta krótka historia wam się podobała, wesołych świąt :)