Wesołych :)


Droga w ciemnościach


Zimowa zawierucha 1/?


Malfoy Manor zawsze robiło na niej wrażenie. Ilekroć by się tu nie pojawiła, to miejsce miało w sobie coś dziwnie przyciągającego. Fascynującego, magnetyzującego.

Z każdą kolejną wizytą odkrywała kolejne szczegóły, niczym puzzle. Każdy kolejny raz sprawiał, że poznawała je lepiej, oswajała. Próbowała docenić.

- Pani Weasley. – Ten głos dobiegł zza drzwi. Niski, przejmujący. Gdyby głosy miały kolor, zapewne jego miałby srebrzystą barwę. – Czym sobie zasłużyłem…?

Urwał w połowie, w momencie w którym zsunęła kaptur i zobaczył jej twarz. Otworzył szeroko drzwi i praktycznie wciągnął ją do środka.

Milczała, gdy prowadził ją do salonu. Milczała, gdy odwiesił jej płaszcz i posadził na fotelu. W mgnieniu oka machnął dłonią i dostała filiżankę herbaty.

Dopiero wtedy zrozumiała, jak bardzo trzęsą się jej dłonie. Nie umiała opanować tego drżenia.

- Hermiono – jego głos był napięty. Nawet nie musiała na niego patrzeć. – Nie możesz tam wrócić.

Podniosła wzrok i ujrzała jego niebieskie jak lód tęczówki.

- Nie zgadzam się.

Słysząc te słowa, jej ciałem wstrząsnął szloch. Gdyby to wszystko było takie proste.

- Wiesz, że muszę.

Wychrypiała, a jej głos brzmiał, jakby wydobywał się z oddali, z głębin jej ciała.

Z trudem wzięła łyk ciepłego napoju.

- Nie. Musisz. – Ostrzegawcze nuty w tonie jego głosu nie zwiastowały nic dobrego. Od wielu miesięcy bała się, że je usłyszy. Tak, jak wtedy.

Wiele razy zastanawiała się, kiedy wybrzmią, w którym momencie, w jakiej sytuacji. I czy tym razem będzie mogła podjąć dobrą decyzję. A przynajmniej lepszą niż wtedy.

- Hermiono, na Merlina! – podszedł do niej i potrząsnął nią. Zaraz jednak gorzko pożałował swojej decyzji, bo jej oczy zaszyła mgła strachu. Puścił ją momentalnie, a ona skuliła się.

Przyklęknął przy niej i wyszeptał: - Przepraszam, nie powinienem.

Dotknął opuszkiem palców skóry jej dłoni. Przeciągnął po niej, jakby chciał pogłaskać. Delikatny, intymny gest.

- Hermiono nie możesz tam wrócić.

Tym razem tembr głosu znacznie się wyostrzył, napięcie ustępowało gniewowi. A gniew Lucjusza Malfoya był niczym ogień piekielny – wściekły, parzący i zostawiający tylko zgliszcza.

- Wiem, ale muszę. – Odpowiedziała ostatkiem sił. – Rose z nim została. – W jej oczach pojawiły się ogromne łzy. Nie miała już siły, aby je ukrywać. Nie przed nim.

Zmroziło go na moment, jak usłyszał imię Rose.

- Hermiono, to jest pora, aby przerwać to wszystko. To zaszło za daleko. Nie pozwolę, aby skrzywdził Rose. – Wstał, a jego oczy płonęły. – Musimy się spotkać z Ministrem Magii.

- Lucjuszu, błagam… - Jej głos się załamał. Spotkanie w Ministerstwie oznaczało jedno: wszystko, co się wydarzyło przez te lata, wyjdzie na jaw.

Wszystko, co do ostatniego wspomnienia, zostanie wskrzeszone i upublicznione.

- Hermiono, czy ty chcesz, żeby on cię zabił? Nie dość naoglądaliśmy się cierpienia w czasie wojny i po niej? Nie dość widziałem przez te wszystkie lata?

Słowa Lucjusza były ostre niczym najlepiej naostrzony nóż. Bolały, ale wiedział, że musi ją zaboleć.

Otrzeźwić.

Obudzić.

Wyrwać z letargu.

Zmusić do pojęcia decyzji. Tym razem właściwej.

- Nie pozwolę, żeby dalej bezkarnie krzywdził ciebie i Rose. Szczególnie teraz. – Zniżył głos. – Szczególnie dzisiaj.

Urwał i odwrócił twarz.

Hermiona uświadomiła sobie jaki jest dzisiaj dzień. Dwudziesty drugi grudnia. Piąta rocznica śmierci Dracona. Czwarta rocznica ich… znajomości.


Nigdy w życiu nie przyszłoby jej do głowy, że kiedykolwiek znajdzie się w takim miejscu. Najpodlejszy angielski pub, jaki można sobie wyobrazić w czarodziejskim świecie.

Biały Wiwern zlokalizowany na Nokturnie, jednej z najbardziej odrażających ulic Londynu. Ulic, które jeszcze całkiem niedawno należały do Czarnoksiężników i Śmierciożercow, będących zwolennikami Voldemorta. Dzisiaj ulica sama w sobie nie nosiła śladów czarnej magii, ale nadal była odrażająca. Nawet padający leniwie śnieg w blasku latarni nie powodował, ze okolica stawała się milsza. Wręcz odwrotnie.

Groteskowe uczucie przerysowania – biały, puszysty śnieg przykrywający stare, zmurszałe, czarne mury, w których działo się wiele zła.

Pobliski zegar wybijał pełną godzinę, gdy Hermiona pojawiła się na środku ulicy.

Dwudziesta druga dwudziestego drugiego grudnia, a ona stała w luźno narzuconej szacie na środku Nokturna. Gdy uświadomiła sobie, że ktoś może ją rozpoznać, szybkim ruchem naciągnęła kaptur na głowę.

Logo pubu było lekko przekrzywione, mocno nadgryzione zębem czasu. W środku paliły się światła, ale ciężko jej było dostrzec cokolwiek wyraźnie przez zabrudzone pyłem i czarnym osadem szyby.

Energicznym ruchem otworzyła drzwi, powodując zadzwonienie dzwoneczka.

Pub w środku wyglądał jeszcze gorzej niż z zewnątrz. Siwy od dymu papierosowego, rozlanego piwa
i potu. Nie najlepsze miejsce w Londynie.

Hermiona weszła do środka, ale absolutnie nikt nie zwrócił na nią uwagi. Tłumów nie było, ale osoby obecne były pochłonięte rozmowami, piciem lub szachami.

Poczuła niewielką ulgę i skierowała się do baru. Usiadła jako jedyna przy nim i rzuciła do barmana:

- Podwójną Ognistą Whisky. Bez lodu.

Barman nawet nie zaszczycił jej wzrokiem i tylko kiwnął różdżka. Był zajęty flirtowaniem z kelnerką, której styl zachowania można by uznać za wyuzdany.

Gdy tylko szklanka się pojawiła przed nią, wzięła ją i opróżniła w kilku haustach. Poczuła, jak ciecz spływa w gardle tworząc ognisty trakt. Takie uczucie, jakby ją coś spalało od środka.

Jakby coś mogło jeszcze cokolwiek spalić w środku.

- Jeszcze raz to samo. – Wychrypiała, co zwróciło uwagę kelnerki. Spojrzała na nią z lekkim obrzydzeniem, jakby to, co robiła było niemoralne. Barman za to nie wyrażał żadnych emocji i po jakiejś chwili miała nową porcję szkarłatnego płynu.

Tym razem objęła szklankę dłońmi, które mimowolnie zacisnęły się na niej. Gdyby to nie była szklanka…

Puściła szkło i upiła pierwszy łyk. Lekko słodkawy smak, z niewyczuwalną gorzką nutą pozostawioną na języku.

Dwudziesty drugi grudnia. Data, która znaczyła tyle dla Hermiony. Aż tyle. A może tylko tyle?

I co robiła w ten dzień? Siedziała w podłym pubie ze szklanką whisky. Zakapturzona, żeby uniknąć rozpoznania.

Poczuła, jak ściska ją w gardle, miała serdecznie dość.

- No, no, no… - Ten głos rozpoznałaby wszędzie, nawet na końcu świata, wyrwana ze snu. – Najznamienitsza czarownica naszych czasów tutaj, cóż za niespodzianka.

Hermiona poczuła, jak ją mrozi. Nie miała odwagi spojrzeć w kierunku Lucjusza Malfoya.

- Mogę się dosiąść? – Jego chłodny, niski głos był dziwnie… nieswój.

Kobieta kiwnęła głową i zebrawszy się na odwagę, podniosła nieco głowę.

Lucjusz Malfoy usiadł koło niej z największą gracją, ubrany w ciemny, dopasowany płaszcz. W dłoniach trzymał, a jakże, szklaneczkę whisky. Z pozoru wyglądał jak zawsze i dopiero drugi rzut oka pozwolił Hermionie zauważyć, ze ta perfekcja była tylko pozorem.

Mężczyzna, który słynął ze swojej nieskazitelnej reputacji i wyglądu, dzisiaj ewidentnie daleki był od szczytowej formy. Prawdopodobnie wpływ na to miała spora ilość whisky, która krążyła już w jego krwioobiegu. Jego cera była szara, ziemista, oczy podkrążone, a włosy… W nieładzie, związane niedbale w kucyk.

- To co, wypijmy toast… – Podniósł swoją szklankę i spojrzał na nią wyczekująco. – Panno Granger. – Dodał niższym tonem, jakby ta konspiracja sprawiała mu przyjemność.

- Za co powinniśmy wypić? – Odważyła się spojrzeć mu prosto w oczy.

- Za cokolwiek chcesz. Mi jest dzisiaj absolutnie wszystko jedno. - Stuknął w jej szklankę i ją opróżnił, zanim jakakolwiek reakcja nastąpiła z jej strony. Musiał zauważyć jej zdziwienie, bo tylko prychnął. Wyciągnął butelkę schowaną za połami płaszcza i uzupełnił płyn.

- Za wolność, Granger. - Podniósł w geście toastu i tym razem poczekał na jej ruch.

- Za… wolność. - Przełknęła ślinę i z wahaniem stuknęła się szklanką. Po chwili oboje opróżnili trunek.

Nastała cisza, słychać było tylko innych gości, rubaszny śmiech i szkło odbijające się od szkła.

Lucjusz badawczo patrzył na nią, co spowodowało u Hermiony dyskomfort. W jej głowie był nadal brutalnym Śmierciożercą, który kilka lat temu zrobił jej krzywdę. Nazywał mugolem, w praktyce chciał ją zabić. A teraz siedział naprzeciwko niej i właśnie wznieśli toast.

Absurd tej sytuacji mogła tylko porównać do powodu swojej obecności w tym podrzędnym pubie.

- Proszę butelkę wódki – Lucjusz machnął na kelnera. - Tej najlepszej, jak zawsze. I dwa kieliszki.

Hermiona już chciała powiedzieć, że ona nie pije wódki, ale uciszył ją machnięciem dłoni.

- Zakładam, panno Granger, że twoja obecność dzisiaj tutaj ma jakieś głębsze podłoże. Zazwyczaj znamienici czarodzieje nie lądują na Nokturnie. Możemy o tym porozmawiać, nie widzę przeszkód. - Sarkastyczny uśmieszek wykrzywił jego usta. - Ale są pewne sprawy, których nie warto poruszać na trzeźwo.

Odsunął sprawnie szklanki po whisky, postawił kieliszek i jednym płynnym ruchem uzupełnił ją.

- Do dna, panno Granger. - Patrzył na nią wyczekująco i dopiero kiedy wychyliła kieliszek, sam również to zrobił.

Ogień, jaki spłynął po jej przełyku nie miał porównania do whisky. Skrzywiła się niemiłosiernie, co rozbawiło Lucjusza.

- Piłaś kiedykolwiek wódkę? - Zapytał, uzupełniając jej płyn na nową turę.

Zaprzeczyła, a on westchnął.

- Tyle stracić, Granger. Ale spokojnie, nadrobimy. - Wydobył z płaszcza różdżkę i machnął w kierunku leżącej na barze cytryny. Pokroił ją w ćwiartki i podał jej jedną. - Po kolejnym kieliszku zagryź. Powinno ci pomóc.

Hermionie zaczynało niebezpiecznie szumieć w głowie, nigdy w życiu nie wypiła na raz takiej ilości alkoholu, a co dopiero mówiąc o mieszaniu. Mimo tego posłusznie wzięła cytrynę i kieliszek.

- Do dzieła, panno Granger. Za życie! - Stuknął kieliszek, a ją delikatnie zmroziło.

Dwudziesty drugi grudnia. Dokładnie rok temu…

Lucjusz parsknął, widząc jej minę. Już wiedział, że sobie uświadomiła, co on tu robi.

- I to o tobie mówią, że jesteś najbystrzejsza z trio? Aż dziwne, że wygraliście wojnę.

Umilkł, bo Hermiona nadal trwała w bezruchu.

Uderzyło ją wszystko, co wydarzyło się rok temu, co działo się przez ten rok i co stało się dzisiaj. Jej dłoń zadrżała i czuła, że nie jest w stanie dłużej utrzymać kieliszka. Na to, zaskakując zarówno ją, jak i siebie, Lucjusz wyjął szkło z jej dłoni.

Moment, w którym ich dłonie się spotkały spowodował przeskok iskry, jakieś dziwnej energii. Hermiona bezwiednie cofnęła dłoń, a Lucjusz był w delikatnym szoku. Aby przerwać tą zaskakującą sytuację, powiedział, siląc się na lekki ton:

- Rok temu Draco popełnił samobójstwo. Ale to zapewne wiesz, panno Granger. - Spojrzał na nią uważnie. - Zrobił to dokładnie na dwa dni przed świętami, zostawiając nas samych na święta z tym wszystkim. Myślami, emocjami, żalem, gniewem, złością. Weszliśmy w Nowy Rok, który okazał się jeszcze gorszy niż poprzedni. - Podsunął jej kieliszek, tym razem unikając kontaktu cielesnego. - Rok temu miałem rodzinę, teraz jestem sam. - Podniósł szło i spojrzał na nią wyczekująco. Wzięła go w dłonie z wahaniem. - Dzisiaj podpisałem papiery rozwodowe z Narcyzą. Nie była w stanie znieść tego wszystkiego. Dlatego wypijmy za… wolność.

Hermiona wychyliła kieliszek do dna i zagryzła cytryną. W międzyczasie analizowała jego słowa i stwierdziła w duchu, że może się utożsamić z bólem Malfoya. Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, ten rok był dla nich podobny. Tylko, że w jej życiu cierpienie było przykryte piękną otoczką.

- Chociaż dla Ciebie pewnie brzmi to niedorzecznie. Jeśli wierzyć gazetom, w twoim życiu dzieje się dokładnie na odwrót. Radość, oczekiwanie, podniecenie. - Wymieniał, nie spuszczając z jej twarzy wzroku. - Za dwa dni ślub, nieprawdaż?

Zakręciło jej się w głowie, od nadmiaru alkoholu, myśli i usłyszanych słów.

Lucjusz Malfoy zawsze należał do najlepiej poinformowanych Czarodziei w magicznym świecie. Ale z drugiej strony ślub Hermiony i Rona nie był żadną tajemnicą. Wręcz stanowili łakomy kąsek dla gazet, dziennikarzy i plotek.

Chciała coś odpowiedzieć, ale w głowie miała pustkę. Tylko echo słów Rona rozbrzmiewało niczym dźwięk w próżni.

Żałuję, Hermiono. Wynoś się. Nie chcę cie widzieć. Nie kocham cię.

- Panno Granger? - Cichy, nad wyraz trzeźwy głos Lucjusza wyrwał Hermionę z odmętów świeżych wspomnień.

Spojrzała na niego, a on nie potrafił ukryć zdziwienia jak pusty jest wzrok Hermiony. Ewidentnie w życiu tej dziewczyny działy się bolesne rzeczy. Tylko czy jej cierpienie osiągnęło już limit, aby umożliwić wyrwanie się z tej matni? Szczerze wątpił. Doo tej pory jej życie było raczej pasmem sukcesów, więc każde niepowodzenie było osobistą porażką.

- Prawda, za dwa dni ślub. - Potwierdziła i momentalnie urwała, jakby słowa, które wymówiła parzyły.

- Nie musi pani tego robić. - Lucjusz wysilił się na lekki, lekko pijacki ton, ale Hermiona wiedziała, że mówi poważnie.

- Muszę. - Nalała sobie kieliszek i wypiła do dna, żałując, że trafiła na Lucjusza Malfoya.

- Nie jest to zwiastun udanego małżeństwa, panno Granger. Proszę mi wierzyć, niejedno już w życiu przeżyłem. - Jego głos stał się mroczniejszy, rozpoznała te tony bezbłędnie z przeszłości.

- Nic pan o mnie nie wie, panie Malfoy. - Wysyczała Hermiona i wstała z hokera. A raczej próbowała to zrobić, bo poczuła zawroty głowy. Lucjusz w ostatniej chwili złapał ją za łokieć, przytrzymując przed bolesnym upadkiem.

- O pani może nie, panno Granger, ale wiem całkiem sporo o życiu. - Stwierdził cierpko i puścił ją jak tylko złapała pion. - I o relacjach. Dużo się dowiedziałem poprzez własne, często niezbyt sympatyczne, doświadczenie. Ale o tym pani zapewne wie. - W jego oczach widziała mroczne cienie, jakby niechcący obudziła dawne demony. - Jeśli coś musimy, na dłuższa metę efekty są mizerne.

Wiedziała, że prawdopodobnie ma rację. Ale jakie ona miała wyjście? Odwołać ślub na dwa dni przed, kiedy wszystko było gotowe, a goście w drodze? Po za tym Ron nie mówił tego na serio. Była o tym przekonana.

Może oprócz jakiejś cząstki jej duszy, która wołała przez cały rok słabym głosem: Uciekaj.

- Zrobi pani jak zechce. Jest pani wolna i ma pani tylko jedne życie. Warto nie żałować w przyszłości przeszłości. - Mroczny głos Lucjusza Malfoya pojawił się tuż przy jej uchu. Zaskoczona zorientowała się, że też szykuje się do wyjścia. Chciała zapłacić barmanowi, ale mężczyzna ją powstrzymał.

- Proszę się nie kłopotać. Jestem tu stałym klientem, już uregulowane. Może pani iść. - Jego głos był chłodny niczym lód.

Hermiona podeszła do drzwi i wyszła za próg. Ze zdziwieniem zorientowała się, że rozpadał się śnieg. Sypał gęsto i zdążył już przykryć ulice i dachy cienką warstwą.

Zimowa zawierucha w Londynie.

Wyciągnęła dłoń i złapała kilka płatków śniegu, delikatnie się uśmiechając.

- Potrzebuje pani transportu do domu, panno Granger?

Już chciała coś odpowiedzieć, ale świat rozmazał się przed jej oczami i jedyne, co zapamiętała, to błękitne oczy pochylające się nad jej twarzą.


Ogromny ból obudził ją ze snu – rozsadzał jej skronie i paraliżował myśli.

Hermiona, ciągle zamroczona, próbowała zorientować się gdzie jest, co robi, która jest godzina. Wszystkie niedawne wydarzenia były rozmazanym pasmem, milionem puzzli rzuconych bez ładu i składu.

- Missy przyniosła herbatę, proszek na ból głowy i wiadomość od Pana.

Hermiona pisnęła przerażona, po tym jak skrzat domowy się pojawił przy jej twarzy. Skrzat odskoczył jak oparzony, po gwałtownej reakcji kobiety.

- Missy przeprasza, Missy już nie będzie. Missy zostawia i znika.

Herbata, proszek i list zostały na tacy, a Hermiona, nadal w szoku, próbowała posklejać ostatnie godziny. Rozejrzała się i wspomnienia uderzył ją niczym obuch.

Zemdlała przed pubem. A teraz prawdopodobnie wylądowała… w Malfoy Manor.

Drżącymi dłońmi wzięła liścik i krew odpłynęła z jej twarzy, jak zobaczyła piękne, wykaligrafowane litery na pergaminie.

Panno Granger, straciła Pani przytomność przed pubem. Pozwoliłem sobie Pani udzielić noclegu, ponieważ moje pojawienie się przed Norą mogłoby wzbudzić niechcianą sensację. Żywię szczerą nadzieję, że nie ma mi Pani za złe tej samowoli. Jednocześnie pragnę podkreślić, że będzie to nasza tajemnica i może mi Pani zaufać. W razie jakichkolwiek potrzeb Missy pozostaje do pani dyspozycji. Życzę Pani wesołych świąt i wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Łączę wyrazy szacunku – Lucjusz Malfoy.


Boże Narodzenie w tym roku było dla Lucjusza cięzkie. Niewiele pamiętał z poprzedniej nocy. Teraz, o poranku, pijąc kawę zastanawiał się nad wyborem alkoholu na nadchodzący wieczór. Picie pomagało mu zapomnieć.

- Missy przyniosła gazetę. Czy coś jeszcze Panu podać? - Skrzatka położyła najnowsze wydanie Proroka Codziennego na stole, a on ją wkrótce po tym odprawił.

Lucjusz wziął gazetę do ręki, a na okładce pojawił się wielki nagłówek.

Pan i pani Weasley – a pod spodem zdjęcie Hermiony i Rona stojących pod girlandą kwiatów. Oboje uśmiechali się do obiektywu. Lucjusz rzucił okiem na nie i parsknął.

- A jednak. - Wstał i wrzucił gazetę do kominka.

Chyba dzisiaj wróci do whisky.