Witajcie!

Oto już szósta część serii ,,Minerwa. Kim była?". Jeśli przeczytaliście poprzednie części (do czego zachęcam serdecznie!) to pewnie wiecie, iż głównym tematem tej serii jest życie Minerwy McGonagall, szczególnie w kontekście jej (romantycznych) relacji z Albusem Dumbledore.

Naturalnie nie mam żadnych praw do Harry'ego Pottera, w tej kwestii wszystko jest własnością genialnej JKR. Kilka dialogów i scen na pewno będzie znajomych, bo choć na przestrzeni tej części wielokrotnie ignoruję kanon, to wciąż stanowi on główne źródło inspiracji.

,,Była jego nadzieją" to część obejmująca chronologicznie wydarzenia zarówno z ,,Księcia Półkrwi" jak i ,,Insygniów Śmierci". Będzie tu około 23 rozdziałów, opowiedzianych głównie z perspektywy Minerwy.

Uprzedzam, ten tom jest najbardziej smutny, momentami wręcz tragiczny, ale warto mieć na uwadze jego tytuł.

Będę Wam dozgonnie wdzięczna za wszystkie komentarze, opinie i sugestie - dajcie znać, co sądzicie o tym i kolejnych rozdziałach.

Pełna nadziei na reviews, Emeraldina

oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

Robiło się coraz mroczniej. Słońce niemal całkowicie już zaszło, ponad jeziorem zostawiając jedynie resztki szkarłatnej łuny. Pierwszy rząd drzew Zakazanego Lasu rzucał złowrogie cienie na żwirową drogę prowadzącą z zamku do głównej bramy. Cień przesuwał się również nad spaloną słońcem trawą błoni - ruchomy cień czarownicy na miotle.

Minerwa mocno zaciskała dłonie na trzonku miotły, coraz bardziej zwiększając prędkość. Ciężkie, duszne powietrze smagało ją po twarzy, ale i tak czuła się tutaj lepiej niż w zamku. Atmosfera, jaka panowała w szkole w te wakacje była co najmniej przytłaczająca. Mieszkający tam na stale nauczyciele byli zbyt bystrzy by zignorować oznaki nadchodzących trudnych czasów. W Hogwarcie jeszcze mogli czuć się bezpiecznie, ale każdy zadawał sobie pytanie, jak długo? Jak długo zamkowe mury, powoli jawiące się jako pozbawione rozrywek więzienie, przestaną być nienaruszalnym azylem?

Ptaki nie śpiewały, drzewa nie szumiały – można było odnieść wrażenie, że jedynym dźwiękiem jest łopot szat czarownicy.

,,Jeszcze jedno okrążenie." – pomyślała Minerwa, rozglądając się czujnie.

Przez całe wakacje nie ruszyła się z Hogwartu, zdołała już sobie wypracować nawet wakacyjną rutynę – śniadanie w Wielkiej Sali z Albusem, przedpołudniowa wizyta w bibliotece i czytanie książek aż do obiadu, na którym uprzejmie opowiadała wszystkim fabuły przeczytanych opowieści, po obiedzie odpisywanie na listy dotyczące szkoły i kilka partyjek szachów z Albusem, herbatka u Hagrida, kolacja w zamku, latanie na miotle w ramach sportu i obserwacji terenów szkoły, powrót do zamku i patrolowanie korytarzy do momentu, aż była pewna, że będzie w stanie zasnąć.

Dzisiaj jednak Albusa nie było.

Wczoraj wyjechał na pięciodniową konferencję Międzynarodowej Konferedracji Czarodziejów.

Nie chciał jechać, twierdząc, że w kraju ma ważniejsze rzeczy na głowie, ale Minerwa zdołała go przekonać. Wierzyła, że międzynarodowa współpraca czarodziejów jest szalenie istotna, szczególnie teraz. Dodatkowo obrady odbywały się w tym roku na Islandii, nie był więc daleko w razie jakichkolwiek problemów.

Albus potrzebował tego wyjazdu, Minerwa znała go zbyt długo, by nie zauważyć, że dyrektor zaczyna izolować się w zamku, że zbyt często myślami jest gdzieś daleko, że prawdopodobnie tworzy plany uwzględniające większe dobro.

Przekonanie go, by zostawił szkołę pod jej opieką nie było łatwe, ale Minerwa umiała być uparta. Przecież to tym uporem wywalczyła sobie te wieczory spędzane na miotle – Albus początkowo nie chciał o tym słyszeć. Pokonał go dopiero argument, że latanie pomaga jej w powrocie do sprawności po oberwaniu oszałamiaczami.

To była częściowa prawda. Gdyby Minerwa miała być całkowicie szczera, przyznałaby, że od pobytu w św. Mungu czuje się dużo słabsza, a czasem nawet najprostsze czynności sprawiały jej ból.

Palący, piekący ból, promieniujący na całą klatkę piersiową. Tak jak teraz, gdy zbyt gwałtownie podeszła do lądowania na błoniach.

W zamku paliło się niewiele świateł, gdy zmierzała do niego, z zmniejszoną zaklęciem miotłą w kieszeni ciemnych szat. Wrota były uchylone, Minerwa przekroczyła ich próg z lekkim westchnieniem. Zanim je za sobą zamknęła, wyjrzała jeszcze na zewnątrz, odruchowo skanując wzrokiem zapadającą ciemność.

I wtedy to usłyszała. Cichy jęk, niedosłyszalny dla każdego, kto nie był animagiem.

Nauczona bolesnym doświadczeniem, mocno trzymała przed sobą różdżkę, wychodząc na drogę prowadzącą do bramy. Szła powoli, tak ostrożnie, że żwir prawie nie chrzęszczał pod jej stopami.

Minęła odległe światełko chatki Hagrida i weszła w cień Zakazanego Lasu. Drgnęła, bo znów usłyszała jęk, wyraźniejszy niż wcześniej.

Coś poruszało się w cieniu ogromnego jaśminowca rosnącego nieopodal bramy zwieńczonej skrzydlatymi dzikami.

- Lumos. Jest tam kto? – Minerwa nie zamierzała poruszać się jak szpieg, nie na terenie teoretycznie bezpiecznego zamku.

Z jej ust uciekł cichy okrzyk, gdy w świetle różdżki zobaczyła mężczyznę kulącego się w cieniu jaśminowca.

- Severus?

Chyba ją rozpoznał, chociaż tego nie mogła być pewna. Uklękła przy nim, przesuwając różdżką wzdłuż jego ciała, by ocenić jego obrażenia.

Pierwszy raz widziała coś takiego. Dziesiątki kutych ran – niektóre małe i płytkie, inne głębokie i poszarpane, na całym ciele. Trudno było nawet określić czy zadawane sztyletem czy różdżką. Z każdej jednak wypływała krew, która w kontakcie z powietrzem zamieniała się w czarną i syczącą substancję. Obserwując, jak substancja wżera się w szaty i skórę Severusa, Minerwa zrozumiała, że musiano mu podać jakąś okropną truciznę.

- Moment, wszystko będzie dobrze. Zawiadomię Poppy i zaniesiemy cię do skrzydła szpitalnego. – powiedziała szybko Minerwa. Już miała wysłać patronusa po szkolną pielęgniarkę, gdy Severus zaprotestował:

- Nie! Nikt nie może się dowiedzieć, muszę dostać się do lochów, muszę … antidotum. – mężczyzna wycharczał, jego twarz wykrzywiona bólem.

- Ale … Poppy ci pomoże, nie jestem w stanie przelewitować cię do lochów. – Minerwa wiedziała, że wciąż nie jest na tyle silna, by jej zaklęcie lewitujące nie naraziło Severusa jeszcze bardziej.

- Nie… lochy… gabinet… nikt. – Severus usiłował dźwignąć się na kolanach, ale nawet najmniejszy ruch powodował większe krwawienie, silniejszy ból spowodowany trucizną.

Odruchowo go złapała, bo prawie się przewrócił.

- Nie, nie dotykaj! – krzyknął, próbując ją od siebie odepchnąć.

- Uspokój się i weź w garść, jeśli mam cię w jednym kawałku teleportować do zamku. – warknęła Minerwa, chwytając go mocno pod ramiona.

Wiedziała, że trucizna wżera się i w jej szaty, w jej dłonie, ale wierzyła, że teleportacja jest jedynym wyjściem. Severus jęknął i znieruchomiał, bo wychwycił powagę w jej tonie.

Skupiła się. Była słaba, bo nadal nie doszła do siebie po wypadku z oszałamiaczami. Miała do pogwałcenia potężne zaklęcia przeciwteleportacyjne. Miała do pokonania grube, wzmacniane magią, zamkowe mury. Miała do przetransportowania dorosłego mężczyznę.

Musiała uratować Severusa. Minerwa trzymała go mocno, gdy przywołała w sobie teleportacyjną magię.

Trzask!

Wylądowali ciężko na podłodze jego gabinetu. Minęło kilka sekund, zanim Minerwa zorientowała się, że się udało – prawie. Severus upadł na jej nogę – piekący ból chyba sygnalizował pękniętą kość śródstopia. Zignorowała to i dźwignęła się na nogi.

- Alohomora! – wycelowała różdżką w drzwi do jego salonu, drugą rękę odruchowo wycierając w szaty – trucizna zdołała jednak przepalić skórę na jej dłoni do żywego mięsa.

Severus stracił chwilowo przytomność. Minerwa zacisnęła zęby i oplotła go jedną ręką pod ramieniem. Krzyknęła, gdy zarówno ciężar swój, jak i Snape'a oparła na zranionej stopie – zachwiała się, ale udało jej się przechylić na drugą stronę. Z determinacją pociągnęła go do jego ponurego salonu.

Krok za krokiem. Minerwa skupiała się na małych celach, z całych sił próbując zapomnieć o wyczerpaniu, truciźnie, bólu. Severus ocknął się, gdy posadziła go na wypłowiałej, zielonej kanapie.

- Co…ty? – w jego oczach pojawił się zupełnie niepasujący do niego strach.

- Powiedz gdzie jest antidotum. Podam ci je, a potem zawiadomię Albusa. – zdecydowała Minerwa.

- Nie, on nie może opuścić tej konferencji. – zaprotestował Severus.

- Konferencji?! Wykrwawiasz się, na głowę Meduzy! – Minerwa uniosła jego nogi i położyła na kanapie.

- Nie powinnaś mnie dotykać. Albus nie może się dowiedzieć. – Severus dostrzegł ranę na jej dłoni i już szukał wzrokiem innych.

- Gdzie jest antidotum? – Minerwa już kuśtykała do kredensu, gdzie spodziewała się znaleźć fioki z eliksirami.

- Twoja noga… - zaczął Severus.

- Antidotum! – Minerwa zaklęciem otworzyła szafkę – w środku nie było eliksirów, lecz ingrediencje.

- To trucizna na bazie trzmieliny. Antidotum musi być warzone na świeżo. – głos Severusa był wyraźnie słabszy.

Minerwa poczuła jak zalewa ją lodowate zimno.

Przecież pamiętała surowe słowa Slughorna:

,,Trucizny na bazie trzmieliny są jednymi z najstraszniejszych eliksirów – antidota na nie są szalenie skomplikowane, a działają jedynie podane zaraz po uwarzeniu."

- Który to wariant? – zapytała, gotowa przywołać z gabinetu któryś z podręczników z recepturami antidotów dla zaawansowanych.

- Autorski eksperyment Czarnego Pana.

Odwróciła się wolno do Severusa. Szukała w jego oczach potwierdzenia, że jej wnioski nie mogą być słuszne – przecież musiało istnieć antidotum! Przecież nie była mistrzynią eliksirów, nie była w stanie wymyślić antidotum na poczekaniu!

Ileż były warte tamte pochwały Slughorna, skoro teraz nie wiedziała co robić, skoro teraz nie umiała przywołać błyskotliwego rozwiązania!

- Bezoar? – zapytała, w nagłym olśnieniu.

Severus zmrużył oczy.

- Nie zadziała w stu procentach, ale powstrzyma truciznę na jakąś godzinę. Będziesz w stanie uwarzyć antidotum, o ile do tego czasu się nie wykrwawię i nie utracę przytomności. – rzekł cicho mężczyzna.

Minerwa tylko na moment dopuściła do siebie myśl, że uwarzenie tego antidotum przekracza jej możliwości. Ale potem pozbyła się wątpliwości – była jedyną szansą Severusa.

- Accio bezoar! – zawołała.

Przywołała jeszcze miksturę wzmacniającą i eliksir uzupełniający krew. Wierzyła, że to da jej więcej czasu.

Chciała pomóc Severusowi podnieść się do pozycji siedzącej, ale on odsunął się z sykiem:

- Nie dotykaj mnie.

Nie zamierzała tracić czasu na spory. Wepchnęła mu bryłkę bezoaru do ust, a potem podała jeszcze dwie fiolki mikstur.

- Glaseverto. – transmutowała pustą fiolkę w szklankę.

- Aguamenti. – podała Severusowi wody.

Wypił kilka łyków, ale widziała, jaki ból sprawiał mu najmniejszy ruch. Podejrzewała, że żrące właściwości trucizny muszą być nie do zniesienia i była zdumiona, że Severus nie tylko jest w stanie utrzymać przytomność, ale nawet nie krzyczy z bólu.

- Będziesz mnie instruował. – powiedziała, a potem przywołała złoty kociołek.

- Sto dwadzieścia mililitrów wody wlej do kociołka. Dodaj trzy łyżki soku z kwiatów bzu czarnego. Pamiętaj, kwiatów, nie owoców. – zaczął Severus, przymykając oczy.

Minerwa zakasała rękawy i wzięła się do pracy.

- Posiekaj dziesięć listków żyworódki, ale musisz najpierw oczyścić wewnętrzną część liścia by dostać się do miąższu.

- Zamieszaj pięć razy zgodnie ze wskazówkami zegara i raz odwrotnie.

- Rozkrusz w moździerzu nasiona malwy, ale tej ciemnej, nie może być biała albo różowa. Musi być bordowa jak ta substancja sącząca się z ran. Są w kredensie, opisane.

- Osiem kulek jarzębiny.

- Łyżka miodu, wrzosowego.

- Zamieszaj zygzakowatym ruchem. Podgrzej do wrzenia, ale żeby się nie zagotowało.

- Cztery łyżki soku z aronii.

- Rozgnieć płaską częścią noża sześć kulek śnieguliczki.

- Jeśli wrze, zamieszaj.

Minerwa otarła czoło. Mikstura pachniała całkiem przyjemnie, miała ciemnoczerwony kolor.

- I co teraz?

Odpowiedziała jej cisza. Minerwa z przerażeniem dokuśtykała do sofy.

- Severus! Nie możesz tracić przytomności! Severus! – złapała go za ramię, w przypływie paniki.

Wydał z siebie jęk, ale otworzył oczy. Lśniły – powstrzymywał łzy bólu.

- Co po śnieguliczce?

- Jak zamieszałaś to zdejmij z ognia. W kredensie są zasuszone jeżyny. Ożyw je, a potem zamroź i wrzuć do kociołka.

- Ile ich?

- Wszystkie.

W kredensie Minerwa znalazła cały słoik zasuszonych jeżyn. Ożywienie ich zaklęciem nie było łatwe, ale gdy potem zamrożone wrzuciła do kociołka, temperatura eliksiru wyraźnie spadła.

- Zamieszaj, pięć razy.

- Co jeszcze? – zapytała, z niepokojem zerkając na coraz bledszego Severusa. Widziała, jak otwiera usta, by coś powiedzieć, ale potem potrząsa głową, jakby nagle się rozmyślił.

Tak skomplikowane mikstury Minerwa warzyła zaledwie kilka razy w życiu, może ze trzy ze Slughornem w Hogwarcie, potem może z pięć podczas aurorskiego szkolenia. I wiedziała, że antidota tego typu…

- Potrzeba jeszcze sierści magicznego stworzenia – szczura albo kota. – rzekła cicho.

- Wskazane, ale nie konieczne. – odpowiedział Severus, krzywiąc się z bólu.

Minerwa szybkim gestem wyrwała garść swoich włosów i wrzuciła je do kociołka.

- Co ty..? Nie! - krzyknął Severus, przerażenie wyraźne na jego twarzy.

- Nie znajdę szczura w ciągu paru minut, pani Norris jest bezużyteczna w kwestii zwierzęcej magii, z kolei ja, zarówno jako koci animag, jak i dorosła czarownica na pewno kwalifikuję się jako magiczne stworzenie. Nie musisz się obawiać, zaobserwowałam, że zastąpienie kociej sierści moimi włosami zazwyczaj wzmacnia mikstury, niż je osłabia. – Minerwa nie kłamała, tę właściwość odkryła przypadkiem podczas badań w Ameryce.

- Nie, nie… - powtarzał Severus.

Zignorowała go, przygotowała srebrny puchar i sitko do przecedzenia mikstury. Jej kolor był zupełnie ciemny, dokładnie taki sam jak kolor substancji wydzielającej się z ran Severusa.

Był zbyt słaby, by odsunąć się, kiedy podeszła z pucharem.

- Jeśli nie chcesz, żebym zawiadomiła Poppy i Albusa, to wypij szybko. – poleciła, przysuwając naczynie do jego ust.

Próbował patrzeć na nią ze złością, ale jego oczy były zbyt zamglone, by ją to obeszło. Bezceremonialnie wmusiła w niego cały puchar mikstury.

- Niech to zadziała, niech zadziała. – mruczała, w skupieniu przyglądając się jego ranom.

- Może minąć do trzech godzin, aż wyprze truciznę z organizmu. – powiedział Severus.

Przywołała jeden z foteli i usiadła przy nim.

- Co wtedy? Rany same się zagoją? – zapytała, przyglądając się krytycznie poszarpanemu rozcięciu na jego nodze.

- Nie, trzeba będzie je uleczyć standardowym sposobem. Do tego czasu nie mogę jednak utracić przytomności, nie mogę zasnąć, bo taka dawka miodu w połączeniu z śnieguliczką spłyca oddech i mógłbym się nie obudzić. Dopiero gdy trucizna zniknie będę mógł wziąć drugą dawkę eliksiru wzmacniającego i uzupełniającego krew. – Severus uniósł się nieco na sofie, ale to tylko pogorszyło jego cierpienie. Minerwa zawczasu przywołała dwie mikstury i bandaże na głębsze rany. Pozwoliła sobie na mały łyk mikstury wzmacniającej.

- Powinnaś uleczyć swoją stopę, jeśli nie chcesz, żeby źle się zrosła. Nie przepadasz za chodzeniem o lasce, z tego co zauważyłem. – odezwał się czarodziej.

Jakby to było teraz jej największe zmartwienie! Zirytowana Minerwa jednak posłużyła się zaklęciem zasklepiającym pękniętą kość śródstopia. Snape miał rację, wspomnienie laski, której używała po oberwaniu oszałamiaczami nie było najprzyjemniejszym.

- Twoje szaty są porwane na prawym boku, powinnaś uleczyć swoją dłoń i sprawdzić czy nie masz innych obrażeń po kontakcie z tym cholernym kwasem. – polecił jej Snape.

- Chyba za szybko przyzwyczaiłeś się do wydawania mi poleceń! – syknęła Minerwa, zrzuciła jednak wierzchnią szatę. Żrąca substancja przeszła przez drugą warstwę jej ubrania tylko na prawym ramieniu i biodrze – uleczyła się szybkim zaklęciem, drugim zacerowała dziury. Fakt, że Snape nieustannie świdrował ją wzrokiem w poszukiwaniu dalszych obrażeń okropnie ją denerwował.

- Masz tu herbatę?- zapytała. Nie chciała wzywać skrzatów domowych.

- Miętowa jest w szafce za biurkiem.

Minerwa zmarszczyła brwi, ale wstała i udała się do wskazanej szafki. Dopiero teraz dotarło do niej, że Snape pracuje z nią w Hogwarcie już od piętnastu lat, że zna i obserwuje ją już od tak dawna…

Czekała w ciszy, aż herbata ostygnie, przyglądając się smugom pary.

- Mów coś. Nie mogę zasnąć. – odezwał się Severus, przerywając milczenie. Spojrzała na niego ostro:

- Co zrobiłeś, że Voldemort postanowił cię w końcu zabić? –zapytała, nie owijając w bawełnę.

- Nie chciał mnie zabić. Chciał tylko przetestować truciznę. Nie ma pojęcia, że jest skuteczna, bo zaczęła działać dopiero gdy byłem już w Hogsmeade. Rany zadawał Rowle. – odpowiedział zaskakująco szczerze.

- Gdybym cię nie znalazła… - Minerwa zadrżała, na myśl o tak okropnej śmierci, gdy ma się nie tylko świadomość wykrwawiania, ale też faktu, że ta sama cenna krew obraca się przeciw tobie, że zabija cię, sprawiając niewyobrażalny ból.

- Nie musiałabyś tu siedzieć i rozmawiać ze swoim wrogiem.

Odwróciła się do niego. Patrzył na nią wyzywająco, jakby spodziewał się, że nie zaprzeczy, ale z drugiej strony zupełnie jakby chciał, by to zrobiła.

- Gdybyś był moim wrogiem, twój los byłby dużo gorszy. – powiedziała.

- Nie ufasz mi, uratowałaś mnie tylko dlatego, że tego życzyłby sobie Dumbledore. Wszystko co robisz, jest dla niego, ze względu na niego. – rzucił lodowatym tonem.

Zaśmiała się. Naprawdę wierzył, że zdoła ją na to nabrać? Śmiała się, a on nawet nie próbował ukrywać zdumienia.

- Snape, znam cię odkąd miałeś jedenaście lat. Obserwowałam cię uważnie w najważniejszych latach twojego życia, w czasie kształtowania się twojej osobowości. Od piętnastu lat pracujemy razem i myślisz, że dam się tak łatwo podejść? Możesz mnie odpychać, możesz mnie obrażać, oskarżać o bycie ślepą i zapatrzoną w Albusa, ale obydwoje wiemy, że to nie jest prawda. Możesz traktować mnie jak wroga, jeśli wierzysz, że tak będzie bezpieczniej dla wszystkich. Tylko miej świadomość, że ja nie dam się zwieść. – oświadczyła, patrząc na niego niemal z czułością.

- Dlaczego ty musisz wszystko utrudniać? – mruknął w odpowiedzi, krzywiąc się.

- Albus od lat się nad tym zastanawia. – odparła, a potem spokojnie wypiła łyk herbaty.

Przez jakiś kwadrans siedzieli w ciszy. Minerwa kątem oka obserwowała, jak z ran Severusa wypływa coraz mniej żrącej substancji, a coraz więcej krwi. Usiłowała wmówić sobie, że to dobry znak, że to potwierdzenie efektywnego działania jej antidotum.

- Nie myślałem, że jesteś taka dobra w warzeniu eliksirów. – odezwał się Snape. Minerwa uśmiechnęła się.

- Ludzie często bardzo mylnie zakładają, że jeśli jest się mistrzem w jednej dziedzinie, to nie ma się zielonego pojęcia o innych. Lubiłam warzenie eliksirów, gdy tylko mam jasne i dokładne instrukcje, nie jest to coś, co sprawiałoby mi problemy. Kłopot pojawia się, gdy muszę kreatywnie wymyślić zupełnie nową recepturę. – wyjaśniła.

- Wymyślanie nowych receptur to cecha mistrzów. Nie sugerowałem, że nie masz pojęcia o eliksirach, tylko zawsze miałem wrażenie, że wolisz pracować na magii jako mocy, jeśli rozumiesz co mam na myśli, czymś jednocześnie materialnym i nieuchwytnym… - Severus zakręcił dłonią, z której uciekła mała iskierka. Minerwa pokiwała głową – ta mała oznaka magii bez użycia różdżki była dowodem na stopniową poprawę jego stanu.

- Każdy ma jakieś swoje ulubione dziedziny. Oraz takie, które też go fascynują, ale trochę mniej. I oczywiście takie, których nie cierpi.

- Wróżbiarstwo? – rzucił z przekąsem, przekręcając się nieco na sofie. Minerwa wiedziała, że usiłuje odpędzić w ten sposób sen i zmęczenie.

- Nie nadawałam się do wróżenia do tego stopnia, że nauczycielka poleciła mi zrezygnować już po pierwszej lekcji. – wyznała, przypominając sobie zdegustowaną minę profesor Vatblasky.

- No proszę, zatem jest coś, do czego niezrównana McGonagall się nie nadaje. – w ciemnych oczach Severusa znów zatańczyły ogniki rozbawienia.

- Mam nadzieję, że to nie dyskredytuje mojej sylwetki w twoim panteonie podziwianych autorytetów. – mrugnęła do niego, z żalem dopijając ostatni łyk herbaty.

- Niewiele jest osób w tym panteonie, ale ty masz tam miejsce od zawsze i na zawsze. – Severus mówił tak cicho, że ledwie go słyszała.

Spojrzała na niego ze zdumieniem – jego oczy lśniły lekko – to wyznanie kosztowało go naprawdę wiele.

- Opowiedz mi coś jeszcze. Dumbledore uczył cię transmutacji, prawda? – powiedział, pragnąc podtrzymać rozmowę, udając, że poprzednie zdanie nie padło.

Minerwa zaczęła opowiadać o swoich szkolnych latach – quidditchu, konkursach, zostaniu animagiem, swoich starych nauczycielach – bez zdradzania ważniejszych rzeczy, raczej jakieś banały. Severus nie dopytywał się o szczegóły, interesował się raczej ogólnikami, Minerwa wiedziała, że nawet w takiej zwykłej rozmowie robi to celowo, że utwierdza bezpieczeństwo niewiedzy.

Minuty mijały, dopiero gdy minęło sporo czasu Minerwa zorientowała się, że musi być dawno po północy.

- Jak tam twoje rany? Antidotum zadziałało? – zapytała, przysuwając się nieco.

- Aż trudno w to uwierzyć, ale chyba tak. – odpowiedział, oglądając swoje obrażenia, z których teraz sączyła się jedynie krew. Minerwa wyciągnęła różdżkę i rzekła:

- To teraz zasklepimy te rany. Byłabym wściekła, gdybyś teraz mi się tu wykrwawił i cała moja robota poszła na darmo.

- Nie, sam to zrobię. Możesz mnie już zostawić, tylko podaj mi różdżkę.

- Nie ma mowy. Nie masz dość sił. Jak nie będziesz współpracował, to wciąż mogę zawiadomić Albusa.

- Sama tak namawiałaś go na tę konferencję. Wiesz, jak istotne jest, żeby się na niej pojawił.

- Myślę, że twoje życie jest dużo cenniejsze. I dobrze wiesz, że nie chodzi o to, że jesteś naszym jedynym szpiegiem. – Minerwa uniosła różdżkę i powoli zaczęła leczyć rany na lewej nodze Severusa.

Zasklepienie wszystkich lżejszych ran zajęło jej pół godziny. Drugie pół godziny opatrywała głębsze rany na brzuchu i ramieniu Severusa. Mimo jego protestów, przelewitowała go na fotel transmutowany w łóżko – w sofie, na której wcześniej leżał wciąż pogłębiały się dziury po żrącej substancji. Usunęła ją machnięciem różdżki. Podała mu jeszcze dawkę mikstury wzmacniającej i uzupełniającej krew – wciąż był bardzo blady.

- Już chyba dość mnie dziś upokorzyłaś, możesz wracać do siebie. – warknął, gdy wyczarowała ciepły koc w czerwoną kratę.

- O nie, zostanę tu tak długo aż nie zaśniesz. – usiadła w fotelu i transmutowała szklankę w motek włóczki, a łyżeczkę w parę drutów.

- Zwariowałaś.

- Mam ci jeszcze grać na dudach szkockie kołysanki? – zapytała.

Parsknął śmiechem.

Zasnął po kolejnej godzinie, zdążyła zrobić jedną zielono-srebrną skarpetkę. Na moment odłożyła druty, obserwując go. Jasne było, że nie miał spokojnych snów – kręcił się, przewracał na wszystkie strony, potrząsał głową. Zrzucił koc na ziemię. Raz z jego ust wydobył się rozpaczliwy jęk bólu. Minerwa czuła, jak wzbiera w niej współczucie.

Może nie ufała mu na początku. Może nie był najbardziej przyjaznym belfrem. Może kiedyś nie rozumiała, dlaczego Severus był tak cenny dla Albusa.

Lecz dziś już wiedziała.

- Zostaw ją! Zrań mnie, zrań mnie! – wykrzyknął Severus przez sen. Minerwa wstała i ponownie okryła go kocem.

Reszta profesorów nawet nie zauważy nieobecności Severusa. Może dostrzegą bardziej niewyspaną Minerwę, ale zrzucą to na karb zamartwiania się nieobecnością Albusa. Sam Albus po powrocie na pewno się nie domyśli, że Severus Snape był umierający.

Wszystko będzie tak jak przedtem.

Nikomu nawet przejdzie przez myśl, że tej nocy została przypieczętowana budowana przez lata przyjaźń pomiędzy surową nauczycielką transmutacji a ponurym nauczycielem eliksirów.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Pochyliła się, uważnie studiując szachownicę. Niecierpliwie zatknęła za ucho kosmyk włosów, który wymknął się z jej surowego koka. Zmarszczyła brwi w koncentracji.

Albus cieszył się, że jest tak skupiona na grze – to pozwalało mu studiować całą jej postać. I nieważne, że gdy oznajmi swój ruch i podniesie oczy, on ucieknie wzrokiem, powstrzymując rumieniec, zawstydzony, że znów przyłapała go na gapieniu się. Ważne było to, że miał te kilka minut napawania się absolutnie pięknym widokiem kobiety, którą pożądał coraz mocniej.

Kochał ją.

- Wieża na B3. Szach. – satysfakcja łagodzi jej zmarszczki, uśmiech rozjaśnia twarz, jej oczy błyszczą do niego, gdy niemo rzuca mu wyzwanie.

Pewnie już wie, że wygrała tą partię. Wystarczyło mu jedno krótkie spojrzenie na szachownicę, by zrozumieć, że znów pozwolił na samym początku swoim myślom dryfować zbyt swobodnie, że znów rozproszyła go, że ten szachowy pojedynek skazał na porażkę, nierozważnie pozwalając jej zbierać kolejne pionki, tylko po to, by widzieć jak ten cudowny uśmiech pojawia się na jej twarzy.

Niemniej jednak udawał, że długo rozmyśla nad kolejnym ruchem, by jeszcze dłużej móc się cieszyć jej towarzystwem. Ostatnio za szybko wychodziła – po wypadku sprzed kilku miesięcy potrzebowała więcej czasu na dotarcie z jednej wieży do drugiej, ale uparcie odmawiała używania sieci Fiuu. Samolubnie wolałby, by gra trwała dłużej – bo kiedy go zostawiała, pozostawało za dużo czasu na pozbawione sensu rozmyślania. Oczywiście jego myśli krążyły wtedy wokół niej.

- Koń na B2. – specjalnie wpadł prosto w jej pułapkę, tylko dlatego, by zobaczyć jak zmysłowo oblizuje wargi, zadowolona.

- Wieża na B2. – przez moment obydwoje obserwowali, jak jej dumna wieża ze stoickim spokojem pokonuje jego konia, w ostatnim defensywnym ruchu postawionym przed królem.

Biały król oddał swoją czarną koronę czarnej królowej, która szachowała go z lewej.

Równocześnie unieśli głowy. Patrzyła mu w oczy, szepcząc:

- Szach mat.

Wygrała. Znów. Roześmiała się. Jeszcze raz. Zawładnęła jego sercem. Już dawno.

- Nie możesz mi dawać forów, wiesz o tym, prawda? – jej wesoły głos wyrwał go z zamyślenia.

- To twoje taktyczne umiejętności, nie możesz w to wątpić. – odpowiedział, odwracając głowę, powstrzymując odruch przewrócenia szachownicy i sięgnięcia po nią – po jej pocałunek, do jej perfekcyjnych ust.

- Albus? – było coś smutnego w jej pytaniu. Odważył się spojrzeć na nią. Przekrzywiła głowę, studiując uważnie jego twarz.

- Tak, najdroższa? – jego głos był żałośnie słaby, nie ufał mu.

- O czym myślisz? Przez cały wieczór zdajesz się być zupełnie oderwany od rzeczywistości. – troska, ta słodka troska na jej twarzy. I coś na kształt czułości w jej tonie.

- Myślę o tym, że być może popełniłem ogromny błąd, nieustannie skupiając się na przyszłości. – odpowiedział, częściowo zgodnie z prawdą.

- Ja nieustannie skupiałam się na przeszłości i też nic z tego nie wyszło. – westchnęła, a potem potrząsnęła głową, jakby wstydziła się swoich słów.

- Może więc powinniśmy żyć, jakby wczoraj nie istniało, a jutra miało nie być? Przecież w tych mrocznych czasach, nic już nie jest pewne, czyż nie? – spytał, zupełnie cicho.

Widział szok na jej twarzy, bezgraniczne zdumienie, które przecież nie mogło być wywołane przez tak proste słowa. Tylko przez moment, miał wrażenie, że Minerwa powstrzymuje łzy. Ale zaraz zebrała się w sobie i zapytała:

- I gdybyś miał tak żyć, od teraz, to co byś zrobił? Pobiegł zjeść swój zapas cytrynowych dropsów? – uniosła kąciki ust.

- Najpierw zapytałbym ciebie, czy nie chcesz zjeść ich ze mną. – starał się dodać radości swoim słowom, by odwrócić jej uwagę od nostalgii, jaka ich ogarniała.

- Wiesz, że odmówiłabym…

- A potem powiedziałbym ci, że kocham cię.

Zapadła cisza.

Wpatrywali się w siebie, intensywnie szukając w swoich oczach potwierdzenia, że to nie jest sztuczka ich zmęczonych umysłów, że te słowa naprawdę padły. I kiedy do nich wreszcie dotarło, że to, co widzą w swoich oczach jest czystą, prawdziwą miłością, była pora na kolejne słowa. Tym razem jej:

- I gdybym odpowiedziała ci, że ja nigdy nie przestałam cię kochać, że moje serce należy do ciebie już od dawna, to co byś zrobił?

- Pocałowałbym cię, tak, jak marzyłem o tym od dziesięcioleci.

- Zrób to. – to nie zostało wypowiedziane jak rzucane wyzwanie, nie do końca jak błaganie. Raczej jak prośba.

Albus wstał, z energią, jakiej dawno nie prezentował. Stolik z szachownicą został odepchnięty na bok, gdy podszedł do niej. Podjęła próbę podniesienia się, ale atak sprzed kilku miesięcy znów dał o sobie znać. Wyciągnęła do niego dłonie, ujął je i pomógł jej się wyprostować.

Delikatnie, ostrożnie ujął jej podbródek. Przez chwilę szukał przyzwolenia w jej oczach. Zamrugała, jej przepiękne oczy zmrużone w oczekiwaniu. Pochylił się…

Przecież zawsze ją kochał. Zawsze tego pragnął. Móc całować ją i wiedzieć, że ona odpowiada na jego pocałunek z ochotą i radością, z miłością dorównującą jego uczuciu do niej. I ile razy wyobrażał sobie ten moment, tak idealny w jego umyśle, tak wymarzony, wyśniony?

A jednak to, co odczuwał, to było więcej niż mógłby kiedykolwiek oczekiwać. To jak jej usta namiętnie przesuwały się w rytmie z jego wargami, jak jej ręce oplotły jego szyję, przyciągając go do siebie bliżej… zdumiało go, jak wiele było w niej pobudzającej pasji, zupełnie jakby pragnęła go przez ten cały czas tak mocno, jak on pożądał ją…

Jej dłonie gorączkowo szukały zapięcia jego szat, a tymczasem jego usta już przesuwały się w dół jej szczęki. Wydała z siebie jęk triumfu, gdy znalazła guziki, które zaczęła rozpinać ręcznie, zapominając o praktycznych zaklęciach.

Czarodziej na chwilę się zatrzymał, by zerknąć na nią. Musiał wiedzieć, czy jest absolutnie pewna, czy to jest właśnie to, czego chciała.

- Tak. Chcę ciebie. Nie dam ci znów mnie odtrącić. Przecież znam cię, widzę, jak mnie pragniesz. – powiedziała cicho, uśmiechając się, zupełnie jakby wiedziała, jak pobudzająco działa na niego ten subtelny uśmiech, rozświetlający całą jej twarz.

Krzyknęła, gdy jednym szybkim ruchem złapał ją i podniósł, ale szybko wtuliła twarz w jego ramię, pozwalając, by zaniósł ją do jego sypialni. Położył ją na łóżku. Zanim jednak się cofnął, złapała jego szaty – musiała włożyć w to magię, bo poleciał na nią. I kiedy jej dłonie już wsunęły się pod jego szaty, Albus już przestał myśleć o czymkolwiek poza nią.

Była tylko ona. Jej włosy, które opadły w kuszącej kaskadzie, gdy wyciągnął podtrzymujące je w koku spinki. Jej szaty, które zakrywały zbyt wiele skóry, jak na jego gust. Udało mu się prawie oswobodzić z nich górną część ciała pięknej czarownicy, gdy ona zamarła.

- Nie przestawaj. – wyszepnął, już tęskniąc za jej pocałunkami na swej skórze. Zrozumiał, co ją zatrzymało, gdy dłonią odruchowo zakryła czarne pręgi na piersi – dowód jej męstwa i odwagi.

- Jesteś taka piękna, moja najdroższa Minerwo. Chciałbym, żebyś zawsze o tym pamiętała. – pieszczotliwie ucałował blizny, pragnąc jej uświadomić, że one nie czynią ją wcale mniej kobiecą, mniej atrakcyjną, mniej fascynującą.

- Kocham cię, Albus. – wyszeptała, wsuwając palce w jego włosy.

- Powiedz to jeszcze raz. Chcę to zapamiętać. – wymamrotał pomiędzy kolejnymi pocałunkami.

- Przecież pamiętasz to. Pamięć serca jest trwalsza niż pamięć umysłu. – powiedziała dziwnie twardym, mocnym tonem.

Uniósł głowę i zobaczył łzy spływające po jej policzkach.

- To tylko sen, Albusie. – wyjaśniła, rozmywając się w zieloną mgłę, mimo tego, że przecież zdawał się trzymać ją tak mocno, tak blisko…

Jęknął z całym żalem, jaki się w nim zebrał, gdy zrozumiał, że to wciąż tylko jego wyobraźnia, tylko jego niewłaściwe myśli, zaledwie sen…

Tylko sen, zaledwie sen, okrutny sen. Ona nie mogła go kochać. Kiedyś, kiedyś może mieli… mieli jakąś przyszłość, razem. Ale teraz mógł jej zaoferować tylko śmierć, jako wstęgę okalającą dar będący jego miłością.

Kochał ją tak bardzo, że był więcej niż gotów odtrącać ją, byle była bezpieczna.

- ALBUS!

Otworzył oczy i gwałtownie zaczerpnął powietrza.

- Minerwa. – musiał zasnąć w fotelu w swoim salonie. Kątem oka widział okno, było naprawdę późno. Zerknięcie na zegar – druga w nocy.

I ona, jej twarz zaledwie centymetry od jego twarzy. Jedną rękę opierała na lasce, drugą musiała potrząsać jego ramieniem.

- Wszystko w porządku? – ta troska w jej głosie przypomniała mu o…

- Dlaczego pytasz? – odpowiedział ostrzej niż zamierzał. Była zbyt blisko, jej aura już na niego wpływała, a przecież wciąż był pobudzony swoim snem.

- Bo mówiłeś przez sen. – odsunęła się, robiąc krok w tył. Podejrzewał, że jego twarz jest tak czerwona jak dojrzały pomidor. Ile usłyszała? Czego się domyśliła? Dlaczego nagle nie mógł niczego wyczytać z jej twarzy?

- Co mówiłem? – znalazł w sobie odwagę by zapytać.

- Powiedziałeś ,,Nie przestawaj", ,,Powiedz to jeszcze raz" i ,,okrutny sen". Pamiętasz co ci się śniło? – teraz zauważył – była ciekawa. Taka była jej natura, zresztą nie mógł jej winić – nawet wyrwane z kontekstu, te słowa brzmiały intrygująco.

- Nie pamiętam. – widział że drgnęła – czyżby wyczuła smutek w jego głosie?

- To chyba jeden z tych snów, które wyparowują z pamięci zaraz po przebudzeniu. – dodał, wewnętrznie pragnąc, by tak było. By nie pamiętał… nie nakładał tego obrazu na stojącą przed nim kobietę.

- Jutro nie mógłbyś ruszać szyją, gdybyś przespał całą noc w tym fotelu. – powiedziała, potrząsając głową.

- Dobrze, że mnie obudziłaś. Ale jeśli się nie mylę, jest środek nocy, co się stało, moja droga? – dopiero teraz zauważył, że mimo późnej pory ona wciąż ma na sobie szaty, a nie kraciasty szlafrok i że jej włosy są w koku, chociaż kilka kosmyków wysunęło się z niego.

- Ja… to nic takiego. Wybacz, nieco straciłam poczucie czasu. – odwróciła głowę. Podniósł się i położył dłoń na jej ramieniu. Zupełnie przyjacielsko. W tym trudnym czasie, przyjaciele byli potrzebni. I oni właśnie tym byli – najlepszymi przyjaciółmi.

- Irytek. – rzuciła, jakby to tłumaczyło wszystko.

- Niepokoił cię w wieży Gryffindoru? – Albus zmarszczył brwi – poltergeist nigdy nie zapuszczał się do prywatnych apartamentów i gabinetów profesorów.

- Nie. Zrobiło się zimno, nie miałam sumienia wzywać skrzatów by fatygowały się z przyniesieniem więcej drwa do mojego kominka, więc poszłam do swojej klasy, sądząc, że zostawiłam tam mój ulubiony kardigan, ale tam go nie było, znalazłam za to Irytka, który… zaczął wymyślać niestworzone historie o tym, co mogło spotkać mój ulubiony sweter. – opowiedziała Minerwa, na koniec przewracając oczami. Albus przypuszczał, że jej irytacja poltergeistem pogłębiała się od dłuższego czasu, inaczej nie przyszłaby tu, chociaż akurat cieszył się, że przyszła do niego. Milczał jednak za długo, bo Minerwa zmieszała się i dodała:

- Nieważne, jutro znajdę Krwawego Barona… ty masz i tak wiele na głowie.

- Chodzi o ten piękny, ciepły, zielony kardigan, prawda? – Albus wypalił, zanim przemyślał dobór przymiotników. Minerwa otworzyła szeroko oczy. On sam czuł gorąco na twarzy.

- Nie zostawiłaś go w klasie transmutacji, moja droga, ale w moim gabinecie, kilka dni temu. Miałem ci go odnieść, ale skrzaty zabrały go wraz z moim praniem. Wyobraź sobie moje zdumienie, gdy dziś rano znalazłem go w mojej szafie! – Albus uśmiechnął się, ale czuł się jak dziecko przyłapane na zjedzeniu wszystkich słodyczy – bo skłamał. Nie zamierzał odnosić jej tego swetra – prawda była taka, że zasnął z nim, upojony jej zapachem. Potem musiał oddać go skrzatom, które przez pomyłkę, zamiast zwrócić go Minerwie, umieściły go w jego szafie.

- Accio kardigan Minerwy! – Albus machnął różdżką. Z góry, z jego garderoby nadleciał ładnie złożony sweter. Minerwa pochwyciła go, pieszczotliwie przesuwając po nim dłonią. Albus przymknął oczy, bo dokładnie w ten sam sposób przesuwała dłonią po nim, w jego śnie.

- Muszę jednak przyznać, moja droga, że ten kolor nigdy nie wyglądał dobrze na mnie. On pasuje tylko do ciebie, pięknie podkreśla twoje oczy. – Albus z zadowoleniem odnotował, że policzki Minerwy zaróżowiły się, gdy odpowiedziała:

- Dziękuję, Albusie. Przepraszam, że ci przeszkodziłam. – odwróciła się.

Pozwolił jej odejść. Tak było lepiej. Po tym, co widział w tym śnie… wciąż nie ufał swoim instynktom. Jednocześnie miał okropne wrażenie, że to było coś więcej niż przyjemna wizja wytworzona przez wyobraźnię, przerodzona w bolesne przypomnienie o niemożliwości bliższej relacji z Minerwą.

Pamięć serca jest trwalsza niż pamięć umysłu.

Tak, te słowa były znajome, bo przecież to były słowa, które zostały mu przysłane w ostatnim liście Theresy McGonagall! Słowa, których znaczenia wciąż nie znał.

Westchnął. Gdyby tylko miał możliwość porozmawiania z Theresą… Pewnie przejrzałaby go od razu, ale też zrozumiałaby, że on chce jedynie szczęścia i bezpieczeństwa Minerwy. I doradziłaby mu, bo nikt tak jak ona nie rozumiał tego fenomenu, jakim była Minerwa McGonagall.

Lecz zmarli nie wracali zza grobu na pogawędki. Myśląc o tym, Albus przypomniał sobie o swoich młodzieńczych marzeniach o Insygniach Śmierci. Jak głupi wtedy był, pożądając Czarnej Różdżki! Teraz obracał ją w palcach, ale nie czuł żadnej satysfakcji. Obecnie to Kamień Wskrzeszenia jawił mu się jako najpotężniejszy magiczny artefakt.

Ile było osób, które chciałby jeszcze raz zobaczyć, zapytać o radę, dotknąć ich kojącej obecności?

Ariana, jego słodka siostrzyczka, którą wreszcie mógłby przeprosić.

Rodzice, którym winien był tyle wyjaśnień, dlaczego jego życie potoczyło się zupełnie inaczej niż mogli sobie wyobrażać, gdy witali go na świecie.

Flammelowie, którzy zawsze potrafili go pocieszyć, natchnąć swą odwieczną mądrością.

McGonagallowie, których błogosławieństwo być może pozwoliłoby mu na… nie, gdyby Robert porzucił swoją początkową odrazę, zrozumiałby kierujące nim pragnienie chronienia Minerwy.

Theresa, która powiedziałby mu, o co chodzi z tą pamięcią serca. Czuł, że te słowa były ważne, kluczowe, że miały dużo większe znaczenie niż wszystkie przepowiednie, które usłyszał w swym długim życiu.