Minerwa McGonagall z nostalgią patrzyła, jak dwanaście szkolnych sów odlatuje z sowiarni. Każda z nich miała do nóżki przyczepiony list na szkolnej papeterii, zapieczętowany jednak prywatną pieczęcią Minerwy. Każdy z nich był zaadresowany do innego prominentnego amerykańskiego maga bądź czarownicy, których Minerwa poznała podczas swoich badań w Stanach Zjednoczonych.
Wojna trwała, coraz bardziej brutalna, coraz mniej łaskawa. Amerykanie musieli zdecydować, czy wesprą ich w walce w Voldemortem, czy będą przyglądać się, jak czarnoksiężnik doprowadza do upadku brytyjską społeczność czarodziejów. Musieli wybrać, czy staną do walki u boku Brytyjczyków, czy będą czekać, aż Voldemort przeprawi się przez ocean.
Jeśli jednak Minerwa miałaby być szczera, wątpiła, by jej listy odniosły pożądany skutek. Ministerstwo od miesiąca próbowało przekonać Amerykanów, z mizernym skutkiem. Teraz minister chyba przypomniał sobie o pochodzeniu Minerwy i jej wyjeździe za ocean w młodości. Nauczycielka sądziła jednak, że minęło zbyt wiele czasu od śmierci jej rodziców i od jej pobytu w Stanach, by jej prośba miała jakąkolwiek moc przebicia przez typowo amerykański izolacjonizm.
Już miała się odwrócić i udać z powrotem do swoich komnat, gdy zobaczyła na horyzoncie ciemną, ministerialną sowę.
,,Och, nie." – pomyślała. Tydzień wcześniej taka sama sowa przyniosła zawiadomienie o śmierci Emmeliny Vance. Minerwa nadal nie mogła uwierzyć, że ta rozsądna i utalentowana wiedźma, z którą zaprzyjaźniła się podczas wspólnej pracy dla Zakonu, mogła zostać po prostu zamordowana przez śmierciożerców.
Drżącymi rękami odpięła kopertę z czarną ramką od nóżki sowy. Nadawcą był sam minister magii. Minerwa poczuła ścisk w klatce piersiowej – Scrimgeour nie kłopotałby się, gdyby nie chodziło o kogoś ważnego.
,,… z przykrością zawiadamiam… że dzisiaj rano… w swej wiejskiej posiadłości… została zamordowana… Amelia Bones."
- NIE!
Wrzask Minerwy niósł się po całych błoniach. Sama czarownica okręciła się wokół własnej osi i teleportowała z trzaskiem, nadal ściskając list w drżących dłoniach.
Wylądowała dokładnie przed niewielkim, wiejskim dworkiem, w którym mieszkała Amelia. Przed frontowymi drzwiami krzątała się grupka aurorów w ciemnych szatach. Jej wzrok wychwycił też siwą grzywę włosów ministra.
Jednak nie traciła więcej czasu. Kilkoma susami przesadziła zadbany trawnik. Wyminęła zdezorientowanych aurorów, którzy ledwie zdołali zarejestrować jej przybycie. Już miała przekroczyć próg rezydencji, gdy poczuła jak silna para rąk chwyta ją w talii.
- Nie, nie powinnaś tego widzieć! Minerwo, nie powinnaś tam wchodzić! – rozpoznała drżący głos Alastora.
- Puszczaj! Muszę ją zobaczyć! Amelio! – wrzasnęła Minerwa, wijąc się w żelaznym uścisku Moody'iego. Przecież to nie mogło być naprawdę, to nie mogła być Amelia…
- Moja droga…- obok niej nagle pojawił się Albus.
- Nie, puście mnie! – krzyczała czarownica, ale teraz trzymała ją dwójka czarodziejów. Przez zamglone oczy zobaczyła jak ktoś wychodzi z domu Amelii – nieznajomy jej mag.
- I jak? – gdzieś z tyłu dobiegł ją głos ministra.
- Zabraliśmy ją. – odpowiedział mężczyzna.
- AMELIA! – ryknęła Minerwa i sięgnęła po magię. Jej zaklęcie odrzuciło w tył Alastora i Albusa. Czarownica czym prędzej rzuciła się w stronę frontowych drzwi.
To co zastała w środku, wyglądało jak scena z najgorszego horroru.
Wszędzie, dosłownie wszędzie była krew.
Elegancki dom Amelii Bones był w kompletnym chaosie. W korytarzu, w salonie i w kuchni były wyraźne ślady walki – zaklęcia zniszczyły większą część gustownych mebli. Jednak zamiast ostrych kawałków różnych przedmiotów i zgliszczy częściowo spalonej, a częściowo zawalonej łazienki, najgorsza była krew. Czerwone plamy okrywały kanapy, stół, lampę, każdy mebel, każdą powierzchnię. Rozległe kałuże jeszcze nie zaschły na posadzce.
Minerwa poczuła jak jej ciało intensywnie drży, jak żal, gniew i smutek zalewają jej udręczony umysł, jak pod jej powiekami wybuchają fajerwerki bólu, jak każda jej cząstka buntuje się przeciwko śmierci ukochanej przyjaciółki.
Kalejdoskop wspomnień przesunął się przed jej oczami.
Wyniosła córka ministra, z którą pierwszą rozmowę Minerwa odbyła w sklepie z magicznymi zwierzętami.
Dziewczynka, której jedenastoletnia Minerwa bez wahania przyciskała różdżkę do gardła, która jednak nie miała do niej o to żalu.
Poważna i rozsądna przyjaciółka przez wszystkie lata nauki w Hogwarcie.
Wreszcie oddana obowiązkom czarownica, której sprawiedliwość i wiarę w moc prawa Minerwa mocno ceniła.
Nauczycielka transmutacji ukryła twarz w dłoniach, ale zbawienne łzy nie nadeszły. Pozwoliła, by ktoś ujął ją za łokieć i wyprowadził z miejsca krwawej jatki. Ten widok Minerwa i tak miała zapamiętać.
Przed domem ktoś przykrył ją płaszczem- nadal drżała, ale przecież nie z zimna.
- Profesor McGonagall? – ktoś podszedł.
Uniosła głowę. Scrimgeour wpatrywał się w nią intensywnie, jakby oceniał jej możliwości. Wyczuła, że ktoś protekcjonalnie położył rękę na jej ramieniu. Albus.
- Kto… kto to zrobił? – zapytała Minerwa, jakimś cudem wydobywając z siebie głos.
- Sądzimy, że Sama-Wiesz-Kto zamordował madame Bones osobiście. Była zbyt potężną czarownicą, istniało ryzyko, że śmierciożercy sobie z nią nie poradzą. Musiała długo cierpieć… prawdopodobnie nie chciała mu dać informacji, których szukał… albo… chciał nas przestraszyć. – wyjaśnił minister.
Minerwa przymknęła oczy. Och tak, Amelia musiała żyć, gdy Voldemort przelewał jej krew. Musiał delektować się jej cierpieniem. A jednocześnie tak bestialski mord idealnie wprowadzał atmosferę terroru.
- Jest coś jeszcze. – dodał Scrimgeour, po dłuższej pauzie. Minerwa wyczuła, jak uścisk Albusa na jej ramieniu robi się mocniejszy.
- Tak? – spytała cicho.
- Voldemort zniszczył w salonie wszystko, co można było. A jednak na gzymsie kominka pozostawił jedną nienaruszoną rzecz, profesor McGonagall. – rzekł Rufus i sięgnął do szarego worka, który trzymał jego asystent.
Minerwa zamarła gdy zobaczyła prostą drewnianą ramkę, w którą oprawione było zdjęcie dwóch roześmianych czarownic – jej samej i Amelii, zrobione niedługo po tym, jak wróciła z Ameryki. Amelia ze zdjęcia pomachała wesoło do Minerwy.
To było zbyt wiele. Minerwa poczuła żółć podchodzącą do gardła.
- Nie. Nie. Nie. – powtarzała, kręcąc głową.
- Cii, moja droga, on chce cię zastraszyć. – wyszeptał Albus do niej, a potem zwrócił się do ministra:
- Czy to wszystko, Rufusie? Pozwolisz, że zabiorę profesor McGonagall do Hogwartu. Gdy tylko rodzina madame Bones ustali datę pogrzebu, poinformuj nas, proszę.
- Oczywiście. Bardzo mi przykro. Ministerstwo straciło dziś jedną z najpotężniejszych i najwierniejszych czarownic. – odpowiedział sztywno Scrimgeour.
Minerwa nie odpowiedziała. Mocno uczepiła się ręki Albusa, który teleportował ich wprost przed bramę Hogwartu. Bez zbędnych słów pozwoliła się zaprowadzić do swojego salonu. Nie przestawała drżeć, chociaż Albus przezornie okrył ją kocem.
- Dlaczego? Dlaczego ona? – zapytała retorycznie Minerwa, patrząc jak czarodziej stawia przed nią kubek z parującą herbatą.
- Nie myśl o tym. Spróbuj się uspokoić. – polecił Albus, siadając obok.
- Ale to przeze mnie, prawda? Dlatego zostawił to zdjęcie. Zabił Amelię, bo jest… była moją przyjaciółką. – płaczliwie stwierdziła Minerwa.
- Nie obwiniaj się, Amelia by tego nie chciała. Tom ją zabił, bo wiedział, że nigdy nie zgodzi się mu służyć, a była zbyt potężna, by utrzymywać ją długo pod wpływem Imperiusa. Chciał zastraszyć ciebie i całą naszą społeczność. – wyjaśnił dyrektor.
- Amelia… tyle krwi… tyle cierpienia… nie, to niemożliwe… - szeptała Minerwa, metodycznie kiwając się w przód i w tył.
- Och, Minnie. – Albus objął ją. Minerwa wtuliła twarz w jego ramię, usiłując wymazać z pamięci okrutny obraz zmasakrowanego domu Amelii. Albus jak zwykle działał kojąco. Drżenie ustało. A jednak… widziała znów grotę. Widziała górę ciał. Amelię, z poszarzałą w wiecznym przerażeniu twarzą. Z strachem w oczach takim samym, jak wtedy, gdy Minerwa sama groziła, że ją zabije.
- Nie. – Minerwa wyszeptała w ramię Albusa.
- Minerwo. – Albus odsunął się, by spojrzeć jej w oczy. Był porażająco smutny, jego błękitne tęczówki nie migotały ani trochę.
- Śmierć. Nigdy nie powinna być taka… niegodna. – rzekła. W końcu Amelia… uwielbiała dekorum…
- Jej śmierć nie była niegodna. Amelia umarła jak bohaterka, dzielnie stając do walki z Voldemortem. Jej cierpienie… nie zostanie zapomniane. – rzekł z powagą Albus.
W jego oczach Minerwa zobaczyła cień. Dobrze wiedziała, co on oznacza.
Prawdopodobnie jakaś wersja jego planu zakładała jej własną śmierć. Ale pewnie była to śmierć szybka i bezbolesna, choć bohaterska. Teraz… Tom pokazał mu, co może zrobić ze swoją ofiarą.
I choć Minerwa nie miała wątpliwości, że cierpienie związane w bolesnym wykrwawianiem się nie było tak dotkliwe jak obserwowanie katuszy kochanych osób, to trudno było jej wyobrazić sobie obserwowanie wypływającej z niej szlachetnej krwi McGonagallów.
Czy to wyglądało podobnie jak….?
- Powinnaś się położyć. Spróbuj o tym nie myśleć. – głos Albusa na chwilę wyrwał ją z okropnych wspomnień.
- Tak. Chyba tak zrobię. – mruknęła, wstając.
- Mogę tu posiedzieć, gdybyś mnie potrzebowała. – rzekł szybko przyjaciel. Minerwa pokręciła głową.
- Nie ma potrzeby. Dziękuję, Albusie. – rzekła, miękko wypowiadając jego imię. Czarodziej pokiwał głową. Gdy zamknęły się za nim drzwi, Minerwa wiedziała już, że nie zaśnie szybko, a jeśli nawet jej się to uda, to i tak obudzi się z krzykiem, widząc zakrwawione, zmasakrowane zwłoki szefowej Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, jej przyjaciółki, Amelii Bones.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
- Ależ skąd! Ty musisz mnie zabić. – rzekł Albus niefrasobliwie, nie spuszczając jednak wzroku z Severusa.
Ból, promieniujący na całe ciało i sączący się do umysłu powoli ustępował, ograniczając się jedynie do prawej ręki. Albus nawet nie musiał na nią patrzeć, by widzieć martwą, poczerniałą skórę, będącą wyraźnym skutkiem jego głupoty… jego słabości. Zacisnął palce lewej dłoni na różdżce – Czarnej Różdżce. Może jeśli ona nigdy nie działała tak jak powinna, to kamień też by nie zadziałał?
W znaczącej ciszy rozległ się pojedynczy chrzęst – to Fawkes posilał się mątwą. Albus pomyślał, że byłby martwy już teraz, gdyby nie drogocenne łzy przyjaciela, na podstawie których Severus przygotował eliksir.
- Chcesz, żebym zrobił to teraz? Czy raczej wolisz, żebym trochę poczekał, aż ułożysz epitafium? – zadrwił Snape, ale jego oczy pozostawały zimne.
Albus uśmiechnął się lekko, jednocześnie sporządzając mentalną notatkę, że w istocie powinien zająć się porządkowaniem swoich spraw – testament, miecz Godryka, kolczyk Roweny…
- Och nie, jeszcze nie. Śmiem twierdzić, że ta chwila sama się ujawni, wraz z rozwojem wypadków. Biorąc pod uwagę to, co stało się tej nocy, można być pewnym, że dojdzie do tego w ciągu roku. – Albus mówił lekkim tonem, choć przez jego umysł przesuwały się setki obrazów – śmierć w walce, w glorii bohatera, śmierć jako poświęcenie za ukochaną osobę, w nimbie chwały, śmierć we własnym łóżku, w otoczeniu najbliższych – ile razy jako chłopiec wyobrażał to sobie? Ile razy planował by jego śmierć była znacząca, była czymś niesamowitym, by jego przejście do innego świata zmieniło coś na tym, który opuszczał? Ale śmierć z ręki mężczyzny, którego traktował jak własnego syna? Tak okrutny scenariusz mógł stworzyć tylko jego skalany manipulacją, chory umysł.
- Skoro nie dbasz już o życie, to dlaczego nie chcesz, by ci je odebrał Draco? – spytał Severus.
- Bo jego dusza jeszcze nie jest do końca przeżarta złem. Nie chcę, by ją zatracił z mojego powodu. – odpowiedział Albus, nie przemyślawszy swoich słów. Był jednak pewien, że były błędne, gdy tylko je wypowiedział.
- A moja dusza, Dumbledore? Co z moją duszą? – rzucił retorycznie Severus.
Prawda była taka, że Albus widział przyszłość przed Malfoy'em. Gdzieś w lepszym świecie, Draco założy rodzinę, jego dzieci zostaną przyjęte do Hogwartu, być może nawet zakopie wojenny topór z Harrym. Malfoy miał szansę – szansę, której Severus już nigdy nie dostanie. Severus, jego drogi, biedny chłopiec, niezdolny już do pokochania nikogo. Podobnie jak Albus, Severus mógł tylko w jeden sposób przysłużyć się światu – pomagając Harry'emu w pokonaniu Voldemorta. Albus jednak nie miał siły, by wyznać stojącemu przed nim mężczyźnie, że perfidnie wykorzystuje jego lojalność, jego słabość, że manipuluje nim niczym swoim szachowym gońcem.
-Tylko ty możesz odpowiedzieć sobie na pytanie, czy twoja dusza dozna uszczerbku, jeśli zaoszczędzisz staremu człowiekowi bólu i poniżenia. – zaczął mówić Albus, ale choć z jego ust wydobywały się dalsze słowa, myślami był już daleko.
Rzadko wątpił w wybór Tiary Przydziału względem swojej osoby. Owszem, zastanawiała się długo, ale Albus zawsze wierzył, że przydzielając go do Gryffindoru, widziała w nim odwagę. Lecz teraz, gdy planował swoją śmierć, nie był pewien, czy nie jest to po prostu akt wielkiego tchórzostwa. Bo przecież łatwiej było odejść, szybko i bezboleśnie. Ból. Albus bardzo się go bał. I nie chodziło o fizyczne cierpienia. Chodziło o ból serca, o przymus patrzenia na cierpienie drogich mu ludzi. Nie chciał dopuszczać do siebie myśli o tym, że może do tego dojść, ale rozsądek podpowiadał mu, że to nieuniknione. On wszakże nie chciał tego oglądać.
Skupił swoje spojrzenie na Severusie. Może on też kalkulował teraz, może zastanawiał się, czy jego dusza nie jest już wystarczająco zniszczona. Może ta dziwna troska, a jednocześnie nienawiść do Harry'ego Pottera, której Albus u Severusa nigdy nie rozumiał, w końcu przeważyły?
Nauczyciel eliksirów skinął głową. Albus nawet nie ukrywał westchnienia ulgi.
- Dziękuję ci, Severusie. – rzekł miękko. Spodziewał się, że oto Snape zostawi go samego, ale on nadal trwał na swoim miejscu.
- Masz jeszcze jakieś wątpliwości, Severusie? – zapytał, lekko poprawiając się na fotelu.
- Jest jedna niewiadoma w twoim wielkim planie, prawda, Dumbledore? – gdy Snape uniósł głowę, by spojrzeć na niego, jego twarz była zbolała, a źrenice rozszerzone.
Albus udał, że nie wie, o co chodzi czarodziejowi:
- Ależ jaka, Severusie? – spytał ze spokojem.
- McGonagall. – wyszeptał mężczyzna.
Dyrektor Hogwartu tym razem odwrócił wzrok.
No bo cóż miał odpowiedzieć? Nie mógł obarczać Severusa i tym. Świadomość tego, co zakładały plany Albusa przygniotłaby tego biednego chłopca. Jakby na zaprzeczenie jego słów, Severus zrobił krok do przodu i rzekł:
- Jaka jest jej rola w tym wszystkim? Albusie, ona nie przeżyje twojej śmierci….
Severus nie miał racji. Była silna. Nie potrzebowała go, Albusa. Potrzebowała Hogwartu. Wiedział o tym – jej miłość do szkoły była niepodważalna. Wierzył, że…
- Minerwa … tak długo, jak będziesz w stanie… chroń ją…. Pozwól jej… ona będzie wiedziała co robić… lecz tylko wtedy, gdy nie będzie nadziei… jeśli będzie choć cień szansy… powstrzymaj ją. – Albus wiedział, że Severus z uwagą słucha jego bełkotu. W swoim czasie… zrozumie…
- Obiecuję. – wyszeptał Severus.
Na chwilę znów zapadła cisza. Wreszcie Severus jakby się otrząsnął, podszedł do Albusa i znów zaczął szeptać odpowiednie zaklęcia nad jego poparzoną ręką. Dyrektor przymknął oczy.
A potem nagle drzwi do jego gabinetu otworzyły się z hukiem.
Albus zdążył jedynie otworzyć oczy.
- Wróciłam. Nawet nie wiesz… Na Merlina, Albusie!
Zszokowana, przystanęła na progu. Ubrana była w czarną, długą szatę, a na głowie miała czarny kapelusz z gałązką cyprysu. No tak, przypomniał sobie Albus. Dzisiaj odbył się pełen ceremoniału pogrzeb Amelii Bones. On sam nie chciał brać w nim udziału, Minerwa chyba nie miała o to do niego żalu. Planował wrócić z zniszczonym horkruksem i zaoferować jej swoją pociechę – wystarczyło spojrzeć na jej napiętą twarz by wiedzieć, ile kosztował ją pogrzeb przyjaciółki. Jednak okoliczności nieco się zmieniły…
- Co ci się stało? – bez wahania podbiegła do niego. Ciepły dreszcz przeszedł przez jego ciało, gdy położyła swoją dłoń na jego poparzonej ręce.
- Bez odpowiedniej ostrożności dotknął przedmiotu, na którego nałożono paskudną klątwę. – odpowiedział Severus. Albus rzucił mu karcące spojrzenie – chłopak musiał zrozumieć, że Minerwa nie może wiedzieć jak…
- Jak to jest poważne? – ze zdumieniem wodziła palcami po martwej skórze jego nadgarstka.
- Ręka już nigdy nie wróci do poprzedniej sprawności, ale nie ma zagrożenia dla całego organizmu. – skłamał Severus. Albus widział, jakim wysiłkiem było dla niego okłamanie Minerwy. Pewnie obawiał się, że z jej belferskim nosem do wszelkiego kłamstwa, natychmiast pozna, że nie mówi jej prawdy.
Ona jednak odetchnęła z ulgą.
- Albusie, co to za przedmiot? Jak mogłeś być tak nieostrożny? – spytała, tym razem patrząc mu oczy.
Wzrok Albusa mimowolnie powędrował do leżącego przed nim, pękniętego pierścienia. A raczej samej oprawki, bo kamień przezornie schował zaraz po swoim powrocie. Wystarczy, że on nie oparł się jego mocy. W rękach … Severusa, albo nawet Minerwy…
- Co to za pierścień? – Minerwa wyjęła różdżkę i użyła zaklęcia lewitującego, by bliżej obejrzeć pierścień. Nagle na jej twarzy pojawił się szok, a pęknięta złota obrączka z oprawką upadły z brzękiem na biurko.
- To niemożliwe. – mruknęła, a potem spojrzała na Albusa.
On sam tylko uniósł brwi w niemym zapytaniu – przecież ona nie mogła znać tego pierścienia. Przecież Voldemort nie chwalił się rodzinnymi pamiątkami, o Insygniach nie mogła słyszeć, a co dopiero o horkruksach.
- Zostawiam wywar ze szczuroszczeta, powinieneś smarować nim rękę dwa razy dziennie, powstrzyma pieczenie. – Severus najwyraźniej chciał jak najszybciej uciec z gabinetu Albusa. Starego maga to nie dziwiło – sam też widział pierwsze oznaki gniewu u Minerwy – zaciśnięte usta, zmrużone oczy, nieco odchylone w tył plecy.
- Dziękuję. – Albus chciał odebrać butelkę z wywarem, ale Minerwa była szybsza. Zabrała ją Severusowi i z hukiem postawiła na biurku.
- Lepiej żebyś miał dobre wytłumaczenie. Bo jeśli to jest to, czego się obawiam… - rzekła groźnie, lecz jednocześnie gdzieś w głębiach jej szmaragdowych oczu Albus dostrzegł smutek.
Severus wycofał się czym prędzej. Albus westchnął, gdy za nauczycielem eliksirów zamknęły się drzwi. Musiał zbadać, jak wiele Minerwa wiedziała o pierścieniu.
- Nigdy, przenigdy nie dałbyś się złapać na taką klątwę. Co sprawiło, że bez jakiejkolwiek ostrożności sięgnąłeś po ten pierścień? – zapytała czarownica – na razie to ona grała rolę śledczego.
- Nie pomyślałem, głupiec ze mnie. – Albus próbował się uśmiechnąć, ale jej smutek sprawił, że na jego twarzy pojawił się tylko grymas.
- Dlaczego nie powiesz mi prawdy, Albusie? – rzekła, opierając się o biurko. Ręce złożyła na biodrach, z prawej nie wypuszczając różdżki.
- Prawdy? – powtórzył Albus. Był zmęczony, głowa mu pękała, a pot spływał po plecach – co miał jej powiedzieć?
- Chodzi o Grindelwalda, czyż nie? To jego pierścień. Albo raczej pierścień, którego on poszukiwał.
Albus otworzył szeroko oczy. Skąd ona wiedziała? To znaczy, prawdopodobne, że Gellert szukał pierścienia, jakkolwiek priorytetem była dla niego różdżka. Lecz Minerwa nie mogła wiedzieć o Insygniach. Po prostu nie mogła. Czy zatem usłyszała o tym pierścieniu w Nurmengradzie?
- Minerwo, co wiesz o tym pierścieniu? – spytał ostrożnie.
- Wiem tylko, że Grindelwald go szukał. Jeszcze przed wojną. I w oprawie był kamień, bez konkretnego koloru, z symbolem okręgu wpisanego w trójkąt i pionowej kreski. – odpowiedziała. Albus zastanawiał się, jak doszła do tych informacji, ale naciskanie na nią przy tym poziomie wzburzenia było co najmniej nierozsądne.
- To potężny czarnomagiczny artefakt, moja droga. Musiałem go zniszczyć, by nie wpadł w niepowołane ręce. – rzekł, by nieco ją uspokoić. Pocieszał się myślą, że w dużej mierze mówił prawdę.
- I nagle sobie o nim przypomniałeś, tak? Dzisiaj, w dzień pogrzebu Amelii wyruszyłeś go szukać, nie mówiąc nikomu, dokąd się udajesz? Wróciłeś z chorą ręką i tylko tyle masz mi do powiedzenia?
Albus nie czuł się na siłach, by wymyślić sensowną odpowiedź. Powoli docierało do niego, jak cała ta sytuacja mogła wyglądać w jej oczach – Minerwa obawiała się, że chociaż minęło tyle lat, chociaż ich społeczność jest pogrążona w nowej wojnie z Voldemortem, on nadal rozpamiętuje swoje uczucie do Gellerta.
- Mam tego dosyć. Wracam do siebie. Może kiedyś dojrzejesz do decyzji, by wtajemniczyć mnie w swoje wielkie plany. – rzuciła wściekła Minerwa i wyszła, po drodze ze złością ściągając z głowy kapelusz czarownicy.
Chciał jej powiedzieć. Chciał zrzucić z siebie ten ciężar. Ale jej lojalność, jej bezpieczeństwo, wreszcie jej obecność u jego boku była kluczowa. Dla dobra wszystkich, Minerwa nie mogła się dowiedzieć o horkruksach, o Insygniach. O tym myślał Albus Dumbledore, obserwując jak gałązka cyprysu upada na dywan w jego gabinecie.
Za mniej niż rok takie gałązki będą składać na jego trumnie.
ooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
Co tam słychać, moi cudowni Czytelnicy? Jak Wam się podoba się ten tom, póki co?
Dobrnęliśmy do momentu, od którego wszystko już będzie wydawać się ponure i tragiczne. Nie ma co ukrywać, pisanie tej części nie było dla mnie tak proste jak tworzenie ,,Była jego najdroższą" i wiele rzeczy nie jest tu najwyższych lotów, ale stwierdziłam, że nie będę tego zmieniać- skoro nie rozplanowałam tego lepiej na samym początku, musi już tak zostać. Ten tom obrazuje wyraźnie moją niezdolność do zdecydowania się między pełnowymiarową tragedią a happy endem. Co jednak tak naprawdę chciałam powiedzieć? Ach tak, że ta seria nie kończy się na ,,Była jego nadzieją", chociaż przez większość czasu może się tak wydawać! Dzieje się dużo, bo będą tu zawarte wydarzenia z ,,Księcia Półkrwi" i ,,Insygniów Śmierci", ale ostatecznie, zbyt wiele wątków po tym tomie będzie niewyjaśnionych, zatem części będzie razem siedem, a ta jest dopiero szósta.
Serdecznie dziękuję za Wasze komentarze i oczywiście liczę na więcej - a trzeba mi inspiracji, bo prace nad alternatywną wersją tej historii nabierają tempa - tam dopiero będzie się działo, bo rzeczy, które tworzę teraz, mają tą zaletę, że są gruntownie przemyślane, z wcześniejszym planem i chronologicznym zarysem, czego zabrakło przy tej pierwszej serii. W każdym razie, mam nadzieję że wybaczycie przebijającą się przez ,,Była jego nadzieją" postawę ,,pisz, pisz, nie ważne, dokąd wywiedzie cię wyobraźnia".
diople33 - wielkie dzięki za pierwszy komentarz do tego tomu! Ten temat pozornej zdrady Snape'a długo spędzał mi sen z powiek, bo czułam dziwną niechęć do historii, w których Minerwa pozostawała kompletnie nieświadoma wszystkiego. Z drugiej strony, wtajemniczenie jej we wszystko jeszcze przed śmiercią Albusa wydawało mi się niemożliwe do napisania. Rozwiązałam to dość pokrętnie, kompromisowo, ale więcej nie spojleruję.
greenispretty - prawda, że sen był piękny? Nie mogłam się powstrzymać, musiałam napisać coś będącego odbiciem snu Minerwy, ale z perspektywy Albusa. Co do pierścienia - przypuszczam, że nie rozwiązałam tego tak, jak się spodziewałaś i pozwolę sobie przypuszczać, że bardzo podobnie będzie ze sprawą prezentu Nicolasa. ;)
Kitiaa- hahaha, myślałam że wygrasz ten zakład, bo choć rzeczywiście, z jednej strony ten tytuł brzmi absurdalnie w kontekście treści, to z drugiej jak już się na niego zdecydowałam, przypasował mi znakomicie ( a były do tego wskazówki w poprzednim tomie! ). Przy tytule finałowej części wszystko będzie już oczywiste, tak myślę. Zachować stałą czujność nawet mi było trudno, pisząc ten sen... zbaczanie na ścieżkę totalnego romantyzmu było bardzo przyjemne. Jak tam ciśnienie w kwestii pierścienia? Co do wyjaśniania wątków... nawet próbowałam, ale tego narodziło się tyle... i jeszcze nowe w tym tomie... zatem niestety, większość wyjaśni się przy ostatniej części.
Zylerus - dzięki za review! Długie czekanie na kolejne rozdziały to jest coś, czego nie cierpię jako czytelnik, więc staram się nie robić tego tym, którzy czekają na kolejne rozdziały mojej historii. Z tą konferencją, to nie ma jakiegoś głębszego znaczenia - po prostu musiałam coś wymyślić, żeby Albusa nie było w tamtym momencie w zamku, chociaż oczywiście międzynarodowa współpraca czarodziejów jest dla niego ważna, szczególnie w mrocznych czasach. Co do kombinowania z ,,pamięcią serca" - Albus lubi kombinować, ale niestety nie w tym kierunku co trzeba.
Nie traćcie nadziei i trzymajcie się zdrowo,
Emeraldina
