Minerwa zdjęła okulary i odłożyła je na biurko. Brzdęk oprawek o drewno sprawił, że siedzący kilka metrów dalej Draco Malfoy podniósł głowę. Przez chwilę Minerwa bez cienia żadnych emocji patrzyła w lodowato niebieskie oczy syna śmierciożercy, ostatecznie jednak Ślizgon wrócił do przerwanego wypisywania transmutacyjnych zasad.

To nie był dobry czas na szlabany, ale Malfoy nie zostawił jej wyboru, uparcie nie odrabiając prac domowych. By spędzony czas na pilnowaniu go nie był bezproduktywny, Minerwa zniosła z gabinetu Albusa trzy stosy wymagającej odpowiedzi korespondencji.

Była wyczerpana, choć prędzej by umarła z przepracowania, niż się do tego przyznała. Nie sypiała dobrze – nie, kiedy Albusa nie było. A znikał na całe tygodnie, zostawiając wszystko na jej głowie, zostawiając ją bez odpowiedzi, bez wskazówek, z mętnymi obietnicami naprawienia wszystkiego. I choć poziom jego zaufania do niej jej schlebiał – w końcu powierzał jej coś najcenniejszego – Hogwart, to odpowiedzialność zaczęła jej ciążyć. Niełatwo było odpowiadać na dziesiątki listów z ministerstwa, na zarzuty rodziców, że Hogwart nie jest już bezpieczny. Lecz najtrudniej było informować uczniów, o śmierci lub zaginięciu ich bliskich. Minerwa po prostu nie potrafiła powiedzieć dziecku, że już nigdy nie zobaczy ciotki, brata czy matki. Nie mogła znieść bólu, jaki wywoływały jej słowa.

Nawet ze wsparciem Poppy i Pomony, które naturalnie wydawały się być bardziej … empatyczne, każdą taką złą wiadomość Minerwa odreagowywała kolejną nocą pełną koszmarów, kolejnym wspomnieniem groty, kolejnymi ranami na całym ciele. Odruchowo poprawiła rękaw szaty, ukrywając paskudne szramy w pobliżu nadgarstków.

To było zbyt wiele. Nawet dla niej. Co z tego, że portrety w gabinecie Albusa widziały w niej sprawną dyrektorkę, co z tego, że uczniowie widzieli jej niezłomną wolę w zadawaniu kolejnych prac domowych, co z tego, że…

Przerwała tok rozpaczliwych myśli. McGonagallowie nie narzekali, nie załamywali się, przypomniała swojemu niespokojnemu umysłowi. Z rozmysłem rozlała kilkanaście kropel szkarłatnego wosku na szkolną papeterię. Z całej siły przybiła pieczęć Hogwartu. Draco znów podniósł głowę, ale tym razem się odezwał:

- Z czego jest wykonana ta pieczęć, pani profesor?

Minerwa uniosła brwi – to było zupełnie nieoczekiwane pytanie. Uniosła ciężką, misternie rzeźbioną pieczęć i obróciła ją herbem Hogwartu do siebie.

- Oprawa jest ze srebra, zwieńczona małym, szlifowanym kryształem górskim, zaś powierzchnia pieczęci jest z ametystu. Skąd to pytanie, panie Malfoy? – Minerwa przekręciła pieczęć, ukazując ametystową stronę Ślizgonowi.

- W domu mieliśmy większą, ale żelazną. Cięższą. – odpowiedział Draco.

Minerwa przez chwilę patrzyła mu w oczy. I choć nie chciała tego podejrzewać, nie chciała, by wyobraźnia podsuwała jej ten obraz, nie chciała widzieć – widziała. Małego, blondwłosego chłopca, który nie użył magii, by dosięgnąć ulubioną zabawkę, lecz próbował wspiąć się na kredens i spadł, rozcinając sobie podbródek. Widziała łzy swej dawnej uczennicy, bezradnej wobec brutalności męża, który uniósł ciężką, rodową pieczęć Malfoy'ów i uderzył nią chłopca w łopatkę. Ostre, wyszlifowane krawędzie zostawiły krwawe ślady na bladej skórze chłopca. Rubinowa krew popłynęła, razem z krzykiem i łzami zdezorientowanego dziecka.

Pieczęć Hogwartu wypadła z rąk Minerwy i rąbnęła o biurko, by potoczyć się dalej na ziemię. Huk ledwie dotarł do uszu zdumionej nauczycielki.

Tymczasem Draco wstał, zebrał swoje kartki i ruszył w jej stronę. Po drodze podniósł pieczęć. Zatrzymał się przed biurkiem.

- Skończyłem, madame. – położył przed nią zapisane kaligraficznym pismem kartki. Wzięła je bez słowa, nie spuszczając oczu z pieczęci, którą teraz Draco obracał w rękach, jakby ważąc jej ciężar.

- Doskonale. Liczę, że następna praca domowa z transmutacji zostanie zrobiona na czas, panie Malfoy. – rzekła Minerwa.

- Pani profesor. – Draco wyciągnął do niej dłoń z pieczęcią.

W momencie gdy Minerwa ujęła zimne srebro, była pewna, że usłyszała myśl chłopaka.

,,Nie próbuj się litować nade mną. Po tym, co zrobię, nie będę zasługiwał na twoją litość."

Minerwa wzięła głęboki oddech. Mrugała intensywnie, podczas gdy Malfoy odszedł i delikatnie zamknął za sobą drzwi jej klasy. Czarownica ukryła twarz w dłoniach.

Coraz mniej rozumiała z tego wszystkiego. Coraz mniej ufała swoich zmysłom, ba, nawet swoim myślom. Czy to, co usłyszała, było naprawdę myślami Malfoy'a? Czy jedynie wytworem jej chorej i zmanipulowanej przez ból wyobraźni? O co mogło mu chodzić?

Nie minął nawet kwadrans. Minerwa nie napisała ani zdania. Nawet nie zabrała się za kolejny list. Zbyt wiele pytań kłębiło się w jej umyśle. Odsunęła je jednak na bok, gdy do jej gabinetu wpadł zdyszany Hagrid.

- Pani psor! Ktoś zaatakował dziewczynę!

Z szybkością nastoletniej czarownicy Minerwa poderwała się z fotela i przemierzyła klasę, by stanąć przed zaaferowanym Hagridem.

- Co się stało?

- Katie Bell. Krzyczała i wisiała w powietrzu… nie wim co się stało… zaniosłem ją do pani Pomfrey… to chyba klątwa…cholibka, Harry był tam… - nieskładnie mówił Hagrid.

- Harry? – Minerwa otworzyła szerzej oczy.

- I Hermiona i Ron, widzieli co się stało, Harry mnie zawołał, zaniosłem ją do skrzydła szpitalnego… - relacjonował Hagrid.

- Gdzie oni są ? – Minerwa machnęła różdżką, przywołując swój kapelusz i okulary.

- Chyba wracają do zamku, pani profesor.

Nie oglądając się na półolbrzyma, Minerwa wybiegła z klasy. Po trzy stopnie zeskakiwała ze schodów, ledwo łapiąc powietrze. Klatka piersiowa paliła ją żywym ogniem – nadal do końca nie doszła do siebie po zeszłorocznym ataku. Strach o uczniów jednak pchał ją do przodu. Jak z procy wypadła na zewnątrz. Poczuła częściową ulgę, widząc grupkę znajomych twarzy zmierzających do zamku. Oprócz tria z Gryffindoru zobaczyła też koleżankę panny Bell, Leanne. Założyła, że płacząca dziewczyna też była świadkiem zdarzenia.

- Hagrid mówi, że wy czworo widzieliście, co stało się Katie Bell. Proszę natychmiast na górę, do mojego gabinetu. Co to jest, Potter? – wzrok Minerwy przykuł błysk w szaliku trzymanym przez Harry'ego.

- To jest to coś, czego Katie dotknęła. – wyjaśnił Gryfon, odsłaniając przed nią piękny naszyjnik z opali.

- Merlinie! – Minerwa ostrożnie odebrała naszyjnik z szalikiem z rąk chłopca. Widziała takie rzeczy w książkach z biblioteki McGonagallów. Nie miała wątpliwości, że naszyjnik skrywał potężną klątwę. Klątwę zdolną zabić, jeśli jej zdolność postrzegania magii jej nie oszukiwała. Rozejrzała się – w polu widzenia pojawił się Filch.

- Filch, oni są ze mną. Zanieś ten naszyjnik do profesora Snape'a, bezzwłocznie, ale uważaj, żeby go nie dotknąć, trzymaj przez szalik! – rozkazała, przekazując woźnemu czarnomagiczny obiekt. Potem bez zbędnej zwłoki poprowadziła czwórkę uczniów do swojego gabinetu w wieży Gryffindoru.

- Słucham. Co się stało? – spytała.

Niełatwo było wyciągnąć coś z przerażonej i zapłakanej Leanne, więc wkrótce Minerwa straciła cierpliwość i posłała ją do Poppy. Wiedziała, że przyjaciółka pomoże zestresowanej uczennicy – równie mocno chciała wierzyć, że pielęgniarka będzie w stanie pomóc Katie.

- Co się stało, kiedy Katie dotknęła naszyjnika? – spytała pozostałą trójkę. Harry uprzedził przyjaciół.

- Uniosła się w powietrze. I zaczęła krzyczeć, a potem zemdlała. Pani profesor, czy ja mógłbym zobaczyć się z dyrektorem? – wypalił Potter.

Minerwa odruchowo zacisnęła pięść. Albusa nie było. Co nie powinno być dla nikogo zdziwieniem, zważywszy na długość jego nieobecności – mogła się wręcz spodziewać, że wydarzy się coś, z czym będzie musiała poradzić sobie sama, nawet jeśli ją to przerastało.

- Dyrektor wyjechał. Wróci dopiero w poniedziałek. – rzekła. Przynajmniej wyjeżdżając, tym razem Albus podał datę powrotu. Co miałaby powiedzieć Potterowi, gdyby nie wiedziała, gdzie przepadł dyrektor i kiedy wróci?

-Wyjechał ? – w głosie Harry'ego zabrzmiało echo jej własnej złości, co tylko podburzyło poczucie bezradności Minerwy.

-Tak, Potter, wyjechał! Ale cokolwiek masz do powiedzenia na temat tego strasznego wypadku, możesz powiedzieć mnie! – nawet nie wiedziała, kiedy podniosła głos.

Ból, jaki sprawiło jej wahanie chłopca, był nie do opisania.

Czy już nikt jej tu nie ufał? A może Harry wierzył, podobnie jak wszyscy wokół, że w krytycznej sytuacji szanse znalezienia rozwiązania problemu ma jedynie wielki i potężny Albus Dumbledore?

- Myślę, że to Draco Malfoy dał Katie ten naszyjnik. – Harry z szczerą pewnością patrzył na Minerwę.

Czarownica przez chwilę analizowała jego słowa. Malfoy. Byłaby ślepa, gdyby nie widziała nienawiści, jaką młody Malfoy żywił wobec Harry'ego. Nie mogła też nie zauważyć niechęci, jaką wobec Ślizgona objawiał Harry. A jednak…

- To bardzo poważne oskarżenie. Czy masz na to jakieś dowody? – spytała nauczycielka, kątem oka zauważając wyraźne wątpliwości na twarzach Hermiony i Ronalda.

Harry zaczął mówić. Opowiedział jej o tym, co widział w sklepie Burkina i Brukesa, o swoich podejrzeniach. Minerwa przez jeden krótki moment przypomniała sobie…

Błysk, przełamana różdżka.

Ze wszystkich sił odepchnęła od siebie to wspomnienie, skupiając się na kłótni pomiędzy trójką uczniów.

- Wystarczy! Potter, doceniam to, że mi o tym powiedziałeś, ale nie możemy uznać pana Malfoy'a za winnego tylko dlatego, że odwiedził sklep, w którym naszyjnik prawdopodobnie został kupiony, bo to samo odnosi się do co najmniej setki innych osób…

- To samo mówiłem. – wtrącił Weasley.

- Poza tym, w tym roku znacznie podnieśliśmy standardy bezpieczeństwa wokół szkoły. Nie wierzę, że ten naszyjnik mógłby się dostać do szkoły bez naszej wiedzy…

- Ale…

- A ponadto – Minerwa nieco uniosła głos. – Pan Malfoy nie był dziś w Hogsmeade.

Harry ze zdumienia otworzył usta, wypuszczając powietrze.

- Jest pani pewna, pani profesor? – spytał, jakby podejrzewał ją o zmowę z Hermioną i Ronem.

- Odbywał szlaban. Ze mną. Dwa razy z rzędu nie odrobił pracy domowej z transmutacji. Więc dziękuję, że podzieliłeś się ze mną swoimi podejrzeniami, Potter, ale powinnam teraz udać się do skrzydła szpitalnego, żeby sprawdzić, jak czuje się Katie Bell. Miłego dnia. – Minerwa wyminęła trójkę uczniów i otworzyła drzwi gabinetu. Serce biło jej mocno, gdy Potter, Granger i Weasley wyszli.

,,Po tym, co zrobię, nie będę zasługiwał na twoją litość."

Czy Potter miał rację i to rzeczywiście Draco Malfoy zaplanował ten odrażający atak?

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa z cichym westchnieniem spojrzała na rozłożoną na łóżku koszulę nocną. Była prawie trzecia w nocy – godzina, o której powinna zasypiać. Sen był jej potrzebny, nawet ten pełen koszmarów – potrzebowała energii, by mierzyć się z wyzwaniami kolejnych dni. Dzisiaj, po tym jak musiała zorganizować transport panny Bell do szpitala św. Munga, czuła się bardzo, bardzo zmęczona. Niełatwo było jej rozmawiać z przerażonymi rodzicami dziewczyny – łzy matki i krzyki ojca - ,,Jak mogło do tego dojść?! Przecież szkoła miała być bezpieczna!" – wciąż odtwarzały się na nowo w jej umyśle.

Do tego wszystkiego należało doliczyć wątpliwości, jakie zasiał w jej sercu Harry.

Już miała chwycić za miękki, biały materiał i powlec się do łazienki, gdy usłyszała ciche kliknięcie portretowego wejścia do swojego salonu.

Zareagowała instynktownie. Z różdżką w pogotowiu znalazła się tuż przy drzwiach do sypialni. Ktokolwiek włamał się do jej pokoi, zaraz znajdzie się na drugim końcu jej różdżki…

Za drzwiami słyszała czyjeś ciche kroki. Ktoś delikatnie nacisnął klamkę, drzwi zaczęły się powoli otwierać…

- Expe… Albus! – Minerwa celowała różdżką dokładnie w serce Albusa Dumbledore, który jedynie uniósł ręce, jedną zdrową i drugą, czarną, z długimi palcami przypominającymi szpony, w poddańczym geście. Ten gwałtowny ruch musiał sprawić mu sporo bólu, bo na jego twarzy pojawił się grymas. Spazm bólu przeszył też klatkę piersiową Minerwy – gdy opadła adrenalina, dopiero zauważyła, jak szybko oddychała.

- Przepraszam… ale dopiero wróciłem, rozmawiałem jedynie z Severusem… Dlaczego jeszcze nie śpisz? – dopiero po chwili dyrektor zauważył jej zwykłe szaty i posłane łóżko.

- Bo czuwam, czy nikt nie atakuje szkoły pod twoją nieobecność! Na Merlina, to ja powinnam pytać, co o trzeciej w nocy robisz na progu mojej sypialni! – krzyknęła Minerwa, niesiona falą szkockiego temperamentu. Dopiero gdy Albus z wyraźnym zażenowaniem cofnął się kilka kroków, dotarł do niej wydźwięk jej słów. Wyminęła go i zabrała się za zapalanie lamp, by nie widział rumieńca rozlewającego się na jej policzkach.

- Wybacz, to rzeczywiście późna pora, sam nie wiem… chciałem upewnić się, że wszystko jest w porządku. Czy ty wcale nie kładziesz się spać, kiedy zostawiam Hogwart pod twoją opieką? – Albus patrzył na nią z autentyczną troską.

- Daj spokój. Miałam iść spać wcześniej, ale i tak bym nie zasnęła. Czy Severus powiedział ci o pannie Bell? – Minerwa szybko zmieniła temat.

- Tak, to wielce niefortunne, miejmy nadzieję, że szybko wróci do zdrowia. – odpowiedział Albus.

- Niefortunne?! Albus, to cud, że ona żyje! Czy ty wiesz jak gęsto musiałam tłumaczyć się jej zdenerwowanym rodzicom?! Takie zdarzenie w ogóle nie powinno mieć miejsca! – krzyknęła Minerwa, ze złości zaciskając palce na różdżce.

- Nie możemy przewidzieć wszystkiego, moja droga. – Albus westchnął cicho.

- Potter twierdzi, że to robota Malfoy'a. Widział go w sklepie Borgina i Brukesa. – wypaliła Minerwa.

Albus zmarszczył czoło, a potem spojrzał na nią.

- Nie sądzę, by Harry miał rację. To nie mógł być syn Lucjusza. – stwierdził wreszcie.

- Nie osobiście, bo odrabiał ze mną szlaban w tym czasie, ale mógł to komuś zlecić. Zresztą czy rozsądny mag posłużyłby się czarnomagicznym przedmiotem, który na pewno zostałby wykryty na wejściu do szkoły? Albusie, oboje wiemy, że Lucjusz jest śmierciożercą, a Draco jest prawie dorosły, być może chce dołączyć do ojca w służbie Voldemortowi… - Minerwa mówiła szybko, wylewając z siebie wszystkie wątpliwości.

- Bardzo szybko osądziłaś Dracona, Minerwo. To do ciebie niepodobne. – Albus obrócił różdżkę w palcach chorej ręki i skrzywił się.

- Nie osądziłam. Nie mam żadnych dowodów, jedynie logiczne przesłanki, ale to za mało, by wydać osąd. A ty, masz jakąś teorię? – Minerwa wbiła w przyjaciela przenikliwe spojrzenie.

- Nie, ale zajmę się tą sprawą. Ty nie powinnaś już się tym martwić. – dyrektor odwrócił głowę, przerywając kontakt wzrokowy. Minerwa czuła rosnącą irytację – przecież widział logikę w jej słowach, dlaczego temu przeczył? Dlaczego nie chciał, by rozmyślała o tej sprawie? Co znowu przed nią ukrywał?

- Kiedy się tym zajmiesz? Jutro? Pojutrze nie, bo pewnie znowu gdzieś znikniesz, a ja będę musiała cię tłumaczyć przed wszystkimi. – Minerwa już nie umiała ukrywać swojego żalu – czuła się zmęczona i wykorzystywana – połączenie tych dwóch rzeczy nigdy nie wpływało korzystnie na jej temperament.

Dumbledore przez moment milczał, patrząc w dal, zastanawiając się. Potem powolnym gestem nałożył na nos swoje okulary połówki. Zerkając na Minerwę zza cienkich szkieł powiedział:

- Jutro mam lekcję z Harrym. Moja nieobecność wynika z poszukiwania wiedzy, którą mógłbym mu przekazać, która pomogłaby mu w wypełnieniu jego przeznaczenia.

Minerwa przygryzła wargę – jego tłumaczenie było zaskakująco szczere- czy jednak oczekiwał, że ona będzie pytać dalej? Czy chciał, by te słowa jej wystarczyły, czy po prostu testował jej lojalność i zaufanie?

Jakkolwiek odczytał jej wahanie Albus, jego dalsza wypowiedź nie stanowiła żadnej odpowiedzi.

- Dzieciom wmawia się, że różdżka jest kluczem do mocy czarodzieja.

Minerwa odruchowo prychnęła. Widząc uniesione brwi Albusa, wyjaśniła:

- Przez te wszystkie sekretne lekcje chyba wystarczająco udowodniliśmy, że to bzdura. Różdżka jest istotna, ale nie od niej zależy moc maga. – jej spojrzenie odruchowo powędrowało ku własnej różdżce – starannie wypielęgnowanej, będącej arcydziełem w swojej kategorii – szmaragdy na rączce zamigotały, jakby mrugając do niej.

- Ty to wiesz. Ale dla Voldemorta to nie jest takie oczywiste. Tym bardziej nie po tym, co wydarzyło się na cmentarzu. – Albus w zamyśleniu obrócił w dłoni własną różdżkę. Minerwa znała ją prawie tak dobrze jak swoją – to właśnie ta różdżka odmieniła jej życie, przysporzyła jej bólu i cierpienia. Przez pierwsze lata… nauczyła się hamować obronne odruchy widząc posługującego się nią Albusa.

- Priori Incantatem. – wyszeptała, wspominając opowieść Harry'ego o tym, co wydarzyło się po tym, jak zamieniony w świstoklik puchar Turnieju Trójmagiczego przeniósł go wprost do Voldemorta.

- Tak. Co mnie jednak mocno zastanowiło, to fakt, że skoro różdżka Voldemorta zawiera rdzeń z pióra Fawkesa, to musiała zostać wykonana po pierwszym cyklu życia Fawkesa, gdyż wtedy oddałem Olivanderowi dwa pióra. Zatem różdżka, którą walczył z Harry'm nie była tą, którą posługiwał się podczas nauki w Hogwarcie. To stwierdzenie naturalnie doprowadziło mnie do pytania- co stało się z jego pierwszą różdżką, tą, która go wybrała?

Minerwa poczuła jak robi jej się koszmarnie zimno. Przecież ona doskonale znała odpowiedź na to pytanie. I łatwo można było założyć, że Albus podejrzewa, że ona wie. Sposób, w jaki na nią patrzył, intensywność jego spojrzenia… Siłą powstrzymała wzdrygnięcie.

- Najpierw udałem się więc do Olivandera. Jak się okazało, i w tym wypadku, pamięć wytwórcy różdżek okazała się nieoceniona. Riddle rzeczywiście przyszedł po różdżkę z piórem Fawkesa dopiero w 1943, a kiedy Olivander zapytał, co stało się z poprzednią różdżką, Tom nie odpowiedział. – ciągnął dalej Albus.

Nastąpiła przerwa i Minerwa uznała, że powinna coś powiedzieć – cokolwiek, byle Albus nie szedł tym tropem…

- Dlaczego to takie istotne? Stara różdżka mogła nie wytrzymać mocy czarnej magii, jaką się parał, albo mogła po prostu pęknąć, spłonąć i Merlin wie co jeszcze. – rzuciła udawanie nieważkim tonem.

- Też tak sądziłem. Zbagatelizowałem chwilowo to odkrycie i dziś poszedłem porozmawiać z Caractacusem Burkesem o okresie, w którym Riddle pracował w jego sklepie. – Albus znów urwał, jakby oczekując jej reakcji.

Minerwa obojętnie patrzyła mu w oczy – po co dalej ciągnął tą szopkę? Przecież Burkes musiał mu powiedzieć o jej odwiedzinach w 1943.

Nigdy, przenigdy, Albus nie był tak bliski odkrycia jej sekretu. Czuła to, coraz bardziej tonąc w błękitnej toni jego oczu, chłonąc promieniującą z niego troskę, ciekawość i strach. Z tym, że już dawno przestała być pewna, czy Albus bał się o nią, czy jej.

- Burkes szczególnie zapamiętał jedno niezwykłe zdarzenie. Zdarzenie, które potem ja powiązałem z utratą różdżki przez Voldemorta. Oba te zdarzenia miały miejsce w 1943- dlaczego więc jedno nie miałoby wynikać z drugiego? – podjął wątek Albus. Nie widząc żadnej reakcji ze strony siedzącej naprzeciw czarownicy, mówił dalej:

- Zjawiłaś się w sklepie Borgina i Burkesa. Chciałaś rozmawiać z Riddle'm. Wasza rozmowa musiała mieć gwałtowny przebieg. Burkes słyszał odgłosy walki, trzask teleportacji, a potem trzaśnięcie drzwi. Nigdy nie odważył się zapytać Toma o tamto zdarzenie. – uderzył w sedno Albus.

Minerwa zacisnęła usta. Bez względu na wszystko, Albus nie mógł się dowiedzieć, co było przedmiotem jej spotkania z Tomem.

- To ja zniszczyłam pierwszą różdżkę Voldemorta. – wyrzuciła z siebie Minerwa, jednocześnie zaciskając palce na własnej różdżce. Dyrektor chyba był zaskoczony jej wyznaniem – najpierw jedynie mrugał, jakby nie był pewien, że dobrze usłyszał jej słowa.

- Jak? Dlaczego nigdy o tym nie mówiłaś? – spytał wreszcie.

- Bo wiążą mnie potężne zaklęcia – spotkałam się z Tomem po to, by wyciągnąć z niego informacje ważne dla ministerstwa. – Minerwa patrzyła w oczy Albusa – zaskakujące, że jeszcze nie dopadło jej poczucie winy – ale tak naprawdę przecież nie kłamała. Lokalizacja groty była ważna dla ministerstwa.

- Myślałem, że Spencer-Moon zwolnił cię ze wszystkich przysiąg zaraz po wojnie. –czarodziej zmarszczył brwi. Minerwa pokręciła głową – nie, obydwoje z ministrem jeszcze dołożyli sobie przysiąg i zakazów.

- W każdym razie nie uzyskałam interesujących mnie informacji. Chciałam użyć legilimencji, ale Tom wiele się nauczył od czasu naszej walki w Hogwarcie. Posłużył się zaklęciem tarczy – natężenie mocy było tak silne, że jego różdżka pękła mu w dłoni. – Minerwa ostrożnie ujawniała kolejne informacje – być może były one kluczowe do pokonania Voldemorta?

- Użyłaś legilimencji na Voldemorcie? – Albus otworzył usta. Minerwa za późno zrozumiała swój błąd – nie powinna tego zdradzać. Dumbledore od zawsze wierzył, że Minerwa nie lubi myślowego kontaktu, a każde pogwałcenie granic czyjegoś umysłu uważa za świętokradztwo. W srebrnej głowie dyrektora już formował się logiczny wniosek – informacje, bądź przykaz ministerstwa, musiały być bardzo istotne dla Minerwy, skoro zdecydowała się na tak poważne środki.

- Zaatakował cię?

Tym razem to Minerwa o mało nie otworzyła ust ze zdumienia. Widząc jednak przepełnione troską oblicze Albusa, zrozumiała, że ten biedny czarodziej nie widzi w niej zła; rzeczy, które była gotowa robić, byle tylko… no właśnie. Użyła legilimencji na Tomie, bo chciała znaleźć grotę i uratować ginących tam ludzi. Lecz ostatecznie zabrakło jej odwagi, determinacji… zawiodła, bo myślała tylko o sobie, o swoim sekrecie, o swojej stracie…

- Minerwo? – cichy głos Albusa wyrwał ją z pułapki wiecznego poczucia winy.

- Nie chcę wracać do tamtych wspomnień, Albusie. Nie mogę już zdradzić ci nic więcej. – próbowała uciąć temat.

- Dlaczego mi nigdy o tym nie mówiłaś? – to nie było przemyślane pytanie, bo wyraźnie widziała na twarzy Albusa minę złości na samego siebie, że ubrał w słowa pierwszą myśl.

- Bo nie jesteś obiektywny jeśli chodzi o mnie i Toma. Podejrzewałam to podczas pierwszej wojny i zyskałam pewność po ponownym otwarciu Komnaty Tajemnic. – Minerwa wiedziała, że właśnie wbija sztylet w serce starego przyjaciela, ale wiedziała, że tylko to powstrzyma go od dalszych pytań.

Poczucie winy, jakie pojawiło się na twarzy Albusa, rozpaliło na nowo ból w jej umyśle. To było okrutne posunięcie z jej strony. Wystarczyło spojrzeć na niego, by zrozumieć, że wciąż nie może sobie wybaczyć, ale jednocześnie wciąż nie potrafi w pełni jej zaufać. Postanowiła oszczędzić mu dalszej rozmowy, i tak zmierzającej donikąd.

- Jesteś zmęczony, powinieneś iść spać. – rzuciła, wstając.

O dziwo, dyrektor pokiwał głową i również się podniósł.

- Przepraszam, że przeszkadzałem ci o tak późnej porze. – mruknął, unikając jej wzroku.

- I tak nie spałam. Zresztą cieszę się, że wróciłeś. – Minerwa bardzo wiele wysiłku włożyła w żałosną imitację uśmiechu.

- Dobrych snów, najdroższa Minerwo. – oczy czarodzieja jakby rozbłysły, a potem wycofał się z jej salonu. Gdy zamknęło się za nim portretowe przejście, Minerwa machnięciem różdżki przywołała szklankę i karafkę z Ognistą Whiskey. Wypiła całą szklankę jednym haustem i powlokła się do swojej sypialni, żałując, że alkohol nie wypłucze z niej tego nieznośnego bólu, tej brudnej magii, tego wiecznego poczucia winy.