- Jeszcze trochę lukru na tym, pani profesor! – piskliwy głos rozradowanego domowego skrzata wywołał szeroki uśmiech na twarzy Minerwy.
To był cudowny dzień. Jej lwiątka pokonały Ślizgonów w meczu quidditcha. Minerwa w pełni pozwoliła porwać się przepełniającej ją dumie i postanowiła osobiście pogratulować swojej drużynie. A że nie wypadało iść do świętujących Gryfonów z pustą ręką, ostatnią godzinę spędziła w kuchni ze skrzatami, bawiąc się jak dziecko przy dekorowaniu szkarłatno-złotym lukrem czekoladowych ciasteczek.
Jakże łatwo było tutaj zapomnieć o wszystkich zmartwieniach! Skrzaty traktowały ją wręcz z nabożnym szacunkiem – nawet nie spodziewała się, że zrobienie z nimi czegoś wspólnie sprawi im tyle radości. W murach hogwardzkiej kuchni Minerwa prawie zapomniała o Voldemorcie, o Albusie, o swoich koszmarach. Tutaj mogła pozwolić sobie nawet na dziewczęcy chichot, gdy Sreberek, wyjątkowo nieporadny skrzat, rozsypał na nią całą miskę mąki. Ta wesoła atmosfera przypominała jej najlepsze wspomnienia z dzieciństwa, gdy podobne ciastka piekła razem z babką.
Tęskniła za babką, za czasami, gdy to nie ona była tą odpowiedzialną, gdy inni troszczyli się o nią. Z rozrzewnieniem użyła zaklęcia, którego nauczyła ją Theresa – kryształki cukru zamieniły się w lśniące, złote gwiazdeczki. Skrzaty zaklaskały, a potem same zaczęły stosować to zaklęcie na potęgę – ciastka utonęły pod warstwą czerwonego lukru i złotych gwiazdek. Minerwa machnęła różdżką – ciastka ułożyły się w kilka zgrabnych stosów – skrzaty zabrały się za pakowanie ich w kolorowe pudełka. Największe Minerwa przewiązała czerwoną wstążką.
- Milady, zanim pani pójdzie, ma pani mąkę na szatach. – Morgose, jedna ze starszych skrzatek z przerażeniem wskazała na biały pył na czarnych szatach Minerwy. Czarownica zaklęciem pozbyła się mąki, a skrzatce podała jedno z pudełek.
- Powinno starczyć po jednym dla was. Jestem wam bardzo wdzięczna za pomoc. – Minerwa kiwnęła głową zgromadzonym przed nią skrzatom.
- Milady, to zaszczyt pani służyć! – wykrzyknął Zgredek, a za nim podniósł się chór skrzacich głosów. Nauczycielka skłoniła głowę, zabrała pudełka i z nieprzyzwoicie szerokim uśmiechem na twarzy ruszyła do wieży Gryffindoru.
Odgłosy zabawy słychać było już poniżej jej apartamentów. Minerwa pomyślała, że to będzie kolejna nieprzespana noc, ale nie miała nic przeciwko. Przeskakiwała po dwa stopnie naraz, zapominając nawet o bólu spowodowanym zbyt dużym wysiłkiem. Dziwnie lekkim tonem podała Grubej Damie hasło – namalowana na płótnie kobieta aż uniosła brwi ze zdumienia.
Mało kto zauważył jej wejście. Uczniowie rozmawiali, jedli, śmiali się głośno i tańczyli do dźwięków zaczarowanej gitary. Byli tacy beztroscy, tacy szczęśliwi… Minerwa postanowiła, że nie będzie psuła im zabawy swoją obecnością. Już miała się wycofać, gdy ktoś pojawił się za jej plecami.
- Pani profesor, zaraz ich uciszę. – rzekł Neville Longbottom, z lekkim zdumieniem błądząc wzrokiem między jej twarzą a wielką paczką, którą trzymała.
- Nie, nie ma potrzeby. Niech tylko się położą spać o rozsądnej porze. I daj im to, Longbottom, oraz przekaż moje gratulacje. Dzisiejsza wygrana sprawiła mi wiele radości. – oznajmiła cicho Minerwa, oddając na ręce Gryfona pudło z ciasteczkami. Twarz Neville'a rozjaśnił uśmiech, chłopak skłonił głowę i ruszył na środek pokoju wspólnego. Minerwa wycofała się. Gdy zamykało się za nią przejście, ku swojemu zdumieniu usłyszała głośne okrzyki: ,,Gryffindor! Dom Lwa!" oraz ,,Ciastka!" Schodząc po schodach, pomyślała, że kocha swoją pracę. Bo przecież nigdy nie chodziło tylko o zbawienny wpływ Hogwartu na jej sny.
Była już przy portrecie strzegącym wejścia do jej apartamentów, gdy, słysząc kolejne dzikie okrzyki z góry, zdecydowała, że może lepiej spożytkować ten czas sprawdzając wczorajsze eseje pięciorocznych Puchonów. Jutro będzie miała mniej roboty. Niestety, eseje zostały w klasie transmutacji w drugiej części zamku. Zostawiła więc paczki z ciastkami na stoliku w salonie i wyszła po eseje.
Zmieniła się w kotkę. Zanim jednak ruszyła z miejsca, zwinęła się w kulkę – od ataku Umbridge każda transformacja wywoływała mniejszy lub większy ból w klatce piersiowej. I choć Minerwa ze wszystkich sił starała się przezwyciężyć tępe pulsowanie, przypominało jej ono o jej ograniczonej mocy, o jej rosnącej bezradności, o starości. Tak, Minerwa od kilku miesięcy miała wrażenie, że z pełnej sił wiedźmy zmieniła się w zasuszoną staruszkę. Brak fizycznych sił ją martwił – najchętniej zapytałaby Albusa, czy czuje się podobnie, w końcu był od niej sporo starszy – ale porzuciła ten pomysł, bo do chwili zranienia ręki Albus wydawał się być okazem zdrowia – jej narzekanie byłoby tylko dla niego kolejnym powodem do niepokoju.
Wtem, zupełnie niedaleko od klasy transmutacji Minerwa usłyszała czyjś tłumiony szloch. Błyskawicznie wróciła do ludzkiej formy. I tym razem zgięło ją z bólu, ale wyszarpnęła różdżkę i ruszyła do drzwi pustej klasy od zaklęć, skąd dochodził płacz.
Była gotowa na pijaną Trelawney, grupę śmierciożerców albo figlującego Irytka. Nie spodziewała się zupełnie zobaczyć zapłakanej Hermiony Granger.
Na jej widok dziewczyna podskoczyła, przerażona, choć Minerwa natychmiast opuściła różdżkę.
- Pani profesor! Ja przepraszam… nie powinno mnie tu być… środki bezpieczeństwa… proszę dać mi szlaban… niech pani nie odejmuje punktów Gryffindorowi… ja… tylko chciałam uciec…pani profesor… nie punkty… - Hermiona bardzo chciała zapanować nad szlochem, ale łzy ciekły jej po policzkach nieprzerwanym strumieniem. Minerwa przez kilka sekund wpatrywała się w to zjawisko na twarzy swojej ulubionej uczennicy, wiedząc, że sama nie pamięta jakie to uczucie – płakać i nie móc przestać. Ostatecznie jednak wyciągnęła z kieszeni chustkę w kratę i podała dziewczynie.
- Chodź. – mruknęła, lekko popychając Hermionę do drzwi.
- Ja nie mogę tak wrócić do wieży Gryffindoru… pani profesor… - wydukała Gryfonka, bezskutecznie próbując osuszyć chustką oczy – kolejne łzy napływały ciągle.
- Nie, najpierw porozmawiamy. – powiedziała Minerwa, dziarskim krokiem idąc w stronę wieży Gryffindoru. Hermiona powlokła się za nią, co chwilę hałaśliwie wycierając nos w kraciastą chustkę. Zgodnie z słowami Minerwy, nie poszły do pokoju wspólnego – nauczycielka przeprowadziła Hermionę przez swój zaciemniony gabinet do salonu. Machnięciem różdżki przywołała imbryk z herbatą – kolejne zaklęcie i mogła nalewać parujący napar do filiżanek. Bez słowa otworzyła jedno z pudełek z ciastkami i podała Hermionie.
Dziewczyna, która nieco zdążyła się uspokoić, na nowo wybuchnęła płaczem. Minerwa zmarszczyła brwi- Hermiona kołysała się w przód i w tył, zaciskając zapuchnięte od płaczu powieki, a w dłoni ściskała ciastko w kształcie serca.
- Och.
Nauczycielka nagle zrozumiała. To zawsze nadchodziło – piąty, szósty rok. Pierwsze miłosne zawirowania, zauroczenia i rozczarowania. Uczniowie robili się płaczliwi albo drażliwi. Albo jeszcze inaczej, zjawiali się na lekcjach cali w skowronkach. Minerwa czujnie obserwowała swoich uczniów. Zazwyczaj wygrywała zakłady w pokoju nauczycielskim o to, które pary przetrwają – jakimś dziwnym trafem wiedziała, czyja miłość jest szczera – a to przecież na szczerości budowano większość małżeństw.
,,I właśnie dlatego jestem starą panną. Nie jestem szczera nawet sama ze sobą." – pomyślała czarownica z goryczą. Na twarz jednak przywołała minę pełną współczucia. Usiadła obok Hermiony i machnęła różdżką. Ciastko w dłoni dziewczyny zmieniło kształt z serca na gwiazdkę.
- Och, pani profesor… ja jestem taka głupia… bo myślałam… nie, to nie było przemyślane… - Hermiona rozpaczliwie usiłowała znaleźć słowa.
- Spokojnie. Zjedz ciasteczko, panno Granger. – Minerwa nieco niezdarnie poklepała dziewczynę po ramieniu. Przeklinała swoją sztywność – ale jak miała pocieszyć Hermionę?
Panna Granger posłusznie zjadła ciastko, a potem wydmuchała nos.
- Lepiej? – spytała Minerwa, podając Hermionie kolejne ciastko.
- Chchyba tak. – Hermiona z zażenowaniem spuściła wzrok.
- To teraz opowiedz mi, co się stało. – Minerwa miała pewne podejrzenia co do powodu płaczu Hermiony, ale chciała usłyszeć to od niej samej.
- No bo… chodzi o Rona… Ja chyba bardzo go lubię… i myślałam… że może on też… ale on woli obściskiwać się z Lavender Brown… pani profesor… co jest ze mną nie tak? – uczennica nerwowo mięła w dłoni przemoczoną chusteczkę.
- Nic, Hermiono. Jesteś ładna, mądra i potężna. Pan Weasley jest ślepy, skoro się na tobie nie poznał. Prędzej czy później zrozumie swój błąd, ale jego błędy nie są warte twoich łez. – Minerwa sama była zdumiona, jak łatwo te słowa popłynęły z jej ust. Zarumieniona Hermiona też nie dowierzała zasłyszanym komplementom.
- Zawsze byliśmy my we dwoje i Harry. I Harry… kocham go jak przyjaciela, ale Ron… nie umiem tego nazwać. – rzekła wreszcie Hermiona.
- Wiem, panno Granger. To trudny czas dla was wszystkich – byłby trudny i bez tej wojny. To może być bolesne, ale będziecie musieli wznieść się ponad swoje uczucia – Harry będzie was potrzebował. Obojga. – Minerwa z powagą patrzyła w oczy uczennicy.
- Tak… ale to jest takie… jak oni prawie pożerali się nawzajem. – wyrzuciła z siebie Hermiona z udawaną odrazą. Minerwa przewróciła oczami.
- To typowe, panno Granger, obserwuję podobne przypadki od wielu lat. Ale od początku obserwuję też waszą trójkę. Pan Weasley nie jest głupi – to powierzchowne zauroczenie panną Brown minie. – rzekła Minerwa z przekonaniem. Czuła się dziwnie, rozmawiając z Hermioną o miłości. Zaskakujące było to, jak łatwo jej to przychodziło – ufała tej dziewczynie bardziej, niż byłaby skłonna przyznać.
- Och pani profesor, jestem taka głupia… żeby tak się załamać. – Hermiona ze wstydem pokręciła głową.
- Głupia to ostatni epitet, jakim bym cię określiła, panno Granger. – natychmiast zaprotestowała Minerwa.
Dziewczyna spojrzała na nią szeroko otwartymi oczami.
- Naprawdę? Bo ja zawsze chciałam… być mądra… pani by nie szlochała w pustej klasie. – wyszeptała Hermiona.
Minerwa przez chwilę kontemplowała te słowa. Nie, nie płakałaby, bo już nie potrafiła. A kiedyś… to nigdy nie było proste. Przecież…
- Ja… nie wiem, co mogłabym ci jeszcze powiedzieć, Hermiono. – przyznała szczerze nauczycielka. Dziewczyna wyraźnie się zmieszała.
- Oczywiście, nie powinnam w ogóle zaprzątać pani tym głowy. Proszę dać mi szlaban i wrócę do swojego dormitorium. – szybko zaproponowała Hermiona.
- Nie o to chodzi, panno Granger. Jestem opiekunką Gryffindoru, powinnam pomagać wam w waszych problemach, nie ważne jakie by nie były. Sęk w tym, że … miłosne perypetie innych ludzi zawsze mnie przerastały. – Minerwa nerwowo zatarła ręce – owszem, zauważała zakochanych wokół siebie, ale nigdy nie poświęcała ich uczuciom większej uwagi. Była nie gorsza niż Albus – też skupiała się tylko na sobie, na swoich …frustracjach?
- Ależ pomogła mi pani, pani profesor. Przecież nie mogłabym oczekiwać, że rozwiąże pani za mnie tą sytuację. Teraz jednak myślę, że znajdę odwagę by wrócić do pokoju wspólnego. I te ciastka – są naprawdę pyszne. – Hermiona uśmiechnęła się lekko.
Minerwa podała jej resztę ciastek i rzekła:
- Drzwi mojego gabinetu są zawsze otwarte dla uczniów szukających rady.
- Dziękuję, pani profesor. – Gryfonka wstała. Minerwa również się podniosła. Czuła się okropnie- w jej oczach problem Hermiony wcale nie był rozwiązany, a jednak ona nie miała środków, by na to zaradzić. Znów była bezsilna.
- Dobranoc, pani profesor. – Hermiona jeszcze raz się uśmiechnęła blado. Minerwa skinęła głową. Gdy przejście za portretem zamknęło się za dziewczyną, starsza czarownica westchnęła głęboko.
Miłość. Albus twierdził, że to najpotężniejsza moc na świecie. A jednak Minerwa kojarzyła ją jedynie z bólem.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa zmusiła się do zwolnienia kroku – lewitowanie sporej paczki opakowanej w ozdobny papier przy rozproszonej uwadze i pośpiechu mogło skończyć się mało przyjemnym wypadkiem.
Była Wigilia Bożego Narodzenia. Wspólne spotkanie nauczycieli pozostałych w zamku skończyło się jakiś kwadrans temu. Minerwa już dawno przestała odnotowywać raczej depresyjne nastroje kolegów w ten dzień. Żadne z nich nie czerpało radości z tych spotkań – bo bycie w grupie wcale nie eliminowało poczucia samotności. Nikt jednak nie ważył się wyjść dużo przed czasem – każdy czuł obowiązek udawania, by tylko nie przygnębiać innych – nawet Severus był obecny na tych spotkaniach, choć zazwyczaj zaszywał się w kącie.
Jedyną osobą, która miała prawo odrzucić pozory był dyrektor. I choć Albus od lat grał z tę dziwną grę niedomówień, tym razem po prostu złożył każdemu życzenia i wyszedł. Minerwa, którą pominął, starannie ukryła niepokój – jej wyczulone zmysły natychmiast wychwytywały wyczerpanie na twarzy przyjaciela, grymas bólu przy gwałtowniejszym ruchu, cięższy oddech. Nauczycielka transmutacji nie poszła za nim – gra musiała się toczyć, grono pedagogiczne nie powinno martwić się stanem dyrektora, ona była jego formalną zastępczynią. Tak więc siedziała w pokoju nauczycielskim do końca, w duchu odliczając ciągnące się minuty.
Gdy ostatnia osoba, Poppy, życzyła jej dobrej nocy i opuściła pokój nauczycielski, Minerwa udała się do swoich komnat, zabrała wielką paczkę i ruszyła do gabinetu dyrektora. Po drodze rozmyślała… Wyczuwała, że te święta będą powleczone cieniem toczącej się wojny, okraszone atmosferą strachu i zasłonięte mgłą złych przeczuć.
Harry był w Norze – o dziwo Albus uznał, że będzie tam dość bezpieczny – Minerwa, choć nie do końca przekonana, nie mogła się mu sprzeciwić. Zanim jednak wszyscy zgromadzili się w domu Weasley'ów na święta, zastępczyni dyrektora pojawiła się w Norze by rzucić tuzin dodatkowych zaklęć ochronnych.
Ruchome schody zatrzymały się przed drzwiami do najważniejszego pomieszczenia w Hogwarcie. Minerwa zastukała kołatką, jednocześnie upewniając się, czy wielka paczka za nią jest nienaruszona. Drzwi otworzyły się same, a kobieta weszła do środka pewnym krokiem.
Na początku nie zauważyła Albusa – nie siedział na wysokim dyrektorskim krześle za biurkiem, lecz w jednym z foteli po lewej stronie.
- A cóż to przytargałaś do mnie, moja droga? – błękitne oczy zamigotały na kilka chwil.
- Twój świąteczny prezent. – Minerwa machnęła różdżką, a paczka przemknęła obok niej, by zatrzymać się przed Albusem. Ku zdumieniu czarownicy, dyrektor nie wstał, by z dziecięcą radością rozerwać papier, jak zawsze czynił. Z wysiłkiem uniósł różdżkę i słabym głosem wypowiedział słowa zaklęcia. Papier opadł.
Przez chwilę panowała cisza. Gdy Albus ją przerwał, był wyraźnie wzruszony.
- Jest przepiękny. Pomożesz zawiesić mi go w salonie?
Mag z dziwną melancholią na twarzy wpatrywał się w ogromny obraz przedstawiający Hogwart. Malowidło przedstawiało zamek w pełnej krasie, od strony głównej bramy, z Wieżą Astronomiczną górującą nad wszystkim. Bardzo podobny obraz, lecz przedstawiający szkołę od strony jeziora, wisiał w gabinecie Minerwy.
- Oczywiście. Zaczarowałam go tak, by niektóre elementy zmieniały się wraz z porami roku. A jeśli szkole będzie groziło niebezpieczeństwo, na niebie pojawią się błyskawice. – wyjaśniła Minerwa, niewerbalnie lewitując obraz w stronę schodów prowadzących do salonu Albusa. Sam dyrektor podniósł się z stłumionym stęknięciem i szybko rzucił:
- Zawsze zaskakujesz mnie cudownymi świątecznymi prezentami, Minerwo.
- Wszyscy dają ci książki, chcę być oryginalna. – odpowiedziała przez ramię.
W salonie Albusa rozejrzała się z wahaniem. Przyjaciel bez słowa wskazał jej wolną przestrzeń obok innego obrazu.
- Hogwart i Dolina Godryka. Dwa miejsca, które były mi domem. – mruknął Albus, wodząc wzrokiem między nowym obrazem, a krajobrazem uśpionej, przysypanej śniegiem doliny. Minerwa mimowolnie pomyślała o spokojnych wzgórzach wokół rezydencji McGonagallów. Umysł natychmiast podsunął jej obrazy smaganych wiatrem wrzosowisk, schludnych szkockich wiosek, pachnących igliwiem borów i majestatycznych kamiennych monolitów. Była tak zatopiona w kontemplowaniu urody swej ojczyzny, iż nie zauważyła, że Albus podszedł do jednego z kredensów i wyjął coś z szuflady.
- Ja też mam dla ciebie prezent. – odchrząknął czarodziej, wyrywając ją z rozmyślań. Minerwa zamrugała – Dumbledore stał tuż obok, wyciągając do niej poparzoną dłoń, w której trzymał, małe, niebieskie pudełko.
- Cóż tu mamy? – Minerwa przywołała na twarz wyraz radosnej ciekawości.
- Tym razem wspólny prezent ode mnie i Aberfortha. – odpowiedział Albus, siadając w fotelu.
Minerwa uniosła brwi – bracia nawet nie spędzali razem świąt – czemu więc mieliby razem robić dla niej prezent? Jej ciekawość wzrosła jeszcze bardziej, gdy zobaczyła karteczkę, nakreśloną eleganckim pismem Albusa:
,,Lady Minerwie Aurelii McGonagall w dowód wdzięczności za zasługi oddane rodzinie Dumbledore. A&A Dumbledore."
Pisanie w tak formalnym tonie było zupełnie niepodobne do Albusa. Szczerze tym zaniepokojona, Minerwa otworzyła pudełko.
Urwany okrzyk wyrwał się z jej gardła.
W środku błyszczała doskonale jej znana para kolczyków. Jeden błyszczący, jakby świecący własnym blaskiem i drugi, matowy, jakby ubogie odbicie lśniącego brata.
- Kolczyki Roweny. Ale przecież… Voldemort ukradł jeden… - zaczęła nieporadnie.
- Jeden z pary należącej do twojej rodziny. Drugi z tamtej pary nadal spoczywa w grobie twojej babki. To jest druga para. – wyjaśnił Albus zmęczonym tonem.
- Druga para? Ale jak je znalazłeś? I nie mogę ich przyjąć, przecież ten należący do Roweny nie może wpaść w ręce Voldemorta. – mówiła szybko Minerwa.
- Mówiłem ci, że te kolczyki są dla mnie znajome. Były w mojej rodzinie od dawna. – oznajmił czarodziej.
- Ale… nie powinieneś mi ich dawać… Aberforth… - trudno było jej ubrać w słowa myśli – widok lśniących kolczyków nadal wydawał jej się być snem.
- Stwierdził, że śmiesznie by w nich wyglądał. – mruknął Albus. Minerwa spojrzała na niego – jej uśmiech zbladł.
- Dobrze się czujesz, Albusie? – zapytała, podchodząc do niego.
- Tak. Może niebieski to nie twój ulubiony kolor, ale mam nadzieję, ze prezent ci się podoba. – mag próbował szybko zmienić temat.
- Są piękne. I bardzo lubię niebieski. Powiedz mi jednak, czy ty nie jesteś czasem wyczerpany? – Minerwa ostrożnie dotknęła czoła Albusa – zdziwiło ją zimno bijące z jego skóry.
- Nic mi nie jest, Minnie. – dyrektor machnął ręką, ale użył chorej dłoni i nie zdołał powstrzymać syku bólu.
- Wcale. – burknęła sarkastycznie Minerwa, maskując niepokój – dawno nie widziała przyjaciela w tak złym stanie. Z determinacją ruszyła do kredensu w kącie. Wygrzebała ze środka kilka paczek z suszonymi roślinami.
- Powinieneś poprosić Horacego o uzupełnienie zapasów. – mruknęła, mieszając zioła.
- Mam jego i Severusa pod ręką. Zresztą odzwyczaiłem się od samodzielnego warzenia mikstur. – głos Albusa był zupełnie słaby. Minerwa podgrzała wodę w dzbanku prostym zaklęciem i zalała mieszankę ziół. Potem wlała napar do przywołanego z kuchni kubka i ostrożnie podała go Albusowi do zdrowej ręki. Mag wypił łyk i skrzywił się:
- Co to jest? Smakuje okropnie. – uznał z szczerością.
- Bukiet wzmacniających ziół. I pij, póki gorące, a nie narzekasz. – rzekła, znów wracając do kredensu z ingrediencjami. Przez jakieś pięć minut szukała interesujących ją składników. Kolejny kwadrans mieszała różne substancje, kątem oka obserwując Albusa. Dyrektor pił zioła, ale nie odzywał się.
- Z szachów chyba dziś nici. – przerwał w końcu ciszę. Minerwa kiwnęła głową – wyraźnie usłyszała żal w jego głosie.
Gdy maść, jaką robiła, była gotowa, Minerwa przywołała wilgotną szmatkę i podeszła do Albusa. Mag chyba próbował zaprotestować, ale nie miał sił. Z lekkim grymasem na twarzy patrzył jak Minerwa delikatnie odwija rękaw jego szaty, ukazując poczerniałą, poparzoną rękę, której długie palce przypominały szpony.
Sama Minerwa z niewzruszoną miną zanurzyła szmatkę w miksturze i przyłożyła do zniszczonego klątwą ramienia przyjaciela. Wystarczyło spojrzeć na jego twarz, by wiedzieć, że maść przyniosła ulgę. Dokładnie, kawałek po kawałku, Minerwa smarowała chorą rękę Albusa. Była zdumiona tym, jak chuda była ręka Albusa i przerażona ledwie wyczuwalnym pulsem na nadgarstku. Zniszczona, sucha i popękana faktura poparzonej skóry w niczym nie przypominała tamtych silnych, ale jednocześnie eleganckich dłoni, których jedwabisty dotyk zostawiał dreszcze na jej skórze…
- Dlaczego to robisz? – odezwał się mag zachrypniętym głosem. Minerwa uniosła oczy – napotkała zmrużone spojrzenie przyjaciela.
- Godzinami siedziałeś przy mnie, gdy leżałam w św. Mungu. Teraz ja miałabym cię tu zostawić? – mruknęła Minerwa, wracając do przerwanego rozsmarowywania maści.
Przez chwilę jeszcze klęczała obok fotela, cierpliwie pokrywając każdy kawałek ręki Albusa kojącą ból maścią. Wtem Albus przykrył jej dłoń swoją zdrową ręką i rzekł:
- Jesteś zdecydowanie zbyt dobra dla mnie.
Minerwa nie wiedziała co odpowiedzieć. Czuła się okropnie – w końcu gdyby… pamiętał , widziałby w niej jedynie źródło zła. A tak… mogła jedynie pokręcić głową.
- Zostawię ci maść na kredensie. Potrzebujesz czegoś? – rzuciła dość opryskliwie, podnosząc się z kolan.
- Nie, ale bardzo ci dziękuję, moja droga. Nie przejmuj się mną. Odpocznij, od tego są w końcu święta. – Albus wyraźnie zmusił się do uśmiechu – jego oczy nie migotały.
Minerwa pokiwała głową – nie ufała swojej samokontroli na tyle, by dalej się mu narzucać. W kieszeni czuła ciężar pudełka z kolczykami Roweny. Popatrzyła przez moment na złożonego niemocą dyrektora – zadrżała na myśl o tym, że te święta, osnute cieniem ich wzajemnego braku zaufania, mogą być ostatnimi normalnymi świętami w Hogwarcie.
Nie.
Przywołała się do porządku. Jeszcze raz spojrzała na Albusa – na mężczyznę, któremu oddałaby wszystko – swoje serce, swoje myśli, swoją duszę. Z melancholią uniosła dłoń w górę i zakręciła nią w powietrzu w subtelny sposób. Mag zmarszczył brwi, a potem spojrzał w górę. Migotanie w jego oczach powróciło, gdy zobaczył rozrastającą się nad głową jemiołę. Minerwa z delikatnym uśmiechem podeszła do niego i nachyliła się.
Ostrożnie pocałowała go w policzek. Przymknęła oczy, czując przepływającą między nimi magię. To nie było zwyczajne –obydwoje to wiedzieli. A jednak … nawet teraz pewne rzeczy tkwiły między nimi jak cierń. Minerwa odsunęła się lekko, tylko po to, by przez chwilę popatrzeć w migoczące błękitnym blaskiem oczy Albusa.
- Następne święta będą lepsze, obiecuję. – wyszeptała.
Albus pokiwał głową.
Żadne z nich już nie wierzyło w te słowa.
