Minerwa McGonagall w ostatnim momencie chwyciła rondo swojego kapelsza – dął tak mocny wiatr, że niechybnie zerwałby czarodziejską tiarę z jej głowy, gdyby nie miała dostatecznego refleksu. Wsunęła kapelusz pod pachę i zacisnęła mocniej usta, czując jak kolejny podmuch uderza ją w twarz. Że też zachciało jej się wyrwać z ciepłego i przytulnego zamku!

Jednak z drugiej strony nie mogła już znieść ciężkiej atmosfery w Hogwarcie. Znikający co chwilę Albus, wracający coraz bardziej zmęczony i zmartwiony. Potter, który chyba tylko jakimś cudownym olśnieniem uratował Weasley'a przed niechybną śmiercią. Poddenerwowany Slughorn, patrzący na nią jak na wroga – a przecież w jej głowie nie pojawił się nawet cień podejrzenia – Horacy nie mógł wiedzieć, że trunek jest zatruty. Weasley, tkwiący pomiędzy zaborczą panną Brown, a Hermioną. Poppy, która chyba pokłóciła się z Moody'm. Wszechobecny niepokój w powietrzu – kto następny otrzyma smutną wiadomość na obramowanym czarno pergaminie z ministerstwa?

W jej klatce piersiowej znów pojawił się ból, gdy przypomniała sobie rozdzierający szloch drugorocznego Puchona, który stracił starszą siostrę. Nie mogła wyrzucić z pamięci twarzy tego dziecka, wykrzywionej czystą rozpaczą i jego oczu, rozszerzonych ze strachu, wpatrujących się w nią ponad ramieniem pocieszającej go Pomony. Bo przecież co mogła zrobić? Była bezsilna, a w dodatku nie znajdowała słów, które mogłyby stanowić pociechę.

Jak się jednak okazało, Hogsmeade też było cieniem tej tętniącej życiem wioski, który to obraz Minerwa pielęgnowała przez lata mieszkania w Hogwarcie. Magowie jedynie przemykali po brukowanej drodze, czujnie rozglądając się wokół. Witryny wielu sklepów były zabite deskami – inne jakby tylko udawały dawną świetność. Podobne wrażenie wioska sprawiała jedynie trzy lata temu, gdy po jej ulicach krążyli dementorzy.

Minerwa pchnęła drzwi Trzech Mioteł. Kiedyś nikt nawet nie odnotowałby jej wejścia, ale dziś połowa głów odwróciła się do drzwi. Nauczycielka odruchowo uniosła wyżej głowę – był to jeden z wielu nawyków z dzieciństwa. To sprawiło, że część magów z zażenowaniem się odwróciła, niektórzy nerwowo skinęli jej głowami. Ignorując wszystkich, Minerwa z szelestem szat podeszła do baru.

- Profesor McGonagall! – madame Rosmerta, barmanka, nie straciła jednak ani swojej otwartości, ani upodobania do obcisłych strojów.

- Dzień dobry, Rosmerto. – Minerwa, doskonale świadoma rzucanych jej ukradkowych spojrzeń, już zaczynała żałować przyjścia tutaj.

- To co zwykle, pani profesor? Czy może miód pitny, albo ognistej? – barmanka energicznie wycierała kufel po piwie, jednocześnie puszczając oczko do siedzącego po lewej czarodzieja.

- Miodu… nie, poproszę tylko herbatę. – Minerwa nagle przypomniała sobie, że Slughorn wspominał, że zatruty miód dostał z ,,Trzech Mioteł". To ostatecznie sprawiło, że Minerwa z niewesołą miną usiadła przy oknie – stąd miała dobry widok zarówno na ulicę, jak i na wnętrze baru. Rosmerta szybko przyniosła jej herbatę. Gdy ponownie zniknęła za barem, Minerwa zobaczyła jak z jednego kąta izby podnosi się młoda czarownica i raźnym krokiem zmierza w jej kierunku.

Nauczycielka hardo lustrowała wzrokiem zbliżającą się nieznajomą. Była niewiele starsza od Pottera – ładna, ale nie piękna. Ubrana była w luźną, ciemnoniebieską szatę. Miała proste jasne włosy i niezbyt charakterystyczną twarz, a jednak było w niej coś wyraźnie znajomego.

- Profesor McGonagall? – gdy nieznajoma zatrzymała się przed jej stolikiem, Minerwa była zmuszona jeszcze wyżej zadrzeć głowę, by patrzeć jej w oczy. Jej umysł natychmiast wychwycił lekki francuski akcent.

- Tak, profesor McGonagall to ja. – rzekła, wyraźnie podkreślając nauczycielski tytuł.

- Clementine Dubois. Szukałam pani. – na twarzy kobiety pojawiło się coś na kształt ulgi.

- Zatem proszę usiąść, madame Dubois. – Minerwa tym razem zrobiła użytek ze swojego świetnie udawanego francuskiego akcentu. Słysząc go, nieznajoma uśmiechnęła się.

- Zapewne zastanawia się pani, pani profesor, kim jestem. – rzuciła czarodziejka, siadając z wdziękiem.

- Oczywiście. Nie jest pani moją uczennicą, bo dobrze pamiętam twarze osób, które gapiły się na mnie z niezrozumieniem przez co najmniej pięć lat. Poza Hogwartem rzadko widzę tak młodych ludzi jak pani. A jednak wydaje się pani dziwnie znajoma. – odpowiedziała szczerze Minerwa.

- Może więcej powie pani panieńskie nazwisko mojej babki – Flammel. – odpowiedziała Clementine.

Nagle wszystko nabrało sensu – piękno, ale jakby rozmyte. Mądrość spojrzenia, lecz przytłumiona przez brak doświadczenia. Ciekawość w tonie, ale bez naukowego zacięcia.

- Zatem jest pani potomkinią Nicolasa i Perenelle. – stwierdziła Minerwa, uważnie obserwując reakcję rozmówczyni – pamiętała, że rozliczni potomkowie Flammelów podzielili się na dwie grupy –tych, którzy nie wybaczyli Odwiecznym ,,luksusu" nieśmiertelności i tych, którym nie przeszkadzał fakt, że czas był dla nich mniej łaskawy niż dla pary ich przodków.

- Tak i zaskakujące, że spotykamy się dopiero teraz, pani profesor. Jako dziecko spędzałam każde wakacje u Perenelle i Nicolasa. – rzekła dziewczyna.

Minerwa przez chwilę mrużyła oczy. Flammelowie mieli tylu potomków, że ona i Albus często gubili się w plątaninie tych samych imion. Nie przypominała sobie jednak, by Perenelle wspominała cokolwiek o dalekiej wnuczce imieniem Clementine. Chyba że…

- Clemmie. – powiedziała bardziej do siebie niż do czarownicy.

- Tak na mnie wołano w dzieciństwie.

Nauczycielka kiwnęła głową. A potem dodała:

- Nie spotkałyśmy się wcześniej, bo wakacyjna przerwa wypada inaczej w Beauxbatons niż w Hogwarcie. Bo chodziłaś do szkoły we Francji, prawda … Clementine? – Minerwa uznała, że swobodnie może porzucić tytułowanie kobiety.

- Tak. Choć wiele razy zastanawiałam się, czy nie lepiej byłoby mi w Hogwarcie. – odpowiedziała potomkini Flammelów, poprawiając opadające na twarz włosy. Minerwa lekko uniosła kąciki ust – dla niej samej Hogwart jako szkoła nie miał sobie równych – i wcale nie chodziło o to, że sama tam nauczała.

- Zastanawia mnie, z jaką sprawą mnie szukałaś, Clementine. – oznajmiła szczerze nauczycielka.

- Była pani bliską przyjaciółką Nicolasa i Perenelle. Rozumie pani, pani profesor, jak łatwo można było nawiązać z nimi silną więź. Byli mi bliżsi niż rzeczywiści dziadkowie – niezwykle trudno było mi zrozumieć ich dobrowolne odejście… - Clementine potrząsnęła głową, a jej oczy zabłyszczały nienaturalnie .

- To była dobrze przemyślana decyzja, choć osobiście uważam, że nasza społeczność powinna bardziej docenić ją jako heroiczne poświęcenie, w końcu głównym powodem było powstrzymanie Voldemorta w jego dążeniu do nieśmiertelności. – Minerwa na koniec ściszyła głos- wiedziała, że swobodne wspomnienie imienia czarnoksiężnika mogłoby wzbudzić niepotrzebne zainteresowanie.

- Kiedy tydzień temu przybyłam do Anglii, zaczęłam się zastanawiać, czy ich poświęcenie nie poszło na marne. – wyznała Clementine, wskazując podbródkiem na opustoszałą i szarą ulicę za oknem.

Minerwa nie odpowiedziała. Kiedyś, kiedy bardzo brakowało jej cichego zrozumienia Perenelle i obiektywnego spojrzenia Nicolasa sama zadawała sobie to pytanie. Lecz ostatecznie umysł podpowiadał jej , że bez zniszczenia Kamienia Filozoficznego, Tom powróciłby znacznie szybciej. Niewiele osób rozumiało, że rezygnując z wiecznego życia, Nicolas i Perenelle kupili Harry'emu cenny czas – czas na naukę, na względnie normalne funkcjonowanie. Nie była pewna, czy Odwieczni mieli głównie to na uwadze, czy może oni również byli figurami na szachownicy Albusa . I choć Minerwa nienawidziła siebie za to, bardzo łatwo wierzyła w teorię, że dyrektor sam przekonał przyjaciół do tego kroku.

- Nie jestem tu jednak by roztrząsać słuszność ich decyzji, pani profesor. Kiedy rozmawiałam z nimi po raz ostatni, Perenelle przydzieliła mi pewne zadanie, misję, którą poprzysięgłam wypełnić. – uroczyście oświadczyła Clementine. Minerwa uniosła brwi – o co mogło chodzić?

- Oto jak brzmiały jej słowa: ,,Gdy zostanie zamordowana sprawiedliwość i prawo, znajdź władczynię smoków i powiedz jej, że gdy wróżbitka i centaur stwierdzą, że nadchodzi czas, powinna rozdać życie. Będą go potrzebować."

Minerwa otworzyła szeroko oczy – z wrażenia i zaskoczenia. Clementine, poczytując jej milczenie jako efekt szoku, wyjaśniła łagodnym tonem:

- Przez lata zastanawiałam się, co Perenelle miała na myśli. Najpierw szukałam we Francji, ale potem odkryłam, do kogo może odnosić się tytuł ,,władczyni smoków" i to, a także morderstwo Amelii Bones przywiodło mnie tutaj.

- ,,Gdy zostanie zamordowana sprawiedliwość i prawo." – powtórzyła Minerwa, krzywiąc się na wspomnienie pełnego krwi domu Amelii.

- Tak. Dodatkowo dowiedziałam się, że w Hogwarcie wróżbiarstwa naucza zarówno wnuczka znanej jasnowidzącej jak i centaur. Wszystko pasuje – jako ostatnia Smocza Wojowniczka jest pani władczynią smoków.

- Sza, to nie jest powszechna wiedza i tak ma pozostać. – uciszyła kobietę Minerwa. Jednocześnie przetwarzała zasłyszane informacje – nigdy nie wątpiła w ogromne i nieujawnione zdolności magiczne Flammelów. A zarówno śmierć Amelii i obecność w Hogwarcie Firenzo i Trelawney nie mogły przypadkowo zgadzać się z tymi słowami. Lecz co oznaczało, że ,,nadchodzi czas" ? Czego czas? Wojny? Upadku Voldemorta?

- ,,Rozdać życie". – wyszeptała Minerwa. Jej pierwszym skojarzeniem było dawanie życia jako rodzenie dziecka, ale przecież nie mogło o to chodzić – nawet gdyby Perenelle jakimś cudem wiedziała, co zaszło podczas wojny z Grindelwaldem.

- Tylko tego nie rozgryzłam, ale myślę, że chodzi o coś z Eliksirem Życia, esencją z kamienia. – odezwała się Clementine, a jej oczy lśniły z podniecenia.

Minerwa westchnęła. Natychmiast przypomniała sobie o małej buteleczce z różowego kwarcu, ukrytej głęboko w samym sercu biblioteki rezydencji – tylko dwie żyjące osoby wiedziały o istnieniu tej buteleczki, a jedynie ona znała miejsce jej ukrycia.

Flammelowie z okazji przekroczenia progu dorosłości podarowali jej małą dawkę Eliksiru Życia, przykazując, by wykorzystała ją mądrze.

Ileż razy Minerwa przeklinała samą siebie, że nie wykorzystała cennej substancji – gdy umierała jej babka, Lucas Longbottom czy inni drodzy jej ludzie. Ileż razy zastanawiała się, czy nie powinna zniszczyć fiolki, by nie wpadła w ręce Toma! A teraz, gdy już zapomniała o istnieniu cennego daru, tajemnicza przepowiednia Perenelle nakazywała jej ,,rozdać" go, gdy nadejdzie czas.

- Powinnaś wracać do Francji, Clemmie. – rzekła cicho Minerwa. Clementine spojrzała na nią z niedowierzaniem.

- Ale… to wszystko? Przecież to było ważne, ja nie mogę teraz tak po prostu… - zaprotestowała kobieta.

- Wykonałaś swoje zadanie. Dostarczyłaś mi ważną wiadomość, która może okazać się kluczowa dla losów naszej społeczności. To jednak stawia cię w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wracaj do Francji i trzymaj się z dala od tutejszego chaosu. – Minerwa już postanowiła – nie zamierzała narażać potomkini Nicolasa i Perenelle.

- Jest pani pewna, pani profesor? Mogłabym się przydać… - zaczęła młoda wiedźma.

- Jestem absolutnie pewna. Dziękuję ci, Clementine, za twój trud i gotowość. – nauczycielka zdecydowanym gestem wyciągnęła rękę.

- Zatem dobrze. Lecz gdybym była potrzebna… proszę się nie wahać. Jestem zaszczycona, mogąc panią poznać, profesor McGonagall. – Clementine uścisnęła mocno rękę Minerwy.

Gdy pół godziny później Minerwa zmierzała do Hogwartu, nadal słyszała głos Perenelle: ,,Powinna rozdać życie. Będą go potrzebować."

Już wiedziała, że musi sprowadzić Eliksir Życia do Hogwartu. Mimo całej swojej niechęci do wróżbiarstwa, wierzyła w moc Perenelle. Zamierzała czekać na zielone światło od Sybilli i Firenzo, nawet jeśli ich zgodne wspólne zdanie wydawało się być niemożliwe. I postanowiła, że nikomu nie powie o tym, co przekazała jej Clementine – czuła obowiązek chronić potomkinię Flammelów, a poza tym… Albus nie mógł się dowiedzieć. On prowadził swoją rozgrywkę, której głównym celem było pokonanie Voldemorta. Ona jednak czuła na sobie ciężar innej misji – pragnęła bezwzględnie chronić swoich uczniów – nie bacząc na to, ile krwi śmierciożerców miała przelać, ile własnej mocy stracić – nawet wykorzystać ostatnią na świecie dawkę Eliksiru Życia.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Albus Dumbledore siedział w swoim dyrektorskim fotelu, a jego nieruchome spojrzenie było utkwione w zniszczonym pierścieniu, leżącym na biurku. Nie musiał podnosić głowy, by wiedzieć, że zarówno Fawkes, jak i portrety jego szacownych poprzedników przypatrują mu się z wyraźną troską. Doskonale wiedział, co teraz sobie myślą. Mogli mieć różne opinie, mogli się martwić o niego, o szkołę. Lecz nie rozumieli.

No może… Dumbledore odwrócił głowę – za nim wisiało malowidło przedstawiające Armando Dippeta.

- Nie wierzę, że dopuściliśmy do narodzenia się takiego zła w Hogwarcie. – odezwał się starzec na portrecie, z poczuciem winy wymalowanym w oczach.

- To zło było w nim już wcześniej. Nie możesz się obwiniać, Armando. Ty nie prowadziłeś go w tym kierunku. – odpowiedział cicho Albus.

- Omamił nas wszystkich – mnie, Galateę i Horacego. Tylko ty zawsze byłeś sceptyczny wobec niego. A ja cię nie słuchałem… prędzej uwierzyłbym, że szkolisz Minerwę w zakazanej magii niż w to, że Riddle się interesuje horkruksami. –Armando potrząsnął srebrną głową.

Albus nie odpowiedział. Bo przecież szkolił Minerwę w zakazanej magii…

Przymknął oczy. Już prawie zapomniał, jak zniewalający potrafił być Tom Riddle. Ale z każdym pokazywanym Harry'emu wspomnieniem… Albus coraz bardziej się bał. Ze względu na to, że jako Gryfonowi permanentny strach był mu obcy, to nowe uczucie było prawdziwą torturą. Strach wizualizował się przed nim w postaci Toma, pytającego o nauczycielską posadę, którego głęboki ton nie pozostawiał złudzeń, że poza materiałem na horkruksy szuka w Hogwarcie czegoś więcej… Potem nastoletni Riddle, który z trudem pohamował się przed zadaniem Horacemu nurtującego go pytania: ,,Czy magiczna moc ofiary jest proporcjonalna do mocy horkruksa?" Wreszcie Voldemort, walczący z Minerwą na tle ponurego grobowca McGonagallów. Dziwne uczucie zdumienia na jego twarzy, gdy jej potężny atak zachwiał jego tarczą…

Dumbledore wstał z westchnieniem. Ciągłe odtwarzanie tych wspomnień w niczym nie pomagało. Powinien działać, powinien zebrać jak najwięcej informacji… tylko tak Harry mógł wypełnić swoje zadanie. Machnięciem różdżki przywołał podróżny płaszcz.

Idąc wolno przez zamkowe korytarze, mimowolnie drżał.

Przecież wiedział, że kiedyś będzie musiał to zrobić. Przecież podejrzewał, że ten dzień nadejdzie, że wpisze się w pasmo dręczących go koszmarów. I choćby chciał, nie mógł przed tym uciec.

Najważniejsze było utrzymanie tego w tajemnicy przed osobą, która jako jedyna mogła choć trochę zrozumieć jego strach.

Wiatr dął na błoniach, tarmosząc jego szaty, uderzając chłodem w jego twarz, świszcząc w uszach. Albus nie zastosował czaru chroniącego przed jego podmuchami, jedynie uparcie szedł powoli do bramy, w chorej ręce ściskając różdżkę.

Gdy brama ze skrzydlatymi dzikami zatrzasnęła się za nim, gdy zostawił w tyle chroniących zamek aurorów, Albus nie obejrzał się już na Hogwart. Przywołał z pamięci obraz złowieszczej, szarej wieży i teleportował się z głośnym trzaskiem.

Sam tworzył zaklęcia oplatające Nurmengard, dlatego z łatwością wylądował już wewnątrz twierdzy. Kosztowało go to więcej sił, ale wierzył że było warto – choćby po to, by nie musieć patrzeć na wyryty nad wejściem napis ,,Dla większego dobra". Korytarz na najwyższym piętrze wieży był ciemny. Albus pstryknął kilka razy wygaszaczem, posyłając co kilka metrów białe kule światła. Powoli, kontrolując każdy krok, każdą myśl, ruszył ku ostatnim drzwiom – gdzie, jak doskonale wiedział, oczekiwał już na niego jego dawny ukochany, Gellert Grindelwald.

Ściągając ostatnie z zaklęć chroniących okute żelazem drzwi, Albus starał się nie patrzyć na małe, zakratowane okienko. Myślał jedynie o tym, jak cudowne były ostatnie dziesięciolecia, gdy Hogwart pozwalał mu zapomnieć… Nie pozostał jednak nieostrożny – bardzo powoli wszedł do środka celi, mocno trzymając oburącz różdżkę, której poprzedni właściciel siedział spokojnie pod przeciwległą ścianą, opleciony kilkunastoma ciężkimi łańcuchami.

Gellert nie przypominał wcale tego młodzieńca, w którym kiedyś zakochał się Albus, ani tego budzącego grozę czarnoksiężnika, który podbił pół magicznej Europy. Był wychudzonym, odzianym w pasiastą koszulę starcem, łysym i bezzębnym. Jedynie jego oczy – te lodowate, pół srebrne, pół niebieskie oczy pozostały te same.

- A więc przyszedłeś. – głos Gellerta był świszczący, ale głęboki. Albus nie mógł nie zauważyć ogromnej blizny biegnącej wzdłuż gardła czarodzieja.

- Przyszedłem. – potwierdził Albus, choć Gellert nie pytał, jedynie stwierdzał fakt.

- Pożegnać się? – prychnął Grindelwald, ciaśniej otaczając rękami kolana – łańcuchy zabrzęczały złowieszczo.

- Skąd takie przypuszczenie? – odpowiedział pytaniem Albus.

- Umierasz. Umiem wyczuć zbliżającą się śmierć, Albusie. –rzekł mag, zatrzymując spojrzenie na poczerniałej dłoni Albusa. Dyrektor Hogwartu nie odpowiedział.

- Ale nie chodzi o sentymenty, prawda? Chodzi o Voldemorta, o Insygnia, o Chłopca, Który Przeżył, o Hogwart i o nią, prawda? – Grindelwald utkwił zamyślone spojrzenie w twarzy Albusa, który żadnym gestem nie pokazał po sobie, jak bardzo wstrząsnęła nim rozległa wiedza Gellerta, jego umiejętność wyczytania wszystkiego z jego twarzy, mimo setek oklumencyjnych barier.

- Muszę wiedzieć, co spotkało Minerwę McGonagall w tej wieży. – zażądał Albus, zaraz jednak przeklinając się w myślach za poruszanie najpierw tej najistotniejszej dla niego sprawy.

- A dlaczego miałbym ci powiedzieć, Dumbledore? I co chciałbyś usłyszeć? – Gellert po raz pierwszy rozciągnął usta w bezzębnym uśmiechu – był to widok tak przerażający, że Albus prawie zadrżał.

- Do czegokolwiek tu doszło, uzbroiło ją to w moce, które są kluczowe dla całej naszej społeczności. By jednak stwierdzić, jakiego rodzaju są to moce, muszę wiedzieć, jak nauczyła się je kontrolować. – wyjaśnił Albus.

- Zatem zapytaj ją o to. Podobno ludzie, którzy się kochają, nie mają przed sobą tajemnic, prawda? – Grindelwald z rozmysłem wbił tą szpilę. Albus czuł złość, strach i gorycz formujące magię w jego ciele – jak on śmiał…

- Pytam ciebie. – warknął, nie będąc w stanie już ukrywać emocji. – Masz szanse odkupić wszystkie swoje grzechy. – dodał, już spokojniejszym tonem.

- Nie. Umrę i zabiorę ze sobą tą wiedzę do grobu. Nie pomogę jej, tej, która ukradła mi ciebie. – wysyczał Gellert mściwie.

Albus zmrużył oczy. A więc jednak. Minerwa miała rację. Gellert… nie chodziło mu tylko o moc i intelekt Albusa. Czarnoksiężnik w jakiś chory sposób go kochał… przez te wszystkie lata…

- I ty też jej nie pomożesz. Jest pusta, jest zniszczona. Żałuję tylko, że Tom najpierw skończy ze mną, zanim rozprawi się z nią. – dodał Gellert uśmiechając się złośliwie.

- Bredzisz. – Albus już nie mógł tego słuchać – teraz wiedział, że przyjście tu było błędem. Z szelestem szat odwrócił się do drzwi. Był już przy nich, gdy Grindelwald zawołał:

- I umrę ze świadomością, że kochał mnie sam wielki Albus Dumbledore, że złamałem samą niezrównaną Minerwę McGonagall i zabiłem najpotężniejszego maga, jaki miał pojawić się na tej ziemi!

Albus zawahał się. O czym mówił Gellert? Jak można zabić kogoś, kto miał się pojawić? Czy po tylu latach w zamknięciu, czarnoksiężnik zupełnie oszalał?

- To, co do ciebie czułem, nie było miłością. Żegnaj, Gellercie. – rzekł Albus, nie odwracając się. Jeszcze nigdy tak bardzo nie wierzył w te słowa. Uczucia, które przez tyle lat żywił do Grindelwalda, były niczym w porównaniu z tym, jak naprawdę kochał…

I choć wspomnienie jej słodkiego uśmiechu nieco ukoiło jego strach, nie potrafił pozbyć się echa słów Gellerta: ,,Jest pusta, jest zniszczona."

Idąc mrocznymi korytarzami Nurmengardu, każdą komórką ciała czuł ból i strach, który wsiąknął w te szare mury. Słyszał płacz, krzyki i wrzaski. Wyczuwał cierpienie. To jednak ani trochę nie pomagało w zrozumieniu tego, do czego doszło tutaj w czasie wojny. Cała ta wyprawa ani trochę nie przybliżyła go do znalezienia sposobu pokonania Voldemorta przy minimalnej liczbie ofiar. Przybycie tu jedynie otworzyło stare, piekące rany.

Teleportując się do Hogwartu, pomyślał, że tych ran nie uzdrowi ani Minerwa, ani Severus. Zresztą… czym one były w porównaniu z obrażeniami ich dusz?

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa wiedziała, że ze złości drgają jej nozdrza, ale uznała, że bardziej kluczowe jest powstrzymywanie magii, od której zaraz na jej palcach mogły pojawić się iskry.

Przed nią stał Harry Potter, ze spuszczoną głową, tak że nie widziała jego twarzy. Mogła się jednak założyć, że chłopak nie czuje skruchy. Co oczywiście jeszcze podsycało jej gniew.

- Perfidny atak! Napaść na ucznia! To jest zupełnie niegodne Gryffindoru, Potter! – krzyczała, jednocześnie wyczuwając drżenie szyb w oknach swojego gabinetu.

- Nie spodziewałabym się tego po tobie, doprawdy! Gdyby potraktować cię z pełną surowością, zostałbyś wyrzucony ze szkoły! Bardzo się na tobie zawiodłam, Potter. – dodała, a umysł podsunął jej wspomnienie podobnej tyrady, jakiej udzieliła Huncwotom…

Harry drgnął na jej ostatnie zdanie. Gdy uniósł głowę, w jego oczach można było dostrzec urazę.

- Pani profesor, Malfoy coś knuje! Wiem to! – odpowiedział, lekko unosząc głos.

- Potter, twoja niechęć do Malfoy'a jest mi nieobca, ale tym razem posunąłeś się za daleko. Nie będę tolerowała takich zachowań. – Minerwa ze złością zatknęła za ucho kosmyk włosów, który wymknął się z koka.

- Pani profesor, ale on coś planuje, on pewnie już jest na usługach Voldemorta…. – gorączkowo mówił Harry.

- Nie masz na to żadnych dowodów, Potter, a dyrektor w tym roku wzmocnił ochronę szkoły. – ucięła Minerwa. Musiała ufać, że Albus nie bagatelizował poczynań tego młodego Malfoy'a. Jednocześnie jej samej trudno było pozbyć się dziwnego uczucia związanego z tym chłopcem. I niestety, to wahanie Potter musiał wyczytać z jej twarzy.

- Przecież pani sama wie, że Malfoy knuje coś złego. Można go powstrzymać… trzeba się tylko dowiedzieć… - zaczął Potter.

- Dosyć tego, Potter. – ucięła Minerwa. Miała już po dziurki w nosie całej tej sprawy.

- Mogę ci zagwarantować, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by zapewnić uczniom bezpieczeństwo, nawet jeśli będzie to wiązało się z powstrzymywaniem ciebie przed atakiem na Malfoy'a, Potter. A teraz lepiej odejdź. I pamiętaj żeby stawiać się punktualnie na wszystkich szlabanach z profesorem Snape'm. – powiedziała Minerwa, dymisjonującym tonem.

Harry pokiwał głową, ale Minerwa doskonale wiedziała, że wcale nie był zadowolony z jej zapewnienia. Ona sama przyrzekła sobie, że nie będzie próbowała używać legilimencji na Draco. Albus wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Jeśli on się tym nie martwił, to ona też nie powinna. Co jednak wcale nie zwalniało jej z czujności.

Gdy po kilku wyczerpujących lekcjach nadszedł wreszcie wieczór, Minerwa uznała, że jeśli zacznie cokolwiek czytać, natychmiast zaśnie i znów pojawi się któryś z koszmarów. Dlatego, by zająć czymś myśli, najpierw obeszła cały zamek, a potem otworzyła drzwi do jednej z niedostępnych komnat.

Kurz zalegał na białej płachcie. Minerwa uniosła ją za pomocą zaklęcia i posłała kolejnym czarem do pralni. Lśniący, czarny fortepian dziwnie nie pasował do reszty surowej komnaty. Podeszła do niego powoli. Pomyślała, że dawno nie grała. Ostrożnie wyczarowała prosty taboret. Usiadła na nim i musnęła palcami klawisze. Były przyjemnie gładkie i zimne.

Gdy jednak zagrała pierwsze nuty, muzyka owionęła ją niczym ciepły szalik. Palce same płynęły po klawiaturze, najpierw nieśmiało, a potem z coraz większą siłą, z coraz większą dynamiką. Minerwa grała wszystko, co pamiętała- płynnie przechodziła z jednego utworu w drugi. Jej plecy były idealnie proste, bo gdzieś z tyłu głowy miała głos matki, pouczającej ją, że dama nie siedzi zgarbiona przy fortepianie. Grała i grała, zapominając na moment o wszystkim. A potem pozwoliła, by to magia prowadziła jej dłonie – muzyka stawała się coraz bardziej kontrastowa, jakby subtelna i dzika, jakby tęskna i gwałtowna, jakby nieopanowana.

Następnie rozległo się ciche skrzypnięcie zawiasów, kompletnie burzące całą harmonię dźwięków. Palce Minerwy natychmiast oderwały się od klawiatury, po to, by błyskawicznie pochwycić różdżkę.

Zmarszczyła brwi, widząc w progu obandażowanego Dracona Malfoy'a.

- Co tu robisz, Malfoy? – spytała dość ostro, podnosząc się. Nie opuściła jednak różdżki.

- Powinienem był się domyślić, że to pani. Usłyszałem muzykę… Skrzydło szpitalne jest tuż pod spodem. – wyjaśnił Ślizgon, lekko się rumieniąc.

- I tam powinieneś się znajdować, panie Malfoy. – odpowiedziała Minerwa i machnęła różdżką. Fortepian zniknął pod białą płachtą.

- Nie chciałem przeszkadzać… - zaczął dziwnie nieśmiało chłopak, z nostalgią patrząc na zakryty instrument.

- Ale przeszkodziłeś. Nieważne, i tak miałam być tu krócej. – Minerwa ruszyła do drzwi, a w głowie wciąż słyszała głos Harry'ego, ostrzegającego przed spiskowaniem Malfoy'a.

Ślizgon wycofał się przed nią. Minerwa najpierw dokładnie zamknęła drzwi komnaty, a potem odwróciła się do niego.

- Pobyt w skrzydle szpitalnym nie zwalnia z przestrzegania regulaminu, panie Malfoy. Nie wolno włóczyć się nocą po zamku. Slytherin traci pięć punktów. – rzekła z powagą. Naturalnie, najpierw na twarzy chłopaka pojawiła się uraza, wreszcie złość. Nie śmiał jednak zaprotestować.

- No już, wracaj na dół! – Minerwa machnęła ręką.

Malfoy kiwnął głową i ruszył do schodów. Minerwa, żałując nieco swojego ostrego tonu, zawołała:

- Dobranoc, panie Malfoy.

Chłopak przystanął i odwrócił się. Na jego twarzy wyraźnie malowało się zdumienie.

- Dobranoc, profesor McGonagall. – odpowiedział, choć jego głos zadrżał przy jej nazwisku.

Gdy jego kroki ucichły na schodach, Minerwa zastanowiła się, ile wspólnej krwi ma z tym chłopcem. Ile było w nim subtelności Narcyzy, tego wyrafinowanego piękna Blacków. Prawie podskoczyła, gdy obok siebie usłyszała głos:

- On nie jest jeszcze całkiem stracony.

Obejrzała się i cicho westchnęła, widząc stateczną postać swojej babki w jednym z portretów na ścianie.

- Nie, ale to nie zależy ode mnie. – odpowiedziała Minerwa.

- Zależy w stopniu większym niż myślisz. – rzuciła Theresa, a potem zniknęła.

Minerwa pokręciła głową. I bez problemu Malfoy'a miała wiele na głowie.