Stukot obcasów niósł się doskonale w ogromnej przestrzeni sali wejściowej. Dla uczniów w większości był to sygnał do rozejrzenia się czujnie i zakończenia wszelkiej podejrzanej działalności. Nie wiedzieli, że gdyby czarownica, której niezadowolenia tak się obawiali, chciała ich przyłapać na czymkolwiek, wybrałaby niezauważalną kocią postać.

Minerwa nie była próżna, ale czerpała sporą satysfakcję z autorytetu, jaki sobie wypracowała w Hogwarcie. I nie chodziło jedynie o schodzenie jej z drogi, tworzenie szpaleru jakby była królową zdążającą na koronacje. Ten typ szacunku otaczał ją od dziecka – chodziło raczej o niekwestionowanie jej pozycji, jej decyzji, jej postawy. O to, że sama odpowiadała za swój obraz w oczach innych – nie był on nałożony na nią przez urodzenie, konwenanse i wielowiekowe tradycje.

Świat tak bardzo się zmienił.

Majestatycznie szła ku schodom. Zwolniła jednak, gdy do stukotu jej obcasów dołączył drugi stukot, a w nozdrza uderzył ją silny zapach sherry.

Serce biło jej jak oszalałe, gdy przystanęła, a potem odwróciła się powoli. Wszystko jakby zwolniło – uczniowie zatrzymali się, z niedowierzeniem otwierając szeroko oczy, duchy lewitowały w miejscu, Irytek przerwał swój skrzekliwy rechot. Powietrze nagle się zagęściło, jakby ktoś rozprowadził w powietrzu zmieszaną esencję końskiej sierści i kadzidła.

Od strony głównych wrót powoli stąpał ku niej Firenzo. Ze strony Wielkiej Sali szła ku niej Sybilla Trelawney.

Minerwa uniosła wyżej głowę, a prawą dłoń zacisnęła mocniej na różdżce. Przez jej umysł przelewały się słowa Perenelle: ,,gdy wróżbitka i centaur stwierdzą, że nadchodzi czas" …

Po może dwóch minutach zarówno jasnowidząca, jak i centaur zatrzymali się przed nią. Nie odezwała się, nie skierowała do nich żadnego słowa powitania. Czekała. Tymczasem dwoje nauczycieli wróżbiarstwa spojrzało po sobie, jakby upewniając się, czy czynią dobrze.

Najpierw odezwała się Sybilla, głosem chrapliwym, charakterystycznym dla wróżącego transu:

- To wydarzy się dzisiaj.

Następnie wtrącił się Firenzo uroczystym tonem:

- Oto nadszedł czas.

Minerwa popatrzyła po ich poważnych twarzach. Jeśli miała jakieś wątpliwości, to one właśnie wyparowały. Ile razy odrzucała wróżbiarstwo, jako nic nie warte wróżenie? Ile razy ono zmieniało los ludzi wokół niej? Jak bardzo wierzyła w to, że ma władzę nad własnym przeznaczeniem?

Miała ją. To do niej należał Eliksir Życia i decyzja, co z nim uczynić.

Pokiwała solennie głową, nie zwracając uwagi na zdumione twarze uczniów – widok zgodnych Sybilli i centaura wydawał się być niemożliwym szokiem. Oni tymczasem zszokowali wszystkich jeszcze bardziej – centaur ugiął przednie nogi w ukłonie, zaś Trelawney dygnęła przed Minerwą.

Nawet jeśli to nie były ich własne działania, lecz przemawiająca przez nich magia… jakaś część ich ufała, że Minerwa postąpi właściwie.

Że rozda życie.

Nie mogła tracić więcej czasu. Zmieniła się w kotkę, wyminęła zdezorientowanych uczniów i pobiegła w dół, do lochów. Pędziła szybciej niż zwykle, szybciej niż odważyłaby się w tym wieku, szybciej niż serce pompowało krew…

Gdy zmieniła się z powrotem w ludzką postać, była zdyszanym, zdeterminowanym chaosem. Z mocą załomotała w drzwi gabinetu Horacego Slughorna.

- Już! Już idę, na Merlina… - usłyszała nieco przerażony głos swojego starego profesora.

- Minerwa? – Slughorn uniósł brwi, lustrując ją od stóp do głów. Ona jednak się nie patyczkowała. Popchnęła go do środka i sama wparowała, błyskawicznie wodząc wzrokiem po półkach z eliksirami.

- Eee… co się stało? Wyglądasz na dość… - zaczął Slughorn, prostując swoje szaty.

- Potrzebuję wszystkie wzmacniające mikstury jakie masz. Oraz przyspieszające gojenie. I te znajdujące się w podręcznym zestawie bojowym. Miałeś też kociołek Felix Felicis, jeśli dobrze pamiętam… - Minerwa gorączkowo obracała kolejne fiolki.

- Ktoś nas atakuje? Ktoś jest ranny? Co się dzieje? ! – zawołał nie na żarty przerażony Slughorn.

- Nie zadawaj pytań, tylko wykonuj moje polecenia, Horacy. Potrzebuję tych eliksirów, a ty nie piśniesz o tym nikomu ani słowa, zrozumiano? – tym razem Minerwa odwróciła się do kolegi, a koniec jej różdżki zalśnił groźnie.

- Tttak, już.. – Slughorn zatrząsł się, a potem szybko zaczął grzebać w szafkach i stawiać na biurku fiolki, słoje i kolby. Gdy biurko było już całkiem zastawione sprzętem laboratoryjnym, wysapał:

- To wszystko co mam, profesor McGonagall. Snape może ma coś jeszcze, albo Poppy…

Minerwa pokręciła głową. Jeśli intuicja jej nie myliła, w przeciwieństwie do Slughorna, Severus i Poppy będą jej potrzebni…

- A Felix Felicis? Miałeś mały kociołek… - warknęła.

- Nie mam! Nie mam już! Sprzedałem go… tylko Potter ma fiolkę… - Slughorn cofnął się, bezradnie rozkładając ręce.

- Nie próbuj mnie okłamywać, Horacy… - Minerwa groźnie zmrużyła oczy…

- Ja… po co ci to wszystko? – nauczyciel eliksirów tym razem już nie ukrywał strachu na twarzy.

Minerwa nie odpowiedziała, tylko machnęła różdżką:

- Accio Felix Felicis!

Rozległ się trzask, gdy maleńka fiolka wyłamała ukryte drzwiczki do skrytki w podłodze. Slughorn pobladł i przełknął ślinę, gdy eliksir wylądował w dłoni Minerwy.

- Zamierzasz mi pomóc, czy mam cię ukarać za to kłamstwo, Horacy? – spytała groźnie Minerwa. Nie miała pojęcia, ile miała czasu na wypełnienie swojej misji.

- Ja… co mam robić? – Slughorn spuścił głowę.

- Znajdź największy kociołek i zmieszaj to wszystko tak, by nadawało się do spożycia i nie traciło właściwości. Zaraz wrócę i ma to być gotowe. Jeśli czegoś nie dodasz, albo spróbujesz oszukać mnie w jakikolwiek inny sposób, będziesz żałował, że nie trafiłeś w ręce śmierciożerców. – zagroziła.

- Ależ tych mikstur jest tyle… ich nie da się połączyć… będą się neutralizować, albo uzyskają odwrotne właściwości. – zaprotestował Slughorn.

- Już twoje w tym zmartwienie, by do tego nie doszło. W końcu jesteś mistrzem eliksirów. – rzuciła zimno Minerwa. Nie czekając na odpowiedź, wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi. Wiedziała, że Horacy spróbuje skontaktować się z Albusem… musiała więc wrócić, zanim pierwszy szok opiekuna Ślizgonów minie.

W swojej kociej postaci biegła, turlając się pod stopami uczniów, wbiegając susami po schodach, posiłkując się magią i lewitując między piętrami. Nie zwracała uwagi na nikogo – choć też lewitujący kot nie był w Hogwarcie niczym niezwykłym. Zmieniła się z powrotem dopiero w swoim apartamencie. Z jękiem opadła na kanapę – cała klatka piersiowa pulsowała nieznośnym bólem. Zaraz jednak zacisnęła zęby i podniosła się. W skupieniu zdejmowała zaklęcia ochronne z sejfu ukrytego w ramie jej łóżka. Gdy wreszcie rozległo się ciche kliknięcie i z ramy wysunęła się okrągła kasetka, Minerwa wypuściła wstrzymywane powietrze. Na fioletowym aksamicie spoczywała para kolczyków (jeden lśniący, drugi matowy) oraz mały flakonik z kwarcu. Czarownica porwała flakon, zamknęła skrytkę i nie oglądając się na nic, rzuciła się w dół schodów, w długą drogę powrotną do lochów.

Znalazła się w gabinecie Horacego akurat w porę, by powstrzymać go przed wysłaniem sowy. Machnięciem ręki odstraszyła ptaka i spaliła pergamin, który miał dostarczyć dyrektorowi.

- Ty.. to jest magia bez użycia różdżki! – zawołał zestrachany Slughorn.

- Zmieszałeś eliksiry? – Minerwa pochyliła się nad ogromnym kotłem, w którym pływała bezwonna i przezroczysta ciecz.

- Czy ty się przyłączyłaś do niego? – Slughorn jakimś cudem wyciągnął różdżkę, którą teraz w nią celował. Minerwa spokojnie zmierzyła go wzrokiem.

- Nie radzę, Horacy. Powinieneś mi zaufać. – rzekła z niewzruszoną miną.

- Drętwota! – wrzasnął Slughorn. Minerwa instynktownie się pochyliła, jednocześnie krzycząc:

- Obliviate!

Zaklęcie Slughorna chybiło, trafiając w słój z żabim skrzekiem, który eksplodował. Jednak refleksy Minerwy nie były tak złe – nauczyciel eliksirów padł na ziemię, trafiony jej zaklęciem. Wściekła zarówno na niego jak i na siebie, Minerwa podniosła się z ziemi i szybko przelewitowała jego bezwładne ciało do jego prywatnego salonu, gdzie mało delikatnie umieściła je na sofie. Nie chciała tego, nie powinna używać akurat tego zaklęcia. Zadziałała odruchowo, a teraz jak zwykle przy tego typu działaniach dopadały ją wyrzuty sumienia.

Rzuciła kilka kontrolujących zaklęć na kocioł – Slughorn dobrze wykonał swoją robotę – ona sama nie zrobiłaby tego lepiej. Przez chwilę wahała się, czy nie teleportować się z tym kotłem wprost do kuchni, ale odrzuciła ten pomysł – to kosztowałoby ją zbyt wiele mocy, a tę musiała oszczędzać. Przywołała więc wielką pokrywę, zamknęła wieko kotła i lewitując go przed sobą, ruszyła w kierunku kuchni. W prawej kieszeni szaty czuła wyraźny ciężar fiolki z bezcennym darem od Flammelów.

Kuchnia była pełna zapachów – skrzaty były w trakcie przygotowywania kolacji, czyli najważniejszego posiłku w Hogwarcie. Były przy tym tak pochłonięte swoją pracą, że dopiero po kilkunastu sekundach zauważyły jej przybycie.

- Pani profesor! Czym możemy służyć? – jeden ze skrzatów z mieszaniną zdumienia i ciekawości oglądał przyniesiony przez nią sagan.

- Czy ustawiacie już potrawy na kolację?- zapytała, udając spokój.

- Tak, madame. Jeszcze tylko dzbany soku dyniowego. – objaśnił skrzat.

- Proszę, opuśćcie kuchnię. – rozkazała Minerwa, gdy ostatni z dzbanów pojawił się na stole Puchonów.

- Czy możemy wiedzieć dlaczego, profesor McGonagall? – zapytała starsza skrzatka, wyraźnie najodważniejsza.

- Nie do was należy kwestionowanie moich poleceń. – Minerwa już nienawidziła siebie za ostry ton, ale wiedziała, że to najszybszy sposób na wykonanie jej planu.

- Oczywiście, milady. – skrzaty skłoniły się i zniknęły w kakofonii trzasków.

Minerwa bez wahania chwyciła chochlę i zabrała się do dodawania mikstury Slughorna do wszystkiego – sosów, zup, nawet deserów. Mistrz eliksirów dobrze wykonał swoją robotę – mieszanka eliksirów była prawie nie do wykrycia. Gdy Minerwa rozlała już cały kocioł, zostało jej może z pięć minut do rozpoczęcia kolacji. Szybko wyjęła flakonik z Eliksirem Życia – jeśli kolacja nie pojawi się na czas, ktoś może nabrać podejrzeń.

Dolewała Eliksir do dzbanów z dyniowym sokiem. Ręka zadrżała jej tylko ponad dzbanem na stole Ślizgonów, ale ostatecznie stłumiła swoją niechęć do tego domu i nalała im obficie po kilka kropel. Eliksir błyszczał jak płynne połączenie złota i srebra, lecz tracił kolor w zetknięciu z dyniowym sokiem. Minerwa nie miała pojęcia po co uczniowie mogą go potrzebować, ale ufała, że rozrzedzony, zachowa choć trochę swoich właściwości. Że cokolwiek się wydarzy… jej uczniowie będą odporni na wrogą magię.

Schowała prawie pustą fiolkę do kieszeni szat akurat w momencie, gdy skrzaty zapukały. Machnięciem różdżki wpuściła je do środka.

- Musiałam się niestety upewnić, czy jedzenie nie jest zatrute. Oczywiście okazało się być pierwszorzędnej jakości. Wybaczcie. – Minerwa szybko rzekła do pierwszego skrzata.

- W pełni rozumiemy, madame. W tym kotle była mikstura wykrywająca trucizny, tak? – skrzat przytomnie wskazał na przytargany przez Minerwę sagan.

- Tak, właśnie. No, teraz wracajcie do pracy. – ponagliła go Minerwa i wybiegła z kuchni.

Gdy dotarła do Wielkiej Sali, jedzenie było już na stole. Minerwa przez dobre pół godziny obserwowała jedzących i rozmawiających uczniów. Przez cały ten czas wmawiała sobie, że postąpiła dobrze, że to właśnie miała na myśli Odwieczna, że należało robić wszystko, byle tylko chronić uczniów. Już miała się wycofać ( jako że wcale nie odczuwała apetytu), gdy zobaczyła Snape'a odsuwającego od siebie talerz z niedojedzoną potrawką. Ich spojrzenia się skrzyżowały.

Było pewne, że wyczuł dodatek eliksirów w swoim jedzeniu, jako że do dań nauczycieli Minerwa też dodała mikstury Slughorna i ułamek Eliksiru Życia. Nie była pewna, co zdołał rozpoznać. Nie miała też najmniejszego zamiaru się przed nim tłumaczyć. Jeśli jej nie ufał, to sam do niej przyjdzie. Z tym przekonaniem odwróciła się na pięcie i ruszyła do swojego apartamentu.

W swoim salonie opadła na sofę. A potem jęknęła, gdy twarde, kwarcowe szkło flakonu zakuło ją w udo. Wyjęła fiolkę. Na dnie została jedna, ostatnia kropla. Minerwa obserwowała jak płyn błyszczy się w świetle.

- Powinnaś go skosztować. – Minerwa prawie podskoczyła, słysząc głęboki głos swojego ojca. Robert McGonagall spoglądał na nią z portretu jej babki, która obok niego kiwała głową.

- Może się jeszcze przydać. Może go potrzebować ktoś ważniejszy niż ja. – zaprotestowała.

- Hogwart będzie potrzebował cię silnej i odpornej na ból. – odezwała się Theresa.

- Nikt nie jest tak odporny na ból jak ja. – mruknęła Minerwa, bardziej do siebie, niż do namalowanych postaci.

- Córko. – ojciec Minerwy z powagą popatrzył jej prosto w oczy. Minerwa nie potrafiła znieść jego spojrzenia – przeniosła swoje na złoto-srebrną kroplę na dnie kwarcowej buteleczki.

- Będzie aż tak źle? – Minerwa podniosła znów wzrok na oblicze ojca.

Robert McGonagall pokiwał głową. Theresa odwróciła głowę, ukrywając łzy, spływające po prawym policzku.

Minerwa westchnęła. A potem odkorkowała flakonik i rozlała ostatnią kroplę Eliksiru Życia na swoje wargi. Najpierw poczuła pieczenie, delikatne, jakby ktoś muskał ją piórkiem. Gdy kropla rozlała się na jej języku, Minerwa poczuła jak cała zgromadzona w jej ciele brudna magia, powstała z kumulowanego bólu, transmutuje się w białą, nieskazitelnie czystą magię – magię, której nie czuła od lat. Zachłysnęła się tym uczuciem, pozwalając, by nowa, krystaliczna energia rozlała się po jej żyłach.

Przymknęła oczy. Jakkolwiek ciężko miało być… ona zrobi tyle, ile będzie w stanie.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

- Wystarczy. – Albus przerwał tyradę chłopca. Dawno nie używał tego tonu – tonu, który sprawił, że Harry natychmiast zamilkł. Zdumiewające, że akurat oskarżenia tego chłopca poruszyły w nim tą nutę.

- Myślisz, że choć raz w tym roku zostawiłem szkołę bez ochrony? Nie. Dzisiaj, kiedy wyjdę, będą dodatkowe zabezpieczenia. Proszę, Harry, nie sugeruj, że nie traktuję bezpieczeństwa moich uczniów poważnie. – Albus ledwie zdołał odpędzić formujący się w głowie obraz wysokiej czarownicy, krążącej nocami po zamku, niknącej w oczach w powodu zamartwiania się o bezpieczeństwo uczniów.

- Ja nie… - zaczął zażenowany Harry, ale Albus mu przerwał.

- Nie chcę już więcej o tym mówić. – czarodziej nie ufał już swoim emocjom. Wiedział, że będzie musiał znów ją o to poprosić, znów widzieć ten niepokój w jej oczach.

- Chcesz mi dzisiaj towarzyszyć? – Albus zwrócił się do chłopca.

- Tak. – odpowiedział natychmiast Harry.

- Bardzo dobrze. Zatem słuchaj. Zabiorę cię pod jednym warunkiem – wykonasz każdy mój rozkaz natychmiast, bez zadawania pytań. – Albus z powagą spojrzał w zielone oczy chłopca.

- Oczywiście.

- Zrozum mnie dobrze, Harry. Kiedy powiem ,,uciekaj", ,,kryj się", albo ,,wracaj" , zrobisz to. Mam na to twoje słowo?

- Ja.. tak, oczywiście.

- Jeśli powiem, żebyś się schował, zrobisz to?

- Tak.

- Jeśli powiem żebyś uciekał, posłuchasz mnie?

- Tak.

- Jeśli powiem, żebyś mnie zostawił i ratował siebie, zrobisz jak powiem?

- Ja…

- Harry?

Przez chwilę patrzyli na siebie – nastolatek i stary czarodziej. Wreszcie Harry odpowiedział:

- Tak, proszę pana.

- Dobrze. Zatem idź po swoją pelerynę. Spotkamy się za kwadrans w sali wejściowej. – Albus odwrócił się w stronę okna. Słońce zachodziło rubinowo – i bez tego dyrektor czuł w kościach zbliżające się niebezpieczeństwo. Gdy za Harrym zamknęły się drzwi, ruszył do swojego salonu.

Zebrał swój podróżny płaszcz. Zerknął na malowidło przedstawiające Hogwart- prezent na święta od Minerwy. Niebo nad namalowanym Hogwartem było rozjarzone błyskawicami. Albus przez chwilę po prostu stał nieruchomo, oddychając szybko, jakby właśnie przebiegł odcinek spod bram do zamku. Wreszcie zebrał całą swoją gryfońską odwagę i teleportował się.

Nawet nie drgnęła, gdy z hukiem wylądował na środku jej salonu. Stała odwrócona do niego tyłem, przed oknem, obserwując krwisty zachód słońca. Czerwone promienie tworzyły dziwną aureolę wokół jej srebrno-czarnej głowy przyozdobionej surowym kokiem.

- Wychodzę. Zabieram Harry'ego ze sobą. Podwoiłem ochronę. Będziesz miała na wszystko oko, moja droga? – wyrzucił z siebie Albus. Sam był zdumiony, jak bardzo drżał mu głos. Skąd to się brało? Z dziwnego przeczucia, że być może ostatni raz usłyszy jej głos?

- Nie powiesz mi, dokąd się wybieracie, prawda? – odpowiedziała, nie odwracając się.

- Nie, Minnie. Proszę cię jedynie, byś zadbała o zamek podczas mojej nieobecności. – Albus przez jeden krótki momentu uwierzył, że się nie zgodzi, że urządzi mu awanturę, na którą oczywiście zasługiwał. Przecież znowu w nic jej nie wtajemniczał, zatajał najważniejsze, zostawiał, by błądziła po omacku w ciemnościach. Ona jednak odwróciła się powoli i pokiwała głową. Wolno, dobitnie, definitywnie. Jakby już się pogodziła z nieprawdziwą myślą, że on jej nie ufa. Jakby się poddała. Jakby była gotowa oddać się w ręce losu – ona, która miała przed sobą drogę, zrzekała się swego daru.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. I po raz pierwszy Albus poczuł stuprocentową pewność – ta dzielna kobieta nie trwała u jego boku tylko ze względu na Hogwart. Minęło tyle lat, a jednak jakby nic się nie zmieniło – jakby te wszystkie dekady wzajemnego przyciągania się i odtrącania nie zdołały zabić tego uczucia – miłości. Kochała go. Może nawet tak mocno jak on kochał ją. Widział to w jej szmaragdowych oczach, teraz lśniących od powstrzymywanych żelazną wolą łez.

Podszedł do niej powoli i ujął jej zimne dłonie. Nie wzdrygnęła się, nie odtrąciła go, tylko zacisnęła swoje palce wokół jego chorej ręki, jakby miała nadzieję, że zdoła powstrzymać go przed odejściem. I prawie… gdyby ktokolwiek mógł zawrócić go z obranej drogi, to była ona. Przecież on nie mógłby odejść z myślą, że przysparza jej zbyt wiele cierpienia. Ból na jej pięknej twarzy był nie do zniesienia dla Albusa.

- Albusie… - zaczęła, miękko wypowiadając jego imię. Czule.

Nie dał jej dokończyć. Przysunął się do niej i zamknął jej usta pocałunkiem. Odpowiedziała z jeszcze większym żarem niż dekady temu, gdy pocałował ją po raz pierwszy. Jego usta tańczyły na jej wargach, na moment wyzwalając słodkie uczucie zapomnienia – była tylko ona, ta chwila i ten pocałunek – prawdziwy, realny i niosący nadzieję. Nadzieję, że być może gdzieś tam, w tej kolejnej wielkiej przygodzie, odnajdą się, przecież łączyło ich coś wyjątkowego, coś prawdziwszego niż przepowiednie jasnowidzów, coś potężniejszego niż czarnomagiczne klątwy. Albus czuł jak krew szybciej krąży w jego żyłach, jak jego magia budzi się po jakby długim śnie, jak jego serce bije tak mocno jak nigdy. I pragnął jej, nieodmiennie, całkowicie, odkryć ją, zasmakować jej, połączyć się z nią na zawsze, zanim będzie za późno. Chociaż, przecież już było za późno.

Minerwa. Jej miękkie wargi, jej konwaliowy zapach, jej miłość… promieniująca z niej niczym najczystsza z magii. Albus nie potrafił się od niej oderwać, nie potrafił przerwać tego, nie potrafił już kontrolować swoich uczuć. Jak długo je negował, jak długo je ukrywał, jak długo wmawiał sobie, że to była zaledwie fascynacja?

Kochał ją. Tak mocno, że oddałby wszystko, byle tylko była szczęśliwa. Tak bardzo, że wyzbyłby się całej swojej magii, byle tylko już nigdy nie widzieć łez smutku w jej cudownych oczach. Zawdzięczał jej tak wiele – inspirowała go, uskrzydlała go, definiowała wszystko, do czego dążył, o czym marzył i czego szukał.

A jednocześnie nie był jej godzien. Złamał jej serce, dawno, dawno temu i nigdy nie zdołał odkupić tej winy. Winy, za którą stało tyle zmarnowanych lat, tyle utraconych szans, życie, którego mogli razem doświadczyć. Ona – jako jego ukochana, ona jako jego żona, ona jako matka jego dzieci, ona jako ta, która trzymałaby go za rękę, gdyby Śmierć naturalnie przyszła po niego. I to wszystko… pozostające tak długo jedynie w sferze najśmielszych marzeń, teraz już stracone bezpowrotnie, bo odtrącał ją ciągle, wmawiając sobie, że tak będzie najlepiej.

Że tak będzie najłatwiej. Że tylko głęboko skrywając swoją miłość do niej zdoła ją zostawić, by wypełnić swoje przeznaczenie, by dać jej świat, w którym będzie mogła żyć bez bólu. By chronić ją, ale też samolubnie by nie musieć oglądać jak ona cierpi.

Był tak żałośnie słaby. Nie potrafił ten ostatni raz oprzeć się swoim uczuciom, nie potrafił oderwać od niej swoich ust. Całował ją z całą gromadzoną latami miłością. Ale może to stanowiło o jego sile? W końcu, czy teraz, gdy ich magia zazębiała się, wpadała w rozkoszny rezonans, czyż nie byli tak silni jak nigdy? Jak często opowiadał światu, że miłość jest najpotężniejszą z magii? I za każdym razem uważał się za hipokrytę, ponieważ nie mówił całkowicie z doświadczenia, bo choć ona tym doświadczeniem karmiła go latami, dopiero teraz zdołał sobie to uświadomić.

Minerwa kochała go. Jej usta były jednocześnie zmysłowe i delikatne, zachłanne i ostrożne, jakby była rozdarta, jakby doskonale wiedziała, że nie mają już czasu, ale i tak chciała przeżyć to najpełniej. Wciąż ściskała jego ręce. On wiedział, że gdyby je puściła, zapomniałby o wszystkim – o Tomie, o czekającym Harry'm, o horkruksach, o Hogwarcie, o Severusie, o swojej śmiertelnej chorobie. Widziałby tylko ją, karmiłby się jej białą magią, jej szlachetną miłością. Ona też to wiedziała. Dostrzegał ten smutek w jej oczach, dostrzegał tą świadomość, że już dawno utracili szansę na cokolwiek.

Jednak to nie ona przerwała pocałunek. Tylko on mógł podjąć tą decyzję, tylko on mógł odsunąć się od niej, odtrącić ją kolejny raz, lecz tym razem, zapewne na zawsze. Bardzo delikatnie odsunął się od jej twarzy.

Była dla niego wszystkim. I robił to dla niej. Powtarzał to sobie wciąż i wciąż.

- Pamiętaj, cokolwiek się wydarzy, Hogwart jest najważniejszy. Do zobaczenia, najdroższa. – wyszeptał. Chciał, by rozumiała, dlaczego to robi. Co jest na szali w tej okrutnej rozgrywce losu, w której obydwoje byli jedynie pionkami.

I Minerwa, jego najdroższa Minerwa, nie była samolubna. Jeśli przejrzała tą grę… zgodziła się brać w niej udział. Wiedziała, jak istotne jest doprowadzenie tego do końca.

- Żegnaj, Albusie. – powiedziała cicho. W czerwonej łunie zachodzącego słońca jej usta lśniły złoto. Jej oczy jednak pozostawały tak piękne, jak wtedy, gdy ujrzał je po raz pierwszy – w kolorze najcudowniejszych szmaragdów. Wyrywszy sobie ten obraz w pamięci, Albus odwrócił się i opuścił jej salon.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa McGonagall przez dobry kwadrans trwała nieruchomo, ledwie oddychając, prawie nie mrugając.

To mógł być sen. Piękny, wyśniony sen, wytworzony przez jej wybujałą wyobraźnię. Bo przecież to nie mogła być prawda. Nie po tylu latach, nie po tylu sytuacjach, nie po tylu ciosach.

Albus Dumbledore nie mógł kochać jej, zbrukanej, zniszczonej przez ból, jej, która odebrała mu tak wiele.

A jednak. Wspomnienie jego pocałunku było porażająco prawdziwe. Minerwa drgnęła, bo po raz pierwszy jej umysł nazwał to, co się stało, po imieniu.

Dane było jej przeżyć jeszcze jeden namiętny pocałunek z Albusem Dumbledore. Z czarodziejem, którego kochała przez większość swojego długiego życia, którego pragnęła mieć przy sobie, którego nie opuściłaby do końca, gdyby jej na to pozwolił.

Nienawidziła głosu, który podpowiadał jej, że było coś ostatecznego, definitywnego w jego migoczących oczach, że to nie przez przypadek wydarzyło się w tym samym dniu co prorocze słowa Sybilli i Firenzo. Że Albus przeczuwał, iż to jest ich ostatnia okazja, jedyna by przekazać sobie głębię łączącego ich uczucia.

To była jej ostatnia okazja by powiedzieć mu prawdę… tylko czy wtedy byłby w stanie doprowadzić swoje plany do końca, czy nie byłby to ostatni trumienny gwóźdź w ich katastrofalnej sytuacji? Nie. Ale jeśli on wróci do niej… jeśli tej nocy jeszcze raz się spotkają, to powie mu wszystko.

Bo ten moment, ta magia między nimi – jak kiedykolwiek mogła mieć wątpliwości? Jak mogła być tak głupia i ślepa?

Lekko uniosła dłoń i dotknęła nią ust, jednocześnie ze wszystkich sił starając się zapamiętać ten pocałunek i wszystkie towarzyszące mu uczucia.

Kto jak kto, Minerwa McGonagall jak nikt zdawała sobie sprawę z wagi wspomnień. To one sprawiły, że pozwoliła teraz Albusowi odejść. To one prześladowały ją każdej nocy. To one uczyniły ją tym żałosnym tworem, jakim była teraz.

Wiele energii kosztowało ją wyrwanie się z bezruchu. Nawet nie próbowała patrzeć na portret babki, która z pewnością obserwowała wszystko, co się wydarzyło. Minerwa nie czuła wstydu – jedynie żal. Żal, że nawet ta jedna, krótka chwila była zaburzona przez stek kłamstw, jakie nagromadziły się przez lata. Zerknęła za to na ozdobne lustro – to co zobaczyła, utwierdziło ją w przekonaniu, że tak naprawdę decyzję podjęła już dawno, dawno temu.

Jej włosy, nieposłusznie wymykające się z surowego koka, były już prawie zupełnie srebrne – niewiele zostało z ich kruczej czerni. Z westchnieniem wypowiedziała zaklęcie przywołujące je do porządku. Bez pojedynczych kosmyków opadających na policzki, jej twarz wydawała się dużo bardziej kanciasta, jej profil bardziej srogi. Rzęs nie miała tak gęstych jak kiedyś – przez to jej zielone oczy wydawały się dużo większe. Na jej policzkach nadal jednak pyszniły się niezdrowe rumieńce. Potrząsnęła głową, jakby to miało je przegnać i zaraz potem wygładziła czarne, efektowne szaty.

Była wrakiem, skorupą czarownicy, której wizerunek budowała od tylu lat. Kiedyś może ta myśl ubodła by ją, ale teraz to już nie miało znaczenia.

Nie kiedy wyczuła mikroskopijną zmianę w atmosferze – reakcję Hogwartu na opuszczenie terenu szkoły przez dyrektora. Od tej chwili to ona sprawowała pieczę nad setkami uczniów. I to ich bezpieczeństwo było najistotniejsze. Przecież powiedział: ,,Hogwart jest najważniejszy."

Miał rację. W końcu Hogwart był jedynym, co kochali bardziej niż siebie nawzajem.

Ściskając mocno palce na różdżce, Minerwa wyszła ze swojego salonu. Niczym zjawa zaczęła snuć się po pustych korytarzach, odprowadzana przez smutne spojrzenia zamkowych rzeźb i portretów- które tak jak ona przeczuwały, że ta noc zmieni wszystko.

ooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

Moi wierni Czytelnicy,

to jest jeden z tych rozdziałów, których publikacji jednocześnie obawiałam się i nie mogłam się doczekać. Niewątpliwie powyższa scena jest jedną z najważniejszych w całej serii. Bardzo mi zależy, żeby poznać Waszą opinię na jej temat - bo tak szczerze to od paru tygodni coraz częściej nachodzą mnie myśli, czy nie popełniłam błędu i czy nie należało zrobić sobie dłuższej przerwy przed publikacją tej części. Wielokrotnie myślałam nad tym, czy nie dopracować tego tomu, uczynić go spójniejszym... ale do tego weny mi brakowało i brakuje nadal, przy równoczesnym lęku, że mogłabym przekombinować i przesadzić. Również wiedząc, jak okropne jest długie oczekiwanie na kolejne rozdziały, stwierdziłam, że publikuję w formie w jakiej stworzyłam to kilka lat temu, wprowadzając tylko niewielkie zmiany. Dlatego też te rozdziały może nie do końca wyglądają tak, jakbym tego chciała... ale byłabym bardzo wdzięczna, gdybyście napisali, co Wy o tym sądzicie.

Krytykujcie śmiało (no bo jak, tyle lat i mamy tylko jeden pocałunek?!), wypunktujcie co zrobilibyście lepiej ( podanie Albusowi całej fiolki Eliksiru Życia?), powiedzcie co Was zaskoczyło (czyżby fakt, że nagle jesteśmy w kulminacyjnym momencie?), co Was rozczarowało (jak Min mogła pozwolić mu odejść?!), a jeśli coś Wam się jednak spodobało, to napiszcie tym bardziej! Ciekawi mnie niezmiernie, jak wyobrażacie sobie kolejne rozdziały - bo mam nadzieję, że sięgniecie po nie, jak już się pojawią.

Właśnie, ciąg dalszy... może pojawić się trochę później. Dłuższa przerwa po tym rozdziale, albo po kolejnym... jeszcze nie wiem. Ale przerwy potrzebuję, bo tkwię po uszy w tworzeniu alternatywnej wersji tej historii i zostało mi do napisania grande finale. Tam wątków i ważnych postaci jest dużo więcej, akcja bardziej dynamiczna, a że oczywiście większość sekretów wychodzi na jaw na samym końcu, przede mną wiele godzin mozolnego łączenia wszystkiego w spójną całość. Na dzień dzisiejszy niecierpliwię się, kiedy będę mogła się z Wami podzielić czymś nowszym niż ,,Minerwa. Kim była?", ale po pierwsze, nie mogę zacząć publikować wersji alternatywnej, bo ona niejako ,,wyrasta" z tej serii i nawiązań do mojej pierwszej serii jest mnóstwo (skomplikowane podróże w czasie, ech), a po drugie to jest coś, co chcę definitywnie zamknąć zanim zacznę publikować, żebym nie musiała tracić za wiele czasu na edycję i jakieś poprawki.

Nie będę obiecywać, że przerwa nie będzie długa, ale Wasze reviews zawsze dodają mi energii do działania, zatem odezwijcie się, to jest szansa że wrócę szybciej z kolejnymi rozdziałami dla Was. Serdecznie dziękuję wszystkim tym, którzy komentowali poprzednie rozdziały - dzięki Wam zapał do pisania mnie nie opuszcza - moje szczególne podziękowania dla tej, która dzielnie komentuje każdy rozdział - Kitiaa, jesteś cudowna w swoim przywiązaniu do tej historii, mam nadzieję, że powyższy rozdział wyjaśnił coś z Eliksirem Życia, chociaż może nie tego się spodziewałaś.

Zatem, do zobaczenia (bo wrócę, o to się nie martwcie) i miłego dnia dla Was, wszystkich fanów MMAD!

Emeraldina