- Twoje zdrowie, Harry. – rzekł Albus, zbliżając do ust puchar z zielonym eliksirem – w kolorze dużo mniej głębokim niż oczy, na których usiłował skupić myśli.

Trudno byłoby określić smak zaczarowanego płynu. Tym bardziej, że Albus przełknął go prawie natychmiast. Z chwilą, gdy eliksir spłynął do gardła, Albus to zobaczył.

Matka. Ciało tak zmasakrowane, że nie sposób było określić, co mogło być przyczyną śmierci. Jej krew, jej rozpruta suknia, jej powyrywane włosy, wyłupane oczy, połamane członki, wywleczone wnętrzności.

Albus zacisnął powieki. To nie była prawda, to tylko efekt mikstury. Zaczerpnął jej znów i wypił kolejny puchar.

Ariana. Ubrana w prostą, niebieską sukienkę. Leżąca nieruchomo na ziemi. Martwa. Zabita przez jego własne zaklęcie. Zabita przez jego miłość do Gellerta. Aberforth, mający zupełną rację, wrzeszczący nad jej trumną, że to wszystko wina Albusa. Pełne wyrzutu spojrzenie namalowanej na portrecie siostry: ,,Zabiłeś mnie, braciszku. Zabiłeś… Ty mnie zabiłeś… Przeszkoda… Większe dobro…"

Czarodziej odseparował tą wizję ze świadomości. To nie było prawdziwe, to jedynie sztuczka Voldemorta, mająca go osłabić. Znów napełnił puchar i wziął kolejny haust zielonego płynu.

Robert McGonagall i jego żona. Patrzący na niego z wyrzutem. Ambasador – szary, a jego twarz napięta od odczuwanego bólu. Clary, z tysiącami kryształów z żyrandola powbijanymi w piękne ciało. Ich oskarżycielskie spojrzenia. A potem za nimi… rzędy ludzi… których nie znał… ale którzy… którzy tak jak McGonagallowie byli ofiarami Gellerta…

Byli ofiarami Gellerta, nie jego. To nie Albus rozpętał tamtą wojnę. On próbował ją zakończyć. Ten eliksir… nie pokazywał prawdy. Nabrał kolejną porcję i wypił, choć gdy płyn spłynął na jego język, automatycznie zacisnął usta. Wyczuł, że upada, że oddycha coraz szybciej.

Ale potem wszelkie wyczucie swojego ciała zniknęło, zastąpione przez uczucie bólu – będącego tłem dla kolejnej wizji.

Gellert. Jego usta rozciągnięte w pełnym satysfakcji uśmiechu. Jego głos, szepczący jadowicie: ,,Razem możemy być wielcy. Razem, Albusie. Ty i ja. My dwoje… dla większego dobra". A potem czarnoksiężnik wyciągnął różdżkę i rzekł ,,Crucio" .

Wrzask. Jej wrzask. Ona. Jej ciało, bezwładnie rozłożone na kamiennej posadzce. Jej pełne bólu i strachu oczy. Jej cierpienie.

- Nie chcę… Nie zmuszaj mnie… - wyszeptał Albus. Nie mógł tego oglądać, nie mógł znieść działania mikstury – bo to była mikstura, przecież wiedział o tym, przecież pamiętał…

- Nie chcę, przestań. – wymamrotał, ale potem chyba wyczuł, jak coś spływa mu do gardła.

,,Crucio!" ,,AAAAA!" ,,NIE!"

Jej wychudzone, wyniszczone ciało, zwijające się z bólu na ziemi. Bólu, którego on był powodem… to była jego wina, to przez niego cierpiała.

- Nie. Nie chcę. Nie chcę. Puść mnie. Niech to przestanie. Niech to przestanie! – to minęło. Ona była bezpieczna. To było za nimi.

Kolejny puchar.

Riddle. Porażająco przystojny, potężny, niepokonany. I jego ręka, przesuwająca się sugestywnie po alabastrowej skórze – jego pełen zadowolenia, wyższości uśmieszek. Cichy jęk…

Albus wrzasnął. Nie mógł tego oglądać, nie mógł tego znieść…

- Nie, nie, nie, nie! Nie mogę, nie mogę, nie zmuszaj mnie… Nie chcę!

Jej oczy, przymknięte w wyrazie rozkoszy, jej pełne usta, szepczące ,, Tak, zabijmy ich wszystkich, Tom."

Mógł temu zapobiec. Mógł słuchać wszystkich mądrzejszych. Dał się zwieść. Sam podał Voldemortowi broń absolutną. Sam ją wyszkolił. Oddał jej serce. Wyposażył ją w wszystko, co potrzebne do zniszczenia świata.

- To wszystko moja wina, moja wina. – załkał. Bo przecież tak było – gdyby nie dał jej zwątpić już wtedy… gdyby …

- Proszę, niech to przestanie. Wiem, że zrobiłem źle. Proszę, niech to przestanie… - kolejny łyk.

,,Jak mogłabym cię kochać? Takiego żałosnego, takiego słabego, takiego … Tyle bólu! Tyle cierpienia! Pozwoliłeś mnie zniszczyć! Teraz ja zniszczę ciebie!" – jej twarz wykrzywiona złością i gniewem, furią tak zimną, ale tak potężną. Jej twarz jaśniejąca brudną magią… zrodzoną z bólu… Jej różdżka, jednym machnięciem. Uczniowie. Padający jak szachowe figury… czarodzieje, nie będący w stanie się bronić… przyjemność, jaką miała z zabijania…

- Nie krzywdź ich, nie krzywdź, proszę, błagam, to moja wina, weź mnie…

,, Ciebie? Ale przecież ty jesteś nikim!" – roześmiał się zimno Tom. A potem pchnął ją na kolana. Upadła, a potem wzniosła twarz z uwielbieniem.

,,Przydałaś się dobrze. Miałem wiele rozrywki… w istocie masz wiele talentów, wiedźmo. Teraz jednak nie jesteś mi już potrzebna."

- Błagam, błagam, nie… tylko nie to, nie to, zrobię wszystko… - chciał rzucić się, uderzać pięściami w tą przystojną, zimną twarz.

,,O nie, ty popatrzysz sobie jak ona cierpi. Crucio!"

,,Aaaaalbus!"

Ból, ból, ból wszędzie. W nim, w niej, w przełykanym eliksirze.

- Nie, nie, nie chcę już więcej.

,,Albus! Błagam, zatrzymaj to! Albus!"

,,Nie!"

,,Tak, patrz jak zdycha twoja suka, Dumbledore!"

- Chcę umrzeć! Niech to przestanie, spraw, niech to przestanie, chcę umrzeć… chcę umrzeć!

,,Albusie…" – ostatni szept. Ostatnie łzy. Ostatnie spojrzenie.

,,Avada Kedavra!"

- ZABIJ MNIE!

Ciemność.

Potem tylko jedno uczucie – pragnienie.

- Wody… - wychrypiał. Czyjś głos, czyjeś kroki.

Ból nie odpuszczał. Podstępny, osłabiający jego stare ciało, zmuszając go do magicznego podtrzymywania pracy organizmu. To nie potrwa długo…

Plusk! Woda, zimna i mokra, na twarzy. Oblizał usta – nie powinien szukać jej smaku. Powinien pamiętać inny smak – słodki, cudowny smak jej warg…

- Sectusempra! SECTUSEMPRA! – czyjś przerażony, pełen strachu głos.

Harry.

Był tu, bo razem z Harry'm mieli znaleźć horkruks Voldemorta.

To wszystko… nie było prawdziwe.

Ona była bezpieczna… musi tylko do niej wrócić. Musi tylko powiedzieć jej…

Zmusił się do otwarcia oczu. Na chwilę zamarł. Inferi właśnie porwały Harry'ego Pottera… zaraz go dopadną całkowicie, zaraz go utopią…

Nie mógł do tego dopuścić!

Tylko… różdżka… tak daleko. Był taki słaby…

Wciągną go pod wodę! Accio różdżka! Accio!

Przecież musiała posłuchać. Musiała … to był prosty czar… posługiwał się nim tyle razy…

- Accio różdżka! – wyjęczał.

Potoczyła się wolno, ale w końcu trafiła do jego dłoni.

Kolejna dawka magii. Podniósł się.

Płomienie. Inferi bały się ognia. Musiał tylko wyczarować ogień.

Ogień. Płomienisty, jak jej temperament. Znajomy, jak jej głos. Ciepły, jak jej uśmiech.

Koniec Czarnej Różdżki zapłonął najjaśniejszym ogniem.

Potem było już gorzej. Albus pamiętał, że uratował Harry'ego. Zabrał medalion. Płynęli łodzią. Harry użył swojej krwi.

Siły odpływały z niego jak woda z dziurawego kotła. Chora ręka … bolała przy najmniejszym ruchu. Nogi ledwie utrzymywały jego ciężar. Harry go podtrzymywał… ale bez pomocy Severusa… on wiedział, co to za mikstura… muszą wracać… musi wrócić do Hogwartu. Do niej…

- Już prawie jesteśmy. Teleportuję nas obu z powrotem. Niech się pan nie martwi. – mamrotał Harry. Albus nie musiał na niego patrzeć, by wiedzieć, jak bardzo chłopak się boi. Ten dzielny, mądry chłopak… Tak pięknie wyglądała wtedy, z małym Harry'm w ramionach… tak anielsko…

- Nie martwię się, Harry. Ty jesteś ze mną. – rzekł Albus, wiele wysiłku wkładając w to, by jego głos brzmiał nieco pewniej.

Teleportacja, choć nie czerpała bezpośrednio z mocy Albusa, była okropnym przeżyciem. Walczył w tylu bitwach, tak wiele razy stawał twarzą w twarz z najgorszymi obrażeniami… a jednak Albus nigdy nie czuł tak mocno jak teraz zbliżającego się końca.

Byle tylko zdążył jej powiedzieć… byle tylko wiedziała… najważniejsze by…

- Nie widziałeś? – jakimś cudem Albus rozpoznał głos Rosmerty…

- Co się stało? Rosmerto, co się stało? – spytał Albus, usiłując skupić wzrok na sylwetce czarownicy.

- Mroczny Znak, Albusie. Mroczny Znak!

Albus odwrócił głowę w stronę Hogwartu. Rosmerta miała rację. Był tam, na niebie ponad zamkiem. Znak Voldemorta. Czaszka, z wężem zamiast języka. Najdobitniejszy symbol mordu i terroru. Błyszczący ponad jego ukochaną szkołą. Szkołą, w której była ona…

- Kiedy się pojawił? – Albus zacisnął dłoń na ramieniu Harry'ego i dźwignął się na nogi.

- Zapewne parę minut temu…

Parę minut. Tyle wystarczyło, by zginęło… Nie, nie mógł tak myśleć. Musiał… musiał wracać… chronić ich… ją…

- Natychmiast wracamy do zamku. – zakomenderował.

Gdy wsiadł na miotłę od Rosmerty, nagle zrozumiał.

Tu już nie chodziło o to, czy ona wiedziała. To był koniec. I teraz nie miał już wyboru. Przecież zdecydował dawno, dawno temu.

Umierał. I teraz liczyło się tylko to, by umarł w odpowiedni sposób.

Gdy dolecieli do barier, po raz ostatni sięgnął do świadomości zamku. Zamku, z którego powolnymi myślami zdołał już zżyć się przez te wszystkie lata. Zamku, który był dla niego domem, najświętszym sanktuarium, przystanią, w której …

Żyła. Widział to w skomplikowanych myślowych wzorach szkoły. Gdyby… zamek by go poinformował. Jako dyrektorzy, byli z nim spleceni swoimi umysłami.

Mroczny Znak lśnił nad najwyższą wieżą – Wieżą Astronomiczną. Lądując poza blankami, Albus przypomniał sobie pewną scenę.

Mała, zapłakana dziewczynka. Płaczącą nad przyszłością, którą wyczuwała, tak jak on teraz wyczuwał zbliżającą się śmierć. Tak, to miało zakończyć się tutaj.

- Idź i obudź Severusa. Powiedz mu co się stało i sprowadź do mnie. Nie rób nic innego, nie rozmawiaj z nikim i nie zdejmuj peleryny niewidki. Poczekam tu na ciebie. – Albus złapał się za serce – siły wciąż odpływały z niego.

- Ale…- Harry spojrzał na niego błagalnie.

- Obiecałeś mi być posłusznym, Harry. Idź!

Harry ruszył do drzwi, ale zamarł – obydwoje usłyszeli zbliżające się głosy. Albus machnął ręką, nakazując chłopcu się odsunąć. Cokolwiek miało się wydarzyć… Harry musiał przeżyć.

Gdy drzwi otworzyły się z hukiem, Albus niewerbalnie unieruchomił syna Lily i Jamesa Potterów. To było jego ostatnie zaklęcie rzucone Czarną Różdżką – gdyż oto stojący przed nim chłopak rozbroił go. Dawna różdżka Gellerta wypadła za blanki. Albus był zbyt słaby, by przywołać ją z powrotem.

- Dobry wieczór, Draco. – rzekł uprzejmie.

- Kto jeszcze tu jest?

- To jest pytanie, które z powodzeniem ja mógłbym ci zadać. Czy może działasz sam?

- Nie, oczywiście, że mam wsparcie. Dziś wieczorem w szkole są śmierciożercy.

Albus skupił się na nieokazywaniu strachu, jaki czuł na myśl o sługach Voldemorta panoszących się w szkole, w jego szkole.

- Proszę, proszę. Więc znalazłeś sposób, żeby ich tu wprowadzić?

- Owszem! Tuż pod pańskim nosem i nikt tego nie zauważył! – na twarzy Dracona pojawił się osobliwy wyraz dumy z siebie.

- Imponujące. Ale wybacz mi to pytanie… gdzie oni się podziali? Nie wygląda, żebyś miał obstawę. – Albus grał na czas – Malfoy był słaby, każde jego słowo niosło informacje, może uda mu się dowiedzieć…

- Napotkali drobne przeszkody. Walczą parę pięter niżej. Pewnie zaraz się tu zjawią. Ja poszedłem przodem… mam zadanie do wykonania. – odpowiedział Malfoy.

Albus tylko na moment pozwolił sobie na uczucie nadziei – walczyli. Ona na pewno tam była, na pewno siała zamęt w szeregach wroga, zaciekle broniła Hogwartu…

- W takim razie, drogi chłopcze, musisz je wykonać. – odezwał się Albus, ponownie skupiając spojrzenie na twarzy Ślizgona.

Na chwilę zapadła cisza. Albus liczył sekundy. Severus… musiał dotrzeć na czas. Musiał zdążyć, by uratować choć duszę tego biednego chłopca, by zakończyć to odpowiednio – by Harry miał jakieś szanse…

- Draco, Draco. Nie jesteś mordercą.

- Skąd pan wie? – chyba nawet sam Draco natychmiast zrozumiał jak dziecinnie zabrzmiały te słowa, bo zaraz dodał:

- Nie wie pan do czego jestem zdolny! Nie wie pan, czego już dokonałem!

- O wiem, wiem. – Albus mimowolnie zerknął na unieruchomionego pod spodem Harry'ego. – Nieomal zabiłeś Katie Bell i Ronalda Weasley'a. Przez cały rok, z rosnącą desperacją, próbowałeś mnie zabić. Wybacz mi, Draco, ale te próby były żałosne. Na tyle żałosne, że zastanawiam się, czy naprawdę wkładałeś w nie serce…

- Wkładałem! Pracowałem nad tym cały rok i dziś wieczór…

Nagle gdzieś poniżej rozległ się głośny krzyk. Albus stłumił ulgę – to nie był jej głos.

- Jeszcze walczą, jak sądzę… Ale mówiłeś… Powiedziałeś, że zdołałeś wprowadzić do mojej szkoły śmierciożerców, co, przyznaję, wydawało mi się niemożliwe. Jak tego dokonałeś?

Chłopak nie odpowiadał. Albus musiał go jakoś zająć, zanim ten zrobi coś głupiego:

- Może jednak powinieneś się zabrać za to sam. Co zrobisz, jeśli moje straże odeprą twoje wsparcie? Jak zapewne wiesz, są tu dziś członkowie Zakonu Feniksa. I tak prawdę mówiąc, nie potrzebujesz pomocy. W tej chwili nie mam różdżki, nie mogę się bronić. – podpuszczał Albus. Malfoy nadal milczał.

- Rozumiem. Boisz się działać, póki ich tu nie ma. – ciągnął dalej uprzejmie.

- Nie boję się! To pan powinien się bać! – krzyknął chłopak.

Albus zmusił się do udawania beztroski – ani ten chłopak, ani ten ukryty na dole, nie mogli wiedzieć, jak bardzo się bał. Nie śmierci, nie o siebie. O nią.

- Ale dlaczego? Nie sądzę, żebyś mnie zabił, Draco. Zabijanie nie jest nawet w połowie tak proste, jak to się wydaje niewinnym… A więc, póki czekamy na twoich przyjaciół, powiedz mi… Jak udało ci się tu ich wprowadzić? Zdaje się, że dużo czasu upłynęło, zanim wreszcie na to wpadłeś? – Albus wiedział, że z każdym słowem tracił coraz więcej energii, że jego serce bije coraz wolniej.

Oddech Malfoy'a był coraz szybszy. Chłopak nie spuszczał go z oczu i wciąż celował różdżką w jego serce. W końcu rzekł:

- Musiałem naprawić tę nieużywaną od lat Szafkę Zniknięć. Tę, w której w zeszłym roku utknął Montague.

- Aaach. – Albus jęknął – jedyna rzecz, której nie dopatrzył… -Sprytne, bardzo sprytne. Zakładam, że gdzieś istnieje druga szafka?

- Owszem, u Borgina i Burkesa. – Malfoy zaczął opowiadać. Albus słuchał go tylko częściowo. Gdy chłopak umilkł, dodał, dla pozorów:

- Bardzo dobrze. A więc śmierciożercy mogli przejść ze sklepu Borgina i Burkesa do szkoły, żeby ci pomóc… Sprytny, bardzo sprytny plan… I to, jak mówisz, tuż pod moim nosem…

- Tak, właśnie tak! – Malfoy, jak większość nastolatków, pragnął uznania.

- Ale musiały być takie momenty, kiedy traciłeś nadzieję, że uda ci się naprawić komodę. I wtedy właśnie odwoływałeś się do tak prymitywnych i nieskutecznych środków jak podesłanie mi przeklętego naszyjnika, który po prostu musiał trafić w niepowołane ręce… Zatrucie miodu, co do którego istniało nikłe prawdopodobieństwo, że go spróbuję… - wyliczał Albus.

- Może i owszem, ale i tak się pan nie zorientował, kto za tym wszystkim stoi, prawda? – zadrwił Malfoy. Albus poczuł jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa – osunął się po ścianie, o którą się opierał…

- Prawdę mówiąc, byłem pewien, że to ty. – odparł Albus, czerpiąc z ostatków energii.

- Dlaczego więc mnie pan nie powstrzymał?

- Próbowałem, Draco, próbowałem. Profesor Snape pilnował cię na moją prośbę…

- Wcale nie na twoją prośbę, przysiągł mojej matce…

- Oczywiście, tak miał ci powiedzieć, ale…

- Snape to podwójny agent, ty stary głupcze, on nie pracuje dla ciebie, tobie się tylko tak zdaje…

- I tu się właśnie różnimy Draco. Tak się składa, że ufam profesorowi Snape'owi…

- No to się mylisz! – wykrzywił się Malfoy.

Albus już przestał przykładać wagę do tej rozmowy. Prowadził ją, bo musiał zająć chłopaka do momentu przybycia Severusa. Musiał dotrwać do końca, jeszcze tylko trochę, byle starczyło mu mocy…

- A koncept z zatrutą nalewką podsunęła mi ta szlama, Granger, słyszałem, jak mówi w bibliotece, że Filch nie jest w stanie odróżnić eliksiru od herbaty… - przechwalał się Malfoy.

- Proszę, nie używaj takich słów w mojej obecności. – rzekł Albus, krzywiąc się.

- Obchodzi pana, że mówię ,,szlama", kiedy za chwilę pana zabiję? – roześmiał się syn Lucjusza.

- Owszem. – Albus chciał się wyprostować, ale jego stopy ześlizgnęły się nieco i zachwiał się. – A co do zabicia mnie, to miałeś już kilka długich chwil, z których każda była znakomitą okazją. Jesteśmy tu zupełnie sami, jestem bardziej bezbronny, niż mógłbyś to przewidzieć w najśmielszych snach, a jednak wciąż nie zrobiłeś nic… - Albus obawiał się, że jeszcze kwadrans tej bezsensownej rozmowy i nie zapanuje nad ustami, że jego szczęka zaciśnie się na zawsze…

- … Postanowiliśmy wystrzelić Mroczny Znak nad wieżą, żeby pan jak najszybciej się tu zjawił, chcąc sprawdzić, kto zginął. I podziałało!- zawołał triumfalnie Draco.

- Cóż… I tak, i nie… A więc mam rozumieć, że nikt nie zginął? – tym razem głos Albusa zadrżał, zdradzając targające nim emocje.

- No, ktoś jest martwy. Jeden z pańskich ludzi… Nie wiem kto, było ciemno… Wlazłem na jakieś zwłoki. Miałem tu na pana czekać.. ale Zakon się wtrącił… - odpowiedział Malfoy, mizernie udając beztroskę.

- O tak, oni tak mają… - rzucił Albus. Czuł tylko częściową ulgę… gdyby to była ona, czułby, a Malfoy rozpoznałby ją… wspomniałby o tym, każdy wiedział, że była jego prawą ręką…

A przecież była kimś znacznie ważniejszym…

Stop. Musiał się skupić ma Draco…

- Przejdź na stronę dobra, Draco… nie jesteś mordercą.

- Ale dotarłem aż tutaj, prawda? Myśleli, że zginę, ale jestem tu i pan jest w mojej mocy. Ja mam różdżkę… I pan jest zdany na moją łaskę… - powiedział powoli Draco.

- Nie, Draco. Rozmawiamy teraz o mojej łasce, nie o twojej. – wyszeptał Albus.

Wtem drzwi otworzyły się z hukiem i na mury wpadła czwórka śmierciożerców. Gdyby nie brak jakiejkolwiek kontroli nad oddechem, Albus by westchnął. Oto musiał nie tylko prowadzić grę na czas z Draco. Towarzystwo się zmieniło.

-Dumbledore osaczony! Dumbledore rozbrojony! Dumbledore samotny!

Albus miał ochotę pokręcić głową. Nigdy nie był samotny. Gdzieś tam, na dole, była dusza… czysta jak kryształ… która rozumiała każdą jego cząstkę, która trwała przy nim bez względu na wszystko.

- Dobry wieczór, Amycusie. Och i przyprowadziłeś ze sobą Alecto, jak miło… - spojrzał na jedną z przybyłych kobiet. Ta prychnęła, zirytowana.

- Myślisz, że te żarciki pomogą ci w godzinie śmierci, Dumbledore?

- Żarciki? Och, nie, to tylko dobrze wychowanie. – sprostował Albus.

- Zrób to! – warknął jeden z przybyłych. Albus błagał niebiosa, by pamięć go myliła…

- Czy to ty, Fernirze?

- Tak jest! Cieszysz się, że mnie widzisz? – prawie zaszczekał zapytany.

- Nie, obawiam się, że nie mogę tego powiedzieć. – Albus pomyślał sobie, że kiedyś, w innych okolicznościach, chciałby spróbować na wilkołaku swego gniewu…

- Ależ, Dumbledore, wiesz jak ja lubię dzieci! – złowieszczy głos mężczyzny kiedyś zniszczyłby samokontrolę Albusa… Teraz…

Zmusił się do dalszego prowadzenia rozmowy. Lecz wiedział, że jego umysł już powoli odpływa… klątwa atakowała mózg, wżerała się w świadomość. Usiłował… sięgnąć… w dół… myślami… zawołać Severusa… Ją…

- Draco, zrób to, albo odsuń się, by jeden z nas…

Mimo całej słabości, Albus wyczuł pojawienie się Severusa.

Rychło w czas…

- Severusie… - rzekł łagodnie. Usiłował jeszcze sięgnąć umysłem… Severus otworzył się na niego, zbliżając się.

- Błagam. Severusie…

- A ona?

Albus zobaczył nadesłany obraz – wspomnienie, sprzed dwudziestu lat… wyniosła czarownica, siedząca za biurkiem i patrząca wprost na niego z takim… zawodem, z takim rozczarowaniem…

- Chroń ją.

- Severusie, proszę… - nawet nie potrafił już ukryć błagania w głosie.

Jak w zwolnionym tempie widział jak Severus unosi różdżkę.

- Avada Kedavra!

Zielony promień pomknął wprost ku Albusowi. Szmaragdowy, jak jej oczy. Jak oczy Minerwy McGonagall - kobiety, którą kochał.