- Expelliarmus!

- Drętwota!

- Aaaa!

Wszędzie latały zaklęcia. Inkantacje czarów krzyczeli zarówno członkowie Zakonu, aurorzy, jak i śmierciożercy. Ona jednak nie odzywała się.

Jej różdżka śmigała w powietrzu, za każdym razem będąc przyczyną potężniejszego uroku. Niewerbalne czary, trudniejsze do obrony, uderzające z zaskoczenia, gdy korzystała z swoich umiejętności animagicznych, by na chwilę zniknąć w bitewnym chaosie.

Dawno nie walczyła, ale tych rzeczy się nie zapominało. Tego śpiewu krwi w żyłach. Magii, tym razem czystej, nieskażonej brudem bólu, przepływającej przez jej komórki. Gwałtownych pociągnięć różdżki. Nieustannej czujności.

Nie była głupia, by nie widzieć piękna walki. Walki w słusznej sprawie. Walki w obronie tego, co uważała za święte i nienaruszalne.

- Avada Kedavra! – zaklęcie minęło ją o cal – kiedyś byłoby to pięć cali – jej refleks nie był dokładnie taki sam jak dwie wojny temu.

Minerwa McGonagall atakowała kolejnych śmierciożerców. Oni już wiedzieli, że jest najbardziej niebezpieczna – uciekali, tak jak teraz, gdy Amycus Carrow pobiegł w stronę Wieży Astronomicznej. Nie potrafili się przegrupować, połączyć sił – tylko działając razem, mieli przeciw niej jakieś szanse. Nikt jednak nie wierzył, że Tom rekrutował ze względu na inteligencję.

- Rictusempra!

Trzask! Zaklęcie uderzyło w jej tarczę, rozbryzgując się na kawałki. Śmierciożerca, skryty za maską, przez chwilę patrzył się na nią zdumiony, a potem pomknął w stronę dziedzińca. Wystarczył ułamek sekundy, by Minerwa upewniła się, że wszyscy walczący wokół niej członkowie Zakonu sobie poradzą – i już biegła za śmierciożercą.

Prawie dopadła go na otwartym dziedzińcu. Ale było ich tu więcej – razem chyba czterech. Na jej widok ich twarze wykrzywiły się w grymasach – nie wierzyli, że ich dogoni. Ale była tu, z różdżką ozdobioną szmaragdami, z gniewem, z straszliwą, niewyobrażalną chęcią zniszczenia ich.

- Crucio! – wrzasnął jeden z nich.

Minerwa odsunęła się, ale zaklęcie otarło się o jej bok. Oczekiwała fajerwerków bólu. Czekała na cios, na cierpienie wywołane klątwą. Wierzyła w porażającą ciało moc zaklęcia.

Lecz nic takiego nie nastąpiło. Nadal stała prosto, nie czując absolutnie żadnego bólu.

Odruchowo wzniosła oczy ku niebiosom. I zamarła.

Nad Wieżą Astronomiczną unosił się ogromny, Mroczny Znak. Symbol Toma – czaszka z wężem w miejscu języka. Najdobitniejsza zapowiedź czyjejś śmierci – wyczarowana nad jej Hogwartem.

- Reducto! – wrzasnął bez ostrzeżenia jeden ze śmierciożerców.

I Minerwa znów walczyła.

Urok, unik, czar, zaklęcie, obrót, krzyk, gdy wreszcie jej klątwa sięgnęła celu. Kolejni śmierciożercy, obracający się jak w tańcu, wykrzywieni wysiłkiem. Moc, którą Minerwa z siebie wylewała, o której istnieniu nie miała pojęcia. Ale przecież nie powinno jej to dziwić. Chodziło o Hogwart. O tych wszystkich uczniów. O dzieci, które poprzysięgła chronić. Nie obchodziło jej, czy mknąca w jej kierunku klątwa ją trafi, czy uśmiercające zaklęcie w końcu ją dosięgnie – tak długo jak żaden z uczniów nie ucierpiał, jej misja była wypełniona. Już dawno była gotowa przyjąć śmierć.

Śmierciożercy bronili się rozpaczliwie, ale wycofywali się z każdym kolejnym jej zaklęciem. Dotarli do sali wejściowej. Było tam więcej walczących – Zakon spychał śmierciożerców do defensywy. Ona sama rzuciła się w sam wir walki – świst jej różdżki, łopot szat, włosy wymykające się z koka…

,,Hogwart jest najważniejszy."

Skok, pchnięcie panny Granger na ziemię, wyczarowanie nad nimi tarczy, kolejny urok, jej następny czar…

I potem nagle.

Jak grom z jasnego nieba. Cios, spazm, uderzenie – nie znalazłaby na to nawet słowa. Jakby ktoś rozerwał jej duszę na tysiące kawałków i poskładał, niedokładnie i błędnie. Jakby utraciła coś bardzo cennego. Jakby …

Pustka. Minerwa czuła się pusta. Prawie, prawie tak jak wtedy. Jakby uszło z niej życie, magia, wszystko…

Nogi ugięły się pod nią, gdy przypomniała sobie. Ta straszliwa świadomość – zawiodła, zawiodła. Straciła ją… I Albus…

Albus!

Zimno, jakiego nie czuła nigdy wcześniej sparaliżowało ją na moment.

,, To wydarzy się dzisiaj".

,,Przecież wiedziałabym. Czułabym to."

I oto czuła. I oto wiedziała.

Fala bólu, jaka zalała ją wraz z tą myślą, zwaliła ją z nóg kompletnie. Upadła na kolana. Różdżka potoczyła się po kamiennej posadzce. Nie podnosiła głowy, ale wiedziała, że zarówno Zakon, jak i śmierciożercy zamarli.

A potem potężna świadomość Hogwartu naparła na jej umysł. Przed tak silną i starożytną magią nie obroniłby się najbieglejszy w sztuce oklumencji. Minerwa mogła jedynie widzieć pod powiekami jak jej wymyślone mury padają przed potęgą świadomości szkoły.

Hogwart powitał ją jako dyrektorkę.

Miała finalne potwierdzenie tego, czego obawiała się od dekad.

Czuła jak jej palce wbijają się w kamień, tak jakby to było masło. Cała moc… posadzka zatrzęsła się, gdy uwolniła pierwszą porcję. Ściany zadrżały, gdy wypuściła drugą. Śmierciożercy padli na ziemię, podobnie jak Zakon. Ci pierwsi wydali z siebie kilka nieskładnych okrzyków, a potem na kolanach popędzili do głównych wrót. Minerwa nie potrafiła nawet zamknąć drzwi. Patrzyła jak wrogowie uciekają…

Musiała…

Dźwignęła się na rękach. Na palcach wciąż miała odłamki kamienia. Odruchowo otarła dłonie o szatę. Rozejrzała się.

Tu i teraz. Tu i teraz. Nie mogła myśleć o…

Nikt inny nie ważył się podnieść. Czarodzieje i czarownice, uczniowie i aurorzy patrzyli na nią z mieszaniną zdumienia i strachu. Jednak ich zdziwienie było teraz jej najmniejszym zmartwieniem. Ruszyła powoli do przodu – nie wiedziała, ile w tym pracy jej starych mięśni, a ile magii – na pewno musiała lewitować nad wciąż oszołomionymi magami. Nie rejestrowała już odpływającej z ciała magii, odpływających fizycznych sił. Po prostu uparcie szła do przodu.

Wiedziała dokąd ma się udać. Nie musiała nawet czuć świadomości zamku, który informował ją o tym, gdzie zebrała się cała społeczność szkoły. Przecież już jako jedenastoletnia dziewczynka wiedziała, gdzie to się zakończy.

Kwadratowy dziedziniec u stóp najwyższej zamkowej wieży był pełen ludzi. Uczniów, nauczycieli, członków Zakonu… którzy wodzili wzrokiem pomiędzy czymś u stóp wieży a ogromnym Mrocznym Znakiem ponad nimi. Jednak oni wszyscy wyczuwali obecność Minerwy. Odwracali się i rozstępowali, robiąc jej przejście.

Minerwa zobaczyła jak klęczący na ziemi Potter jest odsuwany przez pannę Weasley – łzy wyraźne na jego bladych policzkach. Przez jeden krótki moment Harry spojrzał wprost na nią – w momencie gdy wystąpiła z tłumu. Zmrużył swoje oczy w kolorze sosnowego igliwia.

Tymczasem ona opuściła wzrok na spoczywające na ziemi ciało.

Leżał tam, z powyginanymi kończynami, nieruchomy, martwy. Wciąż ubrany w błękitne szaty, z zwichrzoną białą brodą.

Opadła na kolana.

Jego twarz była zupełnie spokojna, tak jakby spał. Ten sam haczykowaty, lekko przekrzywiony nos, te same zmarszczki na czole, te same … usta, które jeszcze kilka godzin temu całowały ją tak namiętnie.

Uniosła dłoń i dotknęła czubkiem palca jego warg – teraz były zimne.

Albus Dumbledore, jej mentor, jej przyjaciel, jej ukochany… był martwy.

Minerwa, doskonale świadoma była zgromadzonych wokół ludzi, patrzących na nią z mieszaniną współczucia i smutku.

Pozwoliła by tylko jedna, pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. Pozwoliła by kryształowa łza opadła na bezwładną pierś ukochanego…

,,Hogwart jest najważniejszy."

Z tą myślą, Minerwa McGonagall dźwignęła się na nogi i uniosła w górę różdżkę. Jedno, małe, migoczące światełko uniosło się do góry. A zaraz potem reszta obecnych zaczęła wznosić różdżki ku górze. Tysiące światełek pomknęły ku niebu. Tysiące światełek, które ostatecznie przegnały Mroczny Znak znad Hogwartu.

Minerwa opuściła różdżkę. Spojrzała na Harry'ego.

- Kto? –spytała szeptem.

Harry potrząsnął głową, tak jakby nie wierzył, że to dzieje się naprawdę. Wreszcie odpowiedział:

- Snape. Zabił go Snape.

Twarz czarownicy nie drgnęła. I choć co najmniej setka ludzi czekała na cokolwiek – na szloch, na płacz, na jakąkolwiek oznakę załamania, zobaczyli jedynie twarde spojrzenie szmaragdowych oczu.

Nikt nie mógł podejrzewać, że w wnętrzu tego drobnego, chudego i starego ciała zachodziła właśnie jedna z najpotężniejszych wyobrażalnych transmutacji. Transmutacja niewyobrażalnego bólu w moc. W moc tak brudną, tak skażoną, ale nieograniczenie potężną.

- Psor? – oto Hagrid przerwał idealną ciszę. Jego dobroduszna twarz była zupełnie mokra od łez.

- Niech wszyscy zbiorą się w skrzydle szpitalnym. Tam zdecydujemy, co dalej. – rzekła Minerwa - jej głos dźwięczny.

Nie mogła zmusić się do ponownego spojrzenia na jego ciało. Wiedziała, że nawet żelazna samokontrola, której nauczył ją ojciec, nie pomogłaby jej w tym momencie.

I wtedy właśnie Fawkes rozpoczął swój lament.

Minerwa nigdy wcześniej nie słyszała czegoś takiego – muzyki tak idealnie podsumowującej cały ból, cały żal, który wypełniał jej serce. Zupełnie jakby melodia rozbrzmiewała wewnątrz niej, a nie wokół niej. Uniosła głowę – feniks zataczał kręgi wokół Wieży Astronomicznej. Jego złoto-szkarłatne pióra lśniły z każdym uderzeniem skrzydeł.

Mogłaby słuchać tego lamentu bez końca. Był tak idealnym odzwierciedleniem stanu jej duszy…

- Minerwa? – ktoś lekko dotknął jej łokcia. Zamrugała.

- Rolanda. – rzekła, usiłując skupić uwagę na stojącej obok czarownicy.

- Skrzydło szpitalne. – mruknęła Minerwa i powoli ruszyła w odpowiednim kierunku.

Każdy kolejny krok to był kolejny mur.

Zaprawa, cegły, kamienie, magia. Budowała niestrudzenie, skupiając myśli tylko na tym. Wiedziała, że magia sama zaprowadzi ją do skrzydła szpitalnego. Wiedziała też, że kiedy tam dotrze, będzie musiała uosabiać silną, niewzruszoną przywódczynię. Dlatego ciągle tworzyła coraz to nowe pierścienie murów wokół swojego umysłu.

Gdy dotarła do skrzydła szpitalnego, jej umysł przypominał niezdobytą twierdzę.

Już wewnątrz, stanęła na samym środku – wyprostowana. Ludzie gromadzili się wokół. Widziała Tonks i Lupina, Alastora, Poppy pochylała się nad ugryzionym przez Greybacka Billem, tak pamiętała to… Potem chyba wpadł do środka Potter.

Tylko część jej słuchała jego opowieści. Tylko część jej odnotowała historię Hermiony. Reszta świadomości pozostawała szczelnie zamknięta za murami.

Gdy wszyscy zamilkli, zorientowała się, że patrzą na nią. Że od niej oczekują odpowiedzi.

- To wszystko moja wina. – wyszeptała.

Minerwa wielokrotnie w swoim względnie długim życiu czuła poczucie winy. Często to ono było źródłem jej bólu, to ono było brzemieniem, które dźwigała każdego dnia. Ale teraz…

- Nie mogłaś wiedzieć. Wszyscy potrzebowaliśmy pomocy, cieszyliśmy się, że Snape już idzie… - odezwał się Lupin.

Potrząsnęła głową. Przecież nie chodziło o to, o Snape'a. Wtedy… mogła go zatrzymać. Gdyby poprosiła go, by został, gdyby wtedy wyznała mu prawdę, gdyby otworzyła przed nim serce… nie zostawiłby jej, nie wyjechałby, razem pokonaliby śmierciożerców, on nadal by żył…

Drzwi skrzydła szpitalnego otworzyły się z impetem. Minerwa zmarszczyła brwi, widząc państwa Weasley i Fleur Delacour.

- Molly, Arturze… Tak mi przykro… - rzekła, witając ich.

- Bill! Och, Bill! – Molly zignorowała ją i pobiegła do łóżka syna.

Całe szczęście, że Artur zwrócił się do niej – musiała brać udział w rozmowie, nie mogła zatracać się tam, za murami…

- A Dumbledore? … Minerwo, czy to prawda? Czy on naprawdę… ? – spytał Artur.

Minerwa skinęła głową. Tak, to działo się naprawdę. To nie był jeden z jej wielu koszmarów…

- Dumbledore odszedł… - rzekł Artur. Do Minerwy już nie dotarły dalsze słowa jego żony. Nadal stała prosto, z zamyśleniem na twarzy, jakby zasłuchana w żałobne zawodzenie Fawkesa. Niby nadal była obecna – rejestrowała dziwną wymianę zdań między Molly a Fleur, kłótnię Remusa z Tonks…

- To nie jest odpowiedni moment, żeby o tym rozmawiać. Dumbledore nie żyje…

- Dumbledore byłby bardzo szczęśliwy, mając świadomość, że jest trochę więcej miłości na świecie. – odezwała się Minerwa. Wszyscy odwrócili się do niej. Wytrzymała ich współczujące spojrzenia.

Minerwa była mistrzynią magii umysłu. Wiedziała doskonale, co oni wszyscy teraz myślą. Prawie słyszała ich współczucie, ich litość.

Nie potrzebowała tego.

Drzwi znów stanęły otworem. Minerwa odwróciła się do przybyłego.

- Hagrid.

-Zro…zrobiłem to, pani psor. Przeniosłem go. Profesor Sprout zaprowadziła dzieciaki z powrotem do łóżek. Profesor Flitwick leży, ale mówi, że za chwilę wszystko będzie dobrze, a profesor Slughorn mówi, że zawiadomiono ministerstwo.

- Dziękuję, Hagridzie. Powinnam spotkać się z wysłannikami ministerstwa, kiedy przybędą. Hagridzie, powiedz proszę, opiekunom domów – Slughorn może reprezentować Slytherin- że chcę ich niezwłocznie widzieć w ... moim gabinecie. I chciałabym, żebyś ty też do nas dołączył. – jak zaskakująco łatwo słowa płynęły przez jej usta! Minerwa sama była zdumiona… ale … to tylko ten ułamek woli odpowiadający za słowa… cała reszta…

- Zanim spotkam się z nimi, chciałabym zamienić z tobą parę słów, Harry. Chodź ze mną. – dodała, patrząc wprost na ciemnowłosego chłopca.

W milczeniu szli przez zamkowe korytarze. Minerwa z pełnym rozmysłem nie skierowała się do swojego gabinetu – nie po tym, do czego tam doszło kilka godzin temu… nie, musi skupić się na czymś innym… hasło, tak, nie potrzebowała go … ruchome schody… ile razy jechała nimi, wiedząc, że za drzwiami z kołatką znajdzie …. Szszszsz, nie o tym…

Jego gabinet…. Byłby wciąż jego, nawet gdyby spędziła tu stulecie jako dyrektorka. Jego gabinet… był niezmieniony. Może tylko panowała tu strasznie umniejszająca atmosfera. Minerwa nigdy nie uważała się za małą wiedźmę – jej wzrost bywał i błogosławieństwem i przekleństwem, ale teraz miała wrażenie, że nie stanowi więcej niż ziarenko piasku. Znajome srebrne instrumenty, lśniący miecz Godryka, zakurzona Tiara Przydziału... jego okulary leżące na pustym biurku. Biurku, które wczoraj sprzątała… inaczej na pewno byłby tu bałagan…

I jego portret. Te same okulary co na biurku były namalowane na jego haczykowatym nosie – on sam drzemał, chociaż nie potrafiła stwierdzić, czy jego sny należą do przyjemnych – czasem krzywił się, jakby śnił mu się koszmar… To było tak nierzeczywiste…

Minerwa zebrała się w sobie: ,,Hogwart był najważniejszy."

- Harry, chciałabym wiedzieć, co ty i profesor Dumbledore robiliście dziś w nocy, gdy opuściliście szkołę. – słowa znów chyba były kształtowane przez jej magię… nie zdobyłaby się na wspomnienie …

- Nie mogę tego zdradzić, pani profesor. – odpowiedział Potter.

Powinna się tego spodziewać. Spojrzała na chłopca – nie wiedziała, co w niej zobaczył, ale cofnął się ze strachem.

- Chcę, żebyś wiedział, Harry… że gdybyś potrzebował… porozmawiać… ja zawsze tu będę… Hogwart… jest najważniejszy… - wyszeptała, odwracając głowę i zerkając na pustą żerdź Fawkesa.

- Dziękuję… pani profesor. – Harry nie powiedział już nic więcej. Minerwa wiedziała, że gdyby użyła legilimencji, wiedziałaby wszystko… ale … to nie byłoby właściwie. Zresztą nie musiała czytać myśli chłopaka, by widzieć jego ból i żal. Czuł się opuszczony, zdradzony. Czuł gniew na Snape'a i chęć zemsty. Wierzył, że jego relacja z … dyrektorem była wyjątkowa… Wierzył w swoje prawo do opłakiwania ….

Harry był do tego stopnia zaślepiony swoim poczuciem straty, że nie dostrzegał pewnego ironicznego faktu.

Żałował człowieka, który już raz go porzucił. Człowieka, który przez jedenaście lat się nim nie interesował.

Potter nie widział tego, jak proste i prymitywne są jego emocje, w porównaniu z jej bólem.

Bo jeśli ktokolwiek mógł czuć się opuszczony, to tylko ona.