Chwilę później grupka nauczycieli weszła do gabinetu.

- Snape! Uczyłem go! Myślałem, że go znam! – wrzasnął zdenerwowany i spocony Slughorn.

Minerwa zdążyła pomyśleć jeszcze, że też uczyła Severusa, ba, przez ostatnie lata wydawało jej się, że… ale potem z impetem zamknęła te myśli za kolejnym murem.

- Minerwo, minister za chwilę tu będzie, właśnie deportował się z ministerstwa. – oświadczył jeden z byłych dyrektorów.

- Dziękuję, Everardzie. – rzekła i szybko odwróciła się do nauczycieli.

- Chcę porozmawiać o tym, co stało się w Hogwarcie, zanim on się tu zjawi. Osobiście nie jestem przekonana do tego, żeby w przyszłym roku znów otworzyć szkołę. Śmierć dyrektora z rąk jednego z naszych kolegów to potworna plama na historii szkoły. – i choć głos wydobywał się z jej ust, słowa jakby nie należały do niej – były tym, co jakaś część jej umysłu wierzyła, było właściwe do powiedzenia. Tego by oczekiwano od … przejmującej obowiązki...

- Jestem pewna, że Dumbledore chciałby, żeby szkoła została otwarta. Uważam, że jeśli choć jeden uczeń będzie chciał tu przybyć, szkoła powinna być otwarta dla tego jednego ucznia. – rzekła rozsądnie Pomona. Lecz Minerwa znów odpływała – jej wzrok błądził po książkach o transmutacji – wiele z nich przeczytała jeszcze podczas nauki w Hogwarcie… co tydzień pożyczała kolejne…

- Hagridzie, ty się jeszcze nie wypowiedziałeś. Jak sądzisz, czy Hogwart powinien zostać otwarty? – Minerwa znów starała się skierować myśli na właściwe tory.

- Nie wiem, pani psor. To opiekunowie i dyrekcja powinni decydować… - płaczliwie odpowiedział półolbrzym.

- Profesor Dumbledore zawsze cenił sobie twoje zdanie. Ja również. – i znów, tak jakby mówiła o jakimś dalszym znajomym… jakby wymazała te wszystkie lata…

- … Hogwart bez Dumbledore'a…

Nauczycielka transmutacji zacisnęła palce na różdżce.

Życie bez…

Jakieś słowa znów popłynęły z jej ust – coś o powrocie uczniów do domów…

- A co z pogrzebem Dumbledore'a? – spytał Harry.

Minerwa zamknęła oczy. Nie rozmawiali o tym. Nigdy. Ale przecież wiedziała.

- Cóż. Wiem, że Dumbledore życzył sobie spocząć tutaj, w Hogwarcie.

- Więc tak się właśnie stanie, prawda? – tym razem ton Pottera był ostrzejszy.

Będzie tak blisko…

- Jeśli Ministerstwo uzna to za stosowne. Żaden inny dyrektor ani dyrektorka nie… - jakaś głupia cząstka jej umysłu wmawiała jej, że to nie pomoże jej zapomnieć, a przecież tylko tyle mogła zrobić… zapomnieć…

- Żaden inny dyrektor nie dał tej szkole tak wiele. – warknął Hagrid. Nie spojrzała na niego – bo po co miała wszystko utrudniać?

- Hogwart powinien być miejscem spoczynku Dumbledore'a. – stwierdził z mocą Filius.

- Absolutnie. – poparła go Pomona.

- W związku z tym, nie powinna pani wysłać uczniów do domu przed pogrzebem. Wszyscy będą chcieli… - zaczął Harry, ale urwał.

- Się pożegnać. – dokończyła za niego nauczycielka zielarstwa.

- Dobrze powiedziane. Nasi uczniowie powinni oddać mu należny hołd. Potem można ich odesłać do domów. – rzekł Slughorn.

Hołd. Znów odepchnęła od siebie kolejną falę myśli – wtłoczyła ją za kolejny mur.

- Idzie. Minister… i wygląda na to, że wziął ze sobą całą delegację. – to nie był jej głos – to był głos wiedźmy czujnie wyglądającej na błonia…

- Czy mogę wyjść, pani profesor? – zapytał Potter.

- Możesz. Szybko. – otworzyła mu drzwi. Lepiej by minister go nie przesłuchiwał… nie w tym stanie… Odprowadziła wzrokiem chłopca… każdy jego krok ciężki od przytłaczającego go żalu…

- Minerwa? – Pomona delikatnie wymówiła jej imię.

- Wracajcie lepiej do swoich zajęć. Zajmę się ministrem, pogrzebem, uczniami, naprawą… zajmę się wszystkim. – rzekła Minerwa tonem nieznoszącym sprzeciwu. Hagrid chyba chciał zaprotestować, ale Slughorn pociągnął go do wyjścia.

Minerwa rozejrzała się. Nie miała złudzeń – Scrimgeour będzie przede wszystkim chciał poznać tajemnice Zakonu. I zacznie od tej wieży. Nie mogła dopuścić… spojrzała na swoje dłonie – w prawej wciąż ściskała różdżkę.

Rufus na pewno ma już jakieś relację z tego, co się wydarzyło. Poza tym minister nie był głupcem – nigdy otwarcie nie sprzeciwił się dyrektorowi Hogwartu. Teraz, gdy część powagi urzędu spadła na nią, musiała ostrożnie rozegrać swoją batalię. Należało kupić czas… przynajmniej do pogrzebu… Nie będą śmieli – nie dopóki ona tu będzie…

- Minerwo? – czyjś zatroskany głos wyrwał ją z rozmyślań. Odwróciła się:

- Będę potrzebowała waszego wsparcia, Armando . – zwróciła się do portretu staruszka, rozmyślnie nie patrząc na jego zupełnie mokre rękawy szat.

- Oczywiście, oczywiście, moje dziecko. – zaraz po zapewnieniu Dippeta reszta dyrektorów pokiwała namalowanymi głowami – oprócz jednego.

Wyprostowała się i obeszła biurko. Usiąść w tym krześle… to było wyzwanie. Ale musiała się na to zdobyć. Musiała podkreślić swoją władzę. Już słyszała ich głosy… byli na ruchomych schodach… drzwi otworzyły się z impetem… nawet nie zapukali…

- Profesor McGonagall! – kroczący na czele Rufus Scrimgeour najpierw czujnie się rozejrzał, a potem ruszył ku niej, marszcząc czoło – już zrozumiał, że na samym wstępie podkopała jego autorytet.

- Ministrze. Proszę spocząć… niestety nie mam tylu krzeseł, żeby wszyscy z pańskiej świty usiedli, ale mogę wyczarować… - zaczęła spokojnym głosem Minerwa. Scrimgeour pokręcił głową.

- Postoją. Proszę przyjąć moje najszczersze wyrazy smutku – Shacklebolt opowiedział mi o walce i … zabójstwie Albusa Dumbledore. – minister usiadł, zatem ona też opadła na przypominające tron dyrektorskie krzesło. Skrzywiła się, gdy zaskrzypiało pod nią, zaraz jednak się opanowała i bez słowa położyła różdżkę na biurku… obok jego okularów.

- Jest wiele spraw organizacyjnych… - zaczęła, ale Rufus jej przerwał.

- To prawda, że zabił go Snape? – głos ministra był ostry – Minerwa natychmiast przypomniała sobie podobny ton, używany przez Spencer-Moona.

- Nie było mnie przy tym, ale Potter to widział. – odpowiedziała, zgodnie z prawdą.

- Potter? Dumbledore opuścił z nim szkołę, zanim nastąpił atak. Wiesz dokąd się udali? Madame? – głos ministra był coraz bardziej napastliwy.

- Nie. – Minerwa zacisnęła usta.

- Dumbledore nie mówił, dokąd się wybiera?

- Nie. Miałam jedynie pilnować szkoły podczas jego nieobecności. – z każdym słowem Minerwa czuła coraz większe poczucie winy…

- Nasi eksperci zbadają ciało. Może miał przy sobie coś… Chciałbym też przesłuchać Pottera… i innych… Dawlish, podaj mi listę! Nie masz jej? Poszukaj porządnie! – Scrimgeour odwrócił się do jednego ze stojących za nim w półkolu aurorów. Wszyscy ci mężczyźni ani na moment nie spuszczali wzroku z Minerwy i jej różdżki.

- Potter jest pod moją opieką. Przeżył ciężki szok, nie zgadzam się na przesłuchanie jego, bądź innych uczniów. Co do nauczycieli… tylko jeśli wyrażą zgodę. – oświadczyła Minerwa chłodno.

- Nie zgadzasz się? Pani profesor, nie wiem czy jest pani świadoma, ale na terenie szkoły doszło do morderstwa, mamy prawo przeprowadzić śledztwo, zbadać wszystkie okoliczności. – warknął Rufus.

- Na terenie szkoły, która teraz podlega mojej władzy. – Minerwa zobaczyła, jak aurorzy otwierają szerzej oczy – nie spodziewali się, że tak szybko postawi sprawę na ostrzu noża.

- Dyrektor Hogwartu nie jest ponad prawem. – odpowiedział minister.

- Nie będę narażała uczniów na jeszcze większy stres. Dopóki przebywają na terenie szkoły, to ja jestem za nich odpowiedzialna. Nie zgadzam się, by ktokolwiek zakłócał ich … spokój i czas żałoby. I jeśli dowiem się, że ktoś próbował, będzie odpowiadał przede mną. To jest moje finalne słowo. – powiedziała twardo Minerwa. Zauważyła, że minister krzywi się z niesmakiem.

- Bardzo szybko weszłaś w swoją rolę. – rzucił.

Zanim zdążyła odpowiedzieć na tę potwarz, odezwał się Everard swoim mocnym głosem:

- Bo tego chciałby Dumbledore, ty durniu. Uczył ją do tego od dekad.

Minerwa przełknęła ślinę. Czy stary dyrektor miał rację? Czy ta rola była pisana jej od początku?

- Dziękuję, Everardzie. Ministrze, chyba zgodzi się pan ze mną, że dobro uczniów jest najważniejsze? – spytała Minerwa, tym razem bardziej miękko.

- Co? Tak, oczywiście. – minister machnął ręką. Minerwa stłumiła chwilową ulgę- wiedziała, że to było chwilowe zwycięstwo – prędzej czy później Rufus dosięgnie Harry'ego.

- Chciałabym omówić sprawę pogrzebu i otwarcia szkoły w przyszłym roku… - zaczęła Minerwa. Mówiła powoli, odpowiednio akcentując zdania, na których jej zależało. Minister odpowiadał rozsądnie – obydwoje wiedzieli, że organizacja pogrzebu będzie ogromnym wyzwaniem dla całej ich społeczności. Jednocześnie zaskoczył Minerwę, mówiąc:

- Najlepiej będzie, jeśli to pani będzie podejmować kluczowe decyzje w sprawie pogrzebu… do pani będziemy odsyłać wszystkie zapytania i wątpliwości… w końcu ma pani doświadczenie w takich ceremoniałach, pamiętam, jak o pogrzebie pani babki i rodziców mówiło się tygodniami…

- Tak, zajmę się wszystkim. – zdołała jedynie odpowiedzieć… miała doświadczenie…

- Ministerstwo zrobi wszystko, by złapać odpowiedzialnych za tę tragedię. Będziemy jednak musieli sprawdzić… Dumbledore mógł zostawić jakieś wskazówki, co do tego… tylko jego bał się Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać… - zaczął nieskładnie minister.

- Do rzeczy, ministrze. – rzekła cicho Minerwa, wbijając w niego spojrzenie.

- Musimy przeszukać ten gabinet i jego prywatne apartamenty. – oświadczył Scrimgeour.

- Kiedy? – spytała.

- Możemy zacząć od razu… dzięki temu będzie mogła pani potem spokojnie zająć się organizacją pogrzebu i wprowadzić się do wieży.

Minerwa zamrugała.

- SŁUCHAM? Nie żyje od kilkunastu kwadransów, a wy już chcecie … chcecie… to jest … odrażające… i ja miałabym… spać… tam… w jego łóżku?! – po raz pierwszy podniosła głos. Na jej ostatnie słowa Dawlish parsknął. Minerwa przeniosła na niego wściekłe spojrzenie – doskonale widziała jego chore myśli, tak jak dokładnie pamiętała, że to on był jednym z tych, którzy ją oszołomili…

- Profesor McGonagall, mamy prawo podejrzewać, że Dumbledore mógł ukryć tutaj coś, co mogłoby nam pomóc w wygraniu wojny… musimy to jak najszybciej …

- Nie. – przerwała ministrowi.

- Rozumiem, że jest pani w szoku, pani profesor… straciła pani przełożonego… ale teraz, jako dyrektor… odpowiada pani nie przed jego… pamięcią… lecz przed naszą społecznością, reprezentowaną przed wybranego ministra. – rzekł chłodno Scrimgeour.

- Do pogrzebu nie będziecie przetrzebiać jego gabinetu. Dopiero po pogrzebie i odczytaniu testamentu będziecie mogli rozdzielić jego dobytek według jego woli. – odparła.

- Testament jest już poszukiwany w archiwach ministerstwa. Musimy jednak działać szybko… naprawdę nie chciałbym uciekać się do ostatecznych środków, pani profesor.

- Ostatecznych środków? – zagrzmiał portret Dylis Derwent.

Scrimgeour odwrócił się do swoich aurorów. Minerwa roześmiała się. I był to dźwięk tak groteskowy, że Fineas Black gwizdnął z podziwem.

- Ależ, proszę, spróbuj tylko. Ciekawe jak się wytłumaczysz społeczności, którą reprezentujesz. ,,McGonagall oszalała po zabójstwie dyrektora." ,,Czy zastępczyni zabiła swojego przełożonego?" – czy takie będą nagłówki gazet? Rufusie… dla dobra naszej społeczności, nie chciałabym zrobić ci krzywdy. – mówiła lekkim tonem, jakby komentowała pogodę.

- Grozisz mi? – minister odsunął się lekko – jego oczy były utkwione w wciąż leżącej na biurku różdżce Minerwy.

- Ostrzegam. – odpowiedziała.

W tym momencie minister pstryknął palcami. Czterech aurorów wycelowało różdżki w Minerwę, a trzech innych rzuciło się na schody prowadzące do apartamentu w wieży. Portrety wrzasnęły z oburzeniem. Potem rozległy się okrzyki trójki aurorów, którzy zostali z ogromną siłą odesłani na ziemię. Minerwa nie drgnęła. Różdżka nadal leżała przed nią niewinnie na biurku.

- Co to ma znaczyć, McGonagall? – warknął Rufus, z niedowierzaniem patrząc na poobijanych podwładnych.

- To znaczy, że mój poprzednik najwyraźniej nie życzył sobie przeszukiwania jego apartamentu. Możecie próbować, ale nie dostaniecie się tam, tak samo jak nie jesteście w stanie zbliżyć się do biurka czy którejkolwiek z szaf. – odpowiedziała spokojnie.

- Co? – Rufus zrobił krok w jej stronę, ale napotkał niewidzialną barierę przed biurkiem. Na jego twarzy pojawił się szok.

- Accio różdżka! – krzyknął, celując w różdżkę Minerwy. Ozdobiona klejnotami własność czarownicy nawet się nie zatrzęsła.

- Co to ma znaczyć? W co ty pogrywasz, McGonagall?! – ryknął wściekły minister.

- Idiota! – prychnął Dippet, podczas gdy Minerwa milczała.

- Rozumiem, że ty możesz wejść do apartamentów Dumbledore'a?! – syknął do niej Scrimgeour.

- Oczywiście. Wątpię jednak, byś był w stanie zmusić mnie do otworzenia ci drzwi. – rzekła.

- Wrócimy do tej kwestii. Po pogrzebie chcę mieć pełny dostęp do komnat dyrektora. – zarządził Scrimgeour.

- Masz coś jeszcze do dodania? Bo przez ostatnie minuty marnujesz mój czas, Rufusie. – Minerwa wstała, sygnalizując koniec rozmowy.

- Obawiam się, że ministerstwo nie będzie w stanie zapewnić pani bezpieczeństwa, pani profesor. – rzucił minister.

- Umiem o siebie zadbać, ministrze. Zresztą na pana miejscu to bardziej obawiałabym się o swoje bezpieczeństwo. – odpowiedziała.

- Spotkamy się na pogrzebie, profesor McGonagall. – Scrimgeour nie czekał na jej odpowiedź- nie oglądając się na swoich aurorów, ruszył do wyjścia.

Minerwa spokojnie odczekała pół godziny, aż Hogwart potwierdził, że minister i jego świta opuścili teren szkoły. Potem podniosła swoją różdżkę z biurka – zaskakujące, o ile bezpieczniej czuła się, trzymając ten drobny kawałek drewna – wytworzenie potężnych tarcz wokół wszystkiego w gabinecie kosztowało ją sporo energii, której straciłaby mniej, gdyby użyła różdżki. Lecz wtedy Scrimgeour mógłby oskarżyć ją o atak na pracowników ministerstwa.

Obeszła biurko, zatrzymując się na środku gabinetu.

Zadrżała, gdy pierwszy z murów rozpadł się jak domek z kart.

Upadła na kolana, gdy kolejne runęły jak śnieżna lawina.

Jej ciało zaczęło się niepohamowanie trząść, gdy cały wysiłek kontroli przerzuciła na okiełznanie swej magii.

Albus Dumbledore. Legenda transmutacji, którego chciała poznać po pierwszym przeczytaniu o nim w książkach z biblioteki McGonagallów. Nauczyciel, którego była najbardziej ciekawa, którego wyobrażała sobie na długo przed ujrzeniem go na schodach przed Wielką Salą. Który przerósł jej wszystkie wyobrażenia, czekając tam, z dobrodusznym uśmiechem, ze szczerą radością i ciekawością. Który od razu dostrzegł jej niezwykłość. Który bezskutecznie próbował uwierzyć, że nie jest niebezpieczna, ale nie potrafił… dał jej szansę, mimo ostrzeżeń…

Profesor, który nauczył ją magii. Prawdziwej sztuki czarowania …kunsztu kształtowania energii… mistrzostwa transmutacji… odnalezienia siebie w przemianie animagicznej.

Opiekun, który był z nią po śmierci rodziców. Który podzielił się największymi lękami i wątpliwościami z nią… nastolatką… zagubioną w meandrze potężnych ludzkich emocji. Szukał jej przebaczenia … nie musiał, przecież nie mogłaby być na niego zła…

Mentor, który złamał wszystkie zasady, całując ją po pamiętnym balu…

To uczucie w jego niesamowicie błękitnych oczach… cichy szmer muzyki, idealne dopasowanie bicia ich serc…

Rozsądne odsunięcie się od niej – bezinteresowne pozostawienie jej wyboru, szansy na … na inne życie. Już wtedy wiedziała, że nie chciała innego…

Zaciekłość, z jaką bronił jej przed Tomem. Z jaką bronił ją przed nią samą, gdy pchała się w sam wir wojny.

Wojna. Walka w Niemczech. Ramię w ramię, strzegąc swoich pleców. Ratując Alastora. Wędrówka…

Noc zapomnienia. Szachy. Jakby jutra miało nie być. Pragnienia, z istnienia których nie zdawała sobie sprawy. Pożądanie, zaćmiewające wszystko. Miłość, będąca najpotężniejszą magią…

Słowa nie mogły tego opisać. Zresztą z tym pogodziła się już dawno, gdy zapieczętowała tę szufladę swojego umysłu. Która teraz otworzyła się…

Wspomnienia, które mu ukradła.

Bez których nie przetrwałaby tortur Grindelwalda. Uratował ją wtedy – zarówno jej psychikę, jak i fizyczne ciało. To było tak wyraźne, jakby było wczoraj – różdżka czarnoksiężnika przy jej ciele i ten ból, ta agonia w jego oczach – poświęcenie, a potem gniew… kalejdoskop emocji. Jego szept, kończący to szaleństwo.

To rozczarowanie, gdy go zostawiła. To poczucie winy w błękitnych oczach – jak on mógł obwiniać siebie za jej błędy?

Radość, gdy wróciła. Gdy zaczęli wszystko od nowa. Hogwart, uczniowie, transmutacja. Razem, ciągle. Gdy jego promienny uśmiech witał ją rano, kiedy schodzili razem na śniadanie. Te ożywione rozmowy na temat bzdur wypisywanych przez Proroka. Te krótkie momenty, gdy niewidzialny pojawiał się w jej klasie, by po prostu poprzyglądać się. Wspólne spotkania z Radą Nadzorczą, gdy godzinami notował w swoim notesie, pozwalając jej mówić za siebie. Debaty w pokoju nauczycielskim, gdy popierał ją w prawie każdej sprawie. Nocne rozmowy o transmutacji, o szkole, o wszystkim i o niczym. Wielogodzinne szachowe pojedynki.

Przyjaźń, która była cenniejsza niż jakakolwiek relacja. Kiedy porozumiewali się bez słów, kiedy on instynktownie wyczuwał jej niepokój, a ona natychmiast wychwytywała jego wątpliwości. Kiedy nie potrafiła już myśleć o sobie, profesor McGonagall, bez niego. I kiedy on bez końca powtarzał, że Hogwart byłby ruiną, gdyby ona nie dbała o niego.

Te straszne chwile, gdy wyruszał z misjami dla Zakonu podczas pierwszej wojny. To okropne poczucie beznadziei, gdy zastraszona rada odwołała go podczas terroru bazyliszka. Ta samotność… gdy zostawił ją z Umbridge i ministerialnym bałaganem.

Nawet gdy odurzył ją po zabójstwie Potterów. Nawet gdy podejrzewał ją o odrażającą fascynację Voldemortem. Nawet gdy nie zgadzali się w kwestii Severusa…

Nie mogła go nie kochać.

Kochała go, przez te wszystkie lata. A on… na swój sposób kochał ją – przecież widziała to w jego oczach te kilka godzin temu, gdy podarował jej ostatni, pożegnalny pocałunek. Żyli razem tak długo… a jednak nigdy nie znaleźli odwagi by postawić wszystko na tę jedną, najpotężniejszą kartę – oni, legendarni wychowankowie domu lwa.

Jej wyczerpane, wycieńczone ciało trzęsło się na bogato zdobionym dywanie gabinetu dyrektora, ale upragnione łzy nie płynęły. Portrety coś krzyczały do niej, ale słyszała jedynie lament feniksa. Który chyba jako jedyny był w stanie zrozumieć głębię jej bólu.

Obrazy przesuwały się przed jej oczami jak na karuzeli. Tysiące wspomnień, zamkniętych w ciasnej, ograniczonej przestrzeni umysłu. Był w jej życiu tak długo… był stałą, do której się zawsze odwoływała. Był kotwicą, która ratowała ją przed otchłanią bólu. Był wszystkim.

A teraz był martwy.

Zamordowany z rozmysłem przez człowieka, któremu ufał bezgranicznie, bardziej niż jej, którego traktował jak syna.

Druga szansa, do której przekonał nawet ją.

- Snape. – zacisnęła w pięści obie dłonie – w jednej nadal trzymała różdżkę.

Człowiek, który odebrał jej wszystko.

- Pani profesor! Profesor McGonagall! Proszę otworzyć! PANI PROFESOR! – czyjś wątły głos przebił się przez ciężką zasłonę myśli.

Kolejna myśl, jaka się pojawiła, zupełnie nie pasowała do reszty : ,,Jak mogła minąć chimerę?"

- Pani profesor! Proszę, niech pani otworzy!

Minerwa poczuła jak jej balansująca na granicy materii świadomość wraca z powrotem do ciała. Zrozumiała, że leży na podłodze gabinetu, trzęsąc się jak w przedśmiertnych drgawkach. Nie mogła tego dłużej ciągnąć.

Hogwart był najważniejszy. Hogwart potrzebował silnej przywódczyni.

Dźwignęła się na nogi. Otrzepała szaty. Zaklęciem jeszcze mocniej zacisnęła surowy kok. Przywołała na twarz wyraz całkowitej obojętności. I poleciła drzwiom, by się otworzyły.

Hermiona Granger była wyraźnie na granicy rzucenia zaklęcia wyważającego, bo stała zdumiona z uniesioną różdżką. Na jej twarzy malował się czysty strach. Nawet gdy opamiętała się i szybko weszła do gabinetu, w jej oczach nadal czaił się lęk.

- Pani profesor! Wołałam panią od dobrych paru minut! – wysapała dziewczyna, zatrzymując się przed nią.

- Jest wiele pracy, panno Granger. Słucham, w czym mogę pomóc? – Minerwa założyła ręce, by Hermiona nie zauważyła lśnienia, jakie było pierwszą oznaką utraty kontroli nad magią.

- Ja… jak pani się czuje, pani profesor? – wypaliła Hermiona, a potem zarumieniła się lekko.

- Nie zostałam ranna. Nic mi nie jest. – oświadczyła Minerwa z mocą.

- Ale… po tym co się stało… madame… Hogwart bez profesora Dumbledore… - rzęsiste łzy popłynęły z oczu Hermiony.

- Hogwart jest najważniejszy. Hermiono, jeśli chciałabyś z kimś porozmawiać, to jestem pewna, że pani Pomfrey znajdzie chwilę… - zaczęła Minerwa, pragnąc jedynie, by dziewczyna zostawiła ją… z jej rozpaczą…

- Pani Pomfrey? … Ja? Ależ pani profesor… - Hermiona wykonała ręką ruch w jej kierunku.

- Powinnaś być w swoim dormitorium, Granger. – lodowaty, złośliwy głos Fineasa Blacka przeciął ciszę. Minerwa zerknęła na portret dalekiego krewnego, a potem pokiwała wolno głową.

- Mam wiele do zrobienia, panno Granger, jeśli więc nie masz problemu wymagającego mojej atencji… - zaczęła, ale Hermiona jej przerwała:

- Nie, ja nie mam problemu, pani dyrektor. – rzekła dziewczyna, nadal zapłakana i wybiegła z gabinetu.

Tytuł uderzył Minerwę jak dobrze wyważony cios. Zachwiała się… drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem za Hermioną. Ile razy jeszcze miała zawieść? Ile razy miała odtrącić czystą, ludzką troskę? Robiła to dla dobra Hermiony, tak sobie wmawiała. Minerwa nie mogła ufać swojej samokontroli, a im mniej świat wiedział o tym, jak ważny jest… był dla niej… Albus…

Martwy. Albus Dumbledore.

- Nie pozwól, by to cię znów pochłonęło. – rozsądny głos zwrócił ją ku rzeczywistości.

Na podłokietniku fotelu Armando Dippeta siedziała Theresa McGonagall, patrząca na nią z troską i współczuciem.

- Ja… - Minerwa otworzyła usta i je zamknęła. Co miała powiedzieć? Wszyscy jej poprzednicy oprócz jednego patrzyli na nią z wyczekiwaniem, ale również z mieszaniną litości i strachu.

- Zacznij od szafek po lewej. Przetrząśnij wszystkie książki. Masz niewiele czasu. – rzekła szybko Theresa.

Minerwa pokiwała głową i mechanicznie ruszyła do regału po lewej stronie drzwi. Zaczynając do najwyższej półki, zaczęła przeglądać po kolei wszystkie książki.

Minęło pięć godzin. Każda znajdująca się w gabinecie książka została dokładnie zbadana przez Minerwę. Nie było to łatwe – głowa pulsowała jej od zgromadzonych na pergaminie informacji – dedykacje, wolne myśli, tłumaczone zdania, karteczki z przypomnieniami… to wszystko w jego znajomym piśmie… czasem nawet fioletowym atramentem…

W międzyczasie nadlatywały setki sów, na które odpowiadała znanymi na pamięć formułkami. Pomiędzy kolejnymi książkami słała listy do ministerstwa i dziesiątek organizacji, czasem pytając dyrektorów o ich opinie na temat grobowca, porządku ceremonii, przydziału miejsc… Do tego trzeba było rozwiązać wszelkie kwestie bezpieczeństwa…

Musiała być czwarta rano, gdy Minerwa podeszła do jednego z rogów pomieszczenia i nacisnęła odpowiednią książkę. Znajdujący się przed nią regał obrócił się, ukazując kamienną misę. Nad nią, na delikatnych, metalowych półeczkach, znajdowały się fiolki.

Puste.

Czarownica drżącymi rękami sięgnęła do szklanych naczyń. W żadnej nie znajdowała się srebrna nitka myśli. Tak jakby…

- Opróżnił je wszystkie naraz, prawda? – spytała cicho.

Żaden z portretów nie odpowiedział.

- Zabronił wam o tym mówić. – tym razem Minerwa nie pytała, stwierdzała fakt. Jakież to było typowe… przezornie pozbyć się cennych wspomnień, by nie wpadły w niepowołane ręce… ileż razy widziała go nad tą myślodsiewnią, zapełniającego fiolki… tylko po to, by potem upewnić się.. że nikt nie pozna jego najskrytszych myśli.

Już miała z powrotem obrócić magiczny artefakt, gdy powierzchnia wody w misie zamigotała. Zaciekawiona, Minerwa pochyliła się nad myślodsiewnią… i krzyknęła.

Ujrzała swoją twarz. Lecz nie obecną… aktualną, z zmarszczkami na twarzy i bólem w oczach.

Była to jej twarz z Noworocznego Balu – gdy jej skóra nadal była gładka i nieskazitelna, gdy jej oczy błyszczały, gdy jej usta były rozchylone w zapraszającym uśmiechu… gdy wirowała w ramionach Albusa.

Zostawił ten jeden obraz.

Bardzo powoli, odwróciła się od kamiennej misy. On nadal drzemał w swoim portrecie – jakby zupełnie nieświadomy jej pytającego spojrzenia. Przeklinając samą siebie za patrzenie w kierunku jego portretu, ukryła myślodsiewnię – sama nie potrafiłaby jej używać – jej myśli, tak samo jak jej magia, były skażone. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby zazwyczaj srebrne nitki w jej przypadku miały kolor szarobury.

Ktoś zapukał. Zdumiona Minerwa najpierw spojrzała w okno – była głęboka noc, któż mógłby dobijać się do gabinetu? Zaraz też rozejrzała się – na szczęście była na tyle skrupulatna w swoich porządkach, że poza ukrytymi pod zaklęciem stosami ,,papierów specjalnego przeznaczenia" , nikt nie mógłby zauważyć żadnej zmiany w dyrektorskim gabinecie… jego okulary nadal leżały na biurku…

- Proszę. – rzekła, poprawiając na nosie własne prostokątne oprawki. Zawsze, gdy czuła ciężar okularów na nosie, czuła się pewniej, jakby szkła odgradzały ją od zewnętrznego świata…

- Minerwo… - w drzwiach stała ubrana w szlafrok Poppy. Trzymała tacę w kanapkami i sokiem dyniowym.

- Powinnaś być w skrzydle szpitalnym, w tę noc… dzieci mogą potrzebować twoich mikstur nasennych. – rzuciła Minerwa, nie ruszając się z miejsca.

- Alastor poradzi sobie przez kwadrans. To o ciebie się martwimy. Mogę przywołać dla ciebie miksturę nasenną… - Poppy dokładnie lustrowała troskliwie całą sylwetkę Minerwy.

- Nie mogę spać, trzeba zająć się dokumentami… minister chciał przetrząsnąć to miejsce już dzisiaj. – zdradziła Minerwa, odcinając dopływ zaklęcia ukrywającego stos papierów. Poppy otworzyła szeroko oczy.

- To wszystko… przejrzałaś to wszystko sama? I te listy… ciągle widziałam sowy lecące w kierunku dyrektorskiej wieży… Minerwo, śmierć z przepracowania to najgorsza ucieczka… - Poppy sugestywnie postawiła tacę z kanapkami na stoliku.

- Te papiery są z książek… jeszcze nie zabrałam się za biurko i resztę komnat… najlepiej jakbym do jutra się z tym uporała… jutro mam kilka spotkań w sprawie organizacji pogrzebu… funkcjonowania szkoły… - Minerwa mówiła szybko, bojąc się, że jeśli zbyt długo będzie zastanawiać się nad słowami, jej samokontrola pryśnie.

- Minerwo! Musisz odpocząć, albo przynajmniej pozwól sobie pomóc… ja i Alastor chętnie zajmiemy się tymi papierami… musisz coś zjeść, te walki cię wyczerpały, a potem… Minnie, posłuchaj, martwimy się o ciebie… to musi być … - Poppy podeszła do przyjaciółki, ale chyba rozumiała, że nie powinna przekraczać pewnej granicy, bo dała Minerwie metrowy dystans.

- Muszę to zrobić sama. Wracaj lepiej do skrzydła szpitalnego, do Alastora. Ach właśnie… trzeba będzie zebrać Zakon, ale to chyba dopiero po pogrzebie… - Minerwa już odwróciła się od Poppy, uniosła pokaźny plik pergaminów i bezceremonialnie wrzuciła je w płomienie migoczące w kominku.

- Ale… Minerwo, ja wiem, że Dumbledore znaczył dla ciebie więcej, niż można by się spodziewać… - Poppy była wyraźnie zrozpaczona.

- Odejdź, Poppy. Dzieci cię potrzebują. – odezwała się cicho Minerwa, wrzucając w ogień kolejne zapisane fioletowym atramentem kartki.

Pielęgniarka wyszła, a drzwi za nią zamknęły się cichutko. Minerwa przymknęła na chwilę oczy – gdy znów je otworzyła, na jej twarzy malowała się żelazna determinacja. Z rozmysłem uniosła mocno sfatygowaną już książkę i cisnęła ją w sam środek płonącego kominka.

Ponad czterystustronicowa rozprawa na temat możliwości animagów, obficie poznaczona fioletowymi notatkami, autorstwa lady Minerwy McGonagall, wybitnej brytyjskiej adeptki transmutacji, płonęła wyjątkowo dobrze.

oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

Ach, przypuszczam, że chcielibyście jak najszybciej przebrnąć przez te rozdziały i przez ten tom. Ja też, ale z trochę innego powodu. Otóż zakończyłam pracę nad nową serią: Trylogią Podziwianych Przodków i Przeklętych Potomków! 4xP Gdyby nie to, że owa trylogia ma swój początek w serii ,,Minerwa. Kim była?" to podzieliłabym się nią od razu, ale to są historie, w których kluczowe jest zachowanie odpowiedniej kolejności. Co prawda tam też trochę zeszłam z pierwotnego kursu, ale to będzie dużo lepiej przemyślana opowieść pod względem fabuły. Co więcej, jest już podzielona na rozdziały, więc gdy tylko skończę publikować ,,Była jego nadzieją" i kolejny, ostatni tom tej serii, dostaniecie kolejną ociekającą sekretami serię z Minerwą, Albusem i Tomem w rolach głównych.

Myślę, że nie wytrzymam długo bez pisania, więc pewnie zabiorę się za trzeci złożony projekt, ale na razie frustruje mnie brak weny. Są pewne sytuacje i wątki, które chciałabym opisać, ale to tylko przebłyski. Na razie wróćmy do ,,Była jego nadzieją": ten i kolejne rozdziały to takie moje ,,studium na temat wiedźmy w żałobie". Podobnie jak ,,Zakon Feniksa", ten moment w kanonie zawsze chciałam opisać z perspektywy Min, dlatego więc sprawy przybrały taki obrót w ostatnich rozdziałach. Liczę, że jak dobrniemy do końca, to wybaczycie mi tę scenę z Wieżą Astronomiczną.

Mogę tylko się domyślać, że możecie mieć pytania, na które nie jestem w stanie odpowiedzieć, nie zdradzając wszystkiego. Niemniej jednak byłoby mi bardzo miło, gdybyście napisali, co sądzicie o ,,Była jego nadzieją" do tej pory. Reviews zawsze mile widziane, pamiętajcie.

Zakończenie polerowania Trylogii Podziwianych Przodków i Przeklętych Potomków oznacza, że przyspieszam z publikowaniem! Głównie to jest ta dobra wiadomość, którą chciałam się z Wami dziś podzielić. :) Mam nadzieję, że krótszy czas oczekiwania nieco osłodzi kolejne rozdziały.

Emeraldina