Minerwa zmusiła się do zajęcia jego fotela. Rozpościerający się przed nią pusty blat biurka wydawał się ogromny. Wypolerowane drewno lśniło lekko – pogładziła je dłonią – było przyjemnie chłodne. Idealną harmonię psuły jedynie okulary połówki, leżące na samym środku , w których odbijały się płomienie z kominka.
Ile razy zza tych szkieł spoglądała na nią para migoczących oczu?
Kiedyś, kilkanaście lat temu, zabrała mu te okulary w ramach zabawy – jak śmiesznie on wyglądał w jej własnych prostokątnych szkłach! Wciąż widziała jego dziecięcą radość, gdy usiłował sparodiować jej belferskie spojrzenie.
Przesunęła palcem po delikatnych, cieniutkich oprawkach.
Zaraz jednak skarciła się za zbędny sentymentalizm i zabrała się za pierwszą z szuflad.
Biurko Albusa skrywało wszystkie rzeczy niezbędne do prowadzenia szkoły – pióra, pergaminy, kałamarze z różnokolorowymi atramentami, a także rzeczy o wiele cenniejsze – jedna z szuflad była całkowicie przepełniona korespondencją oficjalną szkoły. Minerwa znała ponad połowę z tych listów – ponieważ zazwyczaj to ona zajmowała się papierkową robotą. I tak były to tylko listy z tego roku – po każdym semestrze zabierała od Albusa pokaźny plik dokumentów i umieszczała je w szkolnym archiwum, mieszczącym się w lochach.
Minęła kolejna godzina, zanim Minerwa dotarła do dwóch najniższych szuflad, które jednocześnie były największe i zamykane. I choć nigdy ich nie otwierała, wiedziała, że staromodny klucz znajdował się w górnej szufladzie. Wysłużony zamek kliknął, gdy przekręciła w nim klucz.
To, co znalazła w środku, sprawiło, że zamarła.
Szuflada nie była po prostu wielka.
Ciągnęła się jeszcze dobry metr w głąb podłogi.
Teraz brak możliwości przestawienia biurka nabrał nowego sensu.
Co istotne, kryjówka wypełniona była starannie opisanymi przegródkami.
Oto miała przed sobą nagromadzoną przez lata, prywatną korespondencję Albusa Dumbledore.
Była tam przegródka na pojedyncze listy od ludzi, których nie kojarzyła, ale znalazła też potężne pliki od tych, których znała bardzo dobrze.
Aberforth, Grindelwald, Elphias Dodge, Flammelowie, ministrowie, Weasley'owie, starzy uczniowie, członkowie Zakonu Feniksa, przyjaciele i wrogowie, wszyscy, których pisane słowa przedstawiały dla Albusa jakąś wartość.
Minerwa zrozumiała, że nie będzie w stanie przejrzeć ich wszystkich.
Postanowiła uszeregować je w kilka najważniejszych grup: najpierw na listy od żyjących i zmarłych. Potem obie te grupy na listy, które mogło obejrzeć ministerstwo i które powinny pozostać ukryte . Listy od zmarłych, nadające się do przeczytania przez ministerialnych urzędników miały trafić do ministerialnych archiwów. Listy od żywych, które też nadawały się do upublicznienia albo trafią do archiwum, albo zostaną odesłane nadawcom. Listy od zmarłych, których niektóre aspekty relacji z Albusem powinny zostać ukryte, jak choćby te listy od Flammelów, zamierzała ukryć w rezydencji, zresztą podobnie jak listy od żywych – jak te od Weasley'ów. Oddanie ich mogłoby zesłać niebezpieczeństwo na nadawców.
Przez moment zawahała się nad plikiem listów od Grindelwalda. Pochodziły z tego krótkiego okresu ich przyjaźni, ale były bardzo obszerne. Ostatecznie jednak Minerwa odrzuciła dziwną chęć przeczytania ich.
Na samym dnie skrytki, przewiązane grubą, czerwoną wstążką były listy od niej.
Zdumiewające, że było ich najwięcej i były doskonale uszeregowane chronologicznie. Minerwa odłożyła je na stos przeznaczony do wysłania do rezydencji.
Była szósta rano, gdy czarownica przekręciła klucz w ostatniej szufladzie.
Jej samokontrola puściła, gdy zobaczyła w połowie opróżnione pudełko cytrynowych dropsów.
,,Może cytrynowego dropsa, profesor McGonagall?"
,,Nie, dziękuję, profesorze Dumbledore."
Od kilkunastu lat zawsze miał je przy sobie. To pytanie zaś stanowiło ich wspólny, fundamentalny żart. Cytrynowe dropsy, jako coś nierozłącznie związanego z nim, jako katalizator jej bólu.
Bo prawda była taka, że Albus Dumbledore już nigdy nie zaoferuje jej cytrynowego dropsa. Już nigdy nie uśmiechnie się, gdy ona odmówi, by zaraz potem, sugestywnie mlaszcząc, zjeść kwaskowo-słodki, mugolski cukierek.
Minęła siódma, gdy Minerwie udało się opanować targające ciałem spazmy milczącego, suchego bólu. Czarownica już miała zatrzasnąć szufladę, gdy obok pudełka z dropsami zobaczyła coś jeszcze.
Notes. I znów, zupełnie prosty przedmiot obudził w niej dziesiątki wspomnień. Niekończące się zebrania Rady Nadzorczej, kiedy ona toczyła zaciętą dyskusję z starymi magami, a on notował coś w tym notesie, wtrącając się od czasu do czasu. Ożywione rozmowy podczas spotkań Zakonu Feniksa, gdy poszczególni członkowie tworzyli coraz to nowsze strategie, a on spokojnie bazgrał coś w tym niewielkim notatniku.
Ręce drżały jej jak nigdy, gdy otworzyła notesik.
Zupełnie białe kartki. Przewróciła kilka stron. To samo. Nieskazitelna biel. I logiczne pytanie: czy zawartość tego notesu usunął tak jak wspomnienia z fiolek?
Ująwszy mocno różdżkę w trzęsącej się dłoni, wymamrotała kilka zaklęć. Nic. Notes był pusty. Sfrustrowana, cisnęła nim o biurko. Przez chwilę panowała cisza.
A potem notatnik sam z siebie otworzył się na pierwszej stronie.
Minerwa zamarła, z różdżką w defensywnej pozie.
Na białym papierze pojawiły się fioletowe litery: ,,Gdy zamykam oczy, widzę szmaragd, słyszę dźwięk dzwoneczków i czuję…"
Pod spodem pojawiły się jeszcze trzy kropki, jakby punktujące … odpowiedź.
I choć całe to zabezpieczenie przypominało jej za bardzo niebezpieczny dziennik Toma Riddle, Minerwa ostrożnie dotknęła fioletowych liter. Nie zniknęły, nadal tam były. Przywołała pióro i przy jednej z kropek napisała czarnym tuszem ,,ciepło". Słowo najpierw zamigotało na czerwono, a potem jakby wsiąknęło w papier, znikając.
Nie miała już sił na jego zagadki. Wstające słońce informowało ją o rozpoczynającym się nowym dniu – pierwszym dniu bez niego.
Ogromnym wysiłkiem domknęła ostatnią szufladę. Spojrzała w dół – jej ciemne szaty nadal były sfatygowane i zakurzone od wczorajszej walki. Nie chciała ich ściągać – wciąż mogła wspominać jego dotyk przez ich miękki materiał… miała jednak obowiązki. Klasnęła w dłonie.
- Pani dyrektor? – obok natychmiast zmaterializowały się dwa skrzaty – jej i Albusa.
- Te rzeczy trzeba zabrać do rezydencji i ukryć w sejfie. Za kilka dni powinnam się zjawić, by zabezpieczyć je zaklęciami. I potrzebuję świeżych szat, czarnych. – rzuciła suchym tonem. Zignorowała zaniepokojone spojrzenia, jakie wymieniły skrzaty. Wiedziała, że one nie będą kwestionować jej postanowień. I rzeczywiście – skrzat Albusa zabrał pudło pełne dokumentów, a jej skrzatka zniknęła, by pojawić się za chwilę z naręczem ciężkich, ciemnych szat.
Minerwa nałożyła je czym prędzej, bez większego namysłu chowając do ich kieszeni zaczarowany notes. Opłukała twarz – zimna woda nieco ją otrzeźwiła. Rzuciła szybkie kontrolne spojrzenie na odbicie w lustrze w małej łazience dyrektora.
Jej pierwszą myślą było spostrzeżenie, że jej babka wyglądała bardzo podobnie na łożu śmierci. Zaraz jednak potrząsnęła głową i czym prędzej nałożyła na nos okulary. Z niejasnym przeświadczeniem, że wygląda jeszcze gorzej, wyszła z gabinetu.
Powoli szła pustymi jeszcze korytarzami – uczniowie chyba nie chcieli opuszczać bezpiecznej atmosfery pokojów wspólnych. Czasem zatrzymywała się by wyszeptać inkantację naprawiającą zniszczenia wynikające z wczorajszych walk.
Gdy weszła do Wielkiej Sali, zobaczyła skrzaty zbierające porozrzucaną srebrną zastawę i zamiatające szkło z powybijanych okien. Powiew lodowatego powietrza uderzył ją w twarz. Już uniosła różdżkę, by wypowiedzieć odpowiednie zaklęcie, gdy usłyszała cienki głos gdzieś obok:
- Reparo Maxima!
Ogromne okna zaczęły się na nowo wypełniać witrażowymi szkiełkami, jakby były żyjącymi organizmami, a ich skóra zasklepiała ziejące rany. Czarownica odwróciła się – obok niej stał Filius Flitwick.
- Dziękuję, Filiusie. – rzekła, choć słowa ciężko przechodziły jej przez gardło.
- Czy mogę zrobić coś jeszcze, Minerwo? – maleńki czarodziej spojrzał na nią z troską.
- Szczegóły pogrzebowych ceremonii powinny do wieczora zostać ustalone. Jutro poinformuję o nich uczniów. Teraz wyjeżdżam do ministerstwa – bądźcie ostrożni i nadal patrolujcie korytarze. W razie jakichkolwiek problemów…
- Wezwiemy cię. Uważaj na siebie. Ministerstwo może chcieć wykorzystać tą sytuację… - na twarzy Filiusa pojawił się smutek.
- Zrobię wszystko, by chronić uczniów. Nie wiem, ile z autonomii Hogwartu przyjdzie mi poświęcić, ale to uczniowie tworzą tą szkołę. – odpowiedziała z powagą.
- Zapewniam cię, że masz nasze pełne poparcie. – Filius uśmiechnął się do niej krzepiąco.
Minerwa kiwnęła głową. Następnie wzniosła różdżkę. Na zaczarowanym sklepieniu Hogwartu pojawił się mały kawałek czystego, błękitnego nieba. Z ust Filiusa wydobyło się westchnienie ulgi.
Biedny mały czarodziej nie wiedział, że chmury, które przegnała Minerwa, teraz powoli zatruwały jej przytłoczony bólem umysł.
Gdy wieczorem Minerwa wróciła do Hogwartu, jej chód był powolny i ociężały. Nawet zwykle wyprostowane plecy teraz były zgarbione, gdy przekraczała próg szkoły. Jej oddech przyspieszył, gdy szarpnęła ogromne wrota, które uparcie nie chciały się zamknąć. Była tak wycieńczona, że nie była w stanie zamknąć drzwi…
Panika i kumulowany przez cały dzień ból zawładnęły znów jej ciałem. Chude, przypominające szpony dłonie zacisnęła mocno na klamce, tak jakby tylko te drzwi trzymały ją w rzeczywistości, chroniły przed upadkiem w spiralę wspomnień…
Hogwart zawsze jej pomagał. Tutaj znajdowała spokój, ukojenie. Tutaj jej koszmary nie były tak przerażające. Chodziło o ten zamek, o to miejsce.
Wcale nie chodziło o jego obecność.
- Profesor McGonagall? – w sali wejściowej pojawił się lekko zdumiony Neville Longbottom. Czarownica rozejrzała się – to był czas kolacji, zatem większość uczniów była w Wielkiej Sali.
Sięgnęła do pokładów brudnej magii i za jej pomocą pchnęła ciężkie odrzwia. Zamknęły się z cichym skrzypieniem.
- Zjadłeś kolację, Longbottom? – spytała sucho, unosząc różdżkę.
- Co? … Eee, tak, zjadłem, pani profesor. Wszystko w porządku? – Neville podszedł do niej. Kątem oka widziała smutek na jego pucołowatej twarzy, gdy lustrował jej szaty w kolorze głębokiej czerni i równie czarną tiarę wiedźmy.
- Tak. Zapieczętuję jeszcze drzwi i wracam do pracy. – mruknęła Minerwa odpychającym tonem. Skupiła się na świadomości zamku i zabezpieczeniu go przed niepożądanymi gośćmi, nie zauważyła więc autentycznej troski i współczucia na twarzy odtrąconego chłopca.
Nawet nie próbowała zaglądać do Wielkiej Sali. Nie odczuwała kompletnie głodu, miała też dość współczujących spojrzeń i ukradkowych szeptów.
Zawsze była dumna ze swoich zdolności bezinwazyjnego odczytywania powierzchownych ludzkich myśli, ale po tym, co wyczytała w niektórych umysłach w ministerstwie, miała serdecznie dość wszelkiego ludzkiego towarzystwa. Miała okropne wrażenie, że wszyscy zgromadzeni tam ludzie kompletnie nie zrozumieli istoty tego wszystkiego. Całe szczęście, że zachowała jeszcze tyle autorytetu, by mieć decydujące zdanie. Gdyby musiała wykłócać się o każdy szczegół, wróciłaby o wiele później.
Ściskając w dłoni mocno swój kapelusz czarownicy, udała się do gabinetu dyrektora. Z znużeniem spojrzała na bogatą kolację z notką od skrzatów domowych. Jeszcze większa niechęć ogarnęła ją na widok szeregu sów oczekujących na parapecie południowego okna. Machnęła różdżką, transmutując własną kolację w sowie przysmaki i zabrała się za mozolne odpisywanie na listy.
Była dwudziesta pierwsza, gdy udało jej się opanować chaos związany z nadchodzącą korespondencją. Wtedy też rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejść. – rzekła, a drzwi otworzyły się, ukazując Pomonę.
- W czym mogę pomóc, Pom? – Minerwa wzniosła kolejny mur wokół swojego umysłu, jednocześnie zaciskając palce na ciężkiej, szkolnej pieczęci. Starożytny obiekt przypomniał jej o pewnym szlabanie Dracona Malfoy'a. Ślizgon zniknął razem ze Snape'm. I tak było najlepiej – Minerwa nie chciała więcej o tym myśleć.
- Filius dokonał dziś kilku napraw, pod względem budowlanym zamek jest w pełni bezpieczny. A jak twoje spotkania w ministerstwie? – Pomona mówiła lekko, swobodnie zajmując krzesło naprzeciw biurka, lecz jej oczy zdradzały targającą nią troskę i smutek.
- Dobrze. Tu mam ustalenia. Trzeba jeszcze przygotować pokoje dla przybyłych gości… - rzekła Minerwa, w myślach już obawiając się organizacyjnego horroru, jakim było rozmieszczenie około setki najważniejszych czarodziejów i czarownic w jednym zamku.
- Masz ich listę? – spytała Pomona, jednocześnie czytając szkic planów, który Minerwa przyniosła z dzisiejszego spotkania.
- Powinna przyjść jutro. Zastanawiają się… nikt nie wierzy, że Hogwart będzie bezpieczny, zatem na pewno zabiorą zwiększoną świtę. – odpowiedziała Minerwa, z brzękiem wsuwając pieczęć do górnej szuflady biurka.
- Co oni sobie wyobrażają? Że Sama-Wiesz-Kto zorganizuje masakrę podczas pogrzebu? – powiedziała wściekła Pomona.
- Sądzę, że tak właśnie myślą, profesor Sprout. – do rozmowy włączył się Armando Dippet. Minerwa kiwnęła głową – doskonale pamiętała obawy, jakie miały międzynarodowe delegacje przybywające na pogrzeb jej rodziców.
- To było do przewidzenia. Magowie nigdy nie potrafią zareagować odpowiednio w obliczu zagrożenia, szczególnie gdy brakuje im silnego przywództwa. – wtrącił się Everard.
- Rzeczywiście, szacowny dyrektorze. – przytaknęła Pomona, a potem zwróciła się do Minerwy:
- Ja i Filius zajmiemy się gośćmi. Przyślij mam tylko listę. Moglibyśmy zrobić coś jeszcze?
- Dziękuję, to będzie duża pomoc. Nie, ale doceniam to. – odpowiedziała mechanicznie Minerwa.
- Gdybyś czegoś potrzebowała, wystarczy powiedzieć, Minnie. – Pomona usiłowała się uśmiechnąć, ale jednocześnie spojrzała na wiszący za Minerwą portret i jedynie się skrzywiła.
- Dziękuję, Pomono.
I choć Pomona Sprout była prostą, twardo stąpającą po ziemi kobietą, która nigdy nie robiła sobie wiele z aury mocy otaczającej nauczycielkę transmutacji, teraz wycofała się, rozumiejąc, że pewne sprawy są niemożliwe do rozwiązania.
Minerwa wstała, by odebrać kolejny list z kondolencjami, tym razem od egzotycznego ptaka z Brazylii. Przeczytanie noty od zupełnie nieznanych jej magów zajęło jej pół minuty – wyczarowanie, podpisanie i zapieczętowanie odpowiedzi z podziękowaniami tylko pięć.
Gdy egzotyczne ptaki odleciały z odpowiedzią, Minerwa wzięła głęboki oddech i podjęła mozolną wspinaczkę po schodach prowadzących do prywatnego apartamentu dyrektora.
Salon był dokładnie taki jak zapamiętała – pełen ekstrawaganckich, zupełnie niepasujących do siebie mebli. Wszystko tu było kolorowe, radosne, tak jakby każda rzecz usiłowała skupić na sobie uwagę wchodzącego. Naturalnie jednak wzrok Minerwy powędrował do małego stolika przy kominku. I otworzyła szerzej oczy.
Szachy od lat leżały na tym małym stoliku, z dwoma miękkimi fotelami po obu stronach. Zliczenie godzin, które spędzili tutaj, rozmawiając, śmiejąc się, czy po prostu dyktując kolejne ruchy, byłoby trudne - zdarzało im się grywać kilka razy w tygodniu.
I zawsze, nie ważne jak późno się robiło, kończyli swoje rozgrywki, a szachy wracały do standardowego ułożenia.
Teraz jednak figury były dziwnie poprzestawiane na szachownicy.
Zaintrygowana Minerwa zbliżyła się do planszy.
Zawsze upierał się, by grała białymi. A one teraz wyraźnie przegrywały, choć w przedziwny sposób – biały król otoczony był przez czarne figury, zaś reszta białych figur tłoczyła się wokół białej królowej po przeciwnej stronie szachownicy. W innym rogu samotny biały pionek występował przeciw równie samotnemu czarnemu królowi.
Minerwa poczuła jak zimny dreszcz przebiega jej po plecach.
To wszystko było zbyt nierzeczywiste.
Odwróciła się plecami do szachów. Skupiła uwagę na komodzie i regałach – pełnych książek i pamiątek. Zabrała się za przeglądanie tego wszystkiego, uparcie ignorując drżenie dłoni. Była północ, gdy udało jej się przez to przebrnąć – co było niebywale trudne, uwzględniwszy fakt, że każde zapisane czy podkreślone słowo, każdy przedmiot budził wspomnienia, które były na tyle potężne, że jedynie ostatnie nicie samokontroli powstrzymywały ją przed zanurzeniem się z nich całkowicie. I znów cały karton posłała razem ze skrzatem do rezydencji . Na koniec rzuciła jeszcze kilka potężnych zaklęć wykrywających ukryte przedmioty bądź kryjówki. Nic. Mogła zatem wpuścić tu sługusów Scrimgeoura.
Prywatny pokój gościnny dyrektora był zupełnie pusty – oprócz łóżka, szafy, lustra i stolika nie było w nim nic niezwykłego. Z tego co wiedziała, pokój ten nie był używany od dekad. Zamknąwszy go, przeszła do niewielkiego aneksu kuchennego. Tu sytuacja była inna.
Kuchnia pierwotnie chyba była urządzona w wiejskim, angielskim stylu, ale z biegiem czasu wyraźnie można było dostrzec ślady nieostrożnej, kuchennej magii. W zlewie nadal stały cztery nieumyte kubki po gorącej czekoladzie. To było takie typowe. Minerwa metodycznie zabrała się za oglądanie szafek – oczywiście były pełne słodyczy. Było tego mnóstwo – tak jakby ktoś wykupił pół zawartości Miodowego Królestwa. Największa szafka skrywała kilkanaście opakowań pełnych cytrynowych dropsów. Minerwa znalazła także dwadzieścia tabliczek mlecznej czekolady – gotowej do rozpuszczenia jednym zaklęciem. Jednak najbardziej poruszyła ją wielka puszka z motywem szkockiej kraty – pełna piernikowych traszek, jej ulubionych.
Lecz nawet to nie mogło przywrócić jej apetytu. W kuchni nie znalazła nic, co ministerstwo mogłoby niewłaściwie wykorzystać – słabość do słodyczy nie była niczym niebezpiecznym.
Co zaskakujące, w łazience panował doskonały porządek – szczoteczka do zębów, pasta, grzebień i inne przybory leżały równo na półeczce pod dużym lustrem. Miękki, wściekle pomarańczowy ręcznik był powieszony na wieszaku tuż przy prysznicu.
Minerwa nie potrafiła się pohamować – zacisnęła dłoń na miękkim materiale. Tak miękkim jak jego broda, gdy wtulała w nią twarz po raz pierwszy…
,,- Już dobrze. Nic mi nie jest. Nie musisz mnie przepraszać. Jeśli nie chcesz, nie zrobię tego więcej. Obiecuję.
- Nigdy więcej nie rzucisz się z wieży?
- Nigdy."
To zdumienie w jego głosie. I to niewytłumaczalne przerażenie, strach, jakiego nigdy nie czuła o nikogo.
Obiecał. A mimo to musiała oglądać jego roztrzaskane pod wieżą ciało.
Jak oparzona cofnęła rękę od ręcznika i czym prędzej wyszła z łazienki. Nogi same poniosły ją w stronę garderoby. Drzwi zaskrzypiały, gdy weszła do pomieszczenia z świetlikiem u góry, teraz zalanym księżycowym blaskiem.
Wszędzie wisiały jego szaty. Wiszące na wieszakach według kolorów, tworzące osobliwą tęczę – ponieważ miał ubrania we wszystkich możliwych barwach i odcieniach. Pomarańczowe, które nagminnie łączył z fioletową peleryną. Zielone, w których nigdy nie wyglądał dobrze. Żółte z granatowymi gwiazdkami, w których lubił warzyć eliksiry. Białe, które zlewały się z jego brodą i włosami. Czarne, których nie znosił. Czerwone, którymi podkreślał swoje przywiązanie do Gryffindoru. Różowe, na które kiedyś wylał atrament i spodobał mu się efekt. Granatowe w srebrne księżyce, które dodawały mu powagi. Błękitne, doskonale pasujące do jego migoczących oczu.
Jak zahipnotyzowana podeszła do kilkunastu błękitnych szat w różnych fasonach. Uniosła wieszak – materiał był doskonale jedwabisty.
Wtuliła twarz w jego szaty. Zaczęła niepohamowanie drżeć, gdy owionął ją idealnie dopasowany, znajomy aromat czekolady i cytryny. Zapach, który nierozerwalnie kojarzył jej się z nim.
Jego zapach.
Wciąż ściskając błękitne szaty w drżących dłoniach, opadła na kolana.
,,- …jest pan pewien, profesorze?
- Albus od teraz, Minerwo."
Miękkość, z jaką wymawiał jej imię. Jak jedwabiście przeciągał ,,r". I przyjemność, jaką sprawiało jej wymawianie jego imienia.
- Albus. – wyszeptała.
Albus, który już nigdy nie zawoła jej po imieniu. Martwy.
Minerwa wsparła się na czymś. Chciała wstać, ale to coś ruszyło do przodu i poleciała w tył. Zamrugała i zrozumiała, że złapała się jednej z długich szuflad.
Otworzyła ją szerzej. Naturalnie, była pełna skarpetek.
Najdziwniejszych i najbardziej wymyślnych, jakie można sobie wyobrazić, poukładanych równiutko. Jednak na samej górze, ułożone jakby na piedestale były zrobione na drutach skarpetki w kolorze tęczy.
Te same, które wysłała mu na święta tuż przed porwaniem przez Grindelwalda.
,,- Martwisz się o mnie, Albusie?
- Oczywiście, że się martwię. To tobie zawdzięczam uwolnienie się spod uroku Gellerta."
Ból ją przytłaczał. Ból ją przygniatał. Ból ją pochłaniał.
Co by powiedział, gdyby zobaczył ją teraz, trzęsącą się z powstrzymywania mocy na podłodze jego garderoby, przyciskającą do piersi parę tęczowych skarpetek, pachnących czekoladą i cytryną?
,,- Naprawdę ją pokochałeś? Ją?
- Minerwa! Minnie, najdroższa! Nie możesz umrzeć, nie teraz! Nie możesz mnie zostawić samego!"
Nie, ona nie mogła go zostawić. Ale on mógł zostawić ją.
Jej kości zatrzeszczały ostrzegawczo, gdy wstała. Odłożyła skarpetki na miejsce, podobnie jak błękitne szaty. Z niezmąconą obojętnością przeszukała pozostałe szuflady, nie znajdując nic wymagającego ukrycia. Ostatecznie wyszła z zalanej księżycową poświatą garderoby.
Zostało jej tylko jedno. Ostrożnie położyła dłoń na klamce drzwi prowadzących do sypialni dyrektora.
Nigdy tam nie była. Nie miała pojęcia, czego może się spodziewać. Musiała być zatem gotowa na wszystko.
- Alohomora. – wyszeptała.
Nic nie mogło jej przygotować na to, co znalazła wewnątrz.
Sypialnia była urządzona bardzo prosto. Znajdowało się tu ogromne lustro, dwie potężne, drewniane komody, niewielki szezlong przed kominkiem, mały stolik przy łóżku i oczywiście ono – łóżko. Wszystkie meble były wykonane z ciemnego drewna, dość dobrze komponujące z błękitnymi ścianami. Co znamienne, łóżko nie posiadało baldachimu – w końcu ile razy słyszała o podpalonych zasłonach w dormitorium wieży Gryffindoru! Było idealnie pościelone – ale przede wszystkim tak ogromne, że spokojnie pomieściłoby dwie osoby.
W sypialni nie było ani jednego obrazu. Były za to zdjęcia. Pieczołowicie powkładane w srebrne ramki. Dokładnie trzy. Po jednym na komodach i jedno na stoliku przy łóżku.
Powoli podeszła do tego stojącego na komodzie po lewej.
Wykonano je dekadę temu, w święta Bożego Narodzenia. Przedstawiało ich dwoje: ją i Albusa. Ona mówiła coś do niego, on wybuchał śmiechem, z kolei ona przez moment patrzyła na niego z … tak, z czułością, potem zaś odwracała się do robiącego zdjęcie Filiusa i uśmiech rozjaśniał jej twarz.
Ciepło rozlało się w jej sercu. Przesunęła palcem po jego ruchomej twarzy…
Zdjęcie, razem z ramką rozpadło się w szary popiół, który następnie zmiotła dmuchnięciem.
Przeszła do drugiej komody, na drugą stronę łóżka. I to zdjęcie przedstawiało ich dwoje, ale było jakby odwrócone. To ona śmiała się, próbując zasłonić dłonią usta, zaś Albus, z dłonią na jej ramieniu, patrzył na nią z zamyśleniem, jakby z … tęsknotą?
Doskonale pamiętała tamten moment – nowa pani Longbottom, rzucająca swoim ślubnym bukietem, który złapała Lily Evans… kiedy wszystkim wydawało się, że wojna toczy się gdzieś poza ich radością, wywołaną ślubem dwojga kochających się ludzi…
Co on sobie myślał? Kogo w niej widział? Czy czuł żal?
Skierowała otwartą dłoń na zdjęcie, które rozbłysło i zmieniło się w kilka kropel bezbarwnej cieczy, którą wyparowała prostym zaklęciem.
Nie miała już sił. Wiedziała, że popełnia właśnie wielki błąd. Czuła, że każdy krok w kierunku jego łóżka jest jej pomyłką. Lecz nie potrafiła już wpływać na nic – ani na swoje myśli, ani na swoje emocje, ani na swoje ciało.
Na stoliku nocnym zdjęcie ustawione było tak, że było pierwszym widokiem osoby budzącej się z prawej strony łóżka. Czarownica ujęła w dłoń prostą ramkę.
Nie miała pojęcia, że takie zdjęcie powstało.
Tym razem uwieczniona na nim dwójka ludzi patrzyła sobie głęboko w oczy, jednocześnie wirując z niepojętą gracją w pięknym tańcu.
Zdjęcie wykonano podczas noworocznego balu. I choć ich rozmowa toczyła się wtedy na poziomie umysłu, ona wiedziała, że to był ten moment.
,,Zaufaj mi."
Moment, w którym uniósł ją w powietrze, a jej nieprzyzwoita, szmaragdowa suknia zmieniła się w absolutnie zapierającą dech w piersiach czerwoną kreację.
Sposób, w jaki na nią patrzył… nie mogła mieć wątpliwości.
Być może wcale nie chodziło o jedną noc, kiedy adrenalina i pożądanie miały być siłą napędową ich działań. Być może wcale nie chodziło o przyjaźń, którą obydwoje bali się ryzykować? Być może przez cały ten czas…
,,- Wiele razy zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby, gdybyśmy nawzajem wymazali to wspomnienie ze swojej pamięci.
- Nie. Czy tego chcesz czy nie, nasza relacja zawsze będzie odbiegać od normy"
Wtedy to on to zasugerował. Ta krótka wymiana zdań utkwiła w jej pamięci tak głęboko, że kilka lat później wcale się nie wahała. Nie chciał tego wspomnienia – te, które mu ukradła, byłyby dla niego nie do zniesienia …
,,- Jesteś taka piękna, moja najdroższa Minerwo."
Sama nawet nie wiedziała, kiedy jej bezwładne ciało opadło na łóżko, kiedy jej tułów zapadł się w miękkie poduszki, a głowa wtuliła się w poduszkę, na której wciąż mogła wyczuć jego zapach…
,,- Spokojnie. Nie musisz się tłumaczyć, ufam ci."
Zaufanie. To, czego brakowało im od samego początku. Od chwili, gdy się poznali- bo kto zaufałby dziewczynce zbyt potężnej, by kontrolowała swoją moc? Do ostatnich chwil – no bo on nie zdradził jej gdzie się wybiera, ona nie powiedziała mu o Clementine i przepowiedni Perenelle.
,,- Nie rób tego. Nie poddawaj się. Jeśli nie zależy ci na Hogwarcie, to zrób to dla mnie, proszę."
Czy gdyby wczoraj użyła tych słów, on nadal by żył?
Czy może właśnie o to chodziło? O Hogwart? W końcu on sam stwierdził, że ,,Hogwart jest najważniejszy".
,,- Jestem głupcem. A moją największą głupotą jest to, że nigdy cię należycie nie doceniałem."
Nie, to ona była głupia. Głupia, wierząc, że on pozwoli jej się poświęcić… że uda jej się przehandlować swoje życie za zamek, za Harry'ego, za niego…
,,- Pod żadnym pozorem nie wolno ci opuszczać Hogwartu, bo uczniowie muszą mieć tu kogoś, komu mogą zaufać, kto ich obroni w kluczowym momencie…
- Albus…
- Przepraszam. Wynagrodzę ci to, obiecuję, Minnie. Ale najważniejsze jest, byś została w Hogwarcie.
- Wkrótce zrozumiesz…"
Nie wynagrodził jej tego. Nie zadośćuczynił. Zostawił ją tu. Samą. Z tysiącem niedokończonych spraw, z tysiącem niepowiązanych sznurków w jego lalkowym teatrze. Z wieloznacznym zdjęciem na szafce nocnej.
,,- Ja zawsze jestem z tobą, moja droga."
To gdzie był teraz?
,,Moja droga" – najzaszczytniejszy tytuł, jaki miała w całym swoim życiu.
Bo przecież była ,,jego". Do niego należały jej myśli, jej umysł, jej ciało, jej dusza. Dała mu to wszystko, ufając w niego tak bardzo, że niewiele żądała w zamian.
Móc jedynie umrzeć przed nim. Tylko tyle.
Nie chodziło już nawet o zasypianie w tym łóżku, w jego ramionach, o oglądanie jego szlachetnej twarzy każdego poranka… to były fantazje, z których niemożliwością już dawno się pogodziła.
Ale umrzeć przed nim… Oddać życie za sprawę, za Hogwart, za lepszą przyszłość dla dziesiątek uczniów… ich dzieci…
Przecież to nie było tak wiele… miała prawo tego chcieć… on nie powinien jej zostawiać… samej…
Bez niego… była niczym. Bez niego nic już nie miało znaczenia. Hogwart nie był tym samym miejscem. Ona nie była tą samą osobą. W końcu on budził w niej wszystko, co najlepsze, on odpędzał od niej strach, on …
Godzinami leżała na jego łóżku. Miliony obrazów przesuwały się przed jej oczami – setki wspólnie spędzonych chwil, dziesiątki wspomnień. Karmiła się nimi, choć one raczej podsycały jej ból, jej żal, jej rozpacz. One sprawiały, że gwałtownie rzucała się na ogromnym, dyrektorskim łóżku, ze wszystkich sił zaciskając zęby. Łzy nie płynęły, a prosty, wyzwalający wrzask bólu zaalarmowałby pół zamku.
Och tak, chciała krzyczeć. Chciała wywrzeszczeć swój ból – wyrzucić z siebie te wszystkie pokłady brudnej magii. Ale mogła jedynie wściekle wić się w spazmach. Mogła jedynie bezgłośnie błagać o śmierć…
Tak jak on wtedy, gdy Grindelwald torturował ją.
,,- MINERWA! Zostaw ją w spokoju! Zabij mnie, ale daj jej spokój!"
Spokój. Tak bardzo go pragnęła… Po prostu odpłynąć… Gdzieś daleko… tam gdzie mogłaby zapomnieć o tym wszystkim, o tym nędznym życiu, o tym, że już go nigdy nie zobaczy…
Zapomnieć.
O wojnie, o śmierci, o stracie.
A jednak. Nie ważne jak długo leżała w jego łóżku. Ani sen, ani ulga, ani zapomnienie nie nadchodziły. Był tylko nieodstępujący ból, pulsujący tępo w jej drżącej piersi.
Była chyba piąta rano, gdy Minerwa podniosła się, zaklęciem pościeliła od nowa dyrektorskie łóżko i zajrzała w każdy kąt sypialni. Nie znalazłszy nic innego wartego uwagi, zabrała zdjęcie stojące na szafce i wróciła do gabinetu.
On nadal się nie obudził. Inne portrety taktownie nie zadawały pytań, lecz ich pełne współczucia spojrzenia mówiły wszystko. Minerwa zastanawiała się, jak długo jeszcze wytrzyma tą nieustanną litość. Tak jakby którykolwiek z namalowanych dyrektorów choć w ułamku rozumiał jej sytuację.
Rząd sów już czekał na nią na parapecie. Z zupełnie obojętnym wyrazem twarzy, Minerwa McGonagall zabrała się za wypisywanie kolejnych podziękowań za noty kondolencyjne.
