- Powinnaś się położyć. Pani Pomfrey zamierza przyjść tu za godzinę i lepiej, żeby cię nie zastała. – pełen niepokoju głos Dylis Derwent ledwie docierał do siedzącej przy ogromnym biurku Minerwy.

Minął kolejny pracowity dzień. Jeden z dyrektorów obliczył, że Minerwa wysłała ponad trzysta listów, a ponadto odbyła trzy spotkania w ministerstwie, przyjęła tuzin gości i zdążyła obejść zamek, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku.

Nie wspominając o tym, że od dobrych kilkudziesięciu godzin nic nie jadła i nie spała. Nie czuła ani głodu, ani zmęczenia. Jedynym uczuciem, na jakie mogła się zdobyć, był ból. Ból, który jej ciało transmutowało w magię, brudną magię. Moc ta była następnie wtłaczana w jej żyły, w krew. Nie miała pojęcia, jakim cudem mogła funkcjonować na tak skażonym paliwie.

Prawda była taka, że nieustannie budowała wokół siebie mury – ze wszystkich sił starając się odgrodzić swój ból od innych, od otoczenia. Mury te opadały bardzo łatwo – wystarczyło wspomnienie jego imienia, zerknięcie na jego portret, widok jego ulubionego pióra. I musiała budować od nowa.

Nikt nie miał pojęcia, co dzieje się wewnątrz niej. Niemniej jednak Poppy znała ją bardzo długo i miała skłonności do zamartwiania się o wszystkich wokół siebie. Minerwa nie miała ochoty się kłócić, czy wmuszać w siebie jedzenia, które na pewno przywoła pielęgniarka, gdy zastanie ją w gabinecie.

Machnięciem różdżki zgasiła lampy i zredukowała ogień w kominku do małych węgielków. Mimowolnie sprawdziła, czy aby na pewno się nie obudził. Nie. Nadal spał. Skinęła głową pozostałym portretom i zamknęła za sobą drzwi.

Mogłaby jeszcze raz obejść cały zamek. Upewnić się, czy patrolujący są na swoich posterunkach, czy żaden uczeń nie wałęsa się po szkole, zamiast być w swoim dormitorium. Ale to tak naprawdę byłoby odwlekanie nieuniknionego.

Musiała wejść do swoich komnat. Do ich komnat – przecież to on zajmował je przedtem.

Jej gabinet był pełen cieni. Na biurku leżał stosik sprawdzonych prac domowych sprzed kilku dni – teraz nie mających już żadnego znaczenia. Nie zapalając światła, przeszła przez gabinet.

Skrzaty dbały o to, by w kominku w jej salonie tlił się ogień. Jego ciepły blask tylko trochę rozrzedzał panującą w salonie ciemność.

Lecz to nie brak światła był pierwszym wrażeniem Minerwy. Najpierw jej wyczulone zmysły dopadł słaby aromat czekolady i cytryny.

,,- Jesteś ze mną? – zapytał po prostu.

- Do końca. – odpowiedziała i mocno chwyciła jego rękę."

A teraz? Teraz nie było jej z nim. Nie miała czego się chwycić. Tak więc jej umysł przylgnął do pierwszej nasuwającej się myśli. Do dwóch nierozerwalnie splecionych wspomnień.

Nastoletnia Minerwa i profesor, który poddał się uczuciu i całował ją namiętnie dokładnie tutaj, dekady temu.

Stara i zmęczona profesor McGonagall i dyrektor, który z niemniejszą pasją całował ją, przeczuwając, że to ich ostatnie spotkanie.

Miękkość jego ust, pewność jego instynktów, miłość w jego oczach.

Mogła odgrywać te wspomnienia bez końca. Mogła zalewać nimi ból. Mogła usiłować zagłuszyć nimi tę niepodważalną prawdę – Albus Dumbledore był martwy.

Mogła okłamywać cały świat, mogła wmawiać sobie najmniej prawdopodobne rzeczy, lecz gdzieś, głęboko pod powierzchnią, jej serce zawsze widziało prawdę – a ta była zupełnie prosta – człowiek, którego kochała przez tyle lat, nie żył. Został zamordowany.

Minerwa osunęła się na ziemię. Moc odpłynęła z niej jedną, potężną falą. Udało jej się wtłoczyć brudną magię w posadzkę, ale wiedziała, że Hogwart wzdrygnął się na zastrzyk tak skażonej energii.

I to ją trochę otrzeźwiło. Podniosła się. Jej wzrok przykuł migoczący przedmiot leżący na stoliku. Podeszła bliżej i zacisnęła dłoń na niewielkiej buteleczce.

Eliksir Życia. Podobno to uczniowie go potrzebowali. Może rzeczywiście, bo mimo intensywnych walk z dużo lepiej wyszkolonymi śmierciożercami, nikt nie zginął.

Lecz czy wiedząc, co się wydarzy, Minerwa znów podałaby Eliksir Życia uczniom?

Chciała wierzyć, że postąpiłaby właściwie, że uznałaby bezpieczeństwo uczniów za priorytet. Chciała mieć pewność, że uznałaby Hogwart za najważniejszy.

Nie chciała dopuścić do głosu tej samolubnej części umysłu, która podsuwała jej obraz siebie samej, wlewającej całą zawartość buteleczki w usta Albusa.

Trzask.

Kwarcowe szkło rozpadło się na setki drobnych odłamków, z których część utkwiła w jej dłoni – odruchowo potrząsnęła ręką, co z kolei spowodowało rozbryzg zabarwionych krwią kawałków. Nie zważając na ściekającą po palcach rubinową ciecz, powoli przeszła do swojej sypialni.

Najpierw skierowała się do dużej szafy. Wyjęła stamtąd jedną z białych nocnych koszul. Machnięciem różdżki zamieniła swoje czarne jak smoła szaty na prostą koszulę. Zanim jeszcze zamknęła szafę, transmutowała wszystkie swoje kolorowe szaty na czarny kolor.

Następnie spojrzała na duże, baldachimowe łóżko. Skrzywiła się z niechęcią, ale zmusiła się do ułożenia na nim, szczelnie owijając się dziwnie zimną i nieprzyjazną kołdrą.

Nie wiedziała jak długo po prostu leżała w bezruchu, budując setki murów wokół swojego umysłu. Wiedziała za to, że rozpadły się one w ułamku sekundy, wszystkie naraz.

Świst cuchnącego wiatru w niezbadanych czeluściach ciemnych korytarzy. Jedyny dźwięk, jaki mogła słyszeć. Bo dziesiątki stłoczonych przed nią ludzi nie wydawały z siebie żadnego odgłosu. Byli zbyt przerażeni, jakby strach odebrał im mowę. Bardzo dokładnie dostrzegała lęk w ich szeroko otwartych oczach.

Wszyscy patrzyli na nią. Ludzie jej drodzy, ludzie, których kochała. Od rodziców, przez przyjaciół, po uczniów. Ludzie, na których jej zależało, którzy dbali o nią. Teraz stojący naprzeciw niej w długim rzędzie, zupełnie nieświadomi straszliwej otchłani za swoimi plecami.

A potem rozległ się zwielokrotniony głos, dobiegający zza jej własnych pleców. Jej głos.

- Crucio!

I cisza została zastąpiona kanonadą setek wrzasków, wydobywających się z udręczonych niewyobrażalnym bólem gardeł. Do strachu w szeroko otwartych oczach dołączył wyraz nieopisanego cierpienia.

A ona musiała bez końca patrzeć na ich drżące w spazmach i konwulsjach ciała, na ich wykrzywione agonią twarze, musiała słuchać ich błagalnych jęków.

To jednak wcale nie było najgorsze.

Bo potem znów usłyszała swój głos:

- Avada Kedavra.

I po kolei, jedno po drugim, martwe ciała drogich jej ludzi spadały za krawędź przepaści. Mogła odliczać okropne plaśnięcia, z jakimi lądowało każde kolejne ciało na górze zwłok.

Na końcu widziała już tylko jego. Stał przed nią, nie ze strachem, nie z bólem. Ze smutkiem. Wiedziała, że zaraz będzie ją błagał, że zaraz upadnie na kolana. Wiedziała, że zaraz promień tak zielony jak jej oczy trafi go prosto w pierś.

Zawsze jednak mogła usłyszeć jego ostatnie słowa:

- Ariana Theresa.

Za każdym razem podchodziła potem do krawędzi przepaści. Leżał tam, na samym czubku góry rozkładających się zwłok. Na jego twarzy był smutek, ale w jego pustych, pozbawionych migotania oczach doskonale widziała oskarżenie.

BUM.

Minerwa poczuła, jak spada na nią coś ciężkiego, przygwożdżając do miękkiego podłoża. Nie była nawet w stanie krzyczeć, bo coś zatkało jej usta. Odruchowo sięgnęła po magię, by zepchnąć z siebie dziwny balast.

Gdy wreszcie usiadła, a jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności, mogła jedynie wydać z siebie ciche westchnie.

Kolumny wokół jej łóżka były połamane – w górę sterczały jedynie ostre drzazgi. Rama i baldachim w szkocką kratę leżały odrzucone na szczątkach jej toaletki – musiała rozbić butelkę perfum, bo zaraz jej nozdrza uderzył intensywny zapach konwalii.

Ona sama była zaplątana w zupełnie czerwoną od krwi pościel.

Wszystko lepiło się od szkarłatnego płynu – kołdra, poduszka, jej koszula, jej włosy, jej dłonie.

Krew była wszędzie.

Sączyła się powoli z mnóstwa poszarpanych ran na jej ciele.

Uniosła dłonie przed twarz – palce miała całe zakrwawione. Doskonale widziała, że te same palce kilka minut wcześniej gwałtownie rozrywały jej własne ciało, jakby usiłowały wypruć z niej skażoną magię.

Jakimś cudem udało jej się wyplątać z lepkiej od krwi pościeli. Zrzuciła z siebie strzępy nocnej koszuli i wepchnęła je do kominka. Wystarczyło jedno spojrzenie w lustro w łazience, by zrozumieć ogrom bólu, jaki ją prześladował – ręce miała zupełnie rozorane, od ramion po nadgarstki. Nogi też pokrywały głębokie i długie zadrapania – od stóp do bioder. Brzuch musiała szarpać jak posilające się zwierzę – jej skóra była w zupełnych strzępach. Zdołała nawet rozorać ciemne pręgi, będące pamiątką po oszałamiaczach z zeszłego roku. To z nich jeszcze wolno skapywały krople krwi.

Z rozmysłem napuściła do wanny pełno gorącej wody. A potem zanurzyła się w tej prawie wrzącej wodzie – lecz nie czuła bólu związanego z gorącem czy ranami. Za to ten związany ze śmiercią części jej duszy wcale nie zniknął.

Leżała bardzo długo w wodzie – wrzątek zdążył zupełnie ostygnąć, a jej magia zdążyła zasklepić większość ran.

Mogła się założyć, że zanim uda jej się zupełnie pozbyć wszelkich śladów krwawego chaosu, po ranach zostaną już tylko białe blizny. One jednak nie miały zniknąć – tak jak wszystkie poprzednie, będą skrzętnie ukrywane pod ciężkimi, żałobnymi szatami.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

- Wyglądasz jak cień czarownicy. – szorstki głos Fineasa Blacka rozbrzmiał w dyrektorskim gabinecie. Tym razem jednak żaden z innych dyrektorów nie zaprzeczył jego słowom –wszyscy się zgadzali ze starym Ślizgonem.

- Oczekiwałeś, że rozkwitnę? – warknęła, poprawiając zaklęciem czarną suknię.

- Wszyscy to zauważą. Hogwart potrzebuje teraz siły. – żachnął się Phineas, podczas gdy Minerwa usiłowała za pomocą czarów ukryć ciemne kręgi pod oczami.

- No to pokażemy im siłę. – mruknęła, wsuwając ostatni wolny kosmyk włosów w perfekcyjny, elegancki kok.

Nie oglądając się już na poprzednich dyrektorów, ani tym bardziej nie patrząc na jego portret, opuściła gabinet. Miała niejasne wrażenie, że nawet chimera, strzegąca przejścia przypatrywała się jej ze współczuciem, a bohaterzy rzeźb i malowideł otwierali szeroko oczy. Nie zwracała na to uwagi. Mogła jedynie myśleć o trzymaniu wysoko głowy, o ostrożnym stawianiu stóp, by nie zaplątać się w ciężkie warstwy sukni z grubej, czarnej koronki.

Wszyscy już zgromadzili się w Wielkiej Sali. Widziała ich przerażone spojrzenia, ich niespokojne szepty. Jednak uparcie szła ku stołowi prezydialnemu, a spokojny szum jej trenu i stukot obcasów wybijały się ponad rodzące się właśnie plotki.

Minerwa, wychowana w kulcie wiktoriańskich zasad, jak nikt inny wiedziała, jak wielkie wrażenie robiło należyte decorum. Dlatego wymownie zmierzyła surowym spojrzeniem ministra magii, który bezpardonowo zajął miejsce mordercy. Nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że większość uczniów bez problemu pojęła powód jej zatrzymania się. Sam Scrimgeour dopiero po kilkunastu sekundach wzdrygnął się, a na jego twarzy pojawił się rzadki wyraz poczucia winy. Minerwa bez słowa skinęła głową zgromadzonym przy powiększonym prezydialnym stole gościom, a potem usiadła na swoim zwykłym miejscu, po prawicy przypominającego tron dyrektorskiego krzesła.

Nawet nie próbowała udawać, że je. Siedziała nieruchomo, spokojnie wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Nikt nawet nie zdobył się na odwagę, by się do niej odezwać, mogła więc w spokoju obserwować ubranych w odświętne szaty uczniów. Oni też nie jedli zbyt wiele, a ich rozmowy były cichsze niż zwykle, nawet przy stole jej lwiątek. Niektórzy co chwila rzucali na nią zaniepokojone spojrzenia – znosiła je dzielnie.

Była silną, starą wiedźmą, która przetrwała dwie wojny. Widziała śmierć dziesiątek osób. Sama ją zadawała. Przeżyła pogrzeb bestialsko zamordowanych rodziców i odejście babki, która uschła z tęsknoty za nią. Pogrzeb Albusa Dumbledore był obowiązkiem nieokazania słabości, niczym więcej.

Jej żołądek zacisnął się w supeł, gdy zrozumiała, że nikt nie zastuka w kieliszek, by zwrócić uwagę uczniów. Wstała i poczuła się jeszcze gorzej, gdy Wielka Sala ucichła zupełnie natychmiast. Uczniowie wlepili w nią spojrzenia.

- Już czas. – rzekła zaskakująco pewnym głosem. – Proszę pójść na błonia za opiekunami waszych domów. Gryffindor, za mną. – dodała.

Nikt nie ruszył się z miejsc. Pojęła, że oto wszyscy czekają na jej ruch. Odsunęła krzesło i ruszyła w prawą stronę, patrząc przed siebie, a nie na mijanych kolegów i oficjeli. Następnie obeszła prezydialny stół i powolnym krokiem przeszła przez całą Wielką Salę, a Gryfoni w milczeniu ustawiali się za nią, jak w małym orszaku.

Czarna koronka żałobnej sukni ocierała się o białe blizny, gdy prowadziła dom lwa przez salę wejściową. Przez myśl przemknął jej obraz zszokowanej twarzy przyjaciela, oglądającego jej szramy.

Powiedziała mu wtedy, że jest wojowniczką.

Była nią nadal.

Słońce świeciło jasno na nieskazitelnie niebieskim niebie. Nie mogło umknąć jej uwadze, że niebo miało dokładnie ten sam błękitny odcień co jego tęczówki.

Uczniowie sami wiedzieli, które z setek przygotowanych miejsc zająć. Goście też. Wielu znała- innych nie. Odczekała, aż podeszli do niej nauczyciele i minister magii. Potem poprowadziła ich do pierwszych rzędów – nie musiała czytać myśli zgromadzonych – uczniowie nie potrafili ubrać w myśli obserwowanego tragizmu, starsi goście natychmiast kojarzyli ją z ponurą kapłanką śmierci, zaś najstarsi przypominali sobie, że już kiedyś widzieli ją w tej roli.

Gdy trytony zaczęły śpiewać, Minerwa wiedziała, że połowa obecnych wstrzymała oddech. Ona sama przywołała kolejne wspomnienie – to, w którym z powagą uczył ją trytońskiego. Czy wtedy przygotowywał ją na to? Na zrozumienie poruszających słów straty i żalu?

Władczym gestem odwróciła głowę, gdy usłyszała szmer głosów – oto szedł Hagrid, niosąc na szkarłatnym aksamicie ciało zmarłego.

Minerwa zacisnęła odzianą w czarną rękawiczkę dłoń na różdżce. Dopiero teraz, widząc jak Hagrid ostrożnie kładzie ciało czarodzieja na marmurowym stole, dotarło do niej, że to jest koniec.

Koniec jakichkolwiek nadziei, jakie mogła pielęgnować na samym dnie swojego serca. Koniec wędrówki, w której on zawsze był obok, gotów podać jej pomocną dłoń.

Jeden z urzędników wystąpił naprzód i rozpoczął drętwą, pełną wzniosłych słów laudację. Nie słuchała go wcale – widziała już tekst tego przemówienia, zatwierdziła je… wiedziała, że Albus raczej by je wyśmiał, niż się nim zachwycił. Spojrzałby by na nią prowokująco i spytał:

,,Co ty byś miała do powiedzenia o mnie, Minerwo?"

W istocie, co mogłaby powiedzieć od Albusie Dumbledore?

Co mogłaby powiedzieć zgromadzonym tutaj ludziom, ona, która była u jego boku przez tyle lat?

Trytony wychynęły na powierzchnię, centaury podeszły na sam skraj Zakazanego Lasu. Gdzieś wysoko nad zebranymi czarodziejami Minerwa wyczuwała kołujące smoki – tak daleko, że nawet gdyby ktoś je dostrzegł, wziąłby je za wielkie ptaki. Pogrzeb zgromadził dzisiaj pół ich magicznej społeczności – i choć każdy zdawał się słuchać mowy małego człowieczka na przedzie, ona mogłaby się założyć, że każdy przypominał sobie Albusa, takiego jaki zapisał się w pamięci konkretnej osoby: poważanego naukowca, troskliwego opiekuna Gryffindoru, potężnego maga, wesołego profesora, ekscentrycznego dyrektora, mądrego przyjaciela.

Wreszcie patetyczna przemowa dobiegła końca.

Minerwa pozwoliła swojej magii popłynąć.

Jasne, zupełnie białe płomienie otoczyły stół, na którym położono Albusa. Pięły się w górę, zakrywając ciało. Biały dym uniósł się idealną spiralą w niebo, by potem przybrać zadziwiające kształty, z których jeden bardzo dobrze reprezentował feniksa. Chwilę później ogień zniknął. W jego miejscu znajdował się grobowiec z białego jak śnieg marmuru.

Rozległy się szmery – Rufus posłał jej przeciągłe spojrzenie, którego nie odwzajemniła. Zaraz z kilku gardeł wyrwały się okrzyki, gdy centaury ze świstem posłały swoje strzały w niebo. Trytony z cichym pluskiem zniknęły pod wodą.

Minerwa wstała. Za nią setki zgromadzonych. Przeszła powoli na bok. Widziała ogromny korowód ustawiający się, by złożyć Albusowi ostatni hołd.

Ku jej ogromnemu zdumieniu, zaraz po tym, jak minister jako pierwszy złożył swoją wiązankę pod grobowcem, podszedł do niej.

- Proszę przyjąć moje kondolencje, profesor McGonagall. – Rufus ostrożnie wyciągnął do niej dłoń.

Zmarszczyła brwi.

- Nie jestem pewna, czy to ja powinnam je odbierać, ministrze. – odpowiedziała szczerze.

- Aberforth się nie pojawił. Nikt nie ma wątpliwości, że jeśli ktokolwiek był blisko Dumbledore'a, byłaś to ty, Minerwo. – odpowiedział minister, gestem wskazując ustawiającą się za nim grupę żałobników.

- Dziękuję, ministrze. – niezbyt mocno uścisnęła jego rękę. Nawet nie próbowała ukryć chłodu w swoim spojrzeniu. Scrimgeour skłonił się i odszedł.

Minerwa odwróciła się do kolejnej osoby, ale kątem oka widziała, że minister kieruje się w stronę odchodzącego Harry'ego Pottera. I choć obudziło to jej gniew, uspokoiła się prostą myślą:

,,Potter nie zdradził nic nawet tobie. Jest prawdziwym człowiekiem Dumbledore'a."

Godzinę później Minerwa McGonagall była ostatnią osobą stojącą na targanych nagłym wiatrem błoniach. Wszyscy się rozeszli, zostawiając po sobie puste krzesła i stos nic nie znaczących wiązanek. Ona została, wciąż stojąc obok grobowca – wysoka, chuda sylwetka niezłomnej czarownicy.

Odwróciła się twarzą do białego marmuru. Samotna łza spłynęła po jej pooranym zmarszczkami policzku.

Miała ogromną ochotę opaść na kolana i zawodzić – wylać cały swój żal, pozbyć się bólu i całej brudnej magii. Jednak wciąż nie powinna odrzucać pozorów. Gdzieś po prawej, przy bramie gromadzili się aurorzy, ubezpieczający zamek, ale jednocześnie badawczo studiujący jej wyprostowaną sylwetkę. Po lewej, w oknach wysokich zamkowych wież tłoczyli się uczniowie, upewniający się, czy biały grobowiec nie był jedynie ich smutnym snem.

Minerwa wyciągnęła różdżkę. Uniosła ją w górę i wyszeptała zaklęcie. Na białym grobowcu pojawił się skromny bukiecik białych konwalii, mocno kontrastujący ze złożonymi poniżej bogatymi wiązankami.

Ostatecznie nauczycielka odwróciła się od grobowca i powoli ruszyła w stronę zamku, tworząc doskonałą iluzję pogrążonej w żalu, ale spokojnej i silnej przywódczyni.

Gdy weszła do sali wejściowej, ujrzała stojącą przy schodach Poppy. Pielęgniarka miała na twarzy wymalowane wahanie – tak jakby toczyła ze sobą wewnętrzną walkę. Uznając własne mentalne bitwy za bardziej absorbujące, Minerwa wyminęła ją bez słowa, unosząc suknię po dotarciu do schodów.

Poppy jednak podjęła decyzję, bo dogoniła ją.

- Na pewno jest ci zimno. – rzuciła spokojnym tonem i zarzuciła ciepłą czarną pelerynę na ramiona Minerwy. Nauczycielka otoczyła się miękkim materiałem i odpowiedziała:

- Dziękuję.

- Minerwo, jeśli potrzebujesz jakiejkolwiek pomocy… - zaczęła nieśmiało kobieta, ale Minerwa machnęła czarną rękawiczką.

- Dopilnuj, by Alastor zjawił się jutro punktualnie na zebraniu. – rzuciła, przyspieszając i zostawiając zasmuconą Poppy w tyle.

Nie kierowała się do wieży Gryffindoru – była prawie pewna, że w gabinecie Albusa czeka ją wiele, wiele pracy.

Jakież było jej zdumienie, gdy zobaczyła otwarte przejście za chimerą i nieruchome schody do gabinetu dyrektora. Zebrawszy w dłonie poły spódnicy, pobiegła ku kreaturze, broniącej dostępu do najważniejszego pomieszczenia w zamku.

- Co, na Merlina?! – krzyknęła, zatrzymując się przed chimerą…

- Minister przyszedł wraz z radą nadzorczą i otworzyli gabinet. Nie mogłem ich powstrzymać. – kamienny posąg wydawał się być bardzo zmartwiony. Minerwa nie pytała o nic więcej, tylko pognała w górę zwykle ruchomych schodów.

Gabinet. Jego gabinet. Jej gabinet.

Teraz był pełen ludzi. Magowie w ministerialnych szatach kręcili się, przetrząsając książki, szafki, nawet grzebali w starym popiele w żerdzi feniksa. Nad biurkiem pochylali się członkowie rady i minister we własnej osobie.

- Ty naprawdę nie masz za grosz wstydu, prawda? – rzekła Minerwa głośno, informując wszystkich o swojej obecności. Kilkoro z magów podskoczyło. Ona sama zrzuciła z ramion czarną pelerynę i z różdżką w ręku ruszyła w stronę ministra.

- Profesor McGonagall, wczoraj otworzyliśmy testament pani poprzednika i naprawdę nie mogliśmy już dłużej czekać… - zaczął jeden z członków rady.

- Naprawdę chcesz testować mój gniew, Rufusie? Zabroniłam ci zbliżać się do gabinetu i Pottera. Nie posłuchałeś. – Minerwa zatrzymała się przed ministrem, celując różdżką dokładnie w jego serce.

- Nie ma potrzeby uciekania się do tak dramatycznych gestów, madame. Wykonujemy swoje obowiązki… - oświadczył chłodno minister. Jednocześnie jego czoło było zmarszczone, gdy patrzył na nią. Nie podobał jej się jego oceniający wzrok. Jakby szacował jej siły, jakby oceniał ile mocy może mieć w sobie stojąca przed nim stara czarownica.

Minerwa zacisnęła drugą dłoń w pięść. Rozległ się trzask. Magowie instynktownie rzucili się na ziemię, gdy okna wyleciały z ram, rozpadając się na kawałki. Minister wzdrygnął się, ale nie spuszczał oczu z różdżki Minerwy.

- Pożałujesz, że mi się sprzeciwiłeś, Rufusie. Jeszcze przypomnisz sobie o mnie, gdy będziesz umierał. – wycedziła Minerwa. I wtedy w ministrze zaszła zmiana.

- Przypomnę sobie…. – wyszeptał. Jego oczy otworzyły się szeroko, wyraźnie też zbladł. Błądził wzrokiem między twarzą a brzuchem Minerwy, co było niepokojące i denerwujące. Minerwa już miała go zapytać, czy wszystko w porządku, ale wtedy on rzekł cicho:

- ,,Przy jej poziomie mocy"... ten list mówił o tobie. O dziecku, którego nie miałaś i którego nie mogłaś mieć. - Rufus wyglądał jak pokonany lew, jak ten, który uzmysłowił sobie coś strasznego.

To, co działo się potem, dla Minerwy nie miało żadnego sensu.

Scrimgeour krzyknął, gdy na wierzchu jego dłoni pojawił się wypalony obrazek przedstawiający czarną różę.

Kilkoro aurorów rzuciło się w kierunku Minerwy, w przekonaniu, że to ona zaatakowała ministra, ale Rufus pokręcił głową:

- Zostawcie ją. Jej prawa do zamku i spuścizny po Albusie Dumbledore zostaną jeszcze sprawdzone. - chyba zdołał opanować się na tyle, że teraz jego twarz nie zdradzała już, skąd ta zmiana zachowania i jakie znaczenie miał tatuaż na jego dłoni.

Minerwa wyszła z gabinetu, trzęsąc się ze złości. Jedyną jej pociechą była myśl, że zdążyła wcześniej dokładnie przeczesać całą dyrektorską wieżę. Scrimgeour pewnie o to ją podejrzewał, ale nie dbała o to. Przestraszyła go, widziała to w jego oczach. Nie ośmieli się zażądać przeszukania również jej komnat czy rezydencji. Jednocześnie była też pewna, że obydwoje będą żałować swoich działań.

Znak, jaki na nim się pojawił, kojarzył się jej tylko z jedną osobą. Przecież czarna róża była darem Toma. Słowa o dziecku miały sens, bo to właśnie Tom widział ją w ciąży... na minuty przed tym jak straciła swoje dziecko. Tylko jak w tym wszystkim znalazł się Rufus? O jakim liście mówił? Co wiedział i czego się domyślał?

Powinna była przyprzeć go do muru, wypytać o to. Lecz jak zwykle, gdy chodziło o ten najboleśniejszy aspekt jej życia, Minerwa wybierała ucieczkę. Biegła w dół po schodach, w myślach recytując transmutacyjne reguły, byle tylko nie wspominać...

Gdy wypadła jak burza z kręconych schodów, o mało nie wpadła na kogoś.

- Ostrożnie, Minerwo! – czyjś solidny, znajomy głos sprowadził ją do pionu.

- Wybacz, Wilhelmino.

Przed nią stała Wilhelmina Grubby- Plank, nauczycielka opieki nad magicznymi stworzeniami, która kiedyś zastępowała Hagrida. Minerwa przez chwilę była zdumiona, że kobieta nie opuściła zamku zaraz po pogrzebie, ale przecież sama Wilhelmina zaoferowała sprawdzenie stanu szkolnych sów w sowiarni, co Minerwa przyjęła z wdzięcznością.

- A więc teraz już bez śmiesznych haseł? – Wilhelmina wskazała podbródkiem odsuniętą od przejścia chimerę.

- Nie ma już nic, co mogłyby chronić. – odpowiedziała Minerwa, ruszając w stronę swojego gabinetu.

- Pamiętam… hasło ,,cytrynowy sorbet" tak mnie zaintrygowało, że zapytałam o to Dumbledore'a. W sensie dlaczego jako haseł używa nazw słodyczy, a nie na przykład ulubionego koloru, melodii czy zapachu. Wiesz co odpowiedział? Że ,,ma tyle ulubionych słodyczy, że może ciągle zmieniać hasła, a ulubione kolor, dźwięk i zapach się nie zmieniają." Dodał, że kiedyś uwielbiał kolor fioletowy, ale potem uznał, że ,,szmaragdowa zieleń jest najcudowniejszym kolorem pod słońcem". Powiedziałam, że w końcu zielony to kolor nadziei, na co on zachichotał. Spytałam go jeszcze o dźwięk i zapach, tak żeby podtrzymać rozmowę. Odparł, że uwielbia dźwięk srebrnych dzwoneczków, bo kojarzy mu się ze śmiechem uczniów. I że bez końca mógłby wąchać konwalie… Minerwo, wszystko w porządku? – Wilhelmina urwała, bo Minerwa zatrzymała się.

Konwalie. Uwielbiał zapach konwalii. Jej zapach.

Minerwa ze wszystkich sił stłumiła drżenie dłoni i odpowiedziała:

- Oczywiście. Tak właściwie, to szukałaś mnie w jakimś konkretnym celu?

- Postanowiłam wyjechać do Ameryki… tu nie jest już bezpiecznie dla mojej rodziny. Chciałam się pożegnać – nie zapomniałam, że przez cały mój pobyt tutaj, troszczyłaś się, by niczego mi nie brakowało i chciałam tylko powiedzieć, że jestem naprawdę zaszczycona, że było mi dane cię poznać, Minerwo. – niższa kobieta mówiła szybko, ale subtelny uśmiech na jej twarzy był szczery.

- Chciałam, by każdy czuł się tu jak w domu. Cieszę się, że to doceniasz. I przykro mi, że wyjeżdżasz, ale rozumiem to. – Minerwa automatycznie wyciągnęła dłoń. Nie znała Wilhelminy tak długo jak Hagrida, ale zdążyła polubić tę solidną czarownicę.

- Mam nadzieję, że napiszesz do mnie od czasu do czasu co słychać w Hogwarcie. – Wilhelmina energicznie potrząsnęła dłonią Minerwy.

- Oczywiście. Powodzenia, Wilhelmino.

Żadna z nich nie dopowiedziała oczywistego – że tak naprawdę nie było żadnej gwarancji, że Hogwart nadal będzie funkcjonował.

Minerwa odprowadziła wzrokiem koleżankę, a potem z niechęcią udała się do wieży Gryffindoru. W jej uszach wciąż dźwięczały słowa Wilhelminy:

,,Szmaragdowa zieleń"

,,Dźwięk dzwoneczków"

,,Zapach konwalii"

Fioletowe litery, układające się w słowa: ,, Gdy zamykam oczy, widzę szmaragd, słyszę dźwięk dzwoneczków i czuję…"

- Konwalie. – rzekła na głos Minerwa, zatrzymując się w pół kroku. Teraz już wiedziała – chodziło o konwalie!

Czym prędzej pośpieszyła do swojej sypialni. Ciężko upadła na podłogę tuż przy łóżku, boleśnie obijając sobie kolana. Nie zważała na to jednak – gorączkowo podniosła dwa górne materace na swym ogromnym łóżku. Jej oczom ukazała się fotografia zabrana z nocnej szafki Albusa i niewielki, czerwony notes.

Wyjęła go drżącymi dłońmi i otworzyła na pierwszej, pustej stronie. Westchnęła głośno, orientując się, że nie ma przy sobie pióra.

- Accio pióro! – rzekła, wyciągając dłoń w stronę salonu. Stamtąd zaraz nadleciało zwykłe, gęsie pióro. Jeszcze kilka słów i nadleciał kałamarz. Minerwa ostrożnie zanurzyła czubek pióra w atramencie, a potem napisała w poprzek pierwszej strony jedno słowo:

,,Konwalie."

Litery wsiąkły w kartki, które nagle rozbłysły.

Delikatnie przewróciła pierwszą stronę. A potem zamarła.

Na drugiej stronie sporządzono jej dokładny portret – a raczej jej portret w momencie opuszczania Hogwartu. W doskonale podkreślonych szmaragdowym atramentem oczach błyszczał zarówno smutek, jak i nadzieja na nową przygodę.

Przewróciła kartkę. I znów widziała siebie, ale tym razem musiała być starsza, w okresie pierwszych lat pracy.

Przekartkowała notes.

Z każdej strony witała ją własna twarz. Zawsze inna. Mogła znaleźć tam portret zaciekawionej jedenastolatki, jak i zmęczoną twarz ponad sześćdziesięcioletniej kobiety. Mogła znaleźć prosty szkic składający się z kilku mocnych pociągnięć pióra, jak i dopracowaną w każdym szczególe podobiznę, dokumentującą jej każdą zmarszczkę, każdy luźny włos. Znajdowała rysunki wykonane najbanalniejszym granatowym atramentem, ale również kolorowe oraz pośrednie – gdzie jedynymi zakolorowanymi elementami były jej oczy lub usta. Widziała swoją twarz w dziesiątkach konfiguracji : radość, złość, irytacja, niecierpliwość, niepokój. Była szkicowana w najróżniejszych sytuacjach : przy stole w Wielkiej Sali, na miotle, w walce, przy biurku, a nawet we śnie.

- Och, Albus… - wyszeptała, opierając plecy o zimną ramę łóżka.

Co mogła o tym myśleć? Czy mogła uznać to za potwierdzenie, że on w jakiś sposób ją kochał? Czy oni przez tyle lat…

Potrząsnęła głową. To nie miało teraz znaczenia. Albus był martwy. To, czy on ją kochał, czy ona kochała jego – to już się nie liczyło. Została sama. Ten notes był jedynie …

Najtrafniejszym podsumowaniem jej osoby. Wiedziała to. Nawet ona sama nie umiałaby tak naturalnie odtworzyć na kartce swoich własnych emocji. A on w każdym z tych rysunków zawarł jakąś część jej.

Rysunki nie były uszeregowane w żaden sposób. Minerwa przeglądała je godzinami, co chwilę znajdując jakiś zaskakujący szczegół. Z zapartym tchem wyobrażała sobie nudne spotkania rady nadzorczej, zebrania w ministerstwie, tajne narady Zakonu – Albus często mówił coś, nawet nie odrywając wzroku od notesu, nie przerywając rysowania. I kiedy ona sądziła, że dyrektor notuje bądź tworzy skomplikowane plany, on rysował. Rysował ją.

Ostatni rysunek przedstawiał ją leżącą z rozsypanymi nad głową włosami, z lekko rozchylonymi rubinowymi ustami i oczekiwaniem na twarzy. Widząc doskonale odwzorowane ametystowe kolczyki, Minerwa zrozumiała, że rysunek przedstawiał ją w wieczór wesela Potterów, gdy ona i Albus odkryli tajny tunel Roweny i prawdę o pochodzeniu McGonagallów. Dokładnie w momencie, gdy mało poetycko razem z Albusem upadli na ziemię na dziedzińcu transmutacji.

Czy gdyby wtedy po prostu uniosła się i pocałowała go namiętnie, siedziałaby tu teraz samotna i zagubiona?

Zacisnęła powieki i przycisnęła notes do piersi. Mogła być pewna tylko jednego – tej nocy znów nawiedzą ją koszmary – gorsze niż wczoraj. Dlatego rozsądnie przywołała wszelkie bandaże i zabezpieczyła łóżko kilkoma odpowiednimi zaklęciami.

Powoli docierała do niej gorzka prawda – kochała go zbyt mocno, by móc pogodzić się z jego odejściem.