Alastor Moody mocniej otoczył ramieniem drżącą z zimna Poppy Pomfrey. Właśnie zmierzali po żwirowej ścieżce prowadzącej do rezydencji McGonagallów, na pierwsze zebranie członków Zakonu Feniksa po śmierci ich dotychczasowego przywódcy, Albusa Dumbledore.

Wciąż ciężko było w to uwierzyć. Dumbledore, będący częścią ich społeczności od zawsze, od chwili, gdy Alastor zaczął orientować się w czarodziejskiej hierarchii. Profesor, którego podziwiał, który stanowił dla niego zarówno wzór człowieka, jak i nierozwiązaną zagadkę. Dyrektor Hogwartu, który dla wielu był nierozerwanie związany ze szkołą, bez którego zamek tracił swoją magię. Przyjaciel, który zdawał się rozumieć nawet pokręcone myśli Alastora. Zamordowany przez czarodzieja, za którego ręczył przed całą ich społecznością.

Moody zacisnął zęby mijając aleję spalonych drzew. Snape. Ufali mu, bo Albus twierdził, że Ślizgon jest godzien zaufania. Ileż razy Alastor ignorował niejasne podejrzenia, podszept przeczucia, każący mu mieć baczenie na nauczyciela eliksirów?

Zbyt wiele. A teraz było już za późno.

Poppy chyba wyczuła jak zesztywniał na widok straszących kikutów stuletnich drzew, mających odzwierciedlać dumnych McGonagallów. Przysunęła się do niego bardziej – wciąż nie rozumiał, co ona widziała w nim – w końcu był jedynie magiem z paranoją, z niczym, co mógłby jej zaoferować.

Bo miłość to było za mało. Bez względu na to, co przez całe życie powtarzał Albus o tym najpotężniejszym z uczuć, jego śmierć tak naprawdę utwierdziła Alastora w przekonaniu, że sama miłość nie wystarczy, by zmieść całe zło ze świata.

Potężna sylwetka rezydencji górowała nad wszystkim. Alastor, który wychował się w domu pełnym rewerencji dla rodu McGonagallów, mimowolnie zaczął się zastanawiać, co ta rodzina miała w sobie, że wszystko, co się z nimi wiązało, miało tą osobliwą aurę władzy, tajemnicy i wysublimowanego piękna.

Cieszył się, że Minerwa zgodziła się na jego sugestię zorganizowania spotkania właśnie tutaj. Nie wiedział czy przejrzała kierujące nim motywy. Obawiał się, że może odmówić, ale o dziwo napisała, że się zgadza i poleciła mu zająć się organizacją spotkania.

Prawie nie rozmawiała z nikim przez ostatnie dni. Nikomu się nie zwierzyła. Pozostała silna i niewzruszona, odmawiając załamania, odmawiając ugięcia się. A jednak widać było jej żałobę. Jak obwinia samą siebie. Lecz nie pozwoliła nikomu podejść na tyle blisko, by podzielić się swoim bólem. Martwili się o nią. Oboje. Poppy nie musiała mu nic mówić, widział to. Mógł jedynie mieć nadzieję, że dzisiejsze spotkanie pomoże im wszystkim zmierzyć się z tym. Z żałobą.

Imponujące wrota otworzyły się same. W holu przechodzącym w galerię rodzinnych portretów stała już grupka czarodziejów, zdejmujących płaszcze, szybko zabierane przez wiekowe skrzaty domowe.

- Sir, część gości już czeka w wielkiej jadalni. – poinformował Alastora jeden z nich.

- A gospodyni? – spytał, wzrokiem odprowadzając Poppy, witającą się z Hestią Jones.

Skrzat jedynie wzruszył ramionami. Alastor stłumił uczucie niepokoju i skierował się do wielkiej jadalni. Było to obszerne pomieszczenie z ogromnym, podłużnym stołem z ciemnego drewna i prawie pięćdziesięcioma krzesłami wokół. Oprócz stołu były tu też dwa potężne kredensy, na których teraz ustawiono filiżanki z pozłacanego serwisu i dzbanki z kawą i herbatą. Zgromadzeni w pomieszczeniu magowie gromadzili się właśnie tam, uprzejmie podając sobie filiżanki. Sam Alastor najpierw obszedł całe pomieszczenie dookoła, szukając odpowiednich dróg ucieczki i mimowolnie kręcąc głową na widok ciężkiego żyrandola nad środkiem stołu – jego ciężar mógłby zerwać podłogę i wszyscy wpadliby do znajdującej się w piwnicy kuchni.

Zabytkowy zegar w kącie pomieszczenia wybił siedemnastą – godzinę, na którą zwołano zebranie. Alastor usiadł na środku długiego stołu, by mieć oko na wszystkich. Poppy usiadła po jego prawej- podała mu filiżankę z kawą, choć przecież wiedziała, że jej nie tknie. Inni czarodzieje też już zajmowali miejsca. Alastor uważnie obserwował każdego – Hagrida i Olympię, wyraźnie czerpiących pociechę z samego swojego widoku, Artura i Molly, poważnych i skupionych, bliźniaków Weasley, widocznie przytłoczonych ciężką atmosferą rezydencji, Charliego podziwiającego malowidło przedstawiające stado smoków, wciąż obandażowanego Billa i opiekującą się nim Fleur, Lupina i Tonks, smutnych jak nigdy, opanowanego Kingsley'a czy innych starych znajomych, rekrutowanych jeszcze za pierwszego składu.

Choć było to pierwsze tak wielkie zebranie Zakonu od dawna, Alastor nie potrafił pozbyć się myśli, że nadal jest ich zbyt mało – kilkanaście miejsc było pustych, jakby symbolizując straty poniesione na przestrzeni lat.

Zostawiono wolne nie tylko miejsca na odległych krańcach stołu. Dwa miejsca naprzeciw siebie na samym środku, jedno obok Alastora, nadal były puste. Auror zachmurzył się, bo to nigdy tak nie wyglądało.

Zawsze siadali obok siebie.

Gdy już wszyscy zgromadzeni usiedli, zapadła cisza. Zdumiony Alastor odnotował, że większość twarzy odwraca się w jego stronę, jakby oczekiwali, że on zacznie przemowę.

Jej nadal nie było.

Odchrząknął. A potem otworzył usta by coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął.

Nie był w stanie ukryć rozpaczy na swojej twarzy, gdy ją zobaczył.

Inni też ją dostrzegli. Rozległ się szum krzeseł, gdy mężczyźni odruchowo wstali, jakby do głosu doszły zakodowane im w dzieciństwie maniery. Alastor wstał również.

Weszła do jadali powoli – niby tak jak zwykle – dumna, wyprostowana, z wysoko uniesioną głową. Ubrana w ciasno zapiętą pod szyją suknię z czarnego jak krucze skrzydła aksamitu.

Lecz to nie była ona. To nie była Minerwa McGonagall jaką znał.

Jej talia była węższa niż jego udo. Jej ręce przypominały kruche gałązki. Czerń podkreślała chorobliwą chudość. Zawsze była szczupła, ale teraz wydawała mu się nawet bardziej chuda niż wtedy, gdy Albus wrócił z nią z Nurmengardu. Wyglądała, jakby ktoś ją głodził.

Minerwa zawsze była blada, ale teraz jej skóra była zupełnie biała, jakby ktoś wyssał z niej wszelkie kolory. Nawet jej rzęsy nie były tak czarne jak kiedyś, przez co oczy wydawały się być jeszcze większe.

Oczy, szmaragdowe jak zawsze, ale teraz przypominały bezdenne otchłanie rozpaczy. Teoretycznie jej twarz była niewzruszona, obojętna, ale oczy zdradzały, jak wielki ból musiała czuć.

Wciąż pamiętał, ten jeden jedyny krótki moment, gdy jej fasada pękła, gdy klęczała pod tą wieżą, nad ciałem Dumbledore'a. Ale potem przez cały czas była jak zawsze, jak wykuta z kamienia. Tylko że kamień nie więdnie z dnia na dzień. Kamień nie jest tak kruchy jak zwykli śmiertelnicy. Tą ludzką kruchość można było zobaczyć teraz w jej oczach.

To straszne, obserwować jej determinację. Bo jest zdeterminowana, by złamać się, dopiero gdy nikt nie usłyszy jej płaczu. Jest zdeterminowana by upaść, gdy nie będzie nikogo, kto mógłby ją złapać. Ona tego nie okazuje, ale to w niej jest - żal, ból, smutek i rozpacz. Wina, wstyd. I strach. Tyle emocji zaklętych w tych ciemnozielonych oczach, zaklętych przez tą niezłomną, żelazną wolę.

Nie można po prostu powiedzieć, że ta strata ją zraniła. Ta strata ja załamała. Minerwa, dumna i surowa kobieta, zmuszona do oglądania jak wszystko, co budowała przez dekady, zamienia się w popiół. Jej pewność siebie, jej wiara w dobro, w Hogwart, w fundamenty jej życia.

Alastor opadł na swoje miejsce, gdy ona już zajęła wolne krzesło po jego lewej stronie. Znów zapadła cisza.

- Chciałabym podziękować wam za przybycie. – odezwała się wreszcie Minerwa. Jej głos był cichy i drżący, przesycony szkockim akcentem – jak zawsze, gdy czuła silne emocje. Alastor uznał, że to do niego należy przedstawienie sytuacji:

- Zebraliśmy się tutaj dzisiaj, by decydować o przyszłości organizacji zwanej ,,Zakonem Feniksa", do której wszyscy należymy, a która ostatnio poniosła bolesną stratę w postaci morderstwa naszego przywódcy, świętej pamięci Albusa Dumbledore. – Alastor wziął głęboki oddech. Kątem oka widział jak Minerwa jedną ręką gładzi leżący na stole, znajomy, czerwony notes, a drugą ściska mocno różdżkę.

Wszyscy wciąż patrzyli na niego z wyczekiwaniem. Alastor jednak nie potrafił znaleźć słów. Poczuł jak pod stołem Poppy delikatnie głaszcze jego kolano uspokajającym gestem.

Na Merlina, przecież był Gryfonem!

- Musimy oficjalnie obrać nowego przywódcę. Myślę, że wszyscy się ze mną zgodzą, że jest to tylko formalność, bo tylko jedna osoba może nam przewodzić w tej wojnie przeciwko Voldemortowi. – urwał, ale tylko po to, by zobaczyć wyraz poparcia na twarzach reszty. Ominął wzrokiem tylko jedną twarz.

- Minerwo McGonagall, czy zgodzisz się poprowadzić nas? – Alastor przywołał całą swoją odwagę by spojrzeć wprost na nią.

Ona jednak nie odwzajemniła spojrzenia. Jej długie, wychudzone palce ciągle gładziły czerwony notes. Po krótkiej chwili rzekła:

- Nie.

Kilkoro osób głośno zaczerpnęło powietrza. Alastor wpatrywał się w nią z niedowierzaniem, gdy odezwał się Kingsley:

- Dlaczego nie, pani profesor? Przecież wszyscy wiemy, że była pani prawą ręką Dumbledore'a, on nigdy nie podejmował decyzji dotyczących Zakonu bez konsultacji z panią! On wręcz namaścił panią na swoją następczynię. To pani stworzyła z nim Zakon Feniksa, pani była z nami przez obie wojny, pani ma największe doświadczenie z nas wszystkich i każdy z nas z ochotą odda się pod pani rozkazy, profesor McGonagall.

- Dobrze powidziane, Shacklebolt. – zagrzmiał Hagrid.

- Nikt nie zadba tak o Zakon jak profesor McGonagall. – oznajmił z powagą Fred Weasley.

- Dumbledore na pewno by chciał… - zaczęła Poppy, ale Minerwa uniosła dłoń i pielęgniarka urwała w połowie zdania.

- Dumbledore jest martwy. – głos Minerwy był niski, groźny – część osób skrzywiła się, jakby podkreślenie prostej prawdy ich przygniotło.

- Ale my żyjemy. I potrzebujemy przywódcy. – odpowiedział Alastor z mocą.

- Potrzebujemy ciebie, Minerwo. Twojego doświadczenia, twojego instynktu… - zaczął Lupin, z każdym słowem coraz bardziej ściskając dłoń siedzącej obok Nimfadory.

- Nie. Zakon musi zejść do podziemia. – przerwała mu, a w jej cichym głosie zabrzęczała stal.

- Co? – Bill Weasley wychylił się na swoim krześle.

- Chyba nie mówisz poważnie? – Elphias Dodge zmarszczył czoło.

- Oczywiście, że mówię poważnie! – czarownica uderzyła pięścią w notatnik, który wydał głuchy odgłos.

- Ministerstwo padnie w przeciągu miesiąca, a kiedy już Voldemort je przejmie, pośle swoich śmierciożerców do wszystkich, którzy z nim walczyli, którzy mu się sprzeciwiali. Do członków Zakonu Feniksa. Nie będziemy w stanie się obronić. Dlatego musicie się wszyscy ukryć, póki jest jeszcze na to pora…

- Ukryć? Mamy schować głowy w piasek? Doprawdy, nie tego spodziewałem się po opiekunce Gryffindoru, Minerwo. I na co mamy czekać? – wypalił Alastor, zanim zdołał ugryźć się w język. Jego własna pewność siebie wyparowała pod ciężarem jej smutnego spojrzenia.

- Nie będę prowadziła was na pewną śmierć! Nie będą patrzyła jak on was torturuje, jak was uśmierca, jak jedno po drugim umieracie… - krzyknęła, a jedna z jej dłoni była tak mocno zaciśnięta na różdżce, że zbielały jej knykcie.

- A więc mamy się poddać, tak? Czekać na cud, liczyć na to, że jest jakiś niewyjaśniony plan, że Potter pokona Voldemorta sam, bez naszej pomocy? – zagrzmiała Hestia Jones, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce.

- Tylko Harry może pokonać Voldemorta. I pomóc mu to nasz obowiązek, ale dopóki on o to nie poprosi, musimy skupić się na tym, żeby przeżyć. – Minerwa mocno podkreśliła ostatnie słowo.

- On nie poprosi o pomoc. Podobnie jak ty, wierzy, że tylko narażałby nas na niebezpieczeństwo. – oświadczyła Molly.

- Co jest raczej naturalne, zważywszy na fakt, jak wiele osób zginęło, tylko dlatego, że przez ich śmierć Voldemort mógł go zranić. – odpowiedziała Minerwa, tym razem zmęczonym tonem.

- Dobrze, zatem co sugerujesz? – wtrącił się Alastor. Wszyscy spojrzeli na niego z niedowierzaniem. Nie mogli uwierzyć, że poddał się tak łatwo.

- Spytajcie Złote Trio, jakie mają plany. Do szkoły nie wrócą, ale Potter będzie musiał wrócić ostatni raz do domu wujostwa, by odnowić starożytną magię, i pewnie zostaną na wesele… potem zaoferujcie swoją pomoc. – rzekła Minerwa, a głos jej zadrżał, gdy kiwnęła głową w stronę Billa i Fleur.

- A potem? Jeśli oni odmówią i ruszą na misję, którą polecił im wykonać Dumbledore, mamy żyć w terrorze? – spytał Artur.

- Nie, macie poświęcać się w glorii chwały. – mruknęła Minerwa, po raz pierwszy uciekając się do sarkazmu, który dziś miał jednak gorzki wydźwięk.

- A co z tobą? Co z Hogwartem? – spytała odważnie Poppy.

- Otworzymy szkołę, tylko jeśli przybędą jacyś uczniowie. A jeśli Voldemort przejmie ministerstwo… pewnie ustanowi jakąś własną formę kontroli nad Hogwartem… nie będzie chciał przelewać czarodziejskiej krwi, ale ktoś będzie musiał dbać o bezpieczeństwo uczniów. – odpowiedziała nauczycielka.

- Nie odpowiedziała pani na pierwsze pytanie, madame. Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać wie, że była pani prawą ręką Dumbledore'a, będzie pani jego pierwszym celem. – rzekł z troską Charlie Weasley.

Wszyscy z wyczekiwaniem spojrzeli na Minerwę. Gdy odpowiedziała, ciarki przeszły po plecach Alastora:

- Voldemort nie tknie mnie do czasu finalnej rozgrywki. Będzie chciał, bym patrzyła jak zabija Harry'ego… albo użyje mnie do tego. Do tego czasu zostawi mnie w spokoju… gdyby chciał mnie wykorzystać prędzej, porwałby mnie zaraz po… - czarownica urwała i zamknęła na moment oczy. Jest złość w jej cichym głosie, jest ból i nienawiść, i żal, w tym łamiącym się tonie.

Spogląda na każdego z osobna i można to zauważyć. Poczucie winy, cierpienie, rozpacz. To ukrywa. Nie pozwala tego zobaczyć w pełni.

Magia odpływa z niej falami, prawdopodobnie wsiąka w mury samej rezydencji. Nawet nie dotyka swojej różdżki, ale nie zdaje sobie sprawy z uciekającej od niej mocy. Magia jest zawsze silniejsza wzmocniona emocjami, ona powinna o tym wiedzieć lepiej niż ktokolwiek. To ta sama magia pomogła jej kiedyś prawie całkowicie zniszczyć Toma Riddle'a. To w tej samej magii teraz tonie, nieświadoma. Nie jest to coś co można by zatrzymać. Jeśli Minerwa sama tego nie opanuje, jej magia zaleje wszystko i już nie było nikogo, kto mógłby zminimalizować skutki zniszczeń.

Zapadła cisza. A potem Alastor usłyszał kroki i zdążył jedynie wyszarpnąć różdżkę, gdy drzwi się otworzyły.

- Drę… Aberforth?! – wykrzyknął Moody.

W drzwiach do jadalni stał wysoki mężczyzna z długimi włosami i siwą brodą. Wszystko w nim było znajome – od długich palców do haczykowatego nosa. Jego błękitne oczy też przypominały oczy innego maga, z tym że te nie migotały. Ubrany był w ciężkie, brązowe, podróżne szaty.

Gdzieś obok siebie, Alastor usłyszał stłumione westchnienie. Spojrzał w lewo.

Minerwa szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w Aberfortha, a jej ręce drżały niepohamowanie. Krew zupełnie odpłynęła z jej twarzy, a Alastor prawie wyczuwał potężną magię zszokowanej czarownicy. Dawno nie widział jej w takim stanie – i mimowolnie poczuł strach.

Każdy z obecnych magów musiał wyczuć nagle napiętą atmosferę i pulsującą, silną magiczną aurę. Wielu z nich nawet nie ukrywało zaskoczenia – nawet jeśli podejrzewali, że Minerwa ukrywa rozmiary posiadanej mocy, nie spodziewali się, by ktokolwiek mógł ukrywać coś tak potężnego. Sam Alastor mógł tylko wspomnieć niezapomnianą walkę między tą czarownicą a najsilniejszym magiem XX wieku, starszym Dumbledore'm.

- Przepraszam… smoki… w dolinie. Muszę sprawdzić… - Minerwa gwałtownie odsunęła krzesło. Tym razem Alastor przypomniał sobie bladą dziewczynę, która nie była w stanie poradzić sobie ze swoją mocą i której energię opanował dopiero … Dumbledore.

Charlie Weasley chyba chciał zaoferować pomoc, ale boczne drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem, zanim zdążył otworzyć usta.

- Aberforth, gdzie ty się podziewałeś, do diabła? – warknął Alastor, skupiając uwagę na wciąż stojącym w progu magu.

- Bessie, jedna z moich kóz zmarła wczoraj i … - mruknął Aberfoth, zajmując wolne miejsce naprzeciw miejsca właśnie opuszczonego przez Minerwę.

- Chcesz powiedzieć, że nie byłeś na pogrzebie własnego brata, bo umarła jedna z twoich KÓZ?! – wrzasnął Moody, ostatecznie tracąc cierpliwość.

Dopiero po sekundzie zorientował się, że nadal stoi, a część z obecnych nie miała nawet pojęcia, że Albus miał brata. Poppy ostrożnie sięgnęła dłonią do jego ramienia, ale zignorował ją.

Aberforth przez chwilę patrzył na niego ze zmrużonymi oczami, tak podobnymi do oczu jego starszego brata, a potem wycedził:

- Ach tak, teraz już wiesz, dlaczego mój drogi brat tak bardzo się mnie wstydził. W końcu jakim trzeba być potworem, żeby nie pojawić się na pogrzebie własnego brata?

Alastor milczał – wcale nie czuł się pewnie, głównie w związku z tym, że nigdy do końca się nie dowiedział, co tak poróżniło dwójkę braci.

- Jednak w jednym się mylisz. Wy wszyscy się mylicie. Albus wcale nie był dużo szlachetniejszy ode mnie. Był prawdziwym potworem, rozstawiającym wszystkich jak pionki na swojej szachownicy, poświęcającym tych mniej istotnych bez mrugnięcia okiem. Gdybyście wiedzieli… co on zrobił… co zrobił jej! - Aberforth wręcz wykrzyczał ostatnie słowa.

Poppy zasłoniła usta dłonią. Kilkoro osób wciągnęło ze świstem powietrze. Alastor stłumił chęć uderzenia siedzącego przed nim czarodzieja. Jak można było tak mówić o własnym bracie, którego pogrzeb odbył się zaledwie wczoraj, który był opłakiwany przez cały świat?

- Myślę, że profesor McGonagall nie życzy sobie jednak twojej obecności w swoim domu, Dumbledore. – warknął Moody, groźnie zniżając głos.

Aberforth wstał, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Alastor długo jeszcze patrzył na zamknięte z trzaskiem drzwi – nie mógł uwierzyć, że starszy mag tak po prostu sobie poszedł.

- Nie powinieneś go wyrzucać, to w gruncie rzeczy potężny czarodziej, istotny dla Zakonu. – odezwał się Lupin.

- Nie słyszałeś co on wygadywał o Albusie? – spytał Alastor z niedowierzaniem.

- Każdy inaczej radzi sobie z żałobą… a poza tym nikt nie wie, co poróżniło braci… - odpowiedział wilkołak.

- Minerwa wie. – wyrwało się Poppy, która zaraz potrząsnęła głową.

- Tak, a ona nie mogła nawet na niego patrzeć! – oświadczył triumfalnie Moody.

- Profesor McGonagall… ona nie jest sobą. Nie wierzę, że mogła zasugerować po prostu wycofanie się. – odezwała się nieśmiało Tonks.

- Tak, strach jest zupełnie niepodobny do niej. – dodał Fred Weasley z dziwną powagą.

- Ludzie, czy wy naprawdę jesteście ślepi?! Strach? A jak wy byście się czuli, w każdej chwili spodziewając się Voldemorta na progu, żądającego waszej mocy, waszej energii, waszej wiedzy i waszej duszy… tylko po to, by użyć ich do zniszczenia wszystkiego, co wam drogie?! – Alastor ze wszystkich sił usiłował wyrzucić z głowy obraz przystojnego chłopca o obsydianowych oczach, śledzącego wzrokiem piękną Gryfonkę… śledzącego ją z obrzydliwym głodem…

- Nie jesteśmy w stanie jej chronić. – odezwał się cicho Remus.

- Co zatem zrobimy? Jeśli ona nie chce nam przewodzić, jeśli tak naprawdę jesteśmy bez szans… - Artur powiódł smutnym spojrzeniem po wszystkich.

- Potter jest naszą szansą. A Minerwa jest naszym strategiem. Zrobimy tak jak powiedziała. – zdecydował Alastor.

Auror z zaskoczeniem odnotował, że większość pokiwała głową z aprobatą.

- Dobrze. Myślę, że powinniśmy zrobić małą przerwę w obradach. Skrzaty chyba szykują dla nas kolację, a Minerwa prawdopodobnie zaraz wróci. – rzekł, choć tej ostatniej rzeczy wcale nie był pewny.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa McGonagall siedziała skulona na ogromnym łóżku z baldachimem, kołysząc się w przód i w tył, obejmując rękami kolana.

Łóżko było jedynym meblem niezakrytym białą płachtą materiału w tym pokoju. Był to pokój jej babki. Łoże, na którym teraz siedziała Minerwa, było łóżkiem, w którym Theresa McGonagall wydała swój ostatni oddech.

I choć ciemnowłosa czarownica przychodziła tu zawsze, ilekroć znajdowała jakiś problem, teraz już wcale nie czuła uspokajającej obecności babki, wierzącej w nią mimo tego, czego Minerwa się dopuściła.

Spotkanie członków Zakonu drugiego dnia po pogrzebie było trudniejsze, niż mogłaby się spodziewać. Oczywiście podejrzewała, że Alastor zechce by zajęła miejsce… ale nie wiedziała, że wszyscy inni również widzą w niej przywódczynię. Bo w końcu była jedynie zbrukaną, żałosną wiedźmą…

Ich chęć walki była jednocześnie budująca i niepokojąca. Bo choć cudownie, że nie poddali się, to żadne z nich nie dostrzegało jak nieciekawa zrobiła się ich sytuacja. Zakon Feniksa… to wszystko było scentrowane wokół jednej osoby… a teraz, gdy nie było feniksa, gdy nie było ich przewodniego światła… gdy nie było silnej dłoni, która prowadziła ich w mroku…

I jeszcze on.

Gdy pojawił się na progu… przez jedną krótką chwilę… nadzieja zalała jej serce. A potem spojrzała w jego oczy – które nigdy nie migotały i zrozumiała swoją pomyłkę.

Aberforth. Tak podobny, a jednak tak inny.

Wspomnienia powróciły.

Jej pierwsze święta w Hogwarcie i pewien profesor o błękitnych oczach odwiedzający wieżę Gryffindoru. Zdradził jej wtedy, że jego brat woli spędzać święta ze swoimi kozami, niż z nim.

Łzy w lekko migotających błękitnych oczach, gdy opowiadał jej o pogrzebie Ariany, o tym jak Aberforth połamał mu nos.

Jego zdziwienie, gdy zrozumiał, że zdołała się zaprzyjaźnić z jego odpychającym bratem.

Ten osobliwy wyraz twarzy, gdy wypiła za dużo z Aberforthem, gdy młodszy mag oskarżył go o wykorzystywanie jej. Czy dobrze uznawała to za zazdrość?

Trzeci rok Pottera i jego niepokój, gdy odkrył ją ranną u Aberfortha. I ulga, gdy bez wahania pozwoliła mu się zabrać z powrotem do Hogwartu.

To dziwne uczucie, gdy Aberforth nie pojawił się na pogrzebie. W końcu to on powinien odbierać kondolencje… ona nie miała prawa… nie była rodziną…

Ciaśniej otoczyła kolana ramionami – wyczuła unikatową aurę Aberfortha opuszczającego teren posiadłości. Nie miała pojęcia, czemu wyszedł tak wcześnie – co wydarzyło się w jadalni, tuż pod nią, piętro niżej, wydawało się być już zupełnie innym światem. Zamknięta w kokonie własnego żalu, Minerwa była świadoma niewielu rzeczy.

Dlatego też dopiero trzeci cichy szept po prawej stronie zwrócił jej uwagę:

- Uspokój się.

Prawie podskoczyła, widząc przezroczystą postać w rogach babcinego łóżka. Podświadomie przywołała na nos okulary.

- Szara Dama? – wydukała, rozpoznając lekko rozmyte rysy twarzy unoszącej się obok czarownicy.

- Przynosisz wstyd swojemu rodowi. Weź się w garść. – warknęła zjawa, układając ręce na biodrach.

- Co ty tutaj robisz? – zdołała jedynie zapytać Minerwa, odgarniając opadające włosy z twarzy.

- Rezydencja jest połączona z zamkiem, czyż nie, pani dyrektor? – rzuciła ironicznie zjawa.

- No tak, ale… - Minerwa urwała, bo cios, jakim był jej nowy tytuł dopiero do niej dotarł.

- Będą cię szukać, lepiej, żebyś tam zeszła. – z tymi słowami duch Ravenclawu wsiąknął w najbliższą ścianę.

- Czekaj! Czemu tu przyszłaś?! – zawołała Minerwa, ale odpowiedziała jej głucha cisza.

Minerwa rozprostowała nogi, jednocześnie usiłując sobie przypomnieć wszystkie swoje interakcje z Szarą Damą – a nie było tego za wiele- oprócz zwyczajowych uprzejmości chyba nigdy nie prowadziły poważniejszej rozmowy – a i często zjawa ignorowała Minerwę, jedynie krzywiąc się z niesmakiem na jej widok.

Czarownica wciąż nie mogła zapomnieć słów ducha podczas swojego pierwszego wieczoru w Hogwarcie:

,,- Tiara się nie myli. Najwyraźniej panna McGonagall nie jest godna mojego domu."

Minęło tyle lat. I gdyby Tiara umieściła Minerwę w Ravenclawie, pewnie nie siedziałaby tu teraz, targana żalem.

Niemniej jednak, Szara Dama miała rację. Minerwa musiała wziąć się w garść. Wstała więc i powlokła się do wysokiego lustra, by chociaż trochę doprowadzić się do porządku. A potem zeszła na dół.

Było po kolacji, wszyscy siedzieli zgromadzeni nad jakimiś kartkami, rozłożonymi na stole. Na widok Minerwy, mężczyźni znów się podnieśli – zbyła te maniery machnięciem dłoni i zajęła swoje miejsce obok Alastora.

- I jak smoki? – spytała Poppy, badawczo patrząc na Minerwę.

- Już w porządku. Wybaczcie, ale niektóre sprawy… - zaczęła Minerwa, ale Hagrid jej przerwał:

- …niektóre sprawy tylko pani może naprawić. Wiemy to, cholibka.

- Dziękuję, Hagridzie. – Minerwa skinęła głową i odwróciła się do Moody'iego.

- Co mnie ominęło? Gdzie jest … Dumbledore? – spytała, wiele wysiłku wkładając w wymówienie nazwiska Aberfortha.

- Odszedł. – odpowiedział Alastor, uciekając wzrokiem.

Minerwa czuła na sobie spojrzenia wszystkich – jakże dwuznaczna była odpowiedź aurora! Przywołała na twarz wyraz całkowitej obojętności i wzruszyła ramionami.

- Dobrze, zatem trzeba ustalić co z …

Spotkanie już dalej przebiegało bez zakłóceń. I Minerwa wiedziała, że po wszystkim będzie mogła sobie pogratulować aktorskich zdolności – wszyscy widzieli w niej uosobienie siły i rozsądku. Nikt nie wiedział, że siła i rozsądek były jedynie iluzją, przywołaną z obrazów znajdujących się w czerwonym notesie.