Minerwa McGonagall siedziała w wysokim dyrektorskim krześle, a Alastor Moody krążył niespokojnie po gabinecie, zerkając na nią jedynie od czasu do czasu.

- A więc chcesz powiedzieć, że nic już nie możemy zrobić? – spytała wprost, obracając w palcach różdżkę.

- Nawet jeśli żyje, to próba wyciągnięcia jej z gniazda wroga byłaby samobójstwem. Przykro mi, ale … - Moody potrząsnął głową i zacisnął powieki.

- Gdybym zatrzymała ją w zamku… powinnam była pomyśleć… mugoloznawstwo… przecież to było oczywiste. – Minerwa stłumiła chęć uderzenia dłonią w biurko – teraz, gdy jej dłonie były jedynie kośćmi okrytymi pergaminową skórą, mogłaby wybić któryś ze stawów…

- To nie twoja wina. Nie mogłaś oczekiwać, że każdy nauczyciel będzie siedział tu przez całe lato, zresztą gdyby chcieli ją dopaść, mury Hogwartu nie byłyby żadną przeszkodą. – powiedział szybko Alastor, a potem zatrzymał się, gdy zrozumiał wydźwięk swoich słów.

- No to może rzeczywiście zamknijmy szkołę, skoro nie zapewnia ona już żadnego bezpieczeństwa! – rzuciła Minerwa, usiłując wmówić sobie, że jej strach wynika z troski o uczniów, a nie z lęku o samą siebie.

- Przepraszam, wiesz, że nie to miałem na myśli. Po prostu nie możesz brać na swoje barki każdego kolejnego zniknięcia. – Alastor zatrzymał się przed biurkiem i Minerwa wiedziała, że jego magiczne oko prawdopodobnie widzi jak chuda się zrobiła.

- Jak plany przeniesienia Pottera? – spytała, zmieniając temat.

- To będzie cholernie niebezpieczne. Dużo bardziej niż nasza mała misja w Niemczech, Min. – Alastor westchnął.

Minerwa odwróciła głowę. ,,Ich mała misja w Niemczech" była punktem zwrotnym w jej życiu. Wspomnienie jej teraz, gdy od tak długiego czasu chciała o niej zapomnieć, nie było właściwe.

- Chłopak nie zna szczegółów? – spytała oschłym głosem.

- Nie.

- Tym lepiej. – rzuciła, doskonale świadoma, że ona również nie zna szczegółów. Ale tak było lepiej. Alastor wcale nie powinien jej nic zdradzać, się tu pojawiać…

- McGonagall. – głos aurora wyrwał ją zamyślenia.

- Słucham, Moody. – odpowiedziała, za starą tradycją usiłując ukryć zmęczenie.

- Martwimy się o ciebie. Wszyscy. Nie śpisz, nie jesz, ciągle tylko pracujesz i jeszcze te artykuły… - zaczął nieskładnie Alastor.

- Nie czytałam ich. – skłamała szybko. Znała je prawie na pamięć – podłe bzdury wypisywane przez Ritę Skeeter w opozycji do patetycznych artykułów Elphiasa Doge. Co niepokojące, wiedźma chyba zwęszyła coś więcej w relacji poprzednika Minerwy z Gellertem Grindelwaldem.

- To dobrze, nie powinnaś zaprzątać sobie tym głowy. Nie ma tam nic o tobie. – rzucił pocieszająco Alastor.

- O mnie? A cóż miałoby tam być o mnie? – warknęła, zbyt szybko, ale było za późno by się wycofać, więc jedynie wbiła wzrok w zdrowe oko przyjaciela.

- Cóż… byłaś najbliżej niego. O nikogo nie dbał tak jak o ciebie. – wyszeptał Alastor, rzucając zdrowym okiem na portret za plecami Minerwy. Portret nadal pogrążonego we śnie dyrektora.

- Dbał o wszystkich z wyjątkiem siebie. – mruknęła, zaciskając mocniej palce na różdżce.

- Min… - Alastor sięgnął ku niej i lekko ścisnął jej dłoń. Minerwa stłumiła chęć cofnięcia jej.

- Nic mi nie będzie. Zajmij się planowaniem akcji, misji… - wyrzucała z siebie słowa, ze wszystkich sił walcząc o utrzymanie murów.

- Minerwo. Przestań. – przerwał jej, mocniej ściskając jej dłoń. Urwała i uciekła wzrokiem.

- Nigdy nie pytaliśmy, bo za bardzo was szanowaliśmy, ale… jeśli … - Alastor wyraźnie nie mógł znaleźć słów. Minerwa jednak doskonale wiedziała, co chciał powiedzieć.

Gwałtownie wyrwała swoją dłoń z jego uścisku i wstała.

- Powinieneś już iść. Oboje mamy dużo pracy. – rzekła sztywno.

Przez chwilę się zawahał, ale potem skinął głową:

- Dobrze. Ale pamiętaj, McGonagall, że przyjaciele pomagają sobie we wszystkich kłopotach. – rzucił i odwrócił się do wyjścia.

- Dlatego zawsze będę tutaj, w razie gdybyś wpadł w jakieś kłopoty, Moody! – zawołała za nim.

Auror obejrzał się. Minerwa wiedziała, że z trudem wywołany uśmiech blednie na jej własnej, nieposłusznej twarzy. On też to odnotował, ale chyba uznał, że zignoruje to. Zamiast tego mrugnął do niej zdrowym okiem – zupełnie jak wtedy, gdy obydwoje byli uczniami Hogwartu, nieświadomymi zła zewnętrznego świata.

A potem Moody zniknął za drzwiami gabinetu. Minerwa opadła na jedną z kanap przy kominku i ukryła twarz w dłoniach.

Charity Burbage, nauczycielka mugoloznawstwa, porwana przez śmierciożerców. Prawdopodobnie już martwa.

Minerwa westchnęła. Marzyła, by właśnie przyleciała jakaś sowa z ministerstwa, wymagająca jej uwagi. Ale ze wszystkimi tego typu sprawami uporała się już wcześniej – teraz pozostało jej jedynie siedzieć tu i ze wszystkich sił wierzyć, że Harry Potter bezpiecznie znajdzie się w Norze.

Kilka godzin później Minerwa snuła się po pustych korytarzach zamku, zatrzymując się przy każdym oknie i wypatrując na niebie sowy z zaszyfrowaną wiadomością, że wszystko poszło dobrze. Mieli przysłać sowę, zanim jeszcze Hagrid wróci.

Weszła właśnie na długi most prowadzący na błonia, gdy wyczuła lekkie drgnięcie w barierach – Poppy, pełniąca dzisiaj straż, musiała kogoś wpuścić do środka. Minerwa, pełna złych przeczuć, przyspieszyła kroku.

Była w połowie mostu, gdy usłyszała mrożący krew w żyłach wrzask:

- NIE!

Odruchowo zmieniła się w kocią postać i pomknęła do bram, skąd dochodził pełen boleści krzyk przyjaciółki.

Nie zawahała się, widząc zwalistą sylwetkę Hagrida, pochylonego nad drżącą na ziemi i zalaną łzami Poppy Pomfrey. Zmieniła się z powrotem i spojrzała na półolbrzyma. Ten kiwnął głową, jakby od razu wiedząc, co chciała zrobić. Nie zastanawiając się już, użyła legilimencji.

Privet Drive 4. Tak znajome i budzące tyle negatywnych wspomnień. Harry, typowo odmawiający udziału w genialnym planie Alastora. Siedmiu Potterów, wylatujących w ciemną noc. Walka, śmierciożercy. Snape. Dzielnie walczący Harry. Voldemort. Różdżki… transferujące magię, której nie mogła rozpoznać. Upadek. Dom Andromedy. Bezpieczni w Norze. Inni. Krew. George Weasley ranny. Kolejni. Bill Weasley, patrzący na ojca.

,,Szalonooki nie żyje."

Minerwa poczuła jak serce w jej klatce piersiowej zwalnia, jak jej umysł wyślizguje się z gąszczu myśli Hagrida, jak zalewa ją niedowierzanie i szok.

- Nie! Nieeeee! Alaaaaastor! – zawodziła Poppy, uderzając pięściami w ziemię, posyłając w powietrze garście ostrego żwiru. Hagrid próbował uspokajająco klepać ją po plecach, ale to nic nie dawało.

Moody. Bystry i odważny chłopak, którego Minerwa polubiła od pierwszego spotkania w Hogwarcie. Który stał za nią murem, bez względu na wszystko. Walczył o nią, za nią, z nią. Który martwił się o nią jeszcze kilka godzin temu, gdy opuszczał gabinet dyrektora.

- Nie, nie, nie! – Poppy krzyczała i krzyczała.

Minerwa zmusiła się do wyrwania z dziwnego odrętwienia. Słyszała w oddali trzask frontowych drzwi – chyba nie ona jedna nie spała tej nocy. Skupiła się jednak na drżącej z rozpaczy przyjaciółce.

- Poppy. – nauczycielka pochyliła się nad leżącą na żwirze pielęgniarką.

- Nie, nie , nie. – Poppy odruchowo zacisnęła ramiona wokół cienkiej talii i zaczęła szlochać w pierś Minerwy. Ta jedynie otoczyła ją swoimi ramionami.

Trwały tak przez jakiś kwadrans, gdy dobiegła do nich Rolanda z Pomoną.

- Co się stało? – spytała cicho nauczycielka zielarstwa.

- Sama- Wiesz- Kto zabił Szalonookiego. – odpowiedział Hagrid, nerwowo zacierając ręce.

- Och, Poppy. – Rolanda ostrożnie podeszła do Minerwy i Poppy oraz pomogła im się podnieść.

- Poppy, wracajmy do zamku. – zasugerowała spokojnie Minerwa. Poppy jedynie mocniej przycisnęła twarz do mokrych już szat Minerwy. Na szczęście Pomona szybko zrozumiała, co trzeba zrobić. Ona i Rolanda podtrzymywały Minerwę po obu stronach, podczas gdy ona na wpół prowadziła, na wpół niosła łkającą Poppy.

Poppy nie mogła się uspokoić nawet gdy dotarły do skrzydła szpitalnego. Minerwa ostrożnie przelewitowała je obie na łóżko pielęgniarki, ponieważ płacząca kobieta za nic nie chciała jej wypuścić. Pomona i Rolanda, choć wiedziały o relacjach łączących Poppy z Alastorem, wydawały się być zszokowane stanem przyjaciółki. Stały bez ruchu, wpatrując się w bladą, ale opanowaną twarz Minerwy.

- Co możemy zrobić? – wyszeptała wreszcie Rolanda.

- Idźcie. Ja z nią posiedzę. – zdecydowała Minerwa.

Gdy czarownice opuściły niewielką sypialnię Poppy, pielęgniarka, wciąż roniąc rzęsiste łzy zaczęła mówić:

- On nie może być martwy! Przecież nie mógł mnie tak zostawić! Min, ja wierzyłam, że będziemy szczęśliwi, że będziemy razem, kiedy to wszystko się skończy. Że weźmiemy ślub, może przygarniemy jakieś dziecko. A teraz co? Nie, nie, nie. – Poppy jeszcze mocniej przylgnęła do Minerwy.

- Szszsz. On nie chciałby, żebyś się załamywała. Wiesz jak nie lubił płaczących kobiet. – mruknęła Minerwa. Jeśli miała być całkowicie szczera, te cechę w pełni podzielała ze zmarłym aurorem – widząc czyjeś łzy odruchowo sztywniała. Nigdy nie nadawała się do pocieszania ludzi. Nie potrafiła karmić ich optymistycznymi kłamstwami, że wszystko będzie dobrze.

- Ja wiem, ale nie potrafię… on był moją siłą… taki niezłomny, niezniszczalny. – Poppy trzęsła się tak mocno, że sprężyny materaca trzeszczały pod nimi.

- Wiem. – odpowiedziała tyko Minerwa. Jednak ku jej zdumieniu Poppy oderwała się od niej gwałtownie, a jej twarz wykrzywił grymas gniewu:

- Nie! Nie wiesz, nie masz pojęcia! Przecież ty nie czujesz żalu, nie czujesz niczego! Po prostu egzystujesz , z tą czarną suknią i obojętnością, tak jak powinna przeżywać żałobę szanująca się czystokrwista czarownica! – wrzasnęła Poppy.

Minerwa zamarła, bo zupełnie nie spodziewała się takiego wybuchu. Uderzyła ją trafność słów przyjaciółki.

Tam, gdzie wszyscy spodziewali się łez, ona pokazywała niewzruszone, kamienne oblicze. Wtedy, gdy wszyscy oczekiwali usłyszeć jej szloch, ona przywoływała swój najbardziej lodowaty, obojętny ton. Maska, której nauczyła się już w dzieciństwie, zaskakująco łatwo przybywała jej z odsieczą w momentach największego żalu.

Ostrożnie odsunęła się na brzeg łóżka i zasugerowała spokojnym tonem:

- Pewnie masz rację. Zawołam Pomonę albo Rolandę, one zapewne będą miały więcej zrozumienia.

Poppy zbladła na chwilę, przez co łzy na jej policzkach zrobiły się jeszcze bardziej widoczne, a potem krzyknęła:

- Nie, zapomnij że to powiedziałam. Ja nie wiem, ale bez niego… nawet wygaduję głupoty. Nie odchodź. Ty znałaś go tak długo jak ja. Walczyliście razem… przepraszam. – Poppy znów się rozpłakała, a potem wyciągnęła ręce do Minerwy.

Minerwa pozwoliła, by pielęgniarka znów ukryła twarz w czerni jej szat. Nie miała żalu do Poppy. Były w podobnej sytuacji – ona straciła Albusa, a Poppy Alastora. Najważniejsza różnica była taka, że Poppy i Alastor mieli dość gryfońskiej odwagi, by dać porwać się uczuciom, by nawet planować wspólną przyszłość. Minerwa i Albus, zaprzątnięci przeszłością, nie potrafili użyć głównej cechy uczniów domu lwa. Lecz dla Poppy istotniejszą różnicą była obojętność Minerwy w opozycji do rozpaczy, jaką sama przeżywała.

Gdyby wiedziała…

Poppy zasnęła, wyczerpana, godzinę później. Minerwa delikatnie gładziła plecy przyjaciółki, rozmyślając o wszystkim, co odpędziłoby jej własny sen. Jej koszmary byłyby zbyt niebezpieczne dla Poppy, miała tego pełną świadomość.

Myślała o Alastorze. Słowa Poppy o wspólnych planach na przyszłość zaskoczyły ją – Alastor jak nikt rozumiał zasady wojny, wiedział z jakim ryzykiem wiąże się jego praca i pozycja, jaką przez lata wypracował sobie w ich społeczności. Nie składałby Poppy obietnic, które wiedział, że będzie prawie niemożliwością dotrzymać. Chyba że…

Chyba że naprawdę ją kochał. I jeśli obawiał się śmierci, to mniej niż myśli, że nigdy nie zazna miłości.

Minerwa westchnęła. Naprawdę czuła radość, gdy odkryła, że Alastor i Poppy znaleźli siebie… że razem są szczęśliwi. Kochała ich oboje – w typowo przyjacielski sposób. Czuła też ulgę, że Alastor dawno porzucił swoje nastoletnie zauroczenie nią – choć czasem miała wrażenie, że auror obserwuje ją bardziej wnikliwie niż innych. Moody był jednym z niewielu ludzi, którzy zdawali się dostrzegać wysublimowaną grę, jaką Minerwa przez lata prowadziła ze swoim przełożonym. Nie bez powodu on był jedynym świadkiem, choć nieprzytomnym….

Nie, o tym nie powinna myśleć. Powinna skupić się na pomocy Poppy. I choć myślała nad tym bardzo długo, po kilku godzinach nadal nie czuła, by znalazła rozwiązanie. A powinna była je znaleźć, bo Poppy obudziła się:

- Minerwa? Co ty robisz w moim łóżku? – spytała Poppy nadal zaspanym głosem. Zanim Minerwa miała szansę odpowiedzieć, pielęgniarka zbladła i przyłożyła dłoń do serca.

- Nie. To był sen, prawda? To nie było naprawdę! – wyjęczała Poppy, a jej oczy zaszkliły się natychmiast.

- Przykro mi, Poppy… - Minerwa potrząsnęła głową.

- Nie! Nie! Alastooor! – Poppy znów szlochała w ramionach Minerwy, która wiedziała, że znowu zawiodła.

Dwie godziny później – godziny wypełnione nieustannym płaczem – do sypialni Poppy weszła Pomona i Rolanda. Uspokoiły Poppy na tyle, by pozwoliła Minerwie odejść i by zabrała się za zjedzenie śniadania. Dwie czarownice chyba o wiele lepiej radziły sobie z pocieszaniem ludzi, dlatego Minerwa postanowiła zostawić Poppy w ich rękach.

Sama pragnęła jedynie dotrzeć do gabinetu dyrektora, gdzie zapewne oczekiwały ją dziesiątki listów wymagających odpowiedzi.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa ostrożnie rozwijała bandaże na swoich przedramionach. Był wieczór pierwszego sierpnia. Rany, które zadała sobie zeszłej nocy, zdążyły już się zasklepić, zostawiając jedynie srebrne, zygzakowate blizny na jej bladej skórze.

Minął dzień od urodzin Harry'ego Pottera. I choć Minerwa doskonale pamiętała tę datę, nigdy nie wysłała mu urodzinowego prezentu. Obecnie, gdy teoretycznie, przysięgi dane Albusowi straciły ważność, mogłaby chociaż pojawić się na przyjęciu urodzinowym. Lecz teraz już sama dobrze wiedziała, że byłoby to zbyt niebezpieczne.

Dzisiaj zaś, jeden z jej ulubionych uczniów, William Weasley, brał ślub z panną Fleur Delacour. Minerwa oczywiście odrzuciła zaproszenie, jakie przysłał jej Bill – jej obecność jedynie podniosłaby ryzyko uroczystości. Posłała nowożeńcom komplet srebrnej zastawy w prezencie. Chciała wierzyć, że Bill i Fleur będą szczęśliwi, że być może będzie miała okazję uczyć jeszcze ich dzieci.

Potrząsnęła głową, rozglądając się wokół. Jeśli nawet Bill i Fleur przeżyją wojnę, ona miała na to małe szanse. Dlatego z ciężkim sercem zabrała białe zaproszenie z gzymsu kominka i wsunęła do kieszeni. Teraz zniknęła rzecz, która jej nie pasowała w tym miejscu.

Salon Albusa, choć wyglądał zupełnie jak wcześniej, w jej odczuciu był zbezczeszczony po tym jak został skrupulatnie przeszukany przez pracowników ministerstwa. Jej jedyną pociechą był fakt, że nic nie znaleźli. Po tym, jak otworzono testament Albusa, Minerwa była delikatnie zaskoczona – mag prawie wszystko przepisał szkole. Ani słowem nie wspomniał o niej, ani choćby o czerwonym notesie czy zdjęciach z sypialni. Pewnie zakładał, że ona zajmie się nimi, zanim zrobi to ministerstwo. Co więcej, zapisując wszystko Hogwartowi, Albus musiał wierzyć, że ona obejmie jego stanowisko.

Ona sama nie miała takich złudzeń. Scrimgeour ledwie ją tolerował, a plotka głosiła, że te godziny, które spędzał zamknięty w swoim gabinecie, przeznaczał na próby usunięcia czarnego znamienia w kształcie róży. Zresztą nie chodziło nawet o to. Teraz, po śmierci Moody'ego, Minerwa dawała ministerstwu jeszcze mniej szans. Było kwestią czasu, aż mrok opanuje całą ich społeczność.

Spojrzała na rozłożone szachy – jeden z urzędników zapytał ją, co oznacza takie ustawienie. Nie odpowiedziała – sama nie była do końca pewna, co Albus chciał jej przekazać za pomocą figur. Nie śmiała jednak ich tknąć. Wszystko w wieży dyrektora pozostało tak, jak za jego życia.

Strzepnęła czarne rękawy szat i wróciła do gabinetu, wrzuciwszy wcześniej bandaże do kominka. Odruchowo najpierw spojrzała na jego portret – nadal drzemał, nie nastąpiła żadna zmiana. Jeden z mugolskich zegarów Albusa cicho wybił osiemnastą. Minerwa zmusiła się do opuszczenia gabinetu i zejścia do Wielkiej Sali. Obecność przy stole jedynie Filiusa jej nie zdziwiła – Pomona i Rolanda pewnie próbowały nakłonić do jedzenia Poppy, która nadal kiepsko radziła sobie z stratą Alastora. Hagrid był zaproszony do Nory, a inni profesorowie prosili skrzaty o dostarczenie jedzenia do swoich komnat, albo przychodzili później.

Zajęła swoje miejsce, po prawej stronie pustego, dyrektorskiego krzesła. Filius bez słowa podał jej półmisek z ziemniakami. Minerwa jadła tyle, by nie wzbudzać podejrzeń, że się głodzi. Za każdym razem mechanicznie unosiła widelec do ust, intensywnie myśląc o czymś innym – coś tak prostego, tak ludzkiego, jak jedzenie wywoływało w niej niechęć.

- Poppy. Dojdzie do siebie? – przerwał ciszę Filius. Minerwa zerknęła na niego ze zdumieniem – maleńki czarodziej uwielbiał eufemizmy i owijanie w bawełnę – tak bezpośrednie pytanie było do niego zupełnie niepodobne.

- Myślę, że będzie lepiej, jak wrócą uczniowie, jak poczuje się potrzebna. Bo jest potrzebna. Bez niej szkoła straci kolejną gwarancję bezpieczeństwa. – wyznała szczerze Minerwa.

Filius chyba coś powiedział, ale Minerwa nie usłyszała go. Skupiła się na pewnym konkretnym odczuciu, dosyć już znajomym – ktoś właśnie ściągał ochronne zaklęcia wokół zamku. Zważając na późną godzinę, brak umówionych wizyt i nieustępliwą Aurorę Sinistrę na warcie przy bramie, Minerwa natychmiast się zaniepokoiła. Nie zwracając uwagi na lekko skonfundowanego Filiusa, błyskawicznie zmieniła się w kocią postać i pognała do drzwi.

Zdołała wybiec przez wielkie wrota na błonia, gdy zobaczyła biegnącą ogromną sylwetkę Hagrida. Zatrzymała się wpół kroku. Hagrid powinien być na weselu… jeśli był tutaj, to coś na pewno musiało się stać. Coś złego.

- Profesor McGonagall! – wykrzyknął Hagrid. Zmieniła się z powrotem, jednocześnie wyczuwając, że Aurora nakłada mocniejsze bariery ochronne na bramę.

- Co się stało, Rubeusie?! – spytała czarownica.

- Ministerstwo padło! Zaatakowali nas w Norze! – wrzasnął Hagrid.

Minerwa zamarła. Odruchowo uniosła dłoń do serca, a w drugiej zacisnęła różdżkę.

- Co? – wyszeptała, rozpaczliwie szukając w umyśle jakichś rezerw legendarnej, gryfońskiej odwagi.

- Najpirw przybył patronus Kingsley'a, ostrzegł nas, że przejęli ministerstwo i minister nie żyje. Potem wybuchła panika, wszyscy zaczęli uciekać, aportować się, krzyczeć. Oni zjawili się natychmiast, wszędzie latały uroki, nie mogłem znaleźć Harry'ego… Olympia porwała mnie i teleportowała go Hogsemade. Zanim zdążyłem… powiedziała, że musi ratować pozostałych i kazała cię poinformować. Zniknęła… musimy tam wracać… - mówił Hagrid, nienaturalnie szybko.

- Wiesz coś jeszcze? – obok nich pojawił się zaniepokojony Filius, akurat w porę, by usłyszeć relację półolbrzyma.

- W Hogsmeade spotkałem jednego z pracowników ministerstwa. Podobno Sam-Wiesz-Kto osobiście torturował Scrimgeour'a . Podobno… zdarł z niego skórę. Zostawił nietkniętą tylko dłoń. – wymamrotał Hagrid, trzęsąc się.

Minerwa zamknęła na moment oczy. Bez problemu potrafiła sobie wyobrazić muskularną rękę ministra – żywe mięso, ogołocone ze skóry, z perfekcyjnym wyjątkiem w postaci nienaruszonej skóry dłoni, na której widniał znak czarnej róży.

Dlaczego Scrimgeour został naznaczony dziwną klątwą Toma? Dlaczego to wiązało się z nią – przecież Scrimgeour nie był dla niej nikim bliskim, nie grał żadnej roli w przeszłości jej i Toma. Oczywiście wiedziała, że Tom w końcu dorwie ministra, że będzie chciał uzyskać od niego informacje o kryjówce Pottera, że wreszcie go zabije. Lecz jej złość, jej ból po stracie… jej nienawiść… skierowane na Rufusa były katalizatorem czegoś mrocznego, być może zapewniły ministrowi nieopisane cierpienia. Znów zalało ją znajome poczucie winy. Była zła do szpiku kości – Rufus cierpiał męczarnie tylko ze względu na jej nieopanowany wybuch rozpaczy i wynikającej z niej złości, które uaktywniły czarnomagiczną klątwę Toma. A teraz nie było już nic, co dzieliłoby ich społeczność od krwawego terroru.

- Minerwo, musimy iść im pomóc, trzeba… - Hagrid wyciągnął ku niej rękę, ale cofnął ją, jakby spodziewał się napotkać niewidzialne bariery.

- Nie, Hagridzie. Na pewno już zdążyli się ewakuować, szukanie ich tylko postawiłoby ich w niebezpiecznej sytuacji. – Minerwa odsunęła od siebie obraz Scrimgeour'a i skupiła się na racjonalnej ocenie ich położenia.

- Co robimy? Jeśli przejęli ministerstwo… zaraz zjawią się tutaj. – powiedział Filius piskliwym głosem.

- Niekoniecznie. Nie zaatakują, bo wiedzą, że i tak nie będziemy się bronić. – rzekła cicho.

- Nie?

- Co?!

Zarówno maleńki mag, jak i wielki półolbrzym spojrzeli na nią z niedowierzaniem.

- I tak nie mamy szans. Nasza śmierć nie pomoże zaś ani Potterowi ani uczniom. Poczekamy na ich ruch. – Minerwa zerknęła w stronę bramy – Aurora nadal krążyła w tę i z powrotem pod skrzydlatymi dzikami.

- Ale co oni mogą zrobić? – zapytał Filius, gdy Minerwa ruszyła do zamku.

- Podejrzewam, że znajdą Radę Nadzorczą i mianują nowego dyrektora. – odpowiedziała ze stoickim spokojem.

- Ty nie mówisz poważnie! Śmierciożerca dyrektorem Hogwartu? – w oczach Filiusa powoli gromadziły się łzy. Minerwa zatrzymała się i spojrzała mu prosto w oczy, pochylając głowę.

- Filiusie. Jeśli którykolwiek z profesorów zechce opuścić zamek by się ukryć, ma drogę wolną, uszanuję to. Voldemort nie chce zamknięcia szkoły – będzie potrzebował wyszkolonych zwolenników czystej krwi. Może zmienić władze, które z pewnością będą uprzykrzać nam życie i to nawet w brutalny sposób. Ale nie jest w stanie nas zastąpić – gdzie znalazłby drugiego takiego nauczyciela zaklęć? A kto będzie chronił te biedne dzieci, jeśli nie my?

Profesor zaklęć zamrugał. Mogła założyć, że widzi logikę w jej słowach. Nie była jednak przygotowana na jego kolejne słowa:

- Minerwo, ja doskonale pamiętam tamten pojedynek. On zapewne też. Jaką mamy gwarancję, że nie zjawi się tu za pięć minut, by użyć twojej mocy do ostatecznego zniszczenia naszej społeczności?

- Jeśli pamiętasz tamten pojedynek, Filiusie, to na pewno też zapamiętałeś jego wynik. – odparowała, zanim zdążyła to przemyśleć.

Twarz Filiusa pokrył szkarłatny rumieniec.

- Nadal mogłabyś go pokonać? – spytał szeptem. Hagrid obok chyba dopiero skupił się na ich rozmowie, bo pochylił się, by usłyszeć jej odpowiedź.

- Nie, przyjacielu. Ale on nie może być tego pewien. – Minerwa machnęła różdżką, zamykając za nimi drzwi wyjściowe.

Filius przez chwilę studiował jej twarz. Był starszy od niej o dekadę – zapewne wiedział, że mimo zgromadzonego doświadczenia, wraz z wiekiem refleks czarodzieja staje się coraz gorszy. Zapewne też przywoływał przykład Albusa i pocieszał się, że wiek nic nie znaczy. Może wspominał wrzaski Toma Riddle. Może pamiętał czysty strach nawet na obliczu potężnego Albusa Dumbledore. A może rozsądek podpowiadał mu, że tamta moc musiała dawno wyparować, że jest niczym w porównaniu z mocą odrodzonego Voldemorta?

- Pójdę poinformować resztę. – zaoferował w końcu nauczyciel zaklęć.

Minerwa przykazała jeszcze Hagridowi by coś zjadł i cierpliwie czekał, bo może nadejdzie jakaś wiadomość od Olympii. Potem zaś ruszyła ku dyrektorskiej wieży.

Pomyślała o gościach weselnych w Norze. O biednych Fleur i Williamie, których ślub został tak brutalnie zniszczony. O Molly i Arturze, zapewne zamartwiających się o dzieci, o dom, o przyszłość. O Harrym Potterze, który prawdopodobnie właśnie rozpoczynał misję, którą zlecił mu Dumbledore.

Czy ona grała w tej misji jakąkolwiek rolę? Czy Albus widział ją jako pomoc dla chłopca, jako gwarancję bezpieczeństwa szkoły, czy może jako ostateczną ofiarę?

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa ostrożnie katalogowała kolejną porcję listów. Sprawy finansowe, administracyjne, listy od rodziców, zapytania o przyjmowanie mugolskich dzieci. Ta ostatnia kategoria była naturalnie nowa i budziła niesmak Minerwy.

Ustawę, zakazującą przyjmowania dzieci mugolskiego pochodzenia, uchwalono wyjątkowo szybko. Był to oczywiście przejaw jednomyślności nowego, ,,skutecznego" rządu. Minerwa nie potrafiła odpędzić wspomnienia reżimu Umbridge. Ostatecznie jednak dobrze się stało, że ustawę przyjęto przed wysłaniem listów do uczniów. Minerwa przezornie wstrzymała się z wypisywaniem nazwisk z Księgi Imion. Teraz, gdy lista pierwszorocznych zapowiadała się na najkrótszą w historii, ona sama czuła się spokojniejsza. Jej zapobiegliwość prawdopodobnie uratowała uzdolnione magicznie mugolskie dzieci przed wciągnięciem przez nowy, mroczny świat. Do czasu, gdy ich magia będzie dawać o sobie wyraźne znaki, być może to wszystko minie. Pełniąca obowiązki dyrektora nauczycielka zdołała też napisać ostrzegawcze listy do starszych uczniów pochodzących z mugolskich rodzin. Ufała, że zrozumieją ryzyko i spróbują się ukryć. Nie dbała o to, czy ktoś wykryje tą jej inicjatywę. Minęło sporo czasu i czuła się dużo pewniej.

O ile można było tak powiedzieć. Dalej przypominała chodzący szkielet – według jej szacunków od śmierci swojego poprzednika straciła na wadze około dziesięciu kilogramów. Jej włosy już kompletnie posiwiały, a teraz także irytująco wypadały – zbyt często znajdowała srebrne niteczki na dyrektorskim biurku. Nie spała więcej niż trzy godziny – i za każdym razem budziła się zalana potem i krwią z nowych ran, przerażona wciąż tym samym koszmarem. Nie miała pojęcia, jak długo jej organizm będzie jeszcze w stanie tak funkcjonować – miesiąc, rok?

Ból był nieustanny. Jak wiele czasu spędzała na bezmyślnym gapieniu się w jego portret? Ile chwil upływało na podążaniu w dół spiralą bolesnych wspomnień? Jak bardzo dawała się upijać jego już wątłym zapachem, iluzją jego obecności? Ile razy w kociej postaci pędziła ku białemu grobowcowi, by ostatecznie nie mieć nic do powiedzenia? Jak często po prostu powtarzała w myślach jego imię?

Oczywiście ból transmutowała w brudną magię. Nawet bez wyczulonej świadomości własnej mocy doszłaby do wniosku, że jej siła, zła i nieobliczalna, rośnie z kolejnym koszmarem. Nie miała pojęcia, jak wiele może jej przechowywać – nie chciała się oczyszczać – nie chciała skazić Hogwartu tą magią. Podejrzewała, że balansuje na cienkiej linii- ale tak naprawdę nie robiła nic, by to zatrzymać. Jakaś głęboko skryta, ale uparta część jej wierzyła, że moc ta pomoże jej w ochronie szkoły, w wspieraniu Harry'ego, w obaleniu Voldemorta.

- Minerwo? – czyjś zaniepokojony głos wyrwał ją z rozmyślań.

- Słucham, Everardzie? – uniosła brwi, widząc dziwnie poszarzałą portretową twarz dawnego dyrektora.

- Rada Nadzorcza właśnie została postawiona w sytuacji bez wyjścia. Będą zmuszeni mianować nowego dyrektora. – odpowiedział z powagą. Reszta portretów natychmiast zasypała go pytaniami – ich okrzyki rozbrzmiewały zapewne w całej wieży. Sama Minerwa nie odezwała się – przecież od dawna spodziewała się tego momentu.

Wtedy to poczuła. Prąd, przebiegający przez jej całe ciało i swego rodzaju pustkę. Ale nie było to coś, czego by się spodziewała. Podejrzewała, że świadomość zamku całkowicie się od niej oderwie – że zupełnie przestanie odczuwać powolny bieg myśli Hogwartu. A jednak tak się nie stało. Hogwart nadal był w jej zasięgu, jakby wystarczyło sięgnąć po niego umysłem. Zrobiła to – wciąż była w stanie wyczuć wszystkich obecnych w zamku i każdy ułamek magii szkoły. Tak jak gdyby Hogwart zdystansował się od niej, ale nie do końca odrzucił ją jako dyrektorkę.

- Kto to jest? – krzyczały portrety do wciąż milczącego Everarda – jedynie on miał portret w sali zebrań członków Rady Nadzorczej. Dostojny mag nie zwracał na nich uwagi - patrzył na Minerwę, a na jego zazwyczaj spokojnym obliczu pojawiły się błyszczące łzy.

- Minerwo, tak mi przykro… - wyszeptał, a portrety ucichły.

- To śmierciożerca, tak? – spytał jedynie pełnym lęku głosem Armando.

Minerwa spojrzała pytająco na Everarda. Przecież przygotowywała się na to. Wiedziała, że przyjdzie jej podporządkować się któremuś z okrutnych popleczników Voldemorta, komuś, kogo uczyła i kogo okrucieństwo znała. Rozmawiała na ten temat z portretami – wszyscy uznali to za bardzo prawdopodobne. Dlaczego więc Everard zareagował tak emocjonalnie?

- Snape. Dyrektorem ma być Snape. – rzekł w końcu Everard.

Minerwa zamarła.

Człowiek, który zamordował najwspanialszego dyrektora Hogwartu, teraz miał zająć jego miejsce. Człowiek, który w najokrutniejszy sposób wykorzystał pokładane w nim zaufanie. Mag, którego Minerwa znała od dziecka, któremu nauczyła się ufać, który ostatecznie zadał jej największy cios. On miał teraz pokierować Hogwartem, jej szkołą, którą poprzysięgła ze wszystkich sił chronić.

Przez jeden krótki moment chciała jedynie teleportować się gdzieś daleko – byle nie musieć patrzeć na to, jak Hogwart spowija mrok.

- Mrok nie zatriumfuje, jeśli wykorzystasz swoje światło.

Zdumiona Minerwa gwałtownie spojrzała na Tiarę Przydziału. Irytujący głosik tiary jedynie obudził w niej złość – gdyby nie ten stary kapelusz, życie Minerwy wyglądałoby zupełnie inaczej. A teraz, chociaż tiara znała jej myśli, jej ból i rozpacz, miała czelność wspomnieć o jakimś świetle, które Minerwa rzekomo posiadała. Przecież Minerwa od zawsze czuła się istotą zrodzoną z ciemności – wskazywało na to wszystko od najwcześniejszych momentów – torturowanie wyśmiewających ją mugolskich dzieci, śmierć Binnsa i cała lawina kolejnych okrutnych wydarzeń.

Paradoksalnie, ona i Snape mieli wiele wspólnego.

Jeśli on był w stanie wrócić do Hogwartu, to ona ma w sobie dość siły, by stawić mu czoła.

- Pewnie zaraz tu będzie. – mruknęła, pospiesznie obrzucając spojrzeniem gabinet – wszystko wyglądało dokładnie tak, jak za życia Albusa.

- Minerwo, wiesz komu jesteśmy wierni służyć. – odezwał się z ogromnym smutkiem Armando. Minerwa spojrzała na niego z melancholią.

- Wiem. Nie będę miała do was o to żalu. – odpowiedziała szczerze. Następnie poprawiła swoje szaty i włosy oraz wyszła z gabinetu.

Zamek nigdy nie wydawał jej się tak nieprzyjazny, tak kwestionujący jej przekonanie o własnej sile. Za oknami korytarza widziała majestatyczną sylwetkę Wieży Astronomicznej – wieży, którą omijała szerokim łukiem. Mieszkańcy obrazów na ścianach z wątpliwościami obserwowali jej powolny marsz.

Otworzyła drzwi wyjściowe, gdy poczuła lekkie ukłucie – oto ktoś przekroczył bramę. Od upadku ministerstwa nie wystawiała już wart – wszyscy mieszkańcy zamku zgodzili się, że to jest bezsensowne. Mocno ściskając różdżkę w prawej ręce, ruszyła do przodu.

Nie miała ubranych okularów, ale z daleka wypatrzyła trzy ciemne, zakapturzone postaci. Szli szybko, a ich czarne płaszcze powiewały za nimi. Za nimi, od strony bramy, nadciągały ciężkie, burzowe chmury. Minerwa zatrzymała się w połowie drogi. Dopiero gdy śmierciożerców dzieliło od niej dziesięć metrów, odrzucili kaptury.

Carrowowie uśmiechali się złośliwie – poznała ich od razu, w końcu nie tylko walczyła z nimi w pierwszej wojnie, ale także uczyła ich przez pięć lat w Hogwarcie. I choć ich obecność tutaj nie wróżyła nic dobrego, ona skupiła swój wzrok na środkowej postaci.

Severus Snape miał zupełnie obojętną minę. Wyglądał dokładnie tak jak kilka miesięcy temu – te same ciemne szaty, ta sama pożółkła, pergaminowa skóra, te same tłuste, czarne włosy. Czarne oczy, patrzące jej prosto w twarz, bez cienia lęku.

- Profesor McGonagall. – jego głos był zupełnie neutralny.

- Snape. – wyrzuciła z siebie jego nazwisko jak przekleństwo. Kątem oka widziała, jak Amycus sięga po różdżkę, ale Severus zerknął na niego i śmierciożerca zrezygnował.

- Rada Nadzorcza obwołała mnie nowym dyrektorem, a ja postanowiłem zatrudnić Amycusa jako nauczyciela obrony przed czarną magią, a Alecto jako nauczycielkę mugoloznawstwa. – oznajmił Snape.

- A co z resztą nauczycieli? – spytała spokojnie Minerwa.

- Zachowają swoje stanowiska i pensje. Slughorn zostanie opiekunem Slytherinu. Ty pozostaniesz zastępcą, nie mam czasu na papierkową robotę. – odpowiedział Snape, w ostatnim momencie przenosząc swój wzrok z jej twarzy na jej sylwetkę. Minerwa, choć zdumiona takim obrotem sprawy, nie dała tego po sobie poznać.

- Hasło do gabinetu to ,,Gwardia Dumbledore'a". – rzekła Minerwa, odsuwając się z drogi. Snape skinął głową, jakby nazwisko człowieka, którego zamordował, nie robiło na nim żadnego wrażenia. Potem ruszył w stronę zamku, a Carrowowie poszli za nim. Minerwa odczekała aż znikną w zamku, po czym zamieniła się w kotkę i pobiegła w kierunku chatki Hagrida.

Nienawidziła być posłańcem złych wieści, a jednak znów musiała grać tę rolę. Na pewno było to łatwiejsze od patrzenia w czarne jak węgiel oczy Snape'a. Nadal nie potrafiła rozszyfrować tego człowieka – a nie mogła nienawidzić go do głębi, nie rozumiejąc jego motywów.

Minerwa mogła jedynie czerpać satysfakcję z nieco zbyt głośnego brzdęku sztućców przy kolacji tego dnia. Bo jakkolwiek okrutni i bezwzględni byli, Carrowowie nie zapomnieli, że połowa obecnych przy tym samym stole osób to ich byli nauczyciele. Profesorowie, którzy doskonale pamiętali ich szkolne potknięcia i słabości – tak jak podpalenie własnych szat przez Amycusa na jego piątym roku. Carrowowie nie mieli też pewności do co mocy otaczających ich profesorów – dopóki nie przybyli uczniowie, śmierciożercy nie mieli zasadniczej przewagi.

Zgodnie z oczekiwaniami, wszyscy mieszkańcy zamku zareagowali złością i niedowierzaniem na zmianę dyrekcji. Hagrid o mały włos nie pobiegł do zamku, by udusić Snape'a gołymi rękami- Minerwa musiała długo mu perswadować, że takie działanie tylko by im zaszkodziło. Poppy wciąż nie pozbierała się po śmierci Alastora, ale słusznie bała się porządków, jakie zaprowadzą Carrowowie. Filius natychmiast zaniepokoił się propagandą, jaką będą szerzyć w ramach swoich przedmiotów. Pomona i Rolanda instynktownie martwiły się o Minerwę.

Sama Minerwa nie mogłaby zareagować z większym spokojem. Severus zamordował Albusa. Voldemort przejął władzę nad wszystkim. Nikt nie mógł mieć pewności, że dożyje następnego dnia.

Nowy dyrektor nie zjawił się na kolacji - Minerwa wcale nie była zdziwiona. I jednocześnie czuła ulgę – widok Snape'a na krześle, które ona z czystej rewerencji pozostawiała puste, mógłby być trudny do zniesienia. Carrowowie siedzieli obok siebie, z lewego końca stołu. Czasem szepnęli coś do siebie, ale poza tym się nie odzywali. Z reszty profesorów to Slughorn, Sinistra i Vector wzięli na siebie ciężar nic nie znaczącej konwersacji. Minerwa zdążyła już poinstruować wszystkich co do strategii działania. Miała nadzieję, że zastosują się do jej zaleceń – nie zniosłaby dalszego osłabienia Hogwartu.

Gdy minęło wystarczająco dużo czasu, by odejście od stołu nie zostało uznane za afront, Minerwa podniosła się z miejsca i wyszła, cicho stukając obcasami. Była w połowie drogi do swojego gabinetu w wieży Gryffindoru, gdy obok niej zmaterializował się skrzat domowy. Uniosła pytająco brwi.

- Profesor McGonagall, dyrektor prosi panią do swojego gabinetu. – rzekł cieniutkim głosem skrzat, a potem zniknął, zanim zdążyła o cokolwiek zapytać.

Minerwa odruchowo wyczuła, że jej palce zaczynają lśnić z nerwów. Potrząsnęła nimi, a potem zmieniła kierunek marszu – teraz jej celem był gabinet dyrektora. Nie miała pojęcia, co tam zastanie. Voldemorta? Zwierając mury wokół swojego umysłu, przywołała na powierzchnię cały zapas swojej odwagi.

Chimera o dziwo nie zapytała jej o hasło. Będąc już na ruchomych schodach, Minerwa zacisnęła mocno usta- obiecała sobie, że cokolwiek czeka ją za drzwiami z kołatką, nie pozwoli, by to ją załamało.

Gdy drzwi się otworzyły, najpierw uderzył ją brak żadnej zmiany. Gabinet wyglądał dokładnie tak jak go zostawiła – tak jak zostawił go Albus. Jego książki wciąż stały na półkach, jego instrumenty wciąż brzęczały w kątach, a nawet żerdź Fawkesa pozostała nietknięta. Jej wzrok odruchowo powędrował ku nowemu portretowi – Dumbledore nadal się nie obudził, albo wciąż udawał że śpi. Jedyną niepasującą tu rzeczą była sama osoba dyrektora.

Snape siedział za dyrektorskim biurkiem. Minerwa zawsze obserwowała go uważnie – teraz mogła się założyć, że on wcale nie czuje radości związanej z byciem dyrektorem, z zasiadaniem na miejscu człowieka, którego zamordował. To dodało jej odwagi – powinien w końcu czuć poczucie winy, wagę tego, co uczynił. Zasługiwał na wszystko co najgorsze – to wmawiała sobie, podchodząc do biurka.

- Wzywałeś mnie, dyrektorze? – wycedziła chłodno, zatrzymując się przed biurkiem.

- Tak. To są listy, które musisz przejrzeć, podpisać, jakieś ministerialne tabelki… zajmij się tym. – Snape mówił zupełnie obojętnym tonem.

Minerwa bez słowa zabrała stos papierów z biurka. Zrobiła krok w tył, ale Snape się odezwał ponownie:

- Jeszcze jedna sprawa.

Spojrzała mu prosto w oczy – poczuła satysfakcję, gdy odwrócił głowę – chyba dostrzegł całą rozpacz w jej oczach.

- Oczekuję, że będziesz posłuszna i nie będziesz sprawiała kłopotów. – powiedział twardym tonem. Kilkoro dawnych dyrektorów głośno wypuściło powietrze. Minerwa zastygła w bezruchu- czego on śmiał od niej oczekiwać?

- Każde twoje działanie skierowane przeciwko mnie bądź Carrowom odbije się na uczniach i profesorach. – dodał Snape niewzruszonym tonem.

Zanim Minerwa odpowiedziała, w gabinecie rozległ się czyjś zimny, ironiczny chichot. Zarówno Snape i Minerwa spojrzeli na portret Fineasa Blacka, który chyba nie był w stanie stłumić spazmów śmiechu.

- Snape, pracowałeś w Hogwarcie przez tyle lat, a nie nauczyłeś się jeszcze, że Minerwy McGonagall nie da się zastraszyć? – rzekł wreszcie dyrektor z potężnego rodu Blacków.

- To wszystko, Minerwo. – Severus zignorował dalekiego krewnego Minerwy. Ona sama wciąż nie rozumiała, jak Fineas mógł wyrwać się z zaklęcia nakazującemu mu bezwzględne posłuszeństwo i szacunek dyrektorowi Hogwartu. Nie zamierzała jednak szukać odpowiedzi na to pytanie razem z Snape'm. Wyszła bez słowa, choć w głowie wciąż rozbrzmiewały słowa: ,,To wszystko, Minerwo." Być może się myliła, ale głos Severusa zadrżał. Coś było nie tak, wyczuwała to wszystkimi zmysłami.

Zupełnie jakby jej umysł nie przyjmował do wiadomości, że to Snape jest sprawcą całej jej rozpaczy, że to on tak naprawdę zabił Albusa.

Zabił Albusa, miłość jej życia.