Profesor McGonagall stała na szczycie schodów wiodących z przystani nad jeziorem do sali wejściowej. Nie był to jej pierwszy raz w roli witającej pierwszorocznych w Hogwarcie. Wręcz przeciwnie, wypełniała to zadanie dziesiątki razy. Ktoś mógłby powiedzieć, że znała mowę powitalną na pamięć. Ktoś mógłby założyć, że wprowadzanie pierwszorocznych do Wielkiej Sali było dla niej coroczną rutyną.

Jednak dzisiaj czuła zupełnie nowy niepokój.

Nie chodziło nawet o to, że w zupełnie czarnych szatach i z wysokim kapeluszem wiedźmy wyglądała mało przyjaźnie. Nie chodziło o to, że tym razem w Wielkiej Sali nie powita jej migotające spojrzenie błękitnych oczu, lecz nieprzychylny, obojętny wzrok ciemnych tęczówek. To sprawiało jej ból. Lecz źródłem jej strachu było co innego.

Na schodach pojawiło się dokładnie czternaścioro dzieci. Średnią w ostatnich latach było sześćdziesiąt.

- Witajcie w Hogwarcie. – Minerwa rozłożyła ramiona, bacznie przyglądając się dzieciom. Naliczyła sześć dziewczynek i ośmiu chłopców. Wszyscy mieli wspólną cechę – zdenerwowanie i przerażenie na twarzach, zamiast zwyczajowej ciekawości.

Minerwa mówiła powoli i spokojnie, starając się, by jej głos brzmiał ciepło i przyjaźnie, choć miała świadomość, że niewiele dzieci da się na to nabrać. Zwróciła uwagę na najwyższą z dziewczynek – miała złote loki i ciepłe, orzechowe oczy. Jej wzrok przykuł też chłopiec o miedzianych włosach i szarym, mądrym spojrzeniu. Tylko ta dwójka nie przypominała jej żadnych z uczniów, których uczyła, co było dziwne, jako że wszystkie dzieci tutaj musiały być czystej krwi.

Zostawiła ich wszystkich na chwilę i udała się po tiarę. Ostrożnie trzymała w rękach stary kapelusz, który dziś nie odezwał się do niej. Gdy ponownie stanęła przed pierwszorocznymi, zauważyła, że jeden z dalszych kuzynów Malfoy'ów zaczepia blondwłosą dziewczynkę, ona jednak bez lęku dała mu po łapach, gdy próbował złapać ją za włosy. Minerwa posłała chłopcu surowe spojrzenie – zadrżał.

- Gotowi? Dobrze, zatem za mną. – rzekła nauczycielka i odwróciła się do wrót, które zaczęły się otwierać z cichym skrzypieniem.

Ktoś kiedyś powiedział, że McGonagallowie od urodzenia uczeni są trudnej sztuki grania osób, którymi są tylko w części. Była to prawda – wystarczyło kilka sekund, by z zniszczonej bólem kobiety, Minerwa przemieniła się potężną wiedźmę, wysoką, wyprostowaną, wyniosłą. Chuda sylwetka sprawiała, że jej szaty szeleściły głośniej niż zazwyczaj – niemniej jednak poruszała się z niewymuszoną gracją, właściwą animagom.

Severus patrzył prosto na nią. Wszyscy obecni widzieli spojrzenie, jakie wymienili – wszyscy ujrzeli ogrom nienawiści, jaki Minerwa potrafiła przywołać w swoich szmaragdowych oczach. Snape uciekł wzrokiem – wiedział, że zauważyła jego dyskomfort – w końcu siedział w wysokim krześle, które wcześniej zajmował Albus Dumbledore.

Sama Minerwa odwróciła się teatralnie i ustawiła garstkę pierwszorocznych w szeregu. Następnie postawiła na stołku Tiarę Przydziału.

Pieśń, jaką w tym roku zaintonowała tiara, Minerwie wydała się smutna i mało pocieszająca. Znając magiczny artefakt tak długo, mogła jedynie się domyślać, że cokolwiek tiara przewidywała swoim szóstym zmysłem, musiało być to coś okropnego.

- Kiedy wyczytam nazwisko, wskazana osoba podchodzi tutaj i siada na stołku. – oznajmiła pierwszorocznym.

Do Hufflepuffu trafiło dwóch chłopców i dwie dziewczynki. Do Ravenclawu dwóch chłopców i jedna dziewczynka. Do Slytherinu dwie dziewczynki i trzech chłopców. Minerwa powoli traciła nadzieję, że ktokolwiek trafi do jej domu w tym roku. Została jej tylko dwójka uczniów.

- Stephen Gerard Willoway. – odczytała głośno nazwisko. Teraz zrozumiała, dlaczego nie potrafiła powiązać twarzy tego chłopca o szarych oczach z żadną brytyjską rodziną czarodziejów – Willoway było nazwiskiem znakomitej rodziny magów z Stanów Zjednoczonych. Przypatrując się, jak tiara opada na miedziane włosy chłopca, Minerwa przypomniała sobie podobnego koloru loki czarującej kobiety, która podejmowała przyjęciem uczonych z Salem. Nie pamiętała jej imienia- zresztą była już wtedy imponującą matroną – musiała być co najmniej babką tego chłopca.

Tiara zastanawiała się długo. Minęły cztery minuty i Minerwa zastanawiała się, czy oto będą mieli pierwszego od wielu lat hatstalla, gdy wreszcie po jeszcze kilkunastu sekundach tiara oznajmiła:

- Gryffindor!

Chłopiec uniósł głowę, by spojrzeć na Minerwę, która uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Doskonale słyszała głośniejsze westchnienie Rolandy i Pomony za swoimi plecami. Mały Stephen odwzajemnił uśmiech, a potem pobiegł do stołu Gryfonów, wiwatujących zaciekle.

Minerwa lekko zmrużyła oczy, widząc kolejne nazwisko.

- Alexandra Elena Zenaidov.

Dziewczynka o złotych lokach i orzechowych oczach z gracją przysiadła na stołku. Minerwa delikatnie włożyła Tiarę Przydziału na jej głowę.

Tiara milczała. I milczała. Minęły dwie minuty, cztery. Wreszcie przekroczona została magiczna granica pięciu minut. Minerwa mogła usłyszeć szepty zarówno wśród profesorów, jak i starszych uczniów. Oto mieli przed sobą hatstalla.

Minęło dokładnie sześć minut, gdy Tiara wreszcie zdecydowała:

- Gryffindor!

Tak jak wcześniej chłopak, tak teraz Alexandra spojrzała na Minerwę. I starsza czarownica poczuła coś dziwnego.

To było jak leciutkie trzepotanie na granicy jej murów. Zupełnie jakby… nie, niemożliwe, by mała umiała legilimencję…

Zanim Minerwa zdołała jakkolwiek zareagować, na twarzy dziewczynki pojawiło się lekkie rozczarowanie, aczkolwiek skrywane dobrze. Mała Alexandra kiwnęła lekko głową i ruszyła ku stołowi Gryffindoru.

I wtedy zerknęła na górę.

Minerwa, podobnie jak zgromadzeni w sali ze zdumieniem spojrzeli na zaczarowane sklepienie – na którym pojawiła się zapierająca dech w piersiach zorza polarna. Fascynujące, zielono-niebieskie błyski przemykały przez sufit.

Nauczycielka transmutacji przez moment podziwiała nietypowe zjawisko, ale potem, pomna na swoje obowiązki, zabrała stołek oraz tiarę i wyszła z Wielkiej Sali. Idąc w górę po schodach, zdała sobie sprawę, że przez wszystkie lata pobytu w Hogwarcie widziała różne odsłony magicznego sklepienia, lecz nie pamiętała, by pojawiła się na nim zorza polarna. Oczywiście sklepienie miało niezbadane możliwości – wciąż miała w pamięci jak plastycznie odpowiedziało na jej magię pierwszego wieczora jej pobytu w Hogwarcie – gdy za sprawą jej braku kontroli na suficie pojawiły się kolorowe gwiazdy tworzące herb Hogwartu.

Odłożywszy tiarę na miejsce, Minerwa miała wracać na ucztę, gdy Armando się odezwał:

- Minerwo. Szybko, przeszukaj biurko, sprawdź myślodsiewnię i jego komnaty. Teraz, kiedy jest na uczcie, to może być twoja jedyna szansa.

Minerwa znieruchomiała. Jakaś część jej umysłu podszeptywała, że Armando ma rację, że oto ma idealną okazję, by poznać plany Voldemorta, może wspomóc Zakon i Harry'ego. Lecz rozsądek…

- On kazał ci to powiedzieć. Ma nad wami władzę, chce wciągnąć mnie w pułapkę. – rzekła, szukając na portretowej twarzy Armando jakiegokolwiek śladu fałszu.

- Nie. Cokolwiek zrobiła Rada Nadzorcza, Snape nie ma całej władzy. Może nam rozkazywać, ale nie może powstrzymać naszych działań. – odezwała się Dylis Derwent.

- Mają rację. Zresztą sama to czujesz, prawda, Minerwo? Zamek nie zerwał więzi dyrektorskiej z tobą. – wtrącił się Everard.

I tym razem logika w ich słowach uciszyła jej wątpliwości. Od początku wyczuwała, że coś jest nie tak – Snape nie kontrolował zamku w ten sam sposób co jego poprzednicy, Black z góry swojego portretu otwarcie mógł go wyśmiewać mimo starożytnych zaklęć, a teraz kolejni dyrektorzy zdawali się otwarcie okazywać swoją lojalność do niej.

Podjęła szybką decyzję. Błyskawicznie podeszła do biurka i zaczęła otwierać szuflady – oprócz nowych listów z ostatnich tygodni nie znalazła tam nic ciekawego. Zupełnie jakby Snape nawet nie próbował przeszukiwać biurka. Wstała i rzuciła się ku myślodsiewni. Fiolki nadal były puste, ale w samej kamiennej misie wirowało jakieś wspomnienie. Minerwa bez zastanowienia zanurzyła twarz w płynie.

Gdy otworzyła oczy, była znów w Wielkiej Sali. Najpierw zobaczyła Albusa. Siedział w swoim wysokim krześle, a jego oczy migotały, gdy z wyraźną niecierpliwością wpatrywał się w wrota.

Minerwa poczuła straszliwą falę bólu. Albus, cały, zdrowy i radosny – odruchowo rzuciła się ku niemu biegiem. Zatrzymała się tuż przed stołem prezydialnym. Był wspomnieniem, nie mógł jej widzieć. Teraz patrzył przez nią, na otwierające się ze skrzypieniem drzwi.

Odwróciła się. Zaskakujące było zobaczyć samą siebie – dużo młodszą, dumną i wyprostowaną, choć jednocześnie powstrzymującą się, by nie odpowiedzieć Albusowi uśmiechem.

Odruchowo skrzywiła się, słysząc surowy ton własnego głosu, gdy nakazywała pierwszorocznym ustawić się w rzędzie. Patrząc na ten rząd, od razu zrozumiała, co to za rok.

Rok, w którym Huncwoci, Lily Evans i Severus Snape przybyli do Hogwartu. Rok, w którym tiara umieściła czwórkę rozrabiaków i słodką Lily w Gryffindorze oraz rok, w którym tiara słusznie założyła, że przebiegłość w Severusie Snape klasyfikuje go jedynie do Slytherinu.

Minerwa przerwała wspomnienie. Nie miała czasu mu się przyglądać – poza tym sama doskonale pamiętała tamten dzień. To, dlaczego Snape wspomniał akurat tamten wieczór, mogła roztrząsać później.

Uniosła poły szaty i pobiegła po schodach, prowadzących do prywatnych pokojów w wieży dyrektora. Trzy razy się upewniła, czy Snape nie rzucił jakiegoś uroku, a potem weszła do środka.

Ku jej ogromnemu zdumieniu, wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zostawiała te pokoje kilkanaście dni temu. Szachy nadal były dziwnie porozstawiane a szachownicy. Książki stały nietknięte na swoich półkach. Jedynie pod oknem stał kufer, który Minerwa znała z salonu Severusa, gdy ten urzędował w lochach. Lecz dziwne było coś zupełnie innego.

Jedna z kanap, ta najbliżej kominka, została transmutowana w niezbyt wyszukaną leżankę, na której leżał skotłowany, wypłowiały, brązowy koc.

Pełna podejrzeń Minerwa zajrzała do sypialni.

Wielkie łóżko było nieskazitelnie pościelone – pościelone ręką Minerwy.

Snape nie miał odwagi, by spać w łóżku, w którym wcześniej spał Albus.

Nie było to odkrycie, które mogłoby pomóc Zakonowi, bądź Potterowi, a Minerwa nie miała już więcej czasu. Upewniwszy się, że wszystko jest dokładnie tak, jak weszła, opuściła dyrektorską wieżę.

W Wielkiej Sali już jedzono desery. Gdy usiadła po prawej stronie Snape'a, ten nie odezwał się do niej ani słowem. Skubiąc powoli niewielki kawałek piernikowego ciasta, jaki włożyła jej Pomona, Minerwa rozmyślała o swoim odkryciu.

Jakże łatwo można było wierzyć w to, że Snape był do cna zły, że wcale nie czuł skruchy po zdradzie Potterów, że wcale nie był wierny Albusowi, że zamordował go z zimną krwią! Jakże łatwo było udawać, że się go nienawidzi!

Lecz Minerwa nie potrafiła. Nie umiała odciąć tego, co wielu nazywało szóstym zmysłem i nie potrafiła wysnuwać innych wniosków z informacji, które do tej pory zgromadziła. Severus był zagadką. W stopniu nawet większym niż Albus.

- Zastukaj w kieliszek. – jego lodowaty głos przedarł się przez gąszcz jej myśli.

Odruchowo rzuciła mu ostre spojrzenie. Nie podobał jej się ten rozkazujący ton. Uniosła łyżeczkę. Zanim jednak zadzwoniła nią w kieliszek, spojrzała przed siebie.

Alexandra Zenaidov patrzyła na nią z zainteresowaniem. Minerwa zaklęła w myślach – dziewczynka musiała zauważyć spojrzenie, jakie posłała Severusowi. Przywołując swoją najbardziej obojętną maskę, Minerwa uderzyła łyżeczką w kieliszek. Dźwięczny odgłos poniósł się po sali.

Wszyscy zamilkli. Snape wstał i zaczął mówić groźnym tonem. Mówił to, co Albus każdego roku, lecz w o wiele mniej przyjazny sposób. Podczas gdy przemawiał, Minerwa powiodła wzrokiem po czterech stołach.

Po pierwsze, uczniów było dużo mniej niż zwykle. Nie chodziło tylko o małą ilość pierwszorocznych. Brakowało wszystkich mugolskiego pochodzenia – mogła jedynie mieć nadzieję, że posłuchali jej rady i dobrze się ukryli wraz z rodzinami. Nie było też oczywiście Złotego Tria – jak wszyscy nazywali Pottera, Weasley'a i Granger. I choć wiedziała, że nie wrócą na ostatni rok do Hogwartu, to nie mogła podejrzewać, że morderca Albusa zajmie jego miejsce u sterów szkoły, a o morderstwo zostanie oskarżony Harry. Gdziekolwiek teraz byli, miała nadzieję, że są bezpieczni.

Obecność Ginny Weasley ją zdziwiła – była pewna, że dziewczyna będzie ukrywać się razem z rodziną. Minerwa mimowolnie zadrżała, uświadamiając sobie, jak wielkie zaufanie miała do niej Molly, skoro wysłała swoje najmłodsze dziecko do Hogwartu w tym roku. Minerwa oczywiście miała zamiar zrobić wszystko, by chronić Ginewrę, lecz czy to wystarczy? Dziewczyna była przynajmniej bystra – już teraz starała się nie zwracać na siebie uwagi, trzymając głowę nisko i odpowiadając półsłówkami na pytania reszty Gryfonów.

Z kolei Minerwy nie dziwiła nowa pewność siebie w mowie ciała Neville'a Longbottoma. Neville bardzo naturalnie rozwijał się w nieustraszonego Gryfona – śladem ojca i dziadka. Lecz jednocześnie nie tracił swojej dobroci – to on teraz uprzejmie rozmawiał z pierwszorocznymi, ignorując mowę Snape'a.

Oprócz tej dwójki Gryfonów w oczy Minerwie rzuciła się też Luna Lovegood z Ravenclawu. Minerwa czerpała pociechę z tego, że mimo tego, że wszystko się zmieniło, ta pogodna dziewczyna nadal rozglądała się po Hogwarcie z rozmarzeniem. I choć jej eteryczny wygląd i pełen lekkości sposób bycia mogłyby kogoś zmylić, Minerwa wiedziała, że Luna jest ulepiona z twardej gliny.

Severus skończył mówić. Tylko Ślizgoni klaskali, ale nawet oni robili to niemrawo. Minerwa nawet nie uniosła dłoni. Nie sądziła jednak, by ten brak entuzjazmu jakoś zraził dyrektora – Snape chyba pogodził się z tym. Zresztą, co ją to obchodziło?

,,On zabił Albusa. On zabił Albusa. On zabił Albusa." – powtarzała w myślach nieustannie, zbierając się do wyjścia. Nie szła jednak do swoich apartamentów. Wyszła z zamku bocznym wyjściem obok cieplarni. Na zewnątrz było zimno, ale nie dbała o to. Stąpała powoli po mokrej trawie, nie odrywając wzroku od majaczącej w oddali bieli.

Opadła na kolana przed marmurowym grobowcem.

Pierwsza uczta powitalna bez niego.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa w swojej kociej postaci powoli szła korytarzem. Minęły dwa dni od uczty powitalnej, nie zdążyła więc zadać tylu prac domowych, by mieć jakieś zajęcie. Odwiedzanie innych profesorów byłoby podejrzane dla Carrowów, którzy węszyli nieustannie. Snape od uczty się nie pojawił. Życie szkolne powoli wracało do Hogwartu, choć nauczycielka transmutacji nie mogła pozbyć się wrażenia, że uczniowie tylko udają, że nic się nie zmieniło.

Wyszła na dziedziniec transmutacji. To były ostatnie ciepłe dni – na tyle, że bez wysiłku wspięła się na gałęzie powyginanego ogromnego drzewa rosnącego tu od wieków i ułożyła się wygodnie. Słońce przeświecało przez liście, grzejąc jej szare futerko. Minerwa wiedziała, że ten moment beztroski nie potrwa długo, że wkrótce ból powróci. Póki co mogła po prostu odpocząć.

Tymczasem na dziedzińcu pojawiło się dwoje uczniów. Minerwa zmrużyła oczy z zainteresowaniem. To było dwoje pierwszorocznych Gryfonów – Stephen i Alexandra, których nie miała jeszcze okazji uczyć – pierwszą lekcje miała z nimi dopiero jutro. Chłopiec i dziewczynka usiedli na skręconych korzeniach. On schował się w cieniu, ona wystawiła twarz do słońca.

- Opowiedziałem ci o mojej przeprowadzce ze Stanów. Teraz twoja kolej. Jesteś z Rosji? – zapytał chłopiec.

Dziewczynka pokiwała głową i odpowiedziała:

- Moi rodzice pochodzą z Petersburga, ale ja urodziłam się w Irlandii Północnej. – Minerwa odnotowała jednak, że dziewczynka nie ma ani grama irlandzkiego bądź rosyjskiego akcentu.

- Ale wiesz co się dzieje? Że Sama-Wiesz-Kto… i co wydarzyło się w zeszłym roku tutaj? – spytał z ciekawością chłopiec.

Alexandra wydała z siebie ciche westchnienie, zupełnie niepasujące do jej wizerunku słodkiej, beztroskiej dziewczynki.

- Żałuję, że nie zdążyłam poznać Dumbledore'a. – rzekła cicho. Minerwa wstrzymała oddech – było coś fascynującego w autentycznym żalu, jaki pojawił się na dziecięcej twarzy.

- Mama mówiła mi, że to najpotężniejszy czarodziej, jakiego miała Wielka Brytania. – rzucił Stephen.

- Nie do końca. – mruknęła dziewczynka.

- Co? Nie sądzisz chyba, że Sama-Wiesz-Kto albo Snape są potężniejsi od niego! – Stephen z pasją stanął w obronie swoich przekonań.

- Nie. Ale Dumbledore został raz pokonany w pojedynku. I podobno wymieniana moc była tak potężna, że różdżki już przestały wystarczać do jej transferu. – odpowiedziała spokojnie dziewczynka i wyciągnęła z kieszeni swoją różdżkę, by uważnie obracać ją w palcach.

Minerwa bezszelestnie przesunęła się na gałęzi, by być bliżej dwójki dzieci- ta rozmowa, a raczej ta uczennica, coraz bardziej ją intrygowała.

- Kto to był? Kto go pokonał? – spytał Stephen, z wypiekami na twarzy.

- McGonagall. – odpowiedziała Alexandra i uniosła głowę, by spojrzeć prosto w oczy zdezorientowanej Minerwy.

Wciąż w kociej postaci, czarownica trwała w bezruchu. Alexandra nie mogła wiedzieć, że szary kot na drzewie to ona. Ale z drugiej strony, nie powinna też wiedzieć o tamtym pojedynku – Minerwa zrobiła wiele, by tamta walka została zapomniana, a przecież działo się to jeszcze przed narodzinami dziewczynki.

- Jak to? Przecież ona… wydaje się ostra, ale … no nie wiem. – Stephen nie mógł znaleźć słów. Minerwa miała ich na pęczki: słaba, zagubiona, bezradna, bezsilna, stara…

Dziewczynka wzruszyła ramionami, odrywając wzrok od Minerwy. Wciąż obracała w palcach różdżkę.

- Skąd ją masz? Moi rodzice musieli mi ściągnąć różdżkę ze Stanów, bo sklep Olivandera zamknięto. – zmienił temat Stephen.

- To różdżka mojej babki. Dzieło Gregorowicza. – wyjaśniła Alexandra.

Minerwa postanowiła, że dłużej nie będzie podsłuchiwać. Panna Zenaidov zdążyła ją zafascynować jak żadna uczennica przed nią. Nauczycielka transmutacji już nie mogła doczekać się pierwszej lekcji z pierwszorocznymi Gryfonami.

Oddalając się na swoich kocich czterech łapach, Minerwa nie była świadoma odprowadzającego ją, bacznego spojrzenia orzechowych oczu.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Klasa transmutacji jeszcze nigdy nie była tak pusta. Minerwę aż serce ściskało, gdy patrzyła na ledwie kilka twarzyczek zajmujących pierwsze ławki. A to, że pierwszoroczni z domu lwa zajmowali zaledwie jedną ławkę, bolało ją szczególnie.

Lecz z drugiej strony, gdy ich świat ogarniał mrok, to czy mogła się dziwić, że odwaga była w deficycie?

Mówiła tak jak zawsze – spójnie i autorytarnie – uczniowie nie odrywali od niej wzroku. Tak jak zwykle, przemiana katedry w prosię wywołała podziw na twarzach dzieci. No może z wyjątkiem panny Zenaidov.

Dziewczynka z uwagą słuchała słów Minerwy, ale na jej twarzy bardziej można było dostrzec nerwowy niepokój, niż ciekawość. Z racji tego, że Carrowowie opanowali pokój nauczycielski, Minerwa nie miała okazji zapytać innych profesorów jakie wrażenie zrobili pierwszoroczni Gryfoni na swoich lekcjach. Na klepsydry nawet nie patrzyła – ta Gryffindoru była prawie pusta – co było kolejną sprawką nowych nauczycieli.

Pięć razy zademonstrowała przemianę zapałki w igłę. Następnie rozdała zapałki uczniom i poleciła im spróbować. Pozwoliła każdemu na pięć prób- udając, że obserwuje wszystkich, lecz tak naprawdę kątem oka śledząc jedynie Gryfonów. Stephen naprawdę się starał – brakowało mu jedynie odpowiedniej intonacji, ponieważ ruch różdżką był odpowiedni. Zaś Alexandra… robiła wszystko źle, ale z nie mniejszym wysiłkiem.

Minerwa postanowiła podejść do niej. Stephen zerknął na koleżankę z niepokojem, gdy przed ich ławką pojawiła się strzelista sylwetka nauczycielki.

- Proszę spojrzeć, panno Zenaidov. Oowolda. – Minerwa wycelowała różdżką w zapałkę, wykonała nią obrót przeciwny do ruchu wskazówek zegara, pociągnęła nieco w górę i zamiast zapałki, na stoliku leżała srebrna igła. Następnie szybko niewerbalnie wykonała odwrotne zaklęcie i rzekła:

- Spróbuj jeszcze raz.

Alexandra zawahała się, ale wiedząc, że zarówno Minerwa, jak i reszta uczniów na nią patrzą, uniosła różdżkę, wykonała idealny obrót, pociągnęła w górę i z doskonałą intonacją rzekła:

- Oowolda.

Zapałka najpierw zmieniła kolor na srebrny, a potem zaczęła rosnąć. Minerwa wstrzymała oddech, widząc przed sobą ładnie wykonany miecz. Sama Alexandra zrobiła się zupełnie czerwona. Nauczycielka bez słowa uniosła miecz.

- Czy chciałaś, żeby zapałka zamieniła się w miecz, panno Zenaidov? – spytała cicho, gładząc kciukiem dość dobrze wykonaną rękojeść.

- Nie, przecież kazała ją pani zamienić w igłę, pani profesor. – odpowiedziała szczerze Gryfonka.

Minerwa spojrzała jej w oczy – nie dostrzegła w nich kłamstwa. Następnie, jedną ręką trzymając miecz za rękojeść, drugą ujęła jego czubek.

Rozległ się trzask, gdy ostrze rozpadło się na kawałki. Kilkoro uczniów wydało z siebie ciche westchnienia. Alexandra jedynie spuściła głowę.

- Gdyby transmutacja zapałki w miecz była twoim celem i gdyby miecz nie miał kruchości właściwej zapałkom, Gryffindor zyskałby pięćdziesiąt punktów. Niemniej jednak, to i tak była imponująca transmutacja, dlatego piętnaście punktów dla Gryffindoru. – rzekła Minerwa.

Alexandra spojrzała na nią z niedowierzaniem, a potem z ulgą. Twarz Stephena rozjaśniła się w szerokim uśmiechu, gdy poklepał koleżankę po plecach.

- A reszta na co czeka? Ćwiczcie, liczę, że opanujecie to zaklęcie w ciągu pierwszych trzech lekcji.

Wszyscy znów zabrali się do pracy, a Minerwa krążyła między czterema ławkami, pomagając i dając wskazówki. Oczywiście nie umknęło jej uwadze, że Alexandra znów robi wszystko źle, najwyraźniej celowo, ale Minerwa postanowiła wyjaśnić tą sprawę później.

Do końca lekcji nikomu nie udało się zamienić zapałki w igłę. Minerwa zakończyła lekcję, polecając, by poćwiczyli jeszcze przed ich kolejnym spotkaniem. Zanim uczniowie wyszli, zawołała:

- Panno Zenaidov, proszę zaczekać.

Dziewczynka posłusznie podeszła do Minerwy. Ta wstała i zapytała:

- Masz dziś jeszcze jakieś zajęcia? – oczywiście nauczycielka znała plany większości Gryfonów na pamięć...

- Nie, madame. – odpowiedziała zgodnie z prawdą złotowłosa dziewczynka.

- Świetnie. Zbierz proszę, te zapałki z ławek Ślizgonów i zamień w igły, bo na następnej lekcji będziemy uczyć się odwrotnego zaklęcia. – poleciła Minerwa, ruszając ku jednej z szafek po lewej.

- Ależ pani profesor, ja nie potrafię jeszcze… - zaczęła Alexandra drżącym głosem.

- Potrafisz. – odpowiedziała Minerwa lekko i odwróciła się do szafki, udając że szuka czegoś za szkłem. Tak naprawdę jednak obserwowała w nim odbicie uczennicy. Panna Zenaidov zerknęła na nią, a gdy upewniła się, że Minerwa jest zajęta, szybko schowała różdżkę do kieszeni i rzekła cicho, wykonując obrót ręką:

- Oowolda.

Minerwa otworzyła szerzej oczy, ale się nie obracała. Alexandra jeszcze dwa razy wykonała zaklęcie bez użycia różdżki. A potem zebrała igły i podeszła do Minerwy.

- Proszę, madame. – na dłoni dziewczynki lśniły idealne igły.

- Znakomicie. Powiedz mi, jakie pierwsze zaklęcie ćwiczyliście z profesorem Flitiwickiem? – spytała Minerwa, zabierając igły i chowając je z innymi.

- Zaklęcie lewitujące, pani profesor. – odpowiedziała dziewczynka, wyraźnie ucieszona poprzednią pochwałą.

- Świetnie. Mogłabyś zatem przelewitować to pióro na biurko? – Minerwa położyła na ławce pióro, które wcześniej wyciągnęła z kieszeni.

- Nie jestem pewna czy potrafię, a nie chciałabym go zniszczyć. – zmyślnie odpowiedziała mała.

- Spróbuj, mam ich dużo. – zachęciła ją Minerwa.

Dziewczynka prawie niezauważalnie przełożyła różdżkę do lewej ręki. Zarówno różdżkę, jak i drugą dłoń wyciągnęła do pióra i rzekła:

- Wingardium Leviosa.

Pióro uniosło się i uleciało ponad biurkiem. Minerwa z fascynacją obserwowała ogromne skupienie na twarzy dziewczynki i wkładany w zaklęcie wysiłek. Pióro zawirowało wściekle nad biurkiem, a na skroni Alexandry pojawiły się kropelki potu. Ostatecznie pióro opadło na biurko, a panna Zenaidov odetchnęła z ulgą.

- Dobrze. Teraz porozmawiamy sobie trochę. Zapraszam do mojego gabinetu, panno Zenaidov. – powiedziała Minerwa, doskonale ukrywając ekscytację – nie pomyliła się – dziewczynka była wyjątkowa. I musiała być nad wyraz dojrzała, skoro tak skrzętnie usiłowała ukryć swój talent w magii bez użycia różdżki.

Alexandra ostrożnie przycupnęła na krześle przed biurkiem Minerwy w jej gabinecie. Wydawała się być zdenerwowana – Minerwa mogła przysiąc, że próbuje teraz przypomnieć sobie, co mogła nabroić w ciągu tych kilku dni.

- Napijesz się herbaty? – spytała uprzejmie Minerwa, przywołując dzbanek i dwie filiżanki.

- Chętnie, dziękuję, madame. – odpowiedziała grzecznie dziewczynka, jednocześnie nerwowo skubiąc materiał szkolnego mundurka.

- Zatem pochodzisz z Rosji, panno Zenaidov? – zagadała Minerwa, rozlewając herbatę do filiżanek.

- Tak, ale ja już urodziłam się w Wielkiej Brytanii. – odpowiedziała dziewczynka, jednak zaraz zacisnęła usta, jakby nie chciała zdradzać nic więcej.

- Masz może rodzeństwo? Nie przypominam sobie, żebym uczyła kogoś o twoim nazwisku w Hogwarcie… - ciągnęła dalej Minerwa.

- Nie. Mama nie mogła… nie mam rodzeństwa. – odpowiedziała Alexandra, trochę zbyt szybko.

- Rozumiem. A pamiętasz może, Alexandro, swoje pierwsze użycie magii? – pytała dalej niezrażona Minerwa.

- Ja… nie, raczej nie, proszę pani. – Alexandra spuściła głowę.

- Nie? – Minerwa z niepokojem pochyliła swoją głowę – z jakiegoś powodu panna Zenaidov nie chciała jej zaufać. Zanim jednak zdążyła zapytać o coś jeszcze, do jej gabinetu bezceremonialnie wpadł Amycus Carrow.

- O! Mam nadzieję, że przykładnie karzesz to bezczelne dziecko! – wrzasnął, na widok Alexandry, która skuliła się na krześle.

- Słucham?- Minerwa wstała i wyprostowała się. Przydługi rękaw szaty skrywał trzymaną w dłoni różdżkę.

- Arogancka i nieznośna, śmiała podnieść na mnie różdżkę podczas wczorajszej lekcji! Odjąłem jej sto punktów, ale słusznie, trzeba było jej lepiej dać szlaban, niech poczyści sowiarnię albo coś, co ją oduczy zuchwałości! – wykrzyknął Amycus, a jego nozdrza drgały. Minerwa znała go na tyle, że dosłyszała urażoną dumę i chęć zemsty w jego głosie.

- Szukałeś mnie w jakiejś konkretnej sprawie? – Minerwa szybko spróbowała zmienić temat. Amycus odwrócił się do niej.

- Irytek! Ukradł mi coś! Nie reaguje na moje słowa, a zaklęcia nie działają!- fuknął Carrow, dysząc ze złości.

- Dlaczego przychodzisz z tym do mnie? Tylko dyrektor….

- Snape'a nie ma! – przerwał jej, uderzając pięścią w stół. Alexandra podskoczyła. Minerwa obeszła biurko i stanęła między dziewczynką a czarnoksiężnikiem.

- Poszukaj zatem Krwawego Barona, oprócz dyrektora jeszcze tylko on umie doprowadzić Irytka do porządku. – rzekła ze spokojem.

- Ale… gdzie go znajdę?! – warknął Amycus.

- Najczęściej można go znaleźć w cieplarni, uwielbia delektować się zapachem kwiatów Pomony. – rzekła Minerwa z nieskrywanym sarkazmem. Ku jej zdumieniu, Amycus pokiwał głową i wyszedł, trzaskając drzwiami.

- Duchy nie czują zapachów, prawda, pani profesor? – odezwał się cichy głosik za jej plecami.

- Tak, ale profesor Carrow najwyraźniej nie jest na tyle bystry, by o tym pomyśleć. – mruknęła Minerwa, odwracając się.

Alexandra stała, kurczowo zaciskając dłonie na materiale swojego mundurka i chyba cały wysiłek wkładając w to, by nie trząść się ze strachu bądź nie wybuchnąć łzami.

- Co zrobił Carrow na lekcji obrony przed czarną magią, drogie dziecko? – Minerwa pochyliła się, by patrzeć w oczy drżącej dziewczynki.

- On… nie wiem… szedł w moją stronę… chciał zaprezentować jakieś zaklęcie na mnie … odepchnęłam go… to było odruchowe… ale za mocno… upadł na puste ławki… był wściekły… odjął Gryffindorowi sto punktów… Pani profesor…. – dziewczynka już nie była w stanie powstrzymywać łez, które spływały po jej policzkach.

- Odepchnęłaś go? Dorosłego czarodzieja? – Minerwa uniosła brwi.

- Ja… odepchnęłam go magią, madame. – wyszeptała Alexandra, a potem rozszlochała się na dobre.

Minerwa bez dalszych pytań podeszła do dziewczynki i otoczyła ją ramionami. Była zdumiona, z jaką ufnością i łatwością Alexandra wtuliła się w jej wątłą sylwetkę, ukrywając twarz w czerni jej szat. Starsza czarownica jedną ręką zaczęła kreślić uspokajające kręgi na plecach drobnej dziewczynki.

- Professor… przepraszam… ale ja… potrzebuję pani pomocy. – rzekła cicho Alexandra, odsuwając się po jakimś kwadransie.

- Tak, wiem. Usiądźmy i wszystko mi opowiesz. – Minerwa delikatnie poprowadziła dziewczynkę do jednej z kanap przy kominku.

- Tylko pani może mi pomóc. Tylko pani wie, jak to opanować. Tą magię. – zaczęła jedenastolatka, już nieco pokrzepiona.

- Musisz zacząć od początku, jeśli mam ci pomóc. – powiedziała szczerze Minerwa.

- Moi rodzice nie byli potężni. Byli przeciętni. Wyjechali z Rosji, bo chcieli otworzyć tutaj sklep z rosyjskimi eliksirami i zarobić trochę galeonów. Kiedy się urodziłam… okazało się, że mama nie może mieć więcej dzieci. To jednak nie było dla nich najgorsze. Najgorsze… było to, że od niemowlęcia wykazywałam nieopanowaną magiczną moc – latające zabawki…

- Tłukące się naczynia, transmutujące się ubrania, szybciej wzrastające rośliny, iskry czy lśniące dłonie. – dokończyła Minerwa. Alexandra patrzyła na nią z szeroko otwartymi ustami.

- Skąd pani wie?

- Bo też tego doświadczyłam. – odpowiedziała szczerze Minerwa.

- Wiedziałam. To jest moc, prawda? Moi rodzice jednak nie wiedzieli jak sobie z nią radzić. I ojciec odszedł. Zniknął. Matka próbowała sobie ze mną radzić… ale umarła, kiedy miałam siedem lat. Chorowała, a ja mimo całej tej mocy nie mogłam jej wyleczyć! – w oczach dziewczynki znów zalśniły łzy.

- Nie powinnaś się obwiniać. – Minerwa lekko pogłaskała dziecko po złotych lokach.

- Uciekłam. Przez pół roku tułałam się po mugolskim Londynie. Uczyłam się kontrolować tę magię. I udało mi się opanować tę moc. Kiedy już byłam pewna, że nikogo nie skrzywdzę… odnalazłam siostrę mojej matki. Przyjęła mnie i chociaż nigdy nie traktowała jak córkę, dała mi schronienie. Kiedy jednak przyszedł list i dostałam różdżkę… to jest trudne – różdżka intensyfikuje intencje albo je zmienia, zresztą widziała to pani z mieczem… na innych lekcjach udawałam… nie wiem co mam robić. – wyznała Alexandra.

Minerwa wpatrywała się w dziecko z szeroko otwartymi oczami – mała czarownica, o takiej mocy, błąkająca się samotnie po Londynie? To przerastało jej zdolność pojmowania. I samodzielna nauka kontroli… przecież Minerwa doskonale wiedziała jakie to było trudne. Ona sama bez wsparcia ojca i częściowej izolacji, jakiej w dzieciństwie poddała ją rodzina, nigdy nie nauczyłaby się kontrolować magii wrzącej w jej żyłach.

- Pomogę ci. Musisz jednak mi zaufać i przysiąc, że nie wykorzystasz tego, czego cię nauczę, do szerzenia zła. – Minerwa mówiła z powagą. Jednocześnie przypominała sobie całkiem podobną sytuację i całkiem podobną ofertę, skierowaną do niej przez czarodzieja o zniewalających, migoczących, błękitnych oczach.