Minerwa McGonagall z wypiekami na twarzy czytała zaszyfrowany list od Artura Weasley'a. Trudno było jej nie odczuwać dzikiej satysfakcji z tego, jak Złote Trio potraktowało Umbridge w ministerstwie. Artur miał informacje jedynie z drugiej ręki, Minerwa nie wiedziała więc, co tak naprawdę się tam wydarzyło i dlaczego w ogóle Potter zdecydował się na tak niebezpieczną misję. Najważniejsze jednak, że udało im się uciec.

Rozległo się pukanie. Minerwa otworzyła drzwi, wpuszczając Alexandrę.

Minęły dwa ciężkie miesiące. Minerwa nie miała za wiele wolnego czasu – nauczała, a Snape zwalał na nią wszystkie sprawy administracyjne. Carrowowie ciągle czegoś chcieli, w dodatku nieustannie dręczyli jej uczniów. Minerwa nawet nie próbowała zasypiać, jedynie aż do wyczerpania snuła się po zamku w kociej postaci, czasem pilnując członków Gwardii Dumbledore'a wymykających się do Pokoju Życzeń. Do tego wszystkiego udzielała też tajnych lekcji kontroli Alexandrze.

Spotykała się z dziewczynką dwa razy w tygodniu, zawsze w swoim salonie – jej apartamenty były chronione bardziej niż gabinet, no i były tuż pod pokojem wspólnym Gryfonów. Bardzo polubiła te lekcje – Alexandra była bystra i szybko się uczyła. Jej moc była ponadprzeciętna, ale obiektywnie patrząc nie aż tak jak moc Minerwy w jej wieku. Nie chodziło jedynie o odkrywanie talentów dziewczynki – Alexandra opowiadała Minerwie o wszystkim, co działo się w wieży Gryffindoru i o terrorze, jaki Carrowowie zaprowadzali na swoich lekcjach.

- Czym będziemy się dziś zajmować? – spytała Alexandra, z ciekawością obserwując, jak Minerwa wrzuca list od Artura do kominka.

- Ile czasu poświęciłaś na trenowanie ostatnich zaklęć?

Problem Aleksandry był nieco inny niż ten, z którym Minerwa mierzyła się jako dziecko. Mała dziedziczka McGonagallów błyskawicznie zżyła się ze swoją różdżką – arcydzieło Olivandera ukierunkowywało jej magię, pomagało jej w kontrolowaniu energii. Alexandra, która nauczyła się tego dużo wcześniej, teraz, gdy chciała użyć różdżki, jej zaklęcia były niedokładne i niebezpieczne, bez względu na to, jak idealnie zdawała się je wykonywać. Na ich lekcjach Minerwa uczyła ją współpracy z jej różdżką, ale najistotniejsze były wielogodzinne ćwiczenia.

- Całe wczorajsze popołudnie. Stephen już ma mnie za kujona. – pożaliła się Alexandra. Minerwa przewróciła oczami – tak naprawdę jednak cieszyła się, że dwójka najmłodszych uczniów jej domu się zaprzyjaźniła. Nie na tyle, by Alexandra zdradziła Stephenowi przyczynę swoich problemów z czarowaniem, ale Minerwa wierzyła, że to kwestia czasu. Chłopak był bystry, opiekuńczy i lojalny.

- Myślę, że dziś porozmawiamy sobie o magii umysłu. – rzekła Minerwa, siadając naprzeciw Alexandry.

Oczy dziewczynki zalśniły z ekscytacji. Minerwa instynktownie przypomniała sobie … Noc Duchów… grożenie Amelii Bones… zwolnienie ministra… Dumbledore… pierwsze zetknięcie ich umysłów…

- Pani profesor... nauczy mnie pani legilimencji? – spytała Alexandra z niecierpliwością.

- Nie, bo podobnie jak magia bez użycia różdżki to zakazana dziedzina magii i to nie bez powodu. Jeśli odkryjesz ją sama, co jak mi się wydaje, będzie w twoim przypadku kwestią czasu, to musisz mi obiecać, że nie użyjesz jej na nikim bez jego wyraźnej zgody. – Minerwa zdążyła pokochać tą dziewczynkę jak każde ze swoich lwiątek, ale mimowolnie dostrzegała pewne analogie między jej sytuacją a sytuacją samej Minerwy w dzieciństwie. I trudno było pozbyć się tych samych wątpliwości, które targały Albusem, gdy ją uczył.

Wiedząc, jak trudne jest bycie postrzeganą jako broń, Minerwa nie chciała uczynić broni z Alexandry.

- Przyrzekam, pani profesor. Poza tym, to musi być okropne – mieć kogoś w swoim umyśle!

- To zależy. Z legilimencją jest jak z dotykiem – możesz nie znosić czyjegoś dotyku i czuć w związku z tym niechęć i odrazę, ale za dotykiem innej osoby możesz tęsknić bez końca. – rzekła Minerwa.

- Pani sama odkryła legilimencję, pani profesor? – spytała Alexandra.

- Tak, ale jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy z jej niebezpieczeństw. Kiedy mój ojciec zrozumiał, że czerpię informacje wprost z umysłów służących, uświadomił mi wszystko i nauczył mnie oklumencji. To sztuka obrony umysłu przed legilimencją i jej chciałabym cię nauczyć. – wyjaśniła Minerwa. Nie mogła nie zauważyć zaciekawienia, jakie pojawiło się na twarzy dziecka na wspomnienie ojca i służących.

- Pani ojciec musiał być zdolnym czarodziejem. – rzekła uprzejmie, ale z lekką perswazją.

- Wiedział, że musi szybko nauczyć mnie chowania moich zdolności. Oklumencja nieco ukrywa magiczną aurę czarodzieja – chciałabym, byś się jej nauczyła, zanim Carrowowie dostrzegą twój magiczny potencjał.

- Oni umieją legilimencję? - na twarzy dziewczynki pojawił się niepokój.

- Nie. Ale profesor Snape umie. – odpowiedziała Minerwa. I znów- kolejne wspomnienie – kłótnia. Kiedy on uparł się, że to Severus powinien uczyć Pottera oklumencji. Czy to co wtedy powiedział… nadal … czy pochwalałby nauczanie Alexandry?

- Co muszę zrobić? – Gryfonka była wyraźnie zdeterminowana.

- Musisz mi zaufać, Alexandro. Nie nauczę cię oklumencji bez dostępu do twojego umysłu. – Minerwa spojrzała dziewczynce w oczy.

Alexandra zawahała się. Po chwili jednak podjęła decyzję.

- Ufam pani, pani profesor. – orzechowe oczy spojrzały na Minerwę z ufnością.

- Zamknij oczy i skup się na swoim umyśle. I pamiętaj, że wystarczy jedno twoje słowo i się wycofam. – rzekła z powagą Minerwa. Alexandra pokiwała głową i zamknęła oczy.

Starsza czarownica bardzo ostrożnie opuściła część swoich barier. Tylko te konieczne – dziewczynka nie mogła wyczuć bólu, rozpaczy i ton brudnej magii. Następnie Minerwa wypuściła swoje sondujące myśli. Wyczuła umysł dziecka natychmiast. Był niechroniony – lśniący złotą, czystą poświatą. Popłynęła w jego kierunku.

Bardzo ostrożnie zanurzyła się w myślach dziecka.

,,Och. Niesamowite."

Minerwa zignorowała ekscytację dziewczynki i zanurzyła myśli głębiej.

Krzyki. Błyski. Płacz. Trzask drzwi. Minerwa widziała kalejdoskop wspomnień przesuwający się przed jej oczami. Pojedyncze myśli, obrazy, dźwięki, zapachy: ,,zostawił nas", blada twarz umarłej kobiety, zapach rynsztoków Londynu…

,,-Drogie dziecko." – Minerwę zalała fala współczucia i złości na świat, który tak okrutnie obchodził się z najpotężniejszymi.

,,-Pani profesor? To pani?" – silne, zdecydowane pytania Alexandry pojawiły się na samej powierzchni jej umysłu.

,,-Tak. Zaraz się wycofam." – rzekła cicho Minerwa, a potem ostrożnie wypłynęła z głębin myśli młodego umysłu.

Alexandra otworzyła oczy.

- Wszystko w porządku? – spytała troskliwie Minerwa.

- Tak, chociaż… miałam wrażenie, że jest pani wszędzie, madame. – na twarzy Alexandry pojawił się różowy rumieniec.

- Z czasem nauczysz się komunikować za pomocą umysłu, gdy wszelkie ważne informacje będą osłonięte. – pocieszyła ją Minerwa.

- Tak jak pani? Bo wyczuwałam pani obecność i słyszałam pani głos, ale nie widziałam nic więcej. – powiedziała dziewczynka.

Minerwa uniosła lekko kąciki ust – Alexandra miała w sobie tyle entuzjazmu i dziecięcej naiwności. Prawda zaś była taka, że Minerwa przez wiele lat dokładnie badała granice swojego umysłu, możliwości swoich myśli, potencjał swojej wyobraźni. A nawet to nie uchroniło jej przed całkowitym załamaniem… tak jak nie chroniło jej przed koszmarami każdej nocy.

Przez dwie godziny Minerwa instruowała Alexandrę w oklumencji. Mała robiła szybkie postępy, ale wszystko to kosztowało nauczycielkę o wiele więcej cierpliwości niż zwykłe nauczanie. Za każdym razem, gdy używała legilimencji na Gryfonce, musiała mieć pewność, że mury strzegące jej własny umysł są dostatecznie mocne, że uczennica nie dostrzeże niczego, czego nie powinna.

,,-Musisz bardziej się skoncentrować. Twój mur nie może być górą kamieni, musi być zwarty."

Dziewczynka skupiała się mocno na obrazie kamiennego muru, gdy Minerwa wyczuła kogoś przechodzącego przez jej gabinet. Kompletnie bezsensowna myśl o tym, że ktoś może zaraz wpaść do jej salonu, podczas gdy ona uczyła legilimencji sprawiła, że kilka zewnętrznych murów Minerwy upadło.

Niebieskie oczy, tym razem nie migotające.

,,-Och Minerwo! Jak mam ci zaufać? Ty nie uznałaś mnie za godnego swojego zaufania. Nie pozwoliłaś mi pomóc, ukryłaś przede mną znajomość legilimencji."

Tyle zawodu, rozczarowania w głosie, który zawsze był taki miękki, taki przyjemny.

,,-Nie wiedziałam jak rozwinie się sytuacja, nie chciałam, by był pan zmuszony do poniesienia konsekwencji za moje zachowanie. Oklumencję i legilimencję umiem od dziecka. Cały czas chronię swój umysł, ojciec mnie nauczył, jestem córką dyplomaty. A legilimencji nie używam, dostałam od papy i babci bezwzględny zakaz czytania ludziom w myślach dla zabawy. Jakoś jednak musiałam panu przekazać, by się pan nie mieszał, profesorze."

Chciała jedynie, by oni wszyscy byli z niej dumni, by nie widzieli w niej zagrożenia…

,,-Ale to ja powinienem cię chronić, nie ty mnie!"

I co? Ostatecznie ani on nie ochronił jej, ani ona jego.

- PROFESOR MCGONAGALL!

Mury odbudowywały się, jeden po drugim, oddzielając umysł Minerwy od umysłu jedenastolatki. Czarownica, wciąż walcząc z ogarniającym ją bólem, otworzyła oczy. Alexandra patrzyła na nią z szeroko otwartymi ustami, a ktoś łomotał w drzwi.

- Drzwi za tobą to kuchnia. Schowaj się tam. – poleciła Minerwa dziewczynce, a sama uniosła różdżkę i podeszła do drzwi.

Gdy Alexandra zniknęła w kuchni, a Minerwa uspokoiła oszalałe serce, pozwoliła, by drzwi się otworzyły. Stała w nich Ginny Weasley, z potarganymi włosami. Trzymała się za prawe przedramię, a przez jej palce przeciekała krew.

- Ginewro! – Minerwa szybko wpuściła drżącą Ginny do środka.

- Pani profesor, oni przejęli skrzydło szpitalne! – wykrzyknęła Ginny, mocno uczepiając się łokcia Minerwy.

- Twoja ręka, panno Weasley! – Minerwa szybko rozerwała rękaw uszytego przez Molly swetra. Głośno wciągnęła powietrze, widząc głęboką, ciętą ranę, z której sączyła się ciemna krew.

- To nic, pani profesor… - Ginny była porażająco słaba- Minerwa ostrożnie posadziła ją na kanapie.

- Co się stało? – spytała nauczycielka, przywołując bandaże ze swojej sypialni i kilka eliksirów z kredensu. Ginny zmarszczyła brwi, widząc kilkanaście butelek z miksturą, która zwiększała ilość krwi w organizmie.

- Chyba masz uszkodzoną jedną z tętnic, nie ruszaj się chwilę, to ją poskładam. – mruknęła Minerwa i zabrała się do leczenia paskudnej rany. Nie mogła odpędzić wspomnienia wojny – setki umierających magów, krew wszędzie… sztylet sterczący jej z boku…

- Dobrze. Wytrzyj się, zaraz dam ci mikstury. Żyła jest już cała, ale zostanie ci blizna. – mruknęła Minerwa. Ginny obrzuciła ja niepewnym spojrzeniem.

- Przeszłam pełne medyczne przeszkolenie w młodości, panno Weasley. – zapewniła ją Minerwa, podając jej mikstury.

- Czyli całkiem niedawno, pani profesor. – odpowiedziała, krzywiąc się, po przełknięciu gorzkiego eliksiru.

- Opowiedz mi, co się stało. – mruknęła Minerwa, lekko kiwając głową – nie można było zapominać, że oto ma przed sobą siostrę Freda i George'a.

- Wie pani o tym, że pani Pomfrey stara się trzymać w skrzydle szpitalnym uczniów jak najdłużej, prawda? Zwłaszcza teraz? – spytała cicho Ginny.

Minerwa zbladła. Oczywiście, że wiedziała. Odkąd Carrowowie zaczęli znęcać się nad uczniami, Poppy przyjmowała poturbowanych i przerażonych pod swoje skrzydła i opiekowała się nimi znacznie dłużej niż to konieczne – byle nie wracali znów na lekcje Amycusa i Alecto. Choć przez to omijali i jej lekcje, Minerwa cieszyła się, że uczniowie w skrzydle szpitalnym są bezpieczni.

- No więc kiedy przyszłam odwiedzić Hannę Abbott, do środka wpadła Alecto ze Snape'm. Musiała jakoś odkryć pomysł pani Pomfrey i doniosła dyrektorowi. Potem krzyczała i wrzeszczała na panią Pomfrey. Nie mogłam tego słuchać, więc… powiedziałam jej parę słów. Wpadła w szał i rzuciła na mnie zaklęcie tnące. Snape nie mrugnął okiem, jedynie powiedział pani Pomfrey, że uczniowie nie mogą już zostawać na noc w skrzydle szpitalnym i kazał wszystkim się wynosić. Pani profesor, proszę sprawdzić, czy z panią Pomfrey wszystko w porządku! – opowiadała Ginny.

Minerwa poczuła jak gniew buzuje w jej żyłach. Żeby podnieść w tak haniebny sposób różdżkę na ucznia! I Poppy! Och, co teraz z nimi będzie?

- Panno Zenaidov! – zawołała Alexandrę, która przez cały czas podsłuchiwała pod drzwiami. Ginny nie powiedziała nic, jedynie otoczyła ramieniem młodszą koleżankę.

- Odprowadzę was do dormitorium. Potem pójdę sprawdzić co z panią Pomfrey.

Minerwa przezornie przywołała apteczkę i prowadząc za sobą dwie uczennice, zaczęła wspinać się po schodach prowadzących do pokoju wspólnego. Następnie szybko podała hasło Grubej Damie i wszystkie trzy weszły do środka.

Pokój wspólny był pełen Gryfonów. Wszyscy najwyraźniej już wiedzieli, co wydarzyło się w skrzydle szpitalnym. Na widok Minerwy z Ginny i Alexandrą gorączkowe rozmowy jednak ucichły.

- Dobry wieczór. Kto przyszedł tu ze szpitala? – spytała Minerwa. Kilkoro uczniów podniosło ręce. Nie zważając na nic, podeszła do nich i zaczęła wypytywać o obrażenia. W większości przypadków były to siniaki i stłuczenia uzyskane przy quidditchu lub na lekcjach Carrowów, a niektórzy wracali do siebie po magicznych urazach. Najgorzej wyglądał Finnigan, nadal z poparzeniami po ostatniej lekcji eliksirów. Minerwa dała mu maść z leczniczej rośliny Pomony. Wszyscy jednak chcieli wiedzieć co z Poppy.

- Pani profesor, oni nie mogą jej wyrzucić, prawda?

- Nie mogą jej nic zrobić, kto będzie nas leczył, jeśli jej zabraknie!

- Zawsze była dla nas taka dobra, a my tylko na nią narzekaliśmy…

Minerwa wyprostowała się i obrzuciła rozemocjonowanych uczniów uważnym spojrzeniem.

- Proszę o spokój. – rzekła. Natychmiast zapadła cisza.

- Nie wiem, co wydarzyło się w skrzydle szpitalnym, ale pójdę to sprawdzić. Na przyszłość zaś, zgłaszajcie się do pani Pomfrey z poważniejszymi urazami, a z lżejszymi przychodźcie do mnie. Musimy rozłożyć wasze leczenie na nas dwie, by nie wzbudzać podejrzeń. – rzekła Minerwa.

- Ależ pani profesor, czy oni nie ucieszą się bardziej z pretekstu do wyrzucenia pani? – spytał Longbottom, z rozczulającą wręcz troską w głosie.

- Może wydawać się wam to nieprawdopodobne, ale im zależy na waszej edukacji. Nie znajdą nikogo na moje zastępstwo, nie odważą się więc mnie wyrzucić. – odpowiedziała Minerwa. Większość pokiwała głowami – uwierzyli jej, choć zdradziła im tylko część prawdy.

- Z każdym problemem macie przychodzić do mnie – mój gabinet jest blisko w razie jakichkolwiek kłopotów. Zostawię wam bandaże na najpilniejsze potrzeby i sprawdzę co z panią Pomfrey. – oznajmiła nauczycielka.

Położyła na stole stos białych bandaży i ruszyła do wyjścia, gdy ktoś chwycił ją za rąbek szaty:

- Pani profesor? – Alexandra patrzyła na nią swoimi orzechowymi oczami.

- Przepraszam, panno Zenaidov. Tamten... brak kontroli już się nie powtórzy. – powiedziała cicho Minerwa.

- To był profesor Dumbledore, prawda?- spytała dziewczynka.

- Tak. – zdołała jedynie odpowiedzieć Minerwa. Wiedziała, że Ginny przygląda się jej wymianie zdań z pierwszoroczną.

- Przykro mi, pani profesor. – odpowiedziała Alexandra ze współczuciem.

Minerwa kiwnęła głową i wyszła. Już na zewnątrz pozwoliła sobie na westchnienie. A potem zmieniła się w szarą kotkę i pobiegła do skrzydła szpitalnego.

Drzwi były otwarte na oścież, co było zupełnie nietypowe i jedynie podsyciło jej niepokój. Łóżka w skrzydle szpitalnym było niepościelone, krzesła, parawany i nocne szafki poprzewracane. Cenne mikstury rozlały się po posadzce kolorowymi kałużami.

- Poppy? ! – zawołała Minerwa, mocniej zaciskając dłoń na różdżce i idąc powoli w kierunku wąskich drzwi, prowadzących do prywatnych pokoi pielęgniarki. Otworzyła je niewerbalnym zaklęciem.

- Pani profesor! – ku swemu ogromnemu zdumieniu Minerwa ujrzała zapłakaną twarz Lavender Brown.

- Panna Brown? Gdzie jest pani Pomfrey? – Minerwa, nie opuszczając różdżki ruszyła do przodu.

- Tutaj, pani profesor. – Lavender odsunęła się, wskazując łóżko.

Poppy była nieprzytomna, a na jej czole był mały opatrunek. Minerwa jednak odetchnęła, wyczuwając mocny puls na dłoni przyjaciółki.

- Co się stało? – spytała uczennicę.

- Kiedy weszli Carrowowie, ukryłam się tutaj. Potem nie mogłam wyjść. Przez szparę widziałam jak Snape każe wszystkim wyjść. Pani Pomfrey zaczęła krzyczeć na niego, że jest zdrajcą, że zabił Dumbledore'a. Nie zdążyła wyjąć różdżki, najpierw Carrow ją unieruchomił, a potem Snape rzucił na nią zaklęcie ogłuszające. Upadając, uderzyła się głową o kant łóżka. Opatrzyłam ją najlepiej jak potrafiłam, ale nie wiem… bałam się ją zostawić samą…

- Och, Poppy. – Minerwa delikatnie pogładziła dzielną przyjaciółkę po twarzy.

- Ja wiem, jestem tchórzem, pani profesor… - tymczasem Lavender rozpłakała się.

Minerwa odwróciła się do niej i położyła dłoń na ramieniu dziewczyny. Wciąż pamiętała ten zabawny okres, gdy panna Brown próbowała odciągnąć Ronalda od Hermiony. Niemniej jednak, bez względu na to, jak mało dojrzale Lavender się zachowywała, Minerwa miała na uwadze przydział tiary. Panna Brown nie była w Gryffindorze bez powodu.

- Pomogłaś pani Pomfrey. Zachowałaś się odważnie, zbierając ją z ziemi i opatrując. Nie powinnaś nigdy mieć wątpliwości, że trafiłaś do niewłaściwego domu, panno Brown.

- Tak pani uważa? – Lavender otarła policzki.

- Jestem tego pewna, Lavender. – odpowiedziała Minerwa. A po chwili otworzyła szeroko oczy, bo Lavender bezceremonialnie się do niej przytuliła, drżąc lekko. Nauczycielka niezgrabnie poklepała ją po plecach.

Gdzieś w oddali rozległy się kroki. Lavender odsunęła się od Minerwy, wyraźnie pokrzepiona. Starsza czarownica uniosła różdżkę, ale opuściła ją na widok Pomony.

- Poppy? O mój Merlinie, zatem to prawda! – wykrzyknęła nauczycielka zielarstwa.

- Twoi uczniowie też przybiegli ze skrzydła szpitalnego? – spytała Minerwa.

- Tak. Co z Poppy? – spytała Pomona, klękając i od razu sprawdzając puls pielęgniarki.

- Jest oszołomiona, ale dojdzie do siebie. Zostaniesz z nią? Ja muszę odprowadzić pannę Brown i chyba powinnam poważnie porozmawiać z dyrektorem. – rzekła Minerwa.

- Min, nie rób tego! – zawołała Pomona, nie zważając na obecność Lavender i podnosząc się z kolan.

- Pom, od tygodni przymykam oczy na krzywdzenie moich uczniów, ale podniesienie różdżki na szkolną pielęgniarkę to jest już chyba przesada! – warknęła Minerwa.

- Poppy nie chciałaby, żebyś się narażała. – rzekła cicho Pomona.

Było w jej głosie coś błagalnego. Minerwa spojrzała uważniej na przyjaciółkę. Pomona zawsze była bardziej ugodowa, przewidywalna, spokojniejsza i grzeczniejsza niż Minerwa i Poppy, dwie Gryfonki. W nadmiarze miała jednej kluczowej cechy – lojalności. Nauczycielka zielarstwa zawsze była gotowa służyć pomocą, czy to po śmierci Alastora, czy teraz, przy reżimie Carrowów.

- Dobrze. Nie pójdę do niego. – poddała się Minerwa. Skinąwszy głową Pomonie, wyprowadziła Lavender ze skrzydła szpitalnego. Szły w milczeniu. Jedynie przy Grubej Damie Minerwa życzyła dziewczynie dobrej nocy. Na coraz miększych nogach zeszła piętro niżej, do swoich pokoi.

W zaciszu i ciemności swojego gabinetu Minerwa opadła na wysokie krzesło za pustym biurkiem. Czy to był jeszcze Hogwart? Czy to była szkoła, stanowiąca dom i azyl dla uczniów? Czy może był to już obóz szkoleniowy w czarnoksięstwie?