Kilka dni później Minerwa ostrożnie smarowała maścią Pomony oparzoną rękę Colina Creevey'a. Chłopak siedział cierpliwie w jej gabinecie, wyraźnie zdenerwowany faktem, że prefekci Gryffindoru przyciągnęli go tu siłą.
Poppy szybko wróciła do siebie po incydencie w skrzydle szpitalnym, choć Minerwa mogła stwierdzić, że przyjaciółka bardziej boi się Snape'a, niż wcześniej. Niemniej jednak, Carrowowie przynajmniej raz dziennie wpadali do skrzydła szpitalnego, by sprawdzić czy Poppy nie przetrzymuje tam uczniów i by podręczyć pielęgniarkę opisami tego, co robią na swoich lekcjach. Z tego względu uczniowie nauczyli się już, by z lżejszymi urazami przychodzić do opiekunów domów, którzy mieli apteczki przepełnione lekami od Poppy. Jako że dom lwa brał na siebie najwięcej złości śmierciożerców, za plecami Minerwy bulgotał teraz eliksir wzmacniający – chciała mieć go więcej, na wszelki wypadek.
- Chciała pani zostać uzdrowicielką, pani profesor? – spytał Colin, by podtrzymać rozmowę – nigdy nie umiał usiedzieć w ciszy. Minerwa pokręciła głową:
- Nie, ale żeby dostać wymarzoną pracę, musiałam przejść zaawansowane szkolenie medyczne. – wyjaśniła, wycierając nadmiar maści.
- Żeby nauczać? – Colin zmarszczył brwi.
- Nie, panie Creevey. Żeby zostać aurorem. – Minerwa nałożyła bandaż, zaciskając go nieco mocniej, co wywołało grymas na twarzy chłopaka.
- Naprawdę? I została pani aurorem?
- Tak. – Minerwa podniosła się, zatem Colin zrobił to samo. Dymisjonujący ton jednak na niego nie zadziałał:
- Pokonałaby pani Carrowów w sekundę, prawda? - spojrzał na nią z wciąż dziecięcą nadzieją.
- Myślę, że przeceniasz moje umiejętności, Creevey. A teraz proszę wracać do dormitorium. – Minerwa wróciła do swojego ostrego, belferskiego tonu.
- Dziękuję, madame. – Colin mimo wszystko wiedział, że nie należy testować granic jej cierpliwości. Minerwa odprowadziła go wzrokiem, żałując, że zdradziła mu prawdę o swojej pierwszej pracy. Za chwilę pewnie cały pokój wspólny będzie wiedział, że stara McGonagall była kiedyś wojowniczką w szeregach ministerstwa.
Mieszając eliksir wzmacniający, który teraz pachniał ostro szałwią, Minerwa zastanowiła się nad tamtym krótkim dowódczym epizodem. Bycie na czele, podejmowanie decyzji, światło fleszy i ekscytacja dziennikarzy, obserwujących najmłodszą kobietę na stanowisku generalskim – to wszystko dawno pozostawiła za sobą. Nie lubiła być na czele – ostatnie dziesięciolecia, przeżyte spokojnie w cieniu Albusa były dla niej o wiele lepsze. Niemniej jednak nie odrzucała obowiązku, gdy nie było nikogo, kto mógłby przewodzić.
- Minerwo! – czarownica odwróciła się, zdumiona, a potem pobiegła do swojego salonu. W ramach obrazu przedstawiającego Theresę McGonagall znajdował się teraz roztrzęsiony Dippet.
- Co się stało, Armando? – Minerwa nie mogła pozbyć się złych przeczuć.
- Longbottom, Weasley i Lovegood włamali się do gabinetu Snape'a i chcieli ukraść miecz. Złapał ich! – wykrzyknął Dippet.
Minerwa nie marnowała czasu. Pobiegła z powrotem do gabinetu, zgasiła ogień pod kociołkiem i rzuciła się biegiem do gabinetu dyrektora. Biegła tak szybko, że brakowało jej tchu, ale nie zatrzymywała się, nawet gdy uczniowie obserwowali ją z zaniepokojeniem.
Nie mogła pozwolić, by Snape skrzywdził tę trójkę. Obiecała to sobie solennie. Chimera odskoczyła sama – kolejna ciekawa rzecz, że gargulec nie pytał już Minerwy o hasło . Mimo że schody ruszyły w górę, ona i tak przeskakiwała po kilka stopni. Kolejnym symptomem słabej władzy Severusa nad szkołą był fakt, że drzwi gabinetu otworzyły się pod wpływem jej woli.
Z różdżką w pogotowiu wpadła do gabinetu, gdzie Snape stał z wyciągniętą różdżką przed trójką uczniów.
- Ach, Minerwa. Zawsze o czasie. Flitwick też już biegnie na swoich krótkich nóżkach? – spytał sarkastycznie Snape. Minerwa zaklęła w myślach. Luna była Krukonką, zatem należało wcześniej wysłać Filiusowi patronusa o całej sprawie. Jeśli nawiąże się walka…
- Jeśli sądzisz, że pozwolę ci rzucić jakąkolwiek klątwę na pannę Lovegood tylko dlatego, że nie jest z mojego domu, to się grubo mylisz. – odpowiedziała, zbliżając się. Czuła szybciej krążącą w żyłach krew, napięcie w mięśniach.
Tymczasem na twarzy Snape'a pojawiło się zdumienie.
- Nie zamierzałem rzucać na nich żadnej klątwy. – rzekł.
Tym razem Minerwa otworzyła szerzej oczy. Zaraz jednak odparła:
- A co? Chciałeś wyrzucić ich ze szkoły czy od razu oddać w ręce swoich przyjaciół, śmierciożerców?! – wrzasnęła, jednocześnie wznosząc wokół dzieci niewidzialną tarczę.
Tym razem Snape się skrzywił.
- Od kiedy tolerujesz kradzieże w Hogwarcie, Minerwo? - zaczął, ale Ginny mu przerwała:
- Ten miecz nie należy do ciebie! Dumbledore zapisał go Harry'emu!
Nazwisko Albusa było katalizatorem. Minerwa odruchowo uniosła wolną dłoń do serca, które teraz biło szaleńczo, jakby chciało się wyrwać z klatki piersiowej. Snape wydawał się być zmrożony odwagą Ginewry, ale szybko odzyskał rezon.
- Miecz Godryka Gryffindora jest ważną historyczną pamiątką i dlatego należy do szkoły, której obecnie jestem dyrektorem, panno Weasley. A jeśli znasz miejsce pobytu poszukiwanego przez ministerstwo Pottera, to twoim obowiązkiem jest je zdradzić. – oświadczył lodowatym głosem.
- Nawet gdybym wiedziała, nigdy nie zdradziłabym Harry'ego, a już na pewno nie takiemu zdrajcy jak ty! – wrzasnęła Ginny.
Minerwa zmusiła się, by zrobić do przodu kilka kroków i położyć dłoń na ramieniu dziewczyny, która spojrzała na nią, wciąż z gniewem w oczach.
- W ramach kary odbędziecie szlaban w Zakazanym Lesie z Hagridem. A teraz zejdźcie mi z oczu. – warknął Snape. Minerwa wiedziała, że miał już dość tej farsy – krzyków, dramatyzmu. Nie lubił tego.
Minerwa popchnęła trójkę uczniów do drzwi. Nie mogła uwierzyć w to, że czuła ulgę. Snape nie torturował jej uczniów, nie rzucał na nich klątw – wysyłał ich do Zakazanego Lasu. To była poważna kara, ale przynajmniej Minerwa wiedziała że trójka uczniów będzie bezpieczna z Hagridem.
- Nie musiałaś robić tej szopki. – warknął Snape, umieszczając ozdobiony rubinami miecz z powrotem w gablocie. Ona nie odpowiedziała, zamiast tego zerknęła na jeden z portretów. Jak zwykle, rozczarowanie – wciąż spał.
- Nie powinnaś odnosić mylnego wrażenia, że masz immunitet. – dodał Snape. Minerwa spojrzała na niego – wprost w czarne, udręczone oczy.
- To jest groźba? – spytała, nie odrywając od niego wzroku. Mówił w imieniu swoim, czy swojego pana?
- Potraktuj to lepiej jako ostrzeżenie. – odpowiedział Snape.
Minerwa kiwnęła głową. Nie miała pojęcia, jaką grę prowadzi Severus, a raczej, jaką grę prowadzi Voldemort. Niemniej jednak błądzenie po omacku nie było jej obce.
Spojrzała po raz ostatni na lśniący w gablocie miecz Gryffindora, po czym wyszła. Nogi miała jak z waty, gdy mijała chimerę. Co oni w ogóle sobie myśleli? Po co był im miecz Godryka? Czy Ginny miała jakieś informacje od Pottera?
Stop. Minerwa przystanęła. Cokolwiek robił i planował Potter, lepiej żeby ona o tym nie wiedziała. Lepiej, żeby się nie domyślała. Oboje mieli zbyt wielu wrogów.
Ponawiając marsz do swojego gabinetu, Minerwa zastanawiała się, co wie o mieczu Gryffindora. Gdy wydobyła ostrze z łba bazyliszka natychmiast zrozumiała, że jest to miecz najprzedniejszej roboty – stary, ale nadal stanowiący doskonałą broń. Jak wyjaśnił jej potem Albus, tylko prawdziwy Gryfon mógł dobyć miecz z tiary. Nie wiedziała o nim nic więcej.
Zastanawiała się, czy powinna poszperać na jego temat w bibliotece, ale ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu. Wieść o próbie kradzieży miecza na pewno się rozniesie, a ona nie chciała by łączono ją z tą sprawą. Czuła się okropnie, ale wciąż w głowie rozbrzmiewały jej słowa Snape'a:
,,Nie powinnaś odnosić mylnego wrażenia, że masz immunitet."
Severus znał ją dość dobrze. Wiedział, że właśnie tym wrażeniem ostatnio się karmiła. Czarna róża, przekonanie o własnej nietykalności, pewność siebie, jaką ukazywała całemu światu – wszystko to opierała na założeniu, że nadal jest w jakiś sposób cenna dla Toma, że będzie chciał wykorzystać ją dopiero w decydującym starciu, nie wcześniej.
Lecz Toma już nie było. Był lord Voldemort, a ona niebezpiecznie z nim igrała.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
- Myślę, że profesor Flitwick zauważył, pani profesor. – Alexandra nerwowo okręcała w rękach różdżkę.
- To nie ma znaczenia. On nie powie nikomu ani słowa. – pocieszyła ją Minerwa, dodając rozmowę z Filiusem na ten temat do listy rzeczy do zrobienia.
- Tak, on nie jest taki jak Creevey'owie. – mruknęła cicho dziewczynka, a Minerwa uniosła pytająco brwi, co spowodowało rumieniec na twarzy małej.
- Colin powiedział nam, że była pani aurorem. Teraz cały Gryffindor zastanawia się, czy nie mogłaby pani uczyć nas obrony, nie ryzykując odkrycia tego przez Snape'a. – wyznała dziewczynka.
- Niewiele jest rzeczy, których mogłabym nauczyć członków dawnej Gwardii Dumbledore'a w materii obrony. – mruknęła Minerwa. Aż za dobrze zdawała sobie sprawę, że urządzanie potajemnych lekcji byłoby szalenie niebezpieczne.
- Ale… - chciała zaprotestować Alexandra.
- Zostałam już ostrzeżona, że nie mam immunitetu. – ucięła dyskusję Minerwa. Jej ostry ton sprawił, że Alexandra cofnęła się.
- Ale… jak, pani profesor? – dziewczynka wyciągnęła ku niej dłoń. Minerwa uścisnęła ją, usiłując się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego jedynie grymas.
Zanim jednak odpowiedziała coś błyskotliwego i wymijającego, ktoś załomotał w drzwi jej gabinetu.
- Kuchnia. – już samo to hasło wystarczyło- Alexandra pobiegła do kuchni Minerwy, a starsza czarownica pędem ruszyła do swojego gabinetu. Gdy otworzyła drzwi, o mało nie wrzasnęła.
W drzwiach Neville Longbottom słaniał się na nogach, podtrzymywany z jednej strony przez Finnigana, a z drugiej przez Ginny. Jego twarz wyglądała, jakby podrapał go wściekły pies – wszędzie miał rany, a krew barwiła uczniowskie szaty. Jedno oko było podbite i jego szczęka wyglądała na spuchniętą.
- Szybko, do środka! – Minerwa wskazała drzwi swojego salonu. Dwójka Gryfonów prawie wniosła tam Neville'a, a Minerwa szybko zamknęła za nimi drzwi.
- Co się stało?! – krzyknęła, przywołując miskę z wodą, maści i eliksiry.
- Alecto. Celowo wyśmiewała się z jego rodziców. Mówiła, że wrzeszczeli jak zarzynane świnie… - zaczął Seamus, kładąc przyjaciela na kanapie.
- No więc Neville krzyknął, że to nieprawda, a ona rzuciła się na niego i zaczęła go bić, drapać… nawet się nie bronił… nie wiedzieliśmy co robić… - łzy płynęły po policzkach Ginny.
- Neville? Słyszysz mnie? – Minerwa lekko dotknęła opuchniętej twarzy chłopca. Ten nie odpowiedział, wpatrując się tępo w przestrzeń.
- Zanieślibyśmy go do pani Pomfrey, ale podobno Amycus dziś pokazywał zaklęcia niewybaczalne drugorocznym. – dodał Seamus.
- Zajmę się nim. Przeżył szok. Panno Zenaidov! – zawołała Minerwa, mocząc białą szmatkę w czystej wodzie i wycierając twarz Neville'a. Alexandra wynurzyła się z kuchni.
- Pomagam jej z transmutacją, ale nikt nie powinien się o tym dowiedzieć, jasne? – mruknęła Minerwa, widząc zdumienie na twarzach dwójki starszych uczniów.
- Oczywiście, madame.
- Niech wasza trójka wraca do pokoju wspólnego.
- Ale Neville… - Ginny była wyraźnie rozdarta.
- Zaopiekuję się nim, panno Weasley. – Minerwa spojrzała w oczy odważnej dziewczynie, która pokiwała głową i wyszła, otaczając ramieniem nieco zszokowaną Alexandrę.
Minerwa odwróciła się do Neville'a. Wystarczyło spojrzeć na jego twarz, by zrozumieć, że jego fizyczne obrażenia nijak się mają do emocjonalnego bólu, jaki przeżywał.
- Najpierw zajmę się otwartymi ranami – za dużo tu krwi i zbyt łatwo może wdać się zakażenie. Może trochę zaboleć. – ostrzegła. Neville nawet nie drgnął, gdy powoli zaszywała jego rany zaklęciami leczącymi. Zanim zasklepiły się wszystkie otwarte rany, minął jakiś kwadrans. Następnie Minerwa troskliwie otarła twarz chłopca. On dalej nie zdradzał żadnych oznak tego, że w jakiś sposób odczuwa jej działania.
- Teraz podam ci maść na siniaki i stłuczenia. Pachnie trochę jak mięta. Twoja babcia lubi herbatę miętową, prawda? – Minerwa ostrożnie smarowała maścią ciemne sińce na twarzy wnuka przyjaciółki. Neville nie odpowiedział, choć chyba wydawało jej się, że jego oczy rozbłysły, gdy wspomniała o Auguście.
- Nie wiem czy nie wybiła ci jakiś zębów, masz dość spuchniętą szczękę. Proszę, Neville, otwórz usta. – poleciła, gotowa na to, że nie wykona jej polecenia. On jednak otworzył usta.
- Nie jestem ekspertem, ale chyba jedynie masz naderwaną lewą dwójkę u góry. Jest na to zaklęcie. Poczekaj… tak, chyba tak. Tooteranga! – rzekła, celując różdżką w ząb. Neville jęknął cicho, ale poza tym nie zareagował wcale.
- Neville, musisz mi powiedzieć jak się czujesz i czy jeszcze gdzieś cię boli.- Minerwa uklękła przy chłopcu, zachęcająco ściskając jego dłoń. Longbottom nie zareagował. Wciąż patrzył się w przestrzeń.
Minerwa kompletnie nie wiedziała co robić. Patrzyła na tego smutnego chłopca i mimowolnie widziała zarówno jego ojca, jak i dziadka, plus nieco z Augusty i sporo z Alicji.
- Możesz płakać, jeśli chcesz. Twój ojciec płakał, kiedy ukruszył sobie jednego zęba, spadłszy z miotły. To wtedy nauczyłam się tego czaru. On szlochał, a ja wertowałam książki w poszukiwaniu zaklęcia, bo twoja babka nie wybaczyłaby mi, gdyby jej drogi Frank wrócił do niej z jakimkolwiek uszczerbkiem. – opowiadała Minerwa, patrząc w okno. Gdy zerknęła na Neville'a, zobaczyła łzy na jego twarzy.
- Proszę. – wyciągnęła z kieszeni chusteczkę w szkocką kratę. Uznała za sukces, że chłopiec wziął ją. Próbował otrzeć łzy, ale ostatecznie rozszlochał się jeszcze bardziej. Minerwa przysunęła się i przytuliła go mocno.
Neville Longbottom długo wypłakiwał swoje oczy w jej ramię. Miał jednak wszelkie usprawiedliwienie – Minerwa nie znała wiele dzieci, które musiały tak szybko znieść tak wiele. Kreśląc uspokajające kręgi na jego plecach, wciąż to przeżywała:
Krzyki torturowanych do obłędu ludzi.
Bellatriks, z szaleństwem w oczach, przyciskająca różdżkę do gardła Franka, powłóczącego nieobecnym spojrzeniem.
Aurorzy. Albus. Neville, nieświadomy niczego, w ostatniej chwili ukryty przez kochającą matkę.
Płacz Augusty.
Lucas, przywalony tonami gruzu – rozpaczliwie próbujący za pomocą ostatnich słów oddać głębię swojej miłości do żony i nienarodzonego dziecka.
Pogrzeb człowieka, który chronił ją za cenę własnej kariery, który poświęcił życie w imię zasad, w które wierzył.
- Znała pani mojego ojca?
Minerwa powróciła do rzeczywistości. Neville już nie płakał. Odsunął się lekko i patrzył na nią z tym typowym dla Longbottomów zaciekawieniem.
- Jestem jego matką chrzestną. – wyjawiła mu Minerwa.
Neville otworzył szeroko usta. Nauczycielka podniosła się z kolan i najpierw przywołała dzbanek z herbatą i jakieś kanapki do zjedzenia, a potem pewien album ze swojej sypialni. Otworzyła go mniej więcej w jednej trzeciej i usiadła na sofie obok Neville'a.
Chłopiec zamarł na widok roześmianego, pucułowatego chłopca śmigającego na miotle.
Frank łowiący ryby w strumieniu, Frank wspinający się na wrzosowe wzgórza, Frank wyczarowujący pierwszego patronusa, Frank zamieniający guzik w perłę, Frank lecący z Minerwą na smoku, Frank piekący ciastka z domowymi skrzatami, Frank wygłupiający się przed portretami jej przodków, Frank biegnący za nią z aparatem, wspólne wybuchy śmiechu.
Neville gorączkowo przewracał kolejne strony. Dalej Frank był starszy, jako uczeń Hogwartu. Frank i Minerwa po jego SUMACH, Minerwa gratulująca mu zdanych OWUTEMÓW, dumna Augusta i Frank w szatach aurora.
Chłopiec przewrócił na kolejną stronę.
Frank i Alicja z Minerwą po ogłoszeniu ich zaręczyn. Ich ślub, gdy Frank walcował z Alicją a Minerwa i Albus klaskali w oddali. Frank tańczący z Augustą, potem z Minerwą. Urządzanie nowego domu. Będąca w ciąży Alicja śmiejąca się do obiektywu. Frank, czule obejmujący jej brzuch. Frank, Alicja i uśmiechnięci Potterowie.
Neville, już z wypiekami na twarzy, zaczął oglądać kolejne karty albumu.
Alicja z małym niemowlęciem, wyraźnie szczęśliwa. Frank łaskoczący roześmianego malca. Augusta, z dumą prezentująca wnuka.
Ostatnie zdjęcie w albumie przedstawiało promieniejącą Minerwę, trzymającą na kolanach pucułowatego chłopca. Ona i malec patrzyli wprost w obiektyw, który jak Minerwa pamiętała, trzymał Albus, zaś za nimi Alicja i Frank patrzeli na siebie z miłością.
Neville przesunął palcem po ich zarumienionych, radosnych twarzach. Jego oczy znów błyszczały.
- Nie miałem pojęcia. Nie pamiętałem. Babcia, nigdy o tym nie wspominała. Zawsze zakładałem, że poznała ją pani w swoich szkolnych latach. – rzekł Neville, spoglądając na Minerwę.
- Twoja babcia chciała cię chronić. – Minerwa westchnęła.
- Jak to? Przecież jest pani matką chrzestną mojego ojca, a on najwyraźniej panią uwielbiał! – Neville wskazał na zdjęcie Franka tańczącego z Minerwą.
- Neville… to nie jest wszystko. Twoja babcia jest ode mnie kilka lat starsza, więc nie poznałyśmy się zbyt dobrze w Hogwarcie. Poznałam ją przez twojego dziadka, pod którego rozkazami służyłam. – wyznała Minerwa. Czuła się okropnie, obarczając i tym tego biednego chłopca, ale nie mogła pozbyć się uczucia ulgi. Zbyt wiele lat ukrywała to wszystko.
- Służyła pani? Babcia nie mówi o dziadku – wiem jedynie, że zginął podczas wojny z Grindelwaldem. – Neville rozłożył ręce.
Minerwa otworzyła album na pierwszych stronach.
- Twój dziadek, Lucas, był szefem Biura Aurorów podczas wojny.
Na nieruchomej fotografii przedstawiono Lucasa z profilu – wyglądał surowo i dystyngowanie. Obok była fotografia młodej Augusty, kiedy była jego sekretarką.
- A więc Colin mówił prawdę. Była pani aurorem, pani profesor. – Neville spojrzał na nią z lekkim przestrachem.
- Tak. Ale byłam młoda i niedoświadczona- twój dziadek chciał chronić mnie przed najgorszymi stronami tamtej wojny. To nie podobało się ówczesnemu ministrowi i zdegradował go do pracy szpiega. Twoja babcia była już w ciąży, gdy mnie i Lucasowi zlecono misję w Berlinie. – opowiadała Minerwa.
Neville siedział zasłuchany, gdy opowiadała o tamtej misji. Wracanie do tamtych okropnych wydarzeń dodawało jej bólu, ale nie zważała na to. Wreszcie zakończyła:
- … nie mogłam go uratować. Miał zbyt wiele obrażeń. Mogłam jedynie zabrać jego ciało do domu. – odwróciła głowę.
- To nie była pani wina. A co z babcią? Została sama z dzieckiem, tak? – Neville powiódł palcem po nieco wyblakłym zdjęciu przedstawiającym Lucasa i Augustę.
- Mimo że twój dziadek zginął bohaterską śmiercią, ministerstwo nie uznało za stosowne wesprzeć twojej babci. Dlatego zaproponowałam, by zamieszkała z moją babką w moim rodzinnym domu. – Minerwa machnęła ręką w stronę portretu Theresy. Neville lekko zmarszczył czoło na widok odzianej w piękną suknię edwardiańskiej damy.
- Masz szlachetną krew, drogi chłopcze. Goszczenie Augusty Longbottom w moim domu było dla mnie wielką radością. – rzekła Theresa, co spowodowało jeszcze większe zdumienie na twarzy chłopca.
- Moja babka pomogła twojemu ojcu przyjść na świat. Niestety niedługo potem zmarła. Augusta postanowiła, że to ja powinnam zostać matką chrzestną małego Franka. – rzekła Minerwa.
- To oczywiste. Dała jej pani dom, schronienie, pani babka pomogła przy porodzie, a pani sprowadziła ciało dziadka, co pewnie nie było łatwe. Moja rodzina wiele pani zawdzięcza, pani profesor. – powiedział z powagą Neville. Minerwa potrząsnęła głową.
- Nie, Neville. Nie wypełniłam najważniejszego obowiązku matki chrzestnej. Nie zdołałam na czas uratować twoich rodziców. – Minerwa nawet nie kryła smutku w głosie.
- Na czas? – Neville zmarszczył brwi.
- Dotarłam do waszego domu jako pierwsza. Znalazłam cię ukrytego w szafie – zabezpieczyłam cię zaklęciami i pobiegłam na górę. Unieszkodliwiłam Lestrange'ów i Croucha, ale klątwa Cruciatus już poczyniła nienaprawialne zniszczenia w umysłach twoich rodziców. – Minerwa oczekiwała, że chłopiec zacznie znów płakać, albo krzyczeć, albo oskarży ją, albo…
Nie spodziewała się, że znów przytuli ją z całej siły.
- Och, pani profesor… - trzymał ją tak mocno, jakby bał się, że zniknie.
- Uratowała pani im życie. Uratowała pani mnie. – Neville patrzył na nią z zupełnym podziwem.
- Ale…
- To pani ich odwiedza regularnie, prawda? – chłopiec zręcznie nieco zmienił temat.
- Tak, ale zawsze uważałam, by nie wpaść w tych samych godzinach co ty z babcią. – wyznała Minerwa.
- Dlaczego? Dlaczego babcia mi nigdy nie mówiła o tym? Dlaczego pani nie powiedziała mi wcześniej? – Neville wydawał się być autentycznie zmartwiony.
- Dla twojej babci to wszystko jest bardzo bolesne. Nie chciałyśmy mieszać ci w głowie. Zresztą… nauczanie… Sam-Wiesz-Kto… to nie było bezpieczne. I nadal nie jest. – stwierdziła Minerwa.
- Nie pozwolimy Snape'owi pani wyrzucić. Bez pani… kiedy Dumbledore został zamordowany, wiedziałem, że Hogwart nie będzie taki sam. Lecz to nadal jest Hogwart. Bo pani tu jest, pani profesor. – Neville mocno uścisnął jej dłoń.
- Ale Carrowowie krzywdzą moich uczniów, a ja nie mogę nic na to poradzić. – wyznała Minerwa, czując, że jej koścista dłoń drży w rękach Neville'a.
- Carrowowie odpowiedzą za wszystko. Te zadrapania, siniaki… są nieistotne, tak długo, jak uczniowie czują, że zamek nadal jest swego rodzaju domem. A będzie tak, dopóki tutaj będzie ktoś, kto o nich dba, na kogo zawsze można liczyć.
- Twoi rodzice byliby z ciebie tacy dumni. – Minerwa westchnęła.
Neville uśmiechnął się ponuro. Z czułością pogładził album ze zdjęciami.
- Powinienem już wracać do wieży Gryffindoru.- mruknął chłopak, nieśmiało zerkając na nią.
- Możesz tu zostać tak długo jak zechcesz. – zaoferowała Minerwa.
- Dziękuję. Ale Gwardia pewnie się o mnie martwi. Wystarczy im uczucia bezsilności na jeden dzień. – stwierdził.
- Kiedy macie następne spotkanie? – wypaliła Minerwa, zanim przemyślała swoje słowa.
- W piątek o osiemnastej, pani profesor. Chciałaby pani przyjść nam pomóc? – Neville spojrzał na nią z nadzieją.
- Nie wiem, czy to byłoby mądre. Zastanowię się nad tym. – obiecała Minerwa.
- Dziękuję, pani profesor. – Neville objął ją. Tym razem Minerwa także go uściskała.
Gdy wyszedł, starsza czarownica po raz pierwszy od wielu dni poczuła się nieco pokrzepiona. Uczniowie nadal w nią wierzyli. To oni byli powodem, dla którego wciąż funkcjonowała. Fakt, że doceniali jej wysiłki, by ich chronić, głęboko ją wzruszył.
Tej nocy Minerwa nie zadała sobie żadnej rany, choć obudziła się po dwóch godzinach pełnego koszmarów snu.
