Minerwa McGonagall z różdżką w ręce szła zamkowym korytarzem. Jej kroki były zupełnie bezszelestne – szaty też nie szeleściły, lecz jakby magicznie bardziej przywarły do jej drobnej sylwetki.

Zatrzymała się, słysząc głosy znienawidzonego rodzeństwa Carrowów. Szybko zmieniła się w kocią postać i ukryła za zbroją. Uważnie obserwowała dwójkę magów. Brak ruchu i upodobanie do sytego, szkolnego jedzenia sprawiło, że zarówno Amycus, jak i Alecto mieli znaczną nadwagę, a ich twarze pozbawione były wszelkiego głębszego wyrazu.

- Jestem pewna, że knują przeciwko nam. Snape może myśli, że jego dekrety ich przestraszyły, ale pewnie ćwiczą magię w swoim pokoju wspólnym. – mówiła gorączkowo Alecto.

- I co, chcesz tam wejść i sprawdzić? – zapytał jej brat z głupim uśmieszkiem.

- Nie znamy hasła, idioto. A jeśli zmusimy jakiegoś dzieciaka, żeby je podał, to będą ostrzeżeni. – warknęła Alecto.

- Idź do McGonagall, ona poda ci hasło. – Minerwa odruchowo cofnęła się w swojej kryjówce, słysząc swoje nazwisko.

- Zwariowałeś? Czarny Pan powiedział, że… - Alecto nie dokończyła, bo Amycus jej przerwał.

- Dobrze, wiem.

Dalszej części Minerwa nie usłyszała, bo rodzeństwo śmierciożerców skręciło na schody prowadzące do lochów. Ona sama jednak zastanawiała się, co Voldemort mówił o niej śmierciożercom i czy groźba Severusa dotycząca rzekomego immunitetu nie była jedynie chęcią uciszenia jej i ograniczenia jej wpływów w zamku. Jeśli Snape chciał zagwarantować sobie spokój, to nie zamierzała się nim przejmować.

Z większą pewnością siebie stanęła przed ścianą prowadzącą do Pokoju Życzeń.

Drzwi pojawiły się zaskakująco szybko. Obejrzawszy się dokładnie, czy nikt jej nie śledzi, Minerwa weszła do środka.

Ujrzała ogromne pomieszczenie, przypominające trochę pokład wielkiego statku. Z sufitu po prawej stronie zwisały hamaki, zaś na ścianach powieszono gobeliny z herbami czterech domów Hogwartu. Dostrzegła jeszcze biblioteczki pełne książek, wielkie mugolskie radio, kilka manekinów do ćwiczeń i parę mioteł. Obok pustego portretu na samym końcu ktoś umieścił ogromne zdjęcie przedstawiające Albusa.

Minerwa patrzyła głównie na nie. To nie było zwykłe zdjęcie, przedstawiające majestatycznego, siwowłosego dyrektora. To było zdjęcie, które zrobiono mu przed szpitalem św. Munga, pierwsze, jakie wykonano po pojedynku z Grindelwaldem. Albus, brudny, zmęczony i pozbawiony migotania w oczach, wyglądał groźnie – niewielu go takim widziało. W jednej ręce kurczowo trzymał różdżkę, która nawet nie drżała z każdym kolejnym fleszem. Drugą ręką mocno ściskał przesiąknięty krwią rękaw szaty. Minerwa zrozumiała, że to była jej krew.

- Profesor McGonagall!

Dopiero po chwili spojrzała na ustawionych w okręgu uczniów, patrzących na nią z mieszaniną respektu i zaciekawienia. Początkowo zdziwił ją fakt, że było ich tak wielu i że byli tutaj przedstawiciele wszystkich domów. Widząc Neville'a, Ginny i Lunę na czele tej grupy, poczuła zarówno przypływ dumy, jak i odwagi.

- Witam Gwardię Dumbledore'a! – wykrzyknęła, tylko na moment zerkając na zdjęcie Albusa.

Uczniowie zaczęli klaskać, a Neville zaprosił ją do środka okręgu. Minerwa zdobyła się nawet na mały uśmiech, ale potem uniosła jedną dłoń i zapadła cisza.

- Nie mamy za dużo czasu. Macie jakiś plan waszych spotkań, listę opanowanych obronnych zaklęć? – spytała.

- Tu mamy rozpisane wszystko, co przerobił z nami Harry. W tym roku głównie to ćwiczymy. Próbowaliśmy uczyć się z tej książki, której używał na lekcjach profesor Lupin, ale nie do końca nam to wychodziło. – wyjaśniła Ginny.

- Rozumiem, że głównie się pojedynkujecie? – Minerwa pytała, jednocześnie oceniając potencjał zebranej przed nią grupy. Ku swojemu zdumieniu dostrzegła uśmiechniętą Alexandrę, stojącą obok Stephena.

- Tak, ale staraliśmy się sprawiedliwie dobierać pary. – zdumiewająco rzeczowym tonem odpowiedziała Luna.

- Dobrze. Posłuchajcie uważnie. – Minerwa powiodła wzrokiem po wszystkich twarzach, zakładając na nos okulary. – Pojedynki są ważne. Lecz okoliczności, w których być może przyjdzie wam walczyć, będą wymagać od was czegoś więcej. Musicie umieć walczyć w otwartym polu, z wieloma przeciwnikami, którzy prawdopodobnie będą mieli przewagę liczebną. – mówiła swoim belferskim tonem.

- Zatem kto może powiedzieć mi, co stanowi słaby punkt każdego czarodzieja? – spytała, rozglądając się. Ku jej zdumieniu, Alexandra jako pierwsza podniosła dłoń.

- Panno Zenaidov?

- Ograniczenia jego ludzkiego ciała. Jego śmiertelność i niezdolność do odcięcia się od bólu. – odpowiedziała dziewczynka.

- Tak. Przykładem jest choćby fakt, że choć aurorzy znają zaklęcia poprawiające pracę ich zmysłów, nie są one jednak w stanie zastąpić odpowiednio wyrobionego refleksu. Ważne jest, by być ciągle czujnym i mieć zawsze różdżkę w pogotowiu. – Minerwa odruchowo przysunęła wolną dłoń do piersi – na samo wspomnienie czuła pieczenie w miejscu kilku ciemnych, okropnych blizn.

- Pracowała pani z Szalonookim, pani profesor? – odezwał się czyjś głos. Minerwa skupiła swój wzrok na odważnym – był to Colin Creevey.

- Tak, miałam tę przyjemność. Był znakomitym żołnierzem. – odpowiedziała Minerwa. Szybko przegnała wspomnienie niemieckiego placu i strachu, jaki czuła na widok odrąbanej nogi przyjaciela.

- Wyjątkowość Alastora polegała między innymi na tym, że instynktownie wiedział jaką formę przybierze walka: pojedynku, obrony dwójką, ataku rzędem czy… rzezi. Ocena sytuacji jest kluczowa. Wyobraźcie sobie, że jesteście otoczeni przez ogromny pierścień żołnierzy wroga, a kilka jardów dalej stoi wasz sprzymierzeniec, równie zdezorientowany. Co należałoby zrobić w takie sytuacji?

- Walczyć. – rzekł Zachariasz Smith.

- Nie. W momencie, w którym wystrzeliłbyś klątwę na pierwszego przeciwnika, drugi trafiłby cię od tyłu. – Minerwa rozejrzała się. Tym razem Luna podniosła rękę:

- Ta dwójka musiałaby jednocześnie dobiec do siebie i chronić nawzajem swoje plecy. – rzekła dziewczyna.

- Bardzo dobrze, panno Lovegood. To jest walczenie dwójkowe, pozwalające przeżyć w momencie otoczenia przez dużą liczbę wrogów. Jak myślicie, co ma kluczowe znaczenie w takiej walce?

- Walczący muszą mieć zbliżone umiejętności… albo nie, muszą się dobrze rozumieć. – odezwała się Hanna Abbott.

- Tak jest. Myślę, że najlepiej zrozumiecie tajniki takiej walki jeśli sami jej doświadczycie. Jest może jakaś dwójka ochotników? – spytała Minerwa, nieco nerwowa, że nikt się nie zgłosi.

Ku jej zdumieniu, Luna i Neville błyskawicznie podnieśli ręce.

- Świetnie. Panno Lovegood, panie Longbottom, zapraszam na środek. Możecie się naradzić, ustawić, cokolwiek uważacie za słuszne. Dajcie nam znać, kiedy będziecie gotowi. – Minerwa wycofała się ze środka do kręgu i zwróciła do pozostałych.

- To nie ma być polowanie. Będziecie używać tylko niezbyt silnych i niezbyt bolesnych zaklęć ofensywnych. Gdy jedno z nich zostanie trafione, macie natychmiast wstrzymać ogień, zrozumiano? – włożyła wiele surowości w swój ton. Uczniowie pokiwali głowami. Minęło dziesięć minut, gdy stojąca na środku para oznajmiła, że są gotowi.

- Impedimenta. – rzekła Minerwa, ale Luna spokojnie odbiła jej zaklęcie. Pierwszy czar nauczycielki ośmielił resztę. Po chwili słychać było jedynie inkantacje i świst różdżek.

Minerwa była pod wielkim wrażeniem Neville'a i Luny. Byli szybcy i silni, doskonale się bronili. Udało im się wytrzymać dziesięć minut nieustannego ognia. Niemniej jednak nie byli idealnie zgrani – Luna poruszała się szybciej, a Neville wolał odbijać zaklęcia niż się uchylać. Oczywiście Minerwa widziała, że ich wolne dłonie w odpowiednich momentach ciągną za szaty drugiego, co było dobrą strategią. Po dziesięciu minutach Minerwa dała znak kręgowi – uczniowie zaczęli się przesuwać, nie przestając atakować. Tutaj, by wytrwać trzeba było jeszcze większego skupienia i refleksu. Po trzynastu minutach dobrej walki Luna schyliła się, ale wnuk Augusty nie zdążył i zaklęcie zamrażające trafiło go w bark.

Błyskawicznie zaprzestano ataku.

- To było znakomite. Zaraz podpowiem wam, co możecie poprawić, a tymczasem niech reszta podzieli się na dwójki. – Minerwa przywołała do siebie gestem Gryfona i Krukonkę. Słuchali z uwagą, gdy tłumaczyła im ich błędy i jak ich unikać. Na koniec Luna zapytała:

- Jak długo może trwać taka obrona?

Inni skończyli debatować nad podziałem i też podnieśli głowy.

- W przypadku pary czarodziejów, którzy pierwszy raz widzą siebie na oczy i polegają jedynie na instynktach i adrenalinie, do piętnastu minut maksymalnie. Jeśli jednak partnerzy w walce dobrze się znają, czas ten zasadniczo się wydłuża. Najdłużej w ten sposób walczyłam około półtorej godziny. – wyjaśniła, przypominając sobie atak śmierciożerców na Hogwart podczas pierwszej wojny. Gdy wróciła z rezydencji, gdzie umieściła uczniów, właśnie w ten sposób walczyli… na przedzie, pod bramą zamku, odcięci od reszty obrońców.

- Półtorej godziny? Pod nieustannym ostrzałem? Kto pani pomagał? – spytał z niedowierzaniem Ernie Macmillan, a potem chyba się zorientował, że to nie jest odpowiednie pytanie. Minerwa rzuciła mu ostre spojrzenie, zaraz jednak jej wzrok powędrował do fotografii ponad ramieniem Ginewry.

- To był profesor Dumbledore, prawda? – odezwała się cicho Luna, podchodząc do Minerwy.

Starsza czarownica wiedziała, że te dzieciaki patrzą na nią z wyczekiwaniem. Jednak odpowiedziała szczerze:

- Tak, Luno. Przez trzy wojny broniliśmy swoich pleców.

Młoda Krukonka położyła dłoń na ramieniu nauczycielki. Minerwa spojrzała na nią z wdzięcznością. Zaraz jednak znów przybrała silną maskę.

- Nie znałam potężniejszego czarodzieja. No dobrze, to kto następny?

Minerwa doglądała obron kolejnych par, i choć musiała przyznać, że ich wiedza, mimo ciągłych zmian nauczycieli była dość duża, to żadna z par nie złamała bariery piętnastu minut. Widać było jednak, że nauka tego sposobu walki sprawia im dużą przyjemność. Podobało im się, że każdy miał szanse być po obu stronach. Przynajmniej do momentu…

- Została jeszcze trójka pierwszorocznych, madame. – zakomunikowała Ginewra. Minerwa powiodła oceniającym wzrokiem po Stephenie, Alexandrze i Magnusie z Hufflepuffu.

- Chłopcy, będziecie bronić się razem. – zdecydowała. Alexandra zmrużyła oczy z niezadowoleniem, ale się nie odezwała.

Naturalnie obrona pierwszorocznych trwała najkrócej – do tej pory nie zdążyli opanować zbyt wielu obronnych zaklęć, a ich tarcze nie były zbyt silne. Minerwa jednak nagrodziła ich lekkim uśmiechem.

- Dobrze. Dobraliście się dość dobrze i myślę, że pan Potter może być dumny, z tego co nauczył Gwardię. Zanim jednak się rozejdziemy, chciałabym pokazać wam, o ile więcej wysiłku wymaga obrona, gdy zostaną otoczone osoby, które nie znają się zbyt długo i znacznie się różnią pod względem magicznych umiejętności czy nawet postury. Panno Zenaidov? – Minerwa spojrzała zachęcająco na Alexandrę.

- Z kim mam się bronić, madame?- spytała dziewczynka, zerkając na przywódców Gwardii.

- Ze mną, panno Zenaidov. – odpowiedziała Minerwa. Kilkoro uczniów wypuściło ze świstem powietrze, a Alexandra otworzyła szeroko oczy.

- Jest pani pewna, pani profesor? Alexandra jest tu najmłodsza… nie chcielibyśmy zranić ani jej, ani pani… - rzekł niepewnie Neville.

- Myślę, że nie damy się nawzajem zranić, prawda Alexandro? – Minerwa mrugnęła do dziewczynki. Ta jedynie przełknęła ślinę.

- Kiedy powiemy, że jesteśmy gotowe, macie zacząć atakować, dokładnie tak jak wcześniej. Uprzedzam, że taryfę ulgową potraktuję jako obrazę. Zwróćcie uwagę na to, że znacznie różnimy się wzrostem – nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdzie wam bronić się wraz z pierwszorocznym lub wraz z półolbrzymem. – rzekła.

Następnie odwróciła się do Alexandry.

- Najpierw będą celować nisko, ze względu na twój wzrost. Potem zorientują się, że mogą łatwo trafić mnie w tył głowy z twojej strony. Dlatego możliwe, że będziemy musiały wykorzystać fakt, że obie jesteśmy w zasadzie drobne. No i pamiętaj, że w moim wieku mam nieco zwolniony refleks. – mówiła szybko, czując sporą ekscytację.

- Pani profesor… ja nie dam rady pani ochronić. Nie z różdżką. – oczy dziewczynki zalśniły.

- Właśnie o to chodzi. Oni nie mogą się dowiedzieć o twoich specjalnych zdolnościach. Potraktuj to tako egzamin z naszych lekcji. Jeśli stracisz różdżkę, niczym się nie przejmuj, ale nie używaj magii bez niej. – wyszeptała Minerwa.

- Pani profesor? – Alexandra nerwowo spuściła wzrok.

- Tak, Alexandro? – Minerwa uspokajająco położyła dłoń na ramieniu dziewczynki.

- Jestem zaszczycona, że będę mogła przez jeden krótki moment strzec pani pleców. – rzekła dziewczynka z rozbrajająca szczerością. Minerwa uśmiechnęła się, a wzruszenie ścisnęło ją za gardło.

- Pokażmy im. – rzekła nauczycielka i wyprostowała się. Alexandra stanęła za nią, plecami do niej. Minerwa doskonale wiedziała, że głowa dziewczynki sięga jej zaledwie do piersi.

- Gotowa? –odezwała się w głowie Gryfonki.

- Tak. – odpowiedziała, a Minerwa nie mogła nie zauważyć, że dziewczynka cieszy się z jej obecności w swoim umyśle.

- Zaczynajcie. –rozkazała Minerwa, wznosząc różdżkę.

Przez chwilę nikt się nie poruszył, ale potem mały Denis Creevey machnął różdżką, krzycząc:

- Rictusepmra!

Nadgarstek Minerwy poruszył się błyskawicznie, a jej zaklęcie odbiło czar chłopca i zmusiło go do cofnięcia się o kilka kroków. Lecz ten pierwszy ruch wystarczył. Uczniowie zaczęli szybko rzucać zaklęcia i uroki. Na początku Minerwa i Aleksandra odbijały je – zgodnie z oczekiwaniami, atakujący ze strony dziewczynki celowali nisko. Po chwili jednak Minerwa zobaczyła obraz lecącego wysoko zaklęcia – wygięła się w bok, a czar świsnął niebezpiecznie blisko jej ucha. To był początek szaleńczego tańca – Minerwa zrozumiała, że musi wspiąć się na wyżyny swojego refleksu. Jej uniki robiły się coraz bardziej brawurowe- w dół, w prawo, jednoczesny obrót, zamiana miejsc – Alexandra jak w lustrzanym odbiciu naśladowała jej ruchy, dobrze sobie radząc z nieustannym ostrzałem. Minęło dziesięć minut i Minerwa zobaczyła lecące prawie po ziemi zaklęcie. Pokazała obraz dziewczynce – podskoczyły ponad pędzącym płomieniem- Alexandra ugasiła go wodą z różdżki, a Minerwa wygięła rękę do tyłu i odbiła czar lecący na dziewczynkę. Członkowie Gwardii byli coraz bardziej podekscytowani, a ich ataki śmielsze. Minerwa postanowiła nieco podkręcić ryzyko – teraz jej zaklęcia nie były już tylko defensywne i wkrótce jeden z Puchonów został ogłuszony. Jego koledzy jednak nie zważali na to – atakowali, a kolorowe promienie czarów pędziły w stronę Minerwy z coraz większą częstotliwością.

Poruszały się zwinnie i szybko. Gdy Ginny i Neville zaatakowali jednocześnie, rozdzieliły się, a czary przemknęły między ich plecami. Obracały się ciągle, bo wciąż celowali w górę, w kark Minerwy. Kilka razy Minerwa zrobiła użytek ze swojej animagicznej formy. Alexandra, choć zdumiona, nie dała się wyprowadzić z równowagi i wciąż w skupieniu odbijała klątwy.

Przekroczyły granicę piętnastu minut. Alexandra jednak była wyczerpana- Minerwa wyczuwała pot spływający po dziewczynce. Ona sama była w pełnym ferworze bitewnym, radując się z pozbywania się brudnej magii.

Wtem Stephen zaatakował koleżankę- Alexandra odpowiedziała smugą ognia, przed którą chłopak się uchylił, ale która dosięgła zdjęcie Albusa wiszące na przeciwległej ścianie. Minerwa zastygła na moment – Alexandra odbiła czar lecący z boku, ale jednocześnie dziewczynka bez pomocy różdżki powstrzymała ogień, który strawił dolną połowę fotografii. Minerwa ocknęła się i znów walczyła.

Luna zdołała jednak trafić zaklęciem rozbrajającym w kostkę Alexandry. Różdżka wypadła jej z dłoni i potoczyła się parę metrów po ziemi. Minerwa widziała ile wysiłku dziecko wkłada w powstrzymanie odruchu przywołania różdżki. Nie chciała się zdradzić. Dziewczynka zamknęła oczy, widząc lecące w jej stronę zaklęcie oszałamiające. Minerwa wykręciła swój tułów o prawie sto osiemdziesiąt stopni i ryknęła:

- Protego!

Tarcza odbiła czar. Minerwa wolną ręką otoczyła pierwszoroczną, która przywarła do niej. Gwardia nie przestała atakować, wyczuwając intencje Minerwy.

Wciąż obejmując jedną ręką dziecko, Minerwa McGonagall walczyła prawie tak, jak wtedy, gdy miała dwadzieścia parę lat i powalała setki wrogich żołnierzy Grindelwalda. Jej różdżka obijała ataki ze wszystkich stron- czarownica poruszała się tak szybko, że uczniom przypominała rozmazaną czarną plamę, od czasu do czasu błyskającą jasnym światłem.

W pewnym momencie jednak Neville krzyknął:

- Stop! – i Gwardia zaprzestała ataku.

Minerwa uniosła brwi.

- Myślę, że nie ma potrzeby nas mocniej męczyć, pani profesor. Tym bardziej, że celowo pani ataki nie są zbyt silne. – rzekł chłopiec. Minerwa kiwnęła głową i rozejrzała się – uczniowie chowali różdżki – większość z nich wyglądała jak po intensywnym meczu quidditcha. Ona sama nie czuła obezwładniającego zmęczenia. Raczej radość z pozbycia się brudnej magii – która jak się okazywało, mogła służyć w dobrym celu.

Wtem podeszła do niej Luna – dopiero gdy wyciągnęła lewą dłoń z różdżką do Alexandry, Minerwa przypomniała sobie o dziewczynce.

- Wszystko w porządku, panno Zenaidov? – spytała, ignorując zaciekawionych uczniów, zapewne pełnych pytań.

- Spowolniony refleks, pani profesor ? – odpowiedziała dziewczynka z przekąsem. Minerwa o mało nie zachichotała- oczywiście widziała, jak mała była zmęczona –straciła dużo mocy na początku walki , a potem była zmuszona chować się pod ramieniem Minerwy i razem z nią pochylać się i przeskakiwać, obracać i robić uniki. Pot spływał po jej skroni, a na policzkach wykwitły rumieńce.

- To było absolutnie niesamowite, pani profesor. – stwierdził jeden ze Ślizgonów. Dołączył do niego chór pochwał. Przez następną godzinę wszyscy siedzieli na miękkich poduszkach, a Minerwa odpowiadała na ich pytania, zwracała ich uwagę na ważne rzeczy i podała im listę przydatnych zaklęć, przypominając, że powinni bardziej ćwiczyć zaklęcia niewerbalne. W końcu uznała, że powinna wracać do siebie.

- Ale przyjdzie pani jeszcze, pani profesor? To była wspaniała lekcja! – zawołał z entuzjazmem mały Stephen.

- Niczego nie obiecuję, ale ćwiczcie pilnie. – Minerwa mrugnęła do niego. Gdy wstała, dostała jeszcze owacje. Patrząc na te pełne nadziei, roześmiane buzie, zrozumiała, że warto jest cierpieć, choćby dla takiej jednej chwili.

Do drzwi odprowadziła ją Luna Lovegood. Minerwa zatrzymała się przed drzwiami, by ostatni raz rzucić okiem na bezpieczne schronienie Pokoju Życzeń. Zasępiła się nieco, gdy jej spojrzenie spoczęło na nadpalonym zdjęciu Albusa.

- Znajdziemy lepsze. To zawsze wydawało mi się… złowieszcze. – Luna jakby intuicyjnie wiedziała, co przykuło uwagę Minerwy.

- Byłby z was wszystkich bardzo dumny. – rzekła Minerwa, ale zaraz skrzywiła się, wiedząc, jak pusto zabrzmiały jej słowa.

- Z nas, pani profesor. – Luna uśmiechnęła się.

Starsza czarownica kiwnęła głową i wyszła. Poza Pokojem Życzeń poczuła gwałtowny spadek optymizmu – jeszcze nigdy dzieci czarodziejskiej społeczności nie były tak bardzo zaangażowane w toczącą się wojnę.

Zabawne, że stawką tej wojny była ich niewinność i szczęście. Tymczasem… Minerwa próbowała zrobić z nich żołnierzy. Powlokła się do wieży Gryffindoru, a cała jej radość zdążyła wyparować.

Jak bardzo zatarły się granice między tym co właściwe, a co niewłaściwe?

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Kap, kap, kap. Ciche kapanie wody, spływającej po zimnych i chropowatych skałach.

Ruch powietrza, uderzający ją w nozdrza odrażającą wonią śmierci i rozkładu.

Zielone światła.

Albus.

Wieża, rozjarzona błyskawicami. Krąg uczniów u jej stóp. Szepty, gorączkowe szepty. Łzy, tłumiony szloch.

Pustka. Ograbiona osobowość, roztrzaskane serce, splamiona dusza.

Była sama. Nie było już migotających oczu o kolorze nieba. Nie było nikogo, w czyich ramionach mogła czuć się naprawdę bezpiecznie. Miłość to za mało. Miłość to nic, w porównaniu z większym dobrem.

,,Albusie!

NIEEEEEE!

Zabierz mnie ze sobą. Proszę. Błagam.

Nie zostawiaj mnie!

ALBUSIE!"

Bum.

Minerwa otworzyła oczy. Baldachim nad nią kołysał się gwałtownie, jakby posadzka drżała. Lecz to nie było trzęsienie ziemi. To była jej namacalna rozpacz.

Przecież wiedziała, że tak będzie. Wigilia Bożego Narodzenia. Święta bez niego. Święta pozbawione radości, wypełnione jedynie strachem.

Nauczycielka przywołała bandaże . To już robiło się metodyczne. Zaklęcie przeciw zakażeniom, strumień wody by zmyć smugi krwi, bandaże. Dokładne pranie barwionej szkarłatem pościeli. Łazienka, strugi lodowatej wody. Zeszywanie porwanej koszuli nocnej. Dwie godziny pracy, oderwania umysłu od koszmaru snu.

Potem zazwyczaj czuwanie w salonie, aż do świtu. Dzisiaj jednak było inaczej.

Narzuciła na siebie czarną pelerynę. Jak lunatyczka wyszła na cichy korytarz. Szła powoli, bardziej sunąc niż idąc, jedną ręką wodząc po zimnych, kamiennych ścianach. Główne wrota same się przed nią otworzyły. Dopiero gdy jej stopy dotknęły zimnego śniegu, zorientowała się, że jest bosa, a także że jej srebrne włosy powiewają za nią jak chorągiew. Lecz to już jej nie obchodziło.

Szła przed siebie. Wydawało jej się, że słyszy lament feniksa, że prowadzi ją pełna boleści pieśń. Wyciągnęła przed siebie obandażowane ręce. Płatki śniegu wirowały w powietrzu.

Minerwa nie chciała już dłużej tak żyć, a raczej tak egzystować. Bez niego była jedynie skorupą, pustym naczyniem, rozbitym kryształem. Nie będą ronić po niej łez. Lepsze jest odejście, niż czekanie na okrutną i bolesną śmierć.

Mocno ściskała w dłoni różdżkę. Nie potrzebowała jej, w ostatecznym rozrachunku chodziło przecież tylko o nią i jej magię, ale znajomy kształt drewna w dłoni, znajome krzywizny szmaragdów pod opuszkami palców dodawały jej otuchy.

Jego kolor był dokładnie taki sam jak śnieg. Idealnie biały, zlewał się z otoczeniem, a jednak jakby lśnił własnym, srebrnym blaskiem. Grobowiec przyciągnął ją do siebie, opadła przy nim na kolana.

Wystarczyło jedynie rozstać się ze swoją magią. Oddać ją bez wątpienia, bez wahania, bez żalu. Wyruszyć naprzeciw wielkiej przygodzie.

Wierząc, że spotka go tam. Że będzie na nią czekał, z otwartymi ramionami. Z uśmiechem i tymi migotającymi oczami.

Hogwart jest najważniejszy.

Łza, spływająca po policzku. Przecież nie mogła tego zrobić. Nie mogła odejść, zostawić szkołę, uczniów.

Nie mogła porzucić swoich dzieci.

Podniosła się, gotowa by wracać, by znów narzucić sobie rygor murów, by znów zmusić się do przyjęcia maski surowej, ale niezniszczalnej profesor McGonagall. Ostatecznie to była jedyna twarz, z której mogła być dumna.

Ale wtem coś naparło z ogromną mocą na jej bariery. Zanim zdążyła zareagować i postawić nowe, usłyszała czyjeś głosy. Zbyt wyczerpana by je odepchnąć, słuchała:

,,-Bo czego ode mnie żądał? Narażaj życie, Harry! Jeszcze raz! I jeszcze raz! I nie oczekuj, że wszystko ci wyjaśnię, ufaj mi ślepo, ufaj, że wiem, co robię, ufaj mi, nawet jeśli ja tobie nie ufam! Nigdy mi nie powiedział całej prawdy! Nigdy!

- On cię kochał. Wiem, że cię kochał.

- Nie wiem, kogo on kochał, Hermiono, ale na pewno nie mnie. To nie jest miłość, to wszystko w czym i z czym mnie pozostawił. Bardziej się dzielił tym, co naprawdę myślał, z Gellertem Grindelwaldem niż ze mną."

- Harry! – wykrzyknęła Minerwa, a jej pełen bólu głos poniósł się po błoniach.

W głębi serca tak bardzo się tego obawiała. Zaczęła zauważać to już po pierwszym roku Harry'ego. Albus podejrzewał Quirrella, ale nie zrobił nic, by uchronić chłopca przed zmierzeniem się z Voldemortem. A potem… Komnata, kiedy wiedział o tym, że to Voldemort jest dziedzicem Slytherina, łatwość, z jaką polecił dwójce nastolatków uratować Syriusza, spokój, z jakim zgodził się, by Harry brał udział w Turnieju Trójmagicznym i ten straszny piąty rok, gdy niemal całkowicie ignorował chłopca. Nikt nie powinien być zdumiony, że Potter w końcu sam dostrzegł tę manipulacyjną stronę Albusa, z którą Minerwa walczyła przez tyle lat…

Szósty rok. Dziwne uczucie zazdrości, gdy Albus zaczął dzielić się z Harrym tajemnicami. Kryjące się głęboko w trzewiach przeświadczenie, że te prywatne spotkania, wyprawy… były elementem gry, wielkiej układanki. Teraz wreszcie miała odpowiedź, że tak było w istocie.

Nigdy nie powiedział mu całej prawdy. Nikomu nie powiedział. Jej także nie.

Minerwa owinęła się ciaśniej peleryną i ruszyła z powrotem do zamku. Sunąc po śniegu przez błonia i magicznie nie zostawiając za sobą śladów, wciąż myślała o Harrym. Nie miała wątpliwości, że usłyszana rozmowa była prawdziwa. Jak jednak mogła ją słyszeć? Jedynym wyjaśnieniem była jej więź z nim jako matki chrzestnej.

Wchodząc do zamku, wysoka czarownica w koszuli nocnej z zarzuconą niedbale czarną peleryną na ramiona i powiewającymi, przyprószonymi śniegiem włosami nie wiedziała, że jest obserwowana. Gdyby spojrzała w górę, zobaczyłaby ponurą sylwetkę dyrektora na jednym z balkonów.

Tymczasem Minerwa wróciła do swoich komnat i przebrała się w typowe, czarne szaty. Nakładając na nie ciepły płaszcz przywołała jednego z skrzatów domowych i poleciła przynieść świąteczne smakołyki z zamkowej kuchni. Na głowę nałożyła wysoki kapelusz i ozdobiła go kilkoma świerkowymi gałązkami. Zastanawiała się, ile czasu zajmie mu przejrzenie jej kamuflażu.

Zabrawszy koszyk z tradycyjnym, bożonarodzeniowym jedzeniem wyszła z swoich pokoi. W zamku podczas świąt zostało mniej więcej tyle osób co zawsze – bo choć część rodziców z ulgą zabierała swoje dzieci, to inna grupa zrozumiała, że spotkanie mogłoby być zbyt niebezpieczne. W przeciwnym kierunku właśnie szedł Neville Longbottom- lecz jego zwykle dobroduszna twarz była dzisiaj bardziej posępna. I choć szlaban w Zakazanym Lesie przetrwał bez szwanku, to Carrowowie już uznali go za przywódcę wszelkiego uczniowskiego oporu.

- Wesołych świąt, panie Longbottom. – rzekła Minerwa cicho, bez wesołości w głosie.

- Nawzajem, madame. – Neville skłonił głowę w niezgrabnym ukłonie, a Minerwa zdążyła rzucić okiem na książkę, która trzymał w rękach i zesztywniała.

Z fotografii na okładce uśmiechał się do niej smutno Albus. Natychmiast zrozumiała, że oto widzi bestsellerowe ,,Życie i kłamstwa Albusa Dumbledore'a." autorstwa Rity Skeeter.

Neville zrozumiał, co było powodem jej przystanięcia i schował książkę, a na jego twarzy pojawił się rumieniec.

- Skonfiskowałem ją pierwszorocznemu Puchonowi, pani profesor. Nie chciałem, by te kłamstwa się rozprzestrzeniały. – odpowiedział.

Minerwa poczuła, jak potężne ciepło rozlewa się po jej sercu.

- Nie uwierzyłeś w te bzdury, Longbottom? – zapytała z lekkim zainteresowaniem.

- Babcia powiedziała, że cokolwiek Skeeter by nie napisała, Dumbledore pokonał Grindelwalda, kończąc długą i krwawą wojnę i to jest wystarczający powód by go szanować. – odpowiedział chłopiec.

Minerwa nie znalazła na to odpowiedzi. Bo przecież … pokonali Grindelwalda razem.

- Spalę tą książkę w pokoju wspólnym. Do widzenia, profesor McGonagall. – Neville odszedł, nie doczekawszy się żadnej reakcji.

Minerwa podjęła swój marsz, uświadamiając sobie jedną, ważną rzecz.

Powodem wybuchu żalu Harry'ego musiała być właśnie ta książka. Tylko napisane przez Skeeter bzdury z tym małym ziarnem prawdy mogły poruszyć tego chłopca, który rozpaczliwie chciał wierzyć w Albusa tak, jak małe mugolskie dzieci wierzyły w św. Mikołaja. I to wspomnienie Grindelwalda na koniec… tak, Harry musiał znaleźć i przeczytać tę książkę.

Neville Longbottom miał Augustę, która z właściwą sobie mocą i przekonaniem potrafiła rozwiać jego wątpliwości. Harry nie miał nikogo, kto powiedziałby mu, że Albus przez całe życie był rozdarty między chęcią służenia ich społeczności a bezpieczeństwem drogich mu osób. Harry nie miał nikogo, kogo mógłby zapytać o to, jakim człowiekiem był Albus.

To była jej rola. A ona oczywiście i w tej roli zawiodła.

Hogsmeade było ciche i opustoszałe, mimo tego, że było Boże Narodzenie. Witryny sklepów, zazwyczaj oświetlone i ozdobione wesoło, teraz były szare i zakurzone. Gdzieś w oddali unosiła się mgła, zdradzając obecność dementorów, otaczających wioskę. Minerwa ścisnęła mocniej różdżkę, nie zamierzała jednak rezygnować ze swojego zamiaru.

Nie poddała się nawet, gdy drzwi gospody Pod Świńskim Łbem pozostawały zamknięte, mimo jej pukania. Po prostu wyciągnęła różdżkę i rzekła:

- Alohomora. – ku jej zdumieniu, nieco większa siła włożona w proste zaklęcie rozwiązała sprawę. Drzwi uchyliły się, a ona weszła do środka.

Gospoda była zupełnie pusta, a drobinki kurzu wirowały w powietrzu. Minerwa, nie opuszczając różdżki, ruszyła w górę po skrzypiących schodach prowadzących do prywatnych pokoi Aberfortha. Znalazłszy się pod drzwiami, zapukała. Nie było odpowiedzi, nacisnęła więc na klamkę.

Bywała już w tym salonie, ale niewinne spojrzenie Ariany Dumbledore zawsze sprawiało, że czuła się oceniana, odarta z masek. Teraz jedynie sztywno skinęła głową dziewczynce i podeszła do kanapy, na której z przymkniętymi oczami leżał Aberforth. Obok stało kilka pustych butelek po Ognistej Whiskey.

- To ty. – Aberforth otworzył oczy – niesamowicie błękitne- a na jego twarzy pojawił się grymas.

- Przyniosłam ci coś do jedzenia. – powiedziała i bezceremonialnie sprzątnęła butelki machnięciem różdżki.

- Ach tak, są święta i poczułaś się częścią rodziny? Nie potrzebuję twojej litości. – warknął czarodziej, podnosząc się i szukając różdżki, którą Minerwa obracała w palcach.

- Naprawdę uważasz, że chciałabym być częścią twojej rodziny? – wycedziła lodowato Minerwa, przywołując z dołu czyste naczynia i wykładając jedzenie przygotowane przez skrzaty.

- Zapomniałem, w końcu mowa o błękitnokrwistej lady McGonagall. – prychnął Aberforth.

- Dlaczego to robisz, Aberforth? – spytała już zupełnie poważnie, podając mu jego różdżkę i talerz ze świątecznym puddingiem.

- Bo nie rozumiem, dlaczego godziłaś się na to przez te wszystkie lata. Przecież wiedziałaś, że on jedynie manipuluje ludźmi. – odpowiedział barman, odbierając od niej różdżkę i talerz.

Nie spodziewała się takiej szczerej odpowiedzi. Co miała mu powiedzieć? Że kochała Albusa, ze wszystkimi jego wadami i słabościami? Że potrafiła zobaczyć w nim człowieka, udręczonego tak samo jak ona?

- Jedz. – mruknęła, wskazują podbródkiem talerz puddingu. Sama przystanęła przy jednym z kredensów. Jej uwagę zwróciło srebrne lusterko – sama nie wiedziała po co, ale podniosła je.

- Nie! – Aberforth zerwał się z krzesła, ale było za późno.

- Harry! – wykrzyknęła Minerwa. Widziała Harry'ego Pottera. Zmęczonego, wychudzonego i wyraźnie zmartwionego. Po chwili chłopiec zmrużył oczy i zbliżył się bardziej …

W tym samym momencie Aberforth wyrwał lusterko z jej dłoni i położył taflą do blatu.

- Co ty robisz? Tam był Harry, Harry Potter! – krzyknęła Minerwa.

- Cicho! Właśnie o to chodzi, nie możesz nawiązać z nim kontaktu, to zbyt niebezpieczne. – warknął brat Albusa.

- Ale… on potrzebuje…

- Oszalałej wiedźmy, która jest nie mniej pożądana przez Sama-Wiesz-Kogo niż on sam? Minerwo, nie możesz mu pomóc. Nie możesz się mieszać. Powinnaś się ukryć, uciec, przecież to wszystko jest już i tak przegraną sprawą. – Aberforth mocno potrząsnął jej ramionami.

- Obiecałam Lily, że będę go chronić! Obiecałam Albusowi, że będę chronić uczniów! Myślisz, że porzuciłabym ich, żeby ratować siebie? - wrzasnęła, czując wzbierający się w niej ból.

- Ty ani trochę się o siebie nie boisz, prawda? – Aberforth odsunął się od niej z niedowierzaniem.

- Boję się o innych. – odpowiedziała, zerkając na lusterko, ale ostatecznie odsuwając się od niego.

- No tak, ty przynajmniej nie udajesz szlachetności, tak jak on. – burknął czarodziej.

- Albus był szlachetny! – rzekła odruchowo. To sprawiło, że oczy, błękitne oczy Aberfortha, zapłonęły gniewem.

- No i gdzie jest teraz?! Martwy! Tak bardzo chcesz do niego dołączyć?! Proszę bardzo, droga wolna! Idź do diabła, wiedźmo! – ryknął Aberforth.

Minerwa miała już dość. Nie potrafiła patrzeć na tego człowieka, który tak bardzo przypominał jej Albusa. Okręciła się na pięcie i wyszła, szybko zbiegając po schodach. Była równie wściekła, co zraniona. Bo Aberforth miał rację – w głębi duszy pragnęła, by było już po wszystkim, by to cierpienie się zakończyło, by mogła odejść z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku. Bo pragnęła dołączyć do ukochanego Albusa.