Kilka dni później Minerwa weszła na jeszcze pusty peron stacji kolejowej w Hogsmeade. Otuliła się szczelnie czarnym płaszczem i poprawiła kapelusz czarownicy na swojej głowie. Potem zaś stała nieruchomo, zmrużonymi oczami wypatrując pociągu. Nie obracała się, choć wiedziała, że ciekawscy mieszkańcy Hogsmeade obserwują ją z okien swoich domów, umiejscowionych blisko stacji.
Chcieli wiedzieć, czy ktokolwiek wróci do Hogwartu. Chcieli wiedzieć, czy na biedne, zastraszone dzieci ktoś jeszcze w Hogwarcie czeka. I właśnie dlatego tu była. By pokazać wszystkim, że nie jest więźniem Snape'a, jak sugerowały kuluarowe plotki. By pokazać, że setki dementorów patrolujące Hogsmeade to za mało, by oderwać ją od ukochanych uczniów. By pokazać, że należy walczyć z beznadziejnością sytuacji.
Jej wrażliwe uszy wychwyciły daleki świst rozpędzonego pociągu. Gdyby to było możliwe, wyprostowałaby się bardziej, ale teraz jedynie uniosła wysoko głowę. Zalała ją lawina ciepłych wspomnień na widok znajomej, zwalniającej już lokomotywy – nie podróżowała pociągiem tak często jak inni uczniowie, mieszkając tak blisko szkoły, ale miała nigdy nie zapomnieć swojej pierwszej podróży, gdy poznała dwie najbliższe przyjaciółki.
Spokojnie czekała, aż skład zatrzyma się w obłokach pary. Nie okazała żadnych emocji, gdy najpierw wysiadła dwójka śmierciożerców. Carrowowie tylko na chwilę pozwolili, by zdziwienie z jej obecności pojawiło się na ich twarzach. Potem ją zignorowali i stali sztywno przy drzwiach pociągu, co chwila popędzając wybiegających uczniów.
Ku swojemu zdumieniu, Minerwa zobaczyła całą gromadkę najmłodszych czarodziejskich dzieci, które biegły w jej stronę.
- Profesor McGonagall! – Stephen wpadł na nią i bezceremonialnie ją objął, a za jego przykładem poszły inne dzieci. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Minerwa była otoczona wianuszkiem dzieci. Wzruszenie ścisnęło jej gardło.
- Hej, nie zamęczcie naszej ulubionej nauczycielki! – krzyknęła Ginny.
- Właśnie, powozy wam uciekną. – dodała Minerwa, mrugając do panny Weasley.
Zachęcająco popchnęła Stephena i gromadkę pierwszo i drugorocznych w stronę ścieżki prowadzącej do Hogwartu, gdzie już czekały powozy zaprzężone w testrale. Z zadowoleniem odnotowała, że Carrowowie już pojechali. Zapytała jeszcze kobietę, która jeździła z wózkiem ze słodyczami, czy ktoś został w pociągu. Odpowiedź była przecząca. Minerwa ruszyła ku ostatniemu z powozów. Zdumiała się na widok panny Weasley.
- W czym problem, Ginny? – spytała Minerwa, siadając naprzeciwko Gryfonki.
- Luna nie przyjechała. Podobno porwali ją z domu, gdy tylko wróciła. – rzekła rudowłosa dziewczyna.
Minerwa zaniemówiła na chwilę. Luna. Luna Lovegood, najbardziej rozmarzona i empatyczna uczennica, jaką Minerwa miała okazję uczyć. Luna, która intuicyjnie rozumiała każdego, która nigdy nie żałowała współczucia i dobroci –uprzejma i chętna do nauki. Luna, jedna z przywódców Gwardii Dumbledore'a.
- Ale dlaczego? – zapytała nauczycielka.
- Z powodu tego, co jej ojciec wypisywał w ,,Żonglerze". Jak pani myśli, dokąd ją zabrali i czy możemy jej jakoś pomóc, pani profesor? – spytała Ginewra.
Minerwa splotła razem dłonie. Powinna była ostrzec Ksenofiliusa, że jego otwarte popieranie Pottera może wystawiać na ryzyko jego córkę.
- Mogli ją zabrać do Azkabanu… albo do swojego dowództwa… nie wiem co gorsze. – mimo całej wiary, jaką nauczycielka pokładała w optymizm i zdolność do przezwyciężania trudności Luny, wiedziała, że zarówno dementorzy, jak i śmierciożercy są w stanie zniszczyć każdego.
- Trzeba ją uratować, madame! Może mogłaby pani jakoś wpłynąć na Zakon… - mówiła Ginny płaczliwym tonem.
- Zakon jest w rozkładzie. Nie jesteśmy dość silni i liczni by dobrze ochronić samych siebie, a co dopiero atakować śmierciożerców czy Azkaban! Przykro mi, ale nie możemy nic zrobić, Ginewro. – Minerwa odwróciła twarz – właśnie w oddali zamajaczył jej zarys białego grobowca.
Ginny nie odezwała się już oraz czym prędzej wysiadła z powozu i popędziła do zamku. Minerwa wiedziała, że w jakimś stopniu znów zawiodła swoich uczniów – Lunę, bo nie miała dość odwagi, by zażądać jej uwolnienia i Ginny, bo nie potrafiła jej powiedzieć, że… coś można było przecież zrobić.
Immunitet. Gdyby oddanie się w ich ręce za Lunę nie doprowadziło do jeszcze gorszej sytuacji, Minerwa by to zrobiła.
Lecz wciąż nie mogła zapomnieć drżącego głosu Kasandry Vatblasky, która kreśliła straszliwy obraz zniszczonego świata. Świata, w którym ona była służebnicą Toma.
Nie udała się na ucztę, zresztą już dawno przestało ją bawić udawanie, że cokolwiek zjada. Szła wprost do wieży Gryffindoru, gdy zobaczyła biegnącą ku niej Alexandrę. Wystarczyło jedno spojrzenie na jej zupełnie białą twarz, by Minerwa zatrzymała się w pół kroku.
- Profesor McGonagall! – dziewczynka nie zdołała wyhamować i kurczowo złapała się szat Minerwy by się nie przewrócić.
- Panno Zenaidov! – Minerwa rozejrzała się czujnie – Co się stało?
- On wie. Snape wie! Znalazł mnie przed chwilą w bibliotece. – wyszeptała gorączkowo dziewczynka, wciąż trzęsąc się ze strachu.
- Alexandro, uspokój się i powiedz mi, co ci powiedział. – Minerwa mocno złapała dziewczynkę za ramiona.
-,,Panno Zenaidov, powiedz jej, że gigantycznie nie podoba mi się to, czego cię uczy." – zacytowała dziewczynka i wybuchła płaczem.
Minerwa prawie bezmyślnie zamknęła ją w objęciach, gdyż jej umysł pracował już na najwyższych obrotach. Najpierw to dziwne ostrzeżenie z immunitetem. Teraz to. Te słowa zupełnie nie miały sensu. Jeśli Snape rzeczywiście odkrył moc Alexandry, to raczej porwałby ją, by Voldemort miał użytek z jej mocy. Dlaczego pozwolił jej odejść? Dlaczego ostrzegał Minerwę? Przed czym?
Gigantycznie.
Nie, to nie było możliwe. Chyba że…
- Alexandro, wracaj jak najszybciej do dormitorium! – Minerwa odsunęła się od dziewczynki.
- Co? Ale pani profesor, co pani chce zrobić? – mała spojrzała na nią ze zdumieniem.
- Uratować przyjaciela! – zawołała Minerwa i pobiegła w przeciwną stronę.
Wystrzeliła z zamku jak proca. Natychmiast zmieniła się w kocią formę – widziała już jakieś światła przy głównej bramie – musiała być szybsza, sprytniejsza. Pędziła ile sił w łapach, nie zważając na obolałe mięśnie, na wyczerpanie i ból w klatce piersiowej przy każdym oddechu.
Bezceremonialnie wpadła do jasno oświetlonej chatki. Już w ludzkiej postaci wydała z siebie cichy okrzyk. Chatka była pełna dzieci, a nad kominkiem wisiał wielki transparent: ,,Brygada Wsparcia Harry'ego Pottera." Na jej widok zapadła cisza. Ona jednak patrzyła jedynie na wielkiego przyjaciela, który, ubrany w kuchenny fartuszek, trzymał w dłoniach tacę z ciastkami.
- Hagridzie, idą po ciebie! Uciekajcie! – krzyknęła.
Dzieci zareagowały najszybciej. Rzuciły się do drzwi, o mały włos nie przewracając Minerwy. Hagrida zaś jakby zamurowało. Jedynie podskakujące ciastka na tacy trzymanej w jego drżących dłoniach świadczyły o emocjach, jakie nim targały.
- No na co czekasz?! Uciekaj, ukryj się! – Minerwa wyrwała mu tacę z rąk i popchnęła w kierunku tylnych drzwi. Hagrid spojrzał na nią jeszcze raz po czym pobiegł w mrok lasu. Minerwa została sama w pustej chatce, ze zbliżającymi się gniewnymi okrzykami śmierciożerców, którzy chyba zorientowali się, że ich ofiary właśnie uciekają.
Zmieniła się szybko w kocią postać i okręciła w poszukiwaniu kryjówki. Słyszała wściekłe krzyki Carrowów i jakichś innych śmierciożerców. Byli tak blisko… nie było czasu, wcisnęła się więc pomiędzy sporych rozmiarów fotel a narzędzia ogrodnicze. Ku jej zdumieniu, pies Hagrida, Kieł, podniósł się ze swojego legowiska i ułożył tuż przed nią, tak, że nie było jej widać.
Do chatki wpadł Amycus. Rozejrzał się z wyraźną złością. Nie wszedł jednak dalej, bo Kieł warknął na niego. Minerwa odetchnęła z ulgą. Nigdy nie spodziewała się, że zostanie uratowana przez psa.
Odczekała w względnie bezpiecznej kryjówce jeszcze pół godziny, a potem wymknęła się z chatki, notując w pamięci, by zadbać o Kła pod nieobecność Hagrida. Idąc na miękkich, kocich łapach w stronę zamku, Minerwa poczuła pierwsze fale złości – co Rubeus sobie myślał? Żeby organizować tak oczywistą prowokację? Przecież ryzykował nie tylko swoją pracą! Nie wierzyła, by biorący udział w tym nielegalnym spotkaniu uniknęli kary. Mogła jedynie się obawiać, jaką formę ta kara przybierze.
Wciąż nie wiedziała też, dlaczego Snape ją ostrzegał. Przecież nie zależało mu na Hagridzie. Pewnie skazałby półolbrzyma na śmierć bez mrugnięcia okiem. Tak jak zamordował…
Była już w ludzkiej postaci, więc uderzyła pięścią w kamienną ścianę, by ból na chwilę oderwał ją od złych myśli.
Pozostawała jeszcze kwestia Alexandry. Teraz, gdy Snape wiedział, że dziewczynka ma moc, mała była w wielkim niebezpieczeństwie. A jednak Minerwa wiedziała, że im lepiej Alexandra będzie umiała się bronić, im lepiej będzie znała swoje możliwości, tym większe ma szanse przeżycia, jeśli wpadnie w ręce śmierciożerców. Minerwa nie miała już złudzeń, że zdoła ochronić dziewczynkę, jeśli Voldemort zainteresuje się jej mocą.
W zaciszu swoich komnat Minerwa zrzuciła ciężki płaszcz z ramion. Kapelusz chyba zgubiła w sali wejściowej, biegnąc do Hagrida – miała nadzieję, że skrzaty go znajdą i przyślą. Przeszła z gabinetu do salonu i od razu zrozumiała, że coś jest nie tak.
Dopiero po kilku sekundach zobaczyła niepasujący element – na parapecie stała czarna jak noc wrona. Minerwa ostrożnie bezszelestnie zbliżyła się do okna. Zauważyła, że wrona ma lśniące, mocne skrzydła i małe, jakby obsydianowe oczka. Do jej nóżki była przywiązana mała kartka.
Wrona nie uciekła, gdy Minerwa otworzyła okno. Cierpliwie zaczekała, aż czarownica odwiąże karteczkę przypominającą więzienny gryps. Dopiero potem odleciała, wyraźnie nie oczekując odpowiedzi.
Księżyc świecił jasno, Minerwa nie musiała nawet zapalać różdżki, by przeczytać zapisane koślawym pismem słowa, z wyróżniającym się, starannym podpisem:
,,Powinnaś przeczytać Baśnie Barda Beedle'a.
Napisałem to tylko ze względu na Niego.
Nie myśl, że żałuję tego, co ci zrobiłem.
Umrę żałując jedynie, że cię nie zabiłem.
Gellert Grindelwald."
Minerwa nie potrafiła powstrzymać drżenia dłoni. Grindelwald. Nie widziała go od dekad. Ignorowała wszelkie o nim wzmianki. Wyrzucała go do szczelnie zamkniętej części umysłu. Zawsze jednak, gdy musiała o nim pomyśleć, skupiała się raczej na jego roli w życiu Albusa, a nie na jego wpływie na jej własne.
Bo bez względu na to, jak bardzo chciała o tym zapomnieć, nie mogła tego zanegować. Grindelwald porwał ją i uwięził. Torturował i dręczył. Złamał jej umysł, na zawsze zatruł jej magię. Ile razy pragnęła, by ją po prostu zabił? Miała dość cierpienia.
Nie była w stanie zapomnieć widoku lodowatych oczu potwora, który zawsze beznamiętnie błądził wzrokiem po jej sylwetce. Miała nigdy nie zapomnieć brzmienia jego głosu, gdy wypowiadał najgorsze z istniejących klątw. Wciąż pamiętała jego odrażający dotyk na swojej skórze. Nie wyrzuciła z pamięci uczucia beznadziei, którą czuła, gdy przyciskał jej do gardła swoją różdżkę.
I nigdy nie zapomniała tego, co czuła, gdy wbijała dłoń w jego gardło.
A teraz? Teraz tylko to się liczyło. Nie obchodziło jej, co czarnoksiężnik czuł po śmierci Albusa. Nie liczyło się to, że zapewne słusznie przeczuwał swoją prędką śmierć. Minerwa, którą jako mała dziewczynka chciała się stać, pewnie o tym by myślała. Ale Minerwa, zniszczona przez Grindelwalda, nie potrafiła współczuć. Nie w pełnym znaczeniu tego słowa. Dlaczego? Bo już dawno przestała wierzyć, że ktokolwiek może odczuwać ból większy od tego, który sama niosła na barkach tyle lat.
Jeszcze raz przeczytała słowa czarnoksiężnika, tym razem skupiając się na pierwszych linijkach. Zmarszczyła brwi. Gdy była bardzo mała i nie umiała sama czytać, matka czytała jej właśnie te baśnie – z tym że robiła to raczej z obowiązku, wierząc, że uśpi dziecko swoim monotonnym głosem. Babka i ojciec nie czytali – sami wymyślali dla Minerwy zaczarowane historie, ilustrowane ich magią. Odruchowo odwróciła się do regału z książkami – ale przypomniała sobie, że nie miała tu tych baśni – były w rezydencji. Wiedziała, że Albus miał egzemplarz…
Egzemplarz, który zapisał pannie Granger w swoim testamencie. Co jeśli te baśnie nie były jedynie bajkami? Co jeśli miały jakiś ukryty przekaz?
Czarownica nie traciła czasu. Wybiegła ze swojego salonu i popędziła w stronę biblioteki. Na moment zapomniała o porwaniu Luny, na moment zapomniała o ucieczce Hagrida. Nie zwróciła nawet uwagi na Irmę Prince, która obrzuciła ją sceptycznym spojrzeniem u wejścia do biblioteki.
Znalezienie egzemplarza baśni zajęło jej kwadrans. Opadła na swoje ulubione miejsce w bibliotece i zatonęła w lekturze cienkiej książeczki.
,,…I wtedy powitał Śmierć jak stara przyjaciółkę, poszedł z nią chętnie i ramię w ramię opuścili to życie."
Pod ostatnim zdaniem tej opowieści o trzech braciach wymalowano trójkąt równoboczny, w który wypisano okrąg i prostą linię.
Minerwa zamknęła oczy.
Wszystko pasowało. Insygnia Śmierci. Dwójka młodych magów, zafascynowanych magią i potęgą – wierzących w ziarno prawdy ukryte w tych starożytnych baśniach. Pierścień, którego szukał jeden z nich, noszący dokładnie taki sam znak, według słów królowej Marii. Peleryna, która znalazła się w rękach drugiego, która przedtem i potem tyle razy ratowała Pottera z kłopotów.
Różdżka. Niepokonana, najpotężniejsza. Różdżka, którą Grindelwald torturował ją bezlitośnie. Ta sama różdżka, która w rękach Albusa stała się narzędziem szerzenia dobra. Broń, której pragnął Voldemort, która dałaby mu przewagę nad różdżką z rdzeniem feniksa, którą posiadał Harry.
Nauczycielka nawet nie odłożyła książki na półkę. Wiedziała już, co Albus ukrywał przed nią przez te wszystkie lata. Insygnia nie przestały go kusić – pragnął ich tak bardzo, że nie przepuścił okazji, by zbadać pelerynę, gdy wpadła w jego ręce, że nie zważał na zagrożenie, gdy zobaczył Kamień Wskrzeszenia. I zamiast zniszczyć Czarną Różdżkę, on zatrzymał ją. Czy gdyby wiedział, ile bólu sprawiono jej tą różdżką, to czy byłby gotów ją przełamać, zatrzymać tą spiralę przemocy, której była źródłem?
Dlaczego nigdy nie wspomniał jej o Insygniach Śmierci?
Odpowiedź była prosta i logiczna – bał się. Bał się jej – co może zrobić z tą wiedzą. Bał się, że i ona zapragnie zapanować nad śmiercią. Nie ufał jej. Zupełnie.
Jak duch sunęła pustym zamkowym korytarzem, a jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Voldemort pożądał Czarnej Różdżki. To dlatego porwał Olivandera – by dowiedzieć się o niej więcej. To dlatego niedawno znaleziono martwego Gregorowicza. Dlatego Voldemort zapewne już powziął zamiar zamordowania Grindelwalda.
I przez Czarną Różdżkę Czarny Pan przybędzie go Hogwartu, by wyrwać ją z martwych dłoni Albusa Dumbledore.
Gdy zdała sobie z tego sprawę, przystanęła. Voldemort, tak blisko Hogwartu, tak blisko setek niewinnych dzieci, tak blisko niej.
Cóż mogła robić? Przecież nie mogła pobiec do białego grobowca i sama zabrać różdżkę. Tom znalazłby ją natychmiast. Nie, musiała pozwolić, by zabrał swoje trofeum i modlić się, by nie uznał za trofeum również Hogwartu.
Nie przestając rozmyślać o Insygniach, weszła do swojego salonu. Czarna Różdżka… czy da Voldemortowi moc zdolną zabić Harry'ego? W rękach Albusa… och, on był potężny, ale to była jego wewnętrzna moc. Minerwa nie wierzyła, by ona zasadniczo wzrosła po pokonaniu Grindelwalda. Na pewno wzrosła w oczach wszystkich innych, ale ona znała jego moc lepiej niż inni. Tak jak lepiej znała uczucie towarzyszące zetknięciu z jego umysłem. Tak jak lepiej znała jego dotyk – ten specjalny dotyk, na którego wspomnienie wciąż miała dreszcze.
Mechanicznie się wykąpała i wsunęła do wielkiego, niezapraszającego łóżka, po drodze jeszcze przygotowując czyste szaty – by mieć je pod ręką, na wszelki wypadek. Długo leżała, wpatrując się w tartanowy baldachim. Jedna rzecz nie dawała jej spokoju.
By zostać panem Czarnej Różdżki, należało pokonać jej poprzednika. Pokonać, zatem niekoniecznie zabić, co udowodnił Grindelwald, po prostu kradnąc różdżkę Gregorowiczowi. Czy Voldemort też to wiedział? Czy wiedział, że nie wystarczy wyjąć różdżki z grobu Albusa?
Nawet jeśli wiedział o tym, to pozbycie się Snape'a, czy Malfoy'a nie będzie dla niego problemem, co do tego nie miała wątpliwości.
Lecz Voldemort z pewnością nie wiedział jednego. Że Albus nie pokonał Grindelwalda sam. Że tak naprawdę moc Albusa się nie zwiększyła.
Czarna Różdżka straciła swoją moc w momencie, w którym osoba, która tyle przez nią wycierpiała, rozorała gardło jej ówczesnego właściciela. Minerwa nie była ekspertem w kwestii różdżkarstwa czy potężnych, magicznych artefaktów, ale wszystkie przesłanki wskazywały na to, że jej rozumowanie jest właściwe.
Nadal była nadzieja. Nadzieja dla nich wszystkich. W osobie jednego, kochanego chłopca. Ale czy on sam o tym wiedział? Czy wiedział, że Insygnia były mrzonką, bajką? Czyż to nie było okrutne ze strony Albusa, kuszenie go tymi baśniami, niewyjaśnianie niczego? Przecież Albus wiedział… że to wszystko, co ludzie przyjmowali za pewnik w upadku Grindelwalda było kłamstwem.
Wymyślonym przez nią. Oszustwem, które miało jej zapewnić spokój. Które do dziś dręczy ją strachem i poczuciem winy.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Wysoka czarownica siedziała sztywno w fotelu. Wspomnienia przelatywały przed jej oczami jak na karuzeli.
Minerwa przywołała z stojącego obok fotela koszyka włóczkę i parę drutów. Liczyła, że praca choć na chwilę oderwie ją od dziwnego zestawu wspomnień. Jej dłonie śmigały szybko, a metry tęczowej włóczki przesuwały się między palcami. Robiła te pledy od początku roku szkolnego – zamierzała je zanieść do Pokoju Życzeń, by służyły dzieciom, które się tam ukrywały przed Carrowami.
Zdążyła wykonać dwa. A potem poczuła jak zamek sięga ku niej swoją starożytną, potężną, świadomością.
Nadchodził. Na jej przedramionach pojawiła się gęsia skórka, gdy za pośrednictwem zamku wyczuła jak mija główną bramę.
Odrzuciła druty i porwała różdżkę. Nie marnując ani chwili, rzuciła się biegiem do drzwi, a potem pognała po schodach na górę, przeskakując po kilka stopni naraz. Na bezdechu wychrypiała hasło do Grubej Damy i jednym susem wskoczyła do pokoju wspólnego.
Była tak późna pora, że teraz znajdowały się tu tylko trzy osoby. Ginny i Neville, którzy chyba byli wcześniej pogrążeni w jakiejś rozmowie i mała Alexandra, która zamarła z różdżką nad idealnie transmutowanym w puchar kotem.
- Pani profesor?! Co się stało? Obudzić pozostałych? – zapytał głośno Neville.
- Sza, cicho! Nie budźcie ich. – Minerwa wyminęła trójkę uczniów i podeszła do okna.
Widziała Snape'a, lecącego samotnie w stronę zamku. Nie widziała dokładnie jego pana, ale wiedziała, że tam jest- przed grobowcem, napawając się tym jasnym dowodem śmierci swego arcywroga.
- Pani profesor? Co się dzieje? – Alexandra stanęła tuż obok, patrząc w ciemność.
- Ginewro, Neville, bądźcie gotowi obudzić resztę i ewakuować ich do Pokoju Życzeń, ale dopiero na mój znak. – zwróciła się do starszych uczniów, nie odrywając wzroku od białego grobowca.
Alexandra chwyciła ją za rękę.
- To on, prawda? Przyszedł po nas? – zapytała dziewczynka, przysuwając się bliżej.
- Przyszedł… ale nie po nas. – odpowiedziała Minerwa, w momencie gdy potężna błyskawica rozdarła niebo i trafiła w grobowiec, rozbijając płytę z białego marmuru. Ginny krzyknęła cicho, Neville się skrzywił, Alexandra mocniej przywarła do Minerwy.
- Czego on jeszcze chce? Czemu nie zostawi go w spokoju? – wyszeptał Longbottom, zaciskając pięści.
- Chce odebrać mu wszystko, co stanowiło o jego potędze. – odpowiedziała Minerwa, mrużąc oczy, by widzieć ciemną sylwetkę pochylającą się nad zdemolowanym grobem.
Prawie czuła jego triumf, gdy wzniósł ku niebu Czarną Różdżkę. Prawie była pewna, że odwrócił się w stronę zamku, by pokazać jej, że nadejdzie czas, gdy to ona będzie trofeum w jego dłoniach. Nawet z tak daleka widziała, z jaką… czułością? Nie, obsesją, gładzi różdżkę długimi palcami.
A potem okręcił się w miejscu i zniknął. Zniknął naprawdę – zamek natychmiast to potwierdził potężnym westchnieniem ulgi.
Minerwa otworzyła szeroko okno. Zimny podmuch uderzył ją w twarz. Wydawało jej się, że wyczuwa w nim subtelną nutę cytryny i czekolady. Spojrzała w dół, w przepaść. Wystarczył jeden krok, by uwolnić się od tego wszystkiego.
- Zimno mi. – cichutki głos Alexandry wyrwał ją z plątaniny bezsensownych myśli.
Nie chciała, by dziewczynka się przeziębiła. Dlatego nie marnując czasu, wzniosła różdżkę w rozgwieżdżone niebo oraz zaintonowała długie i skomplikowane zaklęcie. Zadziałało bez zarzutu – biały marmur po prostu zrósł się, jakby był żywym organizmem.
Nie była dość silna, by tam iść, by patrzeć na jego twarz, na jego martwe ciało, ostateczny dowód, że wielki Albus Dumbledore był człowiekiem. Definitywnie zamknęła okno.
- Nie powiecie nikomu, co tu widzieliście. – przykazała trójce uczniów. Pokiwali solennie głowami, choć w oczach każdego z nich widziała niepokój i zmartwienie.
- Powie nam pani, po co tu przyszedł? – Ginewra była prawdziwą dumą domu lwa – Minerwa dawno nie widziała tak otwartej odwagi – niewielu kwestionowałoby działania jej, Minerwy McGongall.
- Po różdżkę profesora Dumbledore. – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Ale dlaczego? Przecież to nie różdżka stanowi o mocy maga. – Ginny zmarszczyła brwi.
- O mocy maga stanowi jego zdolność do kochania. – odezwała się niespodziewanie Alexandra. Minerwa spojrzała na dziewczynkę z niedowierzaniem.
- Wypowiedział te słowa rok po ukończeniu przeze mnie Hogwartu. – powiedziała nauczycielka.
- Tak. W roku, w którym Voldemort opuszczał to miejsce. – dziewczynka nawet nie drgnęła, wypowiadając imię, którego obawiało się tak wielu dorosłych.
- Mylił się. – Minerwa zatrzasnęła z siłą okno. – Do łóżek! – warknęła i nie czekając na odpowiedź, wyszła z pokoju wspólnego.
Dyszała ciężko, kiedy dotarła do swojego gabinetu. Słowa Alexandry poruszyły ją bardziej niż pojawienie się Voldemorta. Kolejny raz zaczęła się zastanawiać, czy wiara w niewinność tego dziecka nie jest naiwnością z jej strony.
Albus musiał zadawać sobie to samo pytanie. Ale on był naiwny. I przez to zginął. Bo naiwnie zaufał, że Severus się zmienił.
