- Kto jeszcze oberwał zaklęciem oszałamiającym? – Minerwa szybko rozglądała się po Pokoju Życzeń, który teraz przypominał pobojowisko. Gdzieś spod gobelinu z borsukiem usłyszała wołanie , pobiegła więc tam, manewrując między zmęczonymi uczniami.
To było jej trzecie spotkanie z Gwardią Dumbledore'a i przez ostatnie dwie godziny ćwiczyła z nimi bitewne warunki chaosu. I mimo tego, że bycie w centrum tego wszystkiego kosztowało ją sporo mocy, to nie sądziła, by jej zasoby brudnej magii zostały choć naruszone. Z kolei jej nastrój się zasadniczo poprawił – nic nie działało bardziej ożywczo niż entuzjazm uczniów.
Nie bez znaczenia był fakt, że każde jej spotkanie z nimi miało jasny cel – Minerwa wierzyła, że dzięki tym ćwiczeniom choć część z nich zdoła się obronić. Nie miała wątpliwości, że prędzej czy później siły zła obiorą na cel Hogwart – a szczególnie te odważne, waleczne dzieci.
- Renervate. – rzekła, celując różdżką w klatkę piersiową pięciorocznego Krukona. Podała mu dłoń, gdy się ocknął i dźwignęła do pozycji siedzącej.
- Zaklęcia oszałamiające są najgorsze, pani profesor. – rzekł, mrugając intensywnie.
- Tak, coś o tym wiem. – rzekła, unosząc kąciki ust w gorzkim uśmiechu. Chłopiec zarumienił się, gdy przypomniał sobie. Ona machnęła ręką i przeszła do lekko rannego kolejnego ucznia.
Tak krążyła po Pokoju Życzeń, aż wreszcie wszyscy już byli przytomni. Siedmioroczni przywołali miękkie kanapy, które ustawili w dużym okręgu. Zmęczeni uczniowie opadali na nie z ulgą.
- Śmierciożercy nie będą mieli szans. – odezwał się Colin, kilkoro innych mu przyklasnęło.
- Będą używać Zaklęć Niewybaczalnych. – mruknęła Minerwa, zajmując miejsce obok Alexandry, która zaskakująco położyła swoją głowę na jej ramieniu.
- Jak to jest? – odezwał się Stephen. Minerwa uniosła pytająco brwi:
- Używać Zaklęcia Niewybaczalnego? Albo być pod jego wpływem? Jak z tym walczyć? – spytał zaskakująco odważnie pierwszoroczny. Choć część starszych uczniów posłała mu karcące spojrzenia, młodsi z wyczekiwaniem spojrzeli na Minerwę.
- Oddałabym wszystko, byście nigdy nie musieli się przekonać. – odpowiedziała.
- Ale… - Stephen nadal był ciekawy.
- To indywidualna sprawa, panie Willoway. Chciałbyś wiedzieć, co się czuje, gdy się kogoś pozbawia jego woli, gdy się go torturuje, gdy się mu odbiera życie? Naprawdę chcesz wiedzieć co się czuje, gdy ktoś odbiera ci kontrolę nad twoim ciałem, gdy ktoś sprawia ci niewyobrażalny ból? Bo jeśli interesuje cię jak to jest oberwać uśmiercającą klątwą, to sugeruję zapytać duchy albo pana Pottera. – zakończyła Minerwa, ściskając w dłoniach różdżkę.
Zapadła cisza. Stephen przerwał ją, ale teraz jego ton był cichy, pojednawczy.
- Przepraszam, pani profesor.
Minerwa nie odpowiedziała. Zapatrzyła się na pustą ścianę w miejscu, w którym kiedyś wisiało zdjęcie Albusa. Luna obiecała, że znajdzie inne, lepsze… ale teraz Luny nie było…
Ku swojemu zdumieniu, zobaczyła wysoką sylwetkę zbliżającą się na tle portretu Ariany. Wstała w momencie, w którym do Pokoju Życzeń wszedł Aberforth. W ręku trzymał różdżkę, którą lewitował talerze z kanapkami. Na widok Minerwy jednak znieruchomiał.
Patrzyli na siebie, jakby szukając w swoich oczach zapewnienia o zawieszeniu broni. Minerwa wiedziała, że on też rozpamiętuje ich ostatnie spotkanie, w święta Bożego Narodzenia, gdy nawrzeszczał na nią, że ma iść do diabła.
- Profesor McGonagall. – skinął jej sztywno głową.
- Aberforth. – rzekła, wiedząc, że nie wypowiedziałaby jego nazwiska bez drżenia, patrząc w te błękitne oczy.
Czarodziej zszedł po schodach, a uczniowie szybko przesunęli się, by mógł wejść do ich kręgu. Machnięciem różdżki puścił w obieg talerze z kanapkami, a potem zwrócił się do Minerwy:
- Też się tu ukrywasz? – spytał, podchodząc bliżej.
- Nie. Uczę ich walki. – odpowiedziała. Nie dodała, że póki co nie musi się ukrywać – on zapewne wiedział, że o tym pomyślała.
- Zatem nie chciałbym być na końcu różdżki któregokolwiek z nich. Kiedy wyjeżdżałaś z mojej gospody do Francji, nie przypuszczałem, że wrócisz jako najmłodszy i najbardziej skuteczny generał w historii. – odpowiedział Aberforth. Uczniowie podnieśli na niego zdumione spojrzenia.
Minerwa zbladła. Nie miała pojęcia, że Aberforth ją wtedy widział. A to, z jaką łatwością zdradzał jej tajemnice, zatrważająco przypominało jej Albusa rozpowiadającego o jej szkolnych wybrykach z Rolandą na zebraniu Zakonu Feniksa.
- Wróciłam jako wyzuty z energii szkielet. – warknęła, odwracając się w kierunku drzwi. Miała już dosyć. Każde spojrzenie na Aberfortha sprawiało jej ból. Każdą myślą porównywała go z…
- Zaczekaj. – Aberforth bezceremonialnie próbował chwycić ją za łokieć. Zarówno jednak jej bariery, jak i wyładowania elektryczne będące wyrazem jej zdenerwowania zadziałały i odskoczył, gdy rozległ się cichy trzask. Minerwa otworzyła szerzej oczy. I znów wspomnienie…
- Jego nie raziło, prawda? – spytał cicho Aberforth.
Pokręciła głową. Albus… jego dotyk zawsze był dla niej kojący, zawsze przywodził na myśl ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Iskry… leciały tylko tamtej nocy, choć raczej przypominały fajerwerki.
Och, nie powinna o tym myśleć. Nie mogła się załamać, nie przy nich wszystkich.
- Lupin czeka na ciebie w moim salonie. Ma dobre wieści. – rzucił Aberforth, wskazując głową otwarte przejście.
Nie czekała, aż ostatnie z jej murów runą. Zmieniła się w burą kotkę i szybko popędziła do otwartego przejścia. Nie oglądała się za siebie – wiedziała, że Aberforth da jej potrzebny dystans.
Gdy Minerwa znalazła się w salonie brata Albusa i przemieniła z powrotem w ludzką postać, ktoś nieoczekiwanie porwał ją w ramiona. Zesztywniała odruchowo, choć już wcześniej wyczuła subtelny wilczy zapach.
- Remusie!- wydusiła, ale Lupin nadal jej nie wypuszczał.
- To chłopiec! Tonks urodziła! Mam syna! Mam syna! – ryknął Lupin, wyraźnie uradowany.
- Gratulacje! Tak się cieszę, tak się cieszę, Remusie! Chłopiec! Cudownie! – Minerwa wyrzucała z siebie słowa.
Nie potrafiła określić swoich uczuć. Radość? Nostalgia? Ulga? Nadzieja?
Tonks urodziła, miała zdrowe dziecko. W ich społeczności pojawiła się kolejna czysta i piękna duszyczka. Remus, jej Huncwot, taki szczęśliwy, tak zakochany, tak pełen radości z bycia ojcem. Tonks, niezdarna, ale zawsze urocza Tonks, którą także uczyła, której aurorską karierę śledziła z takim zainteresowaniem… Teraz mieli dziecko. Mieli szansę być szczęśliwi.
- Jest taki cudowny! Taki jak ona! Też metamorfomag! – Remus wreszcie pozwolił jej złapać oddech.
- Tak bardzo się cieszę. – Minerwa czuła, że jej twarz drga z nadmiaru emocji.
- Och, pani profesor! Gdy to się skończy… pozna go pani… nauczy go pani transmutacji… tak jak nas… - Remus płakał- rzęsiste łzy szczęścia skapywały po jego poszarzałych policzkach.
- Tak. Tak. Jak czuje się Nimfadora? – Minerwa szybko zmieniła temat. Jakaś część jej nie wierzyła w słowa Remusa. Nigdy nie pozna tego dziecka… bo odda życie, by ono mogło dorastać w pokoju… takie miało być jej przeznaczenie.
- Wyśmienicie. Jest dużo silniejsza niż można by się spodziewać. Wy kobiety… nie wiem, z jakiej jesteście materii. Nawet Sama-Wiesz-Kto nie przetrwałby porodu… Andromeda mówi, że najlepiej jakby tylko wygląd miał po niej… niby ja nie jestem niezdarą, jak Tonks… kocham ich tak mocno! – wołał Remus, prawie tańcząc po pustym salonie.
Minerwa uniosła kąciki ust – Tom nie przetrwałby porodu, na pewno. A niezdarność… to było unikatowe… charakterystyczne jedynie dla Tonks.
- Jak mu dacie na imię? – spytała, rozmyślając o noworodku zmieniającym nagle kolor oczu.
- Ted Remus. – odpowiedział z dumą.
- Po ojcu Tonks i po tobie. Ładnie. Podoba mi się. – Minerwa ścisnęła ciepło rękę Remusa.
- Właśnie. Minerwo, jest coś, o co chciałbym cię poprosić. – tym razem ton Remusa był zupełnie poważny.
- Słucham zatem.
- Zostaniesz jego matką chrzestną?
Minerwa otworzyła szeroko oczy i usta. Z niedowierzaniem skanowała twarz Remusa w poszukiwaniu jakiejkolwiek oznaki, że jest to tylko żart czarodzieja. On jednak patrzył na nią z powagą i nadzieją.
- Ja… Skąd w ogóle ten pomysł? – spytała, opuszczając dłoń, którą odruchowo uniosła do piersi.
- Byłaś dla mnie jak matka. To ty walczyłaś o mnie w Hogwarcie. To ty spędzałaś ze mną długie godziny podczas pełni. To ty martwiłaś się o mnie po śmierci Potterów. Dopóki nie spotkałem Tonks, żadna kobieta nie zrobiła dla mnie tak wiele. A Tonks… ona uważa cię za ciotkę, która zastąpiła jej te dwie śmierciożerczynie. Chcielibyśmy, by nasz syn miał najlepszych rodziców chrzestnych, jakich może mieć. Dlatego pomyśleliśmy od razu o Harrym i o tobie. – wyjaśnił Remus.
Minerwa poczuła jak jej dłonie drżą, a wzruszenie zupełnie odbiera jej głos. Kochała ich. Tak bardzo, że aż bolało. Że zamartwiała się o nich każdego dnia. Że uważała ich za rodzinę… Ale być matką chrzestną małego Teda…
- Remusie, Ted będzie potrzebował matki chrzestnej, która go wesprze w trudnych chwilach, a nie dawno zmarłej wiedźmy, która rozpłynęła się w mrokach historii. – mruknęła, odsuwając się.
- Co ty mówisz? Przecież ty jesteś jeszcze zupełnie młoda… Dumbledore… - zaczął Remus, unosząc brwi ze zdumieniem.
- Był dekady starszy. Wiem. Lecz ta wojna… Remusie… - urwała. Nie umiała po prostu mu powiedzieć. Nie umiała powiedzieć mu prosto w twarz, że tu chodzi o poświęcenie, o ofiarę, o równowagę.
- Przetrwamy ją. Minerwo. Nie możesz wierzyć, że tego nie przeżyjemy. Czy ty nie widzisz jak wielu ludzi się załamuje, by potem podnieść się, widząc ciebie, zawsze silną, zawsze spokojną? Kiedy Potterowie zostali zamordowani… sam chciałem umrzeć. Ale ty byłaś. Zawsze w Hogwarcie, zawsze gdy cię potrzebowałem… - Remus otoczył ją ramieniem.
- Jesteś pewien tej decyzji? – spytała.
- Tak. I zanim to powiesz, jestem doskonale świadom, że zorganizowanie teraz ceremonii jest niemożliwe. Lecz kiedy już będzie po wszystkim… to tylko czar… chodzi głównie o twoją zgodę. – rzekł błagalnie wilkołak.
Minerwa zastanowiła się. Bez czaru, nie wiązała do siebie Teda, tak jak związany był z nią Harry. Jeśli umrze… Lupin wciąż będzie mógł wybrać dla malca kogoś lepszego, odpowiedniejszego. Czuła się okropnie, bo to było myślenie godne Albusa, ale cóż… tyle powinna zrobić dla małego Teda Lupina. I jednocześnie uszczęśliwiłaby jego ojca.
- Dobrze. Gdy ta wojna się skończy, zostanę jego matką chrzestną. Do tego dnia będę traktować go jak chrześniaka we wszystkim, oprócz magii. – rzekła solennie.
- Och, Minerwo! – Remus znów przytulił ją mocno.
Minerwa cieszyła się jedynie, że był zbyt zaaferowany, by zauważyć, jak chuda się zrobiła. Uważała, że była potwornym materiałem na matkę chrzestną.
Zresztą była koszmarnym materiałem na matkę w ogólności.
Z tą myślą odsunęła się od czarodzieja, którego kochała jak syna i rzekła:
- Powinieneś do niej wracać. Przekaż jej moje uściski.
- Oczywiście. – Remus posłał jej ostatni uśmiech i pobiegł do drzwi.
- Kocham was. – wyszeptała Minerwa, ale on już jej nie usłyszał.
Odwróciła się, by wrócić do zamku. Podskoczyła, gdy usłyszała czyjś miękki głos:
- Dobrze postąpiłaś, siostro.
Ariana Dumbledore wyciągnęła do niej dłoń, by poprowadzić ją z powrotem do Hogwartu.
Minerwa podążyła za nią niepewnie. W głowie wciąż dźwięczały jej własne okrutne słowa:,, Naprawdę uważasz, że chciałabym być częścią twojej rodziny?"
,,Siostro."
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Następnego dnia Minerwa jak zwykle zeszła na śniadanie prędzej, by nie spotkać czasem Carrowów. Usiadła po prawej stronie dyrektorskiego krzesła, też pustego. Zdążyła nałożyć sobie jedynie nieco płatków, gdy obok dosiadła się Poppy.
- Uważaj, jak zobaczą, że zmieniłaś miejsce, zaczną podejrzewać, że spiskujemy. – mruknęła Minerwa do koleżanki, nie spuszczając wzroku z drzwi.
- Nie zobaczą. Wczoraj wieczorem ukradli mi całą masę eliksirów przeciwbólowych. Sama-Wiesz-Kto musiał wpaść w szał. – wyszeptała konspiracyjnie pielęgniarka.
- Doprawdy? – Minerwa zmarszczyła czoło. W czym znów zawiedli śmierciożercy? Kto zdołał doprowadzić Toma do furii? Czy może Potter nadepnął mu na odcisk?
Od kiedy wśród nauczycieli rozeszła się plotka, że demoniczne rodzeństwo nie pojawi się tego ranka, śniadanie przebiegało w dużo swobodniejszej atmosferze. Minerwa nawet włączyła się w dyskusję na temat eliksirów przeciwbólowych oraz zjadła nieco więcej niż zazwyczaj. Także uczniowie wydawali się szczęśliwsi bez Carrowów.
Po śniadaniu Minerwa udała się na lekcje. Pierwsze dwie miała z pierwszorocznymi Gryfonami i Ślizgonami. Już przyzwyczaiła się do naprawdę małej grupki, poza tym uwielbiała uczyć Stephena i Alexandrę – szczególnie ją – każde jej poprawne zaklęcie dowodziło, że magię można opanować, poskromić. I Minerwa była dumna ze swojej roli w tym.
Pierwsza lekcja minęła szybko i bez większych komplikacji. Uczenie tak małej grupki miało swoje zalety – mogła do każdego podchodzić bardziej indywidualnie, szybciej też opanowywali materiał. Klasa była cichsza, a prace domowe lepszej jakości. I tylko czasem Minerwa tęskniła za gwarem niecierpliwych głosów lub żartami Weasley'ów.
Krążyła między ławkami, gdy nagle poczuła coś dziwnego. Najpierw wydawało jej się, że oto znów szkoła chce ją o czymś powiadomić i instynktownie zacisnęła palce na różdżce.
Lecz to było coś innego. Coś, czego nie czuła od bardzo dawna.
Nie były to obrazy. Raczej czyste, żywe emocje. Radość. Ulga. I Minerwa przysięgłaby, że gdyby wolność była uczuciem, to odczuwałoby się ją właśnie tak, jak ona odbierała to teraz.
Jeśli to co odczuwała, było myślami, to wydawały się one dziwnie znajome. Dlaczego mogła widzieć jedynie złotą poświatę?
Złoto. Wolność. Brak obrazów.
Minerwa oparła się ciężko o jedną z ławek, uświadamiając sobie, że oto słyszy myśli smoka. Smoka, który przez tyle lat był więziony przez gobliny w podziemiach Banku Gringotta.
Był ślepy, nie mogła więc odbierać od niego obrazów, ale wyczuwała dość, by zrozumieć, że oto wyrwał się z trzymających go łańcuchów. A jeśli tak, to były dwie możliwości. Albo gobliny zbuntowały się przeciw reżimowi Voldemorta, co było mało prawdopodobne, ze względu na ich pokrętną naturę, albo ktoś całkowicie szalony włamał się do doskonale chronionego banku i oswobodził smoka.
Znała tylko jedną osobę, która w tak spektakularny sposób umiała wyplątywać się z tarapatów.
Lecz czego Harry Potter szukał w Banku Gringotta? Chyba nie Kamienia Wskrzeszenia…
- Pani profesor? Wszystko w porządku? – zaniepokojony głos Stephena sprowadził ją na ziemię.
- Oczywiście. Ćwiczcie dalej. – poleciła, wracając do swojego biurka.
Nie powinna zamartwiać się Harrym i biednym smokiem. Było logiczne, że gniew Voldemorta zwróci się przeciwko goblinom, a potem ku odpowiedzialnym za przetrzymywanie smoka w podziemiach zamku. Było prawdopodobne, że ktoś przypomni sobie o niej, o jej związkach ze smokami. Nie mogła dopuścić do siebie żadnych podejrzeń. Musiała nauczać, jak gdyby zupełnie nie wyczuła radości uwolnionego smoka.
A jeśli ktoś na nią wskaże, będzie miała tę grupkę na poświadczenie swojej niewinności i tysiące pism, które słała przez lata do dyrekcji banku, żądając uwolnienia owego smoka.
Musiała wierzyć, że Harry'emu udało się uciec i że jest bezpieczny. Kurczowo trzymała się tej myśli, jednocześnie recytując długą listę zadań w ramach pracy domowej.
Kilka godzin później, po skończonych lekcjach, Minerwa bez słowa patrzyła na szereg oficjalnych pism z ministerstwa.
,,Działalność Instytutów zostaje zawieszona."
,,Smoki będą służyć czarodziejom w najlepszy sposób w jaki mogą."
,,Smokolodzy mają dwa dni na podjęcie decyzji."
,,Pozbawiona honorowego przywództwa."
Minerwa nawet nie kłopotała się z odpowiedzią. Zamiast tego szybko nakreśliła kilka słów do szefów wszystkich brytyjskich Instytutów. Nie cierpiała odwoływać się do starych zależności, ale tym razem chodziło o coś istotniejszego niż niechęć do systemu klasowego. Chodziło o najszlachetniejszą, starożytną rasę magicznych stworzeń.
Ona, ostatnia Smocza Wojowniczka, nie zamierzała dopuścić do rzezi smoków. Nie po tym, co oglądała podczas wojny z Grindelwaldem.
Rozbite jaja. Wydarte łuski. Wyłupane oczy. Ułamane kolce. Postrzępione skrzydła. Wyszarpane serca.
Wysławszy sowy, wspięła się na Wieżę Północną. Wznosząc dłonie ku niebu, wypuściła w powietrze potężny myślowy rozkaz.
Tego popołudnia, setki smoków wyrwały się z Instytutów, nie czyniąc jednak żadnych szkód, bo też nikt nie był na tyle niemądry, by je zatrzymywać. Nikt nie wiedział, dokąd się udały. Nieliczni domyślali się, co mogło spowodować to dziwne zjawisko, bo wciąż pamiętali podobne zdarzenie sprzed wielu, wielu lat.
Lecz nikt nie wiedział dokąd dokładnie udały się smoki. Tak samo jak nikt nie wiedział, że bezpieczne w swojej kryjówce, będą jedynie czekać na znak Smoczej Wojowniczki.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Zapadał zmrok. Minerwa z determinacją patrolowała korytarze. Bliskość smoków, ich beztroskie myśli, ich radość z bycia przy niej dodawały jej sił. Maszerowała niestrudzenie, zastanawiając się, czy w ciągu swojego życia zdołała poznać chociaż połowę tajemnic Hogwartu.
Zupełnie już srebrne włosy były wystarczającym dowodem na to, że jej życie było długie. Tak samo jak zmarszczki, jak zniszczone dłonie. Blizny, ukryte pod czarnymi, wciąż żałobnymi szatami, były świadectwem…
Czego? Odwagi? Cierpienia? Wytrwałości?
Wyjrzała przez okno- z tego miejsca widziała doskonale imponujący zarys Wieży Astronomicznej. I znów jej myśli poszybowały ku niemu. Czy od początku wiadomo było, że będą dla siebie jedynie źródłem bólu i żalu? Czy może gdzieś kiedyś mieli szansę… jak to się mówi… żyć długo i szczęśliwie? Które z nich ją zaprzepaściło?
W głębi duszy winiła za to siebie. To ona wymazała mu wspomnienia. To ona nie uratowała dziecka, które stworzyli.
Oparła się o ramę okna, oddychając ciężko. Przez jeden krótki moment chciała wykrzyczeć na całe gardło swoje sekrety, podzielić się tajemnicami z całym światem. Ale nawet gdy otworzyła usta, nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nie, pewne sekrety będzie musiała zabrać ze sobą do grobu.
Zupełnie tak jak on.
Drgnęła, gdy na korytarzach rozbrzmiał magicznie wzmocniony głos Severusa:
- Wszyscy uczniowie i nauczyciele są bezzwłocznie proszeni do Wielkiej Sali.
W piersi zakuło ją z niepokoju. Co się wydarzyło? Czy to już był czas? Czy w Wielkiej Sali na nią i dzieci czeka bezlitosna walka, której nie dane będzie jej przetrwać? Nie, zamek nie poinformował jej o niczym. To mogło być po prostu kolejne głupie zarządzenie, ograniczające ich wolność.
Szła spokojnym krokiem. Za sobą słyszała równy, marszowy krok Krukonów, którzy wyszli ze swojego pokoju wspólnego w idealnym porządku. Przed nią pojawiła się podobnie zdyscyplinowana grupa Gryfonów. Minerwa nawet nie kiwnęła im głową – lepiej było nie zdradzać się z niczym, choć ona natychmiast wychwyciła zaciśnięte piąstki idącej na końcu Alexandry. Tuż przed Wielką Salą zobaczyła jeszcze Rolandę. Przyjaciółka również miała kamienną twarz, ale w jej żółtoszarych oczach Minerwa wyczytała niepokój i niepewność. Rolanda także nie znała celu tego wezwania.
Minerwa wzięła głęboki oddech wkraczając do Wielkiej Sali. Brak stołów oczywiście zaniepokoił ją w ogromnym stopniu. Uczniowie nie wiedzieli co czynić, ustawili się więc w cztery grupy. Ona bez słowa zajęła miejsce przy ścianie, obok swoich lwiątek.
Zarówno Snape, jak i Carrowowie stali na podwyższeniu, na którym zazwyczaj ustawiony był stół prezydialny. Upiorne rodzeństwo śmierciożerców wydawało się być zniecierpliwione i podekscytowane, co zdecydowanie nie wróżyło dobrze. Minerwa absolutnie nienawidziła tego szaleńczego uśmieszku na ich brzydkich twarzach.
Snape jak zwykle zdawał się być nieporuszony, a jego czarne oczy lustrowały ustawiających się uczniów. Minerwa jednak znała go zbyt długo, by przeoczyć opuszczone w rezygnacji ramiona i zmęczenie na jego przedwcześnie postarzałej twarzy. Wiedziała również, że jego wszystkie mięśnie są napięte – zarówno z powodu ogromnej ilości wrogich mu uczniów, ale także w powodu nieprzewidywalnych Carrowów za plecami. Minerwa większą część swojego życia spędziła na obserwacji przywódców – umiała rozpoznać gdy czuli się oni niepewnie, gdy wątpili w swoje umiejętności i poparcie podległych im ludzi.
Drzwi Wielkiej Sali zamknęły się z hukiem i zapadła cisza. Snape obrzucił wszystkich powłóczystym spojrzeniem – jednak starannie omijając ją…, po czym przemówił:
- Osoby o wyczytanych nazwiskach są proszone o ustawienie się na środku.
Uczniowie odruchowo cofnęli się, robiąc miejsce na przedzie sali, podczas gdy Snape wyciągnął z kieszeni długi pergamin. Jego ton był zupełnie neutralny, gdy zaczął czytać.
Minerwa słuchała z uwagą, obserwując kolejnych uczniów wychodzących na środek. Najbardziej przerażał ją fakt, że po pierwsze, większość wywołanych stanowili Gryfoni – od Alexandry do Neville'a, a po drugie, prawie wszyscy wyczytani należeli do Gwardii Dumbledore'a. Poczuła się tylko trochę lepiej, widząc w tej grupie kilkoro Ślizgonów i kilkanaście osób z poza Gwardii.
Poppy i Filius patrzyli na nią, jakby oczekując niemego wyjaśnienia. Mogła jedynie niezauważalnie wzruszyć ramionami. Jednocześnie wytypowani uczniowie również rzucali spojrzenia w jej kierunku – dla nich zmusiła się do utrzymywania niewzruszonej fasady – jak gdyby to pozwalało im czerpać z jej sił.
Snape w końcu skończył. Minerwa zorientowała się, że na środku stało dokładnie pięćdziesięcioro uczniów – połowę stanowili Gryfoni, mniej więcej równa ilość Krukonów i Puchonów oraz kilkoro Ślizgonów. Dyrektor na moment obrócił się, by zerknąć na Carrowów, a potem rzekł:
- Jak mi doniesiono, wskazani uczniowie, z premedytacją i głupim uporem, kilkukrotnie odmówili wykonania polecenia profesorów Carrow. Z racji na ogromną skalę tego niepożądanego zjawiska, postanowiłem wymierzyć im publiczną karę, by nikt już nie pomyślał o niezastosowaniu się do polecenia jakiegokolwiek nauczyciela. – jego głos był lodowato zimny.
Minerwa zmarszczyła brwi. O czym na Merlina, on mówił?
- Jakiego polecenia?!- wykrzyknął Filius, występując naprzód. Minerwa nagle przypomniała sobie, że on też był hatstallem, że Tiara wahała się między Ravenclawem a Gryffindorem w jego przypadku.
- Te bezczelne bachory odmówiły ćwiczenia zaklęć zatwierdzonych przez dyrektora w programie nauczania! – odpowiedziała Alecto, z niechęcią patrząc na małego profesora zaklęć.
- Nie będziemy ćwiczyć Niewybaczalnych Klątw na innych uczniach! – ryknął Neville, wychodząc dzielnie naprzód. Grupka wywołanych uczniów stłoczyła się blisko siebie, zamykając najmłodszych w środku – tak jak Minerwa ich uczyła…
Ona sama czuła jak krew płynie w jej żyłach coraz szybciej. Oczywiście wiedziała, że śmierciożercy umieszczą Niewybaczalne Klątwy w programie, ale spodziewała się, że będą je ewentualnie demonstrować, a nie uczyć ich. Ćwiczenie tych klątw na innych dzieciach, na przyjaciołach, kolegach i koleżankach... Obserwowanie jak zwijają się z bólu… jak tracą własną wolę…
- Taka postawa nie będzie tolerowana. – rzekł Snape.
- Każde z was zapłaci za niesubordynację! – zawołała Alecto.
- Tak, każde dostanie Cruciatusem! – ryknął uszczęśliwiony Amycus.
Minerwa nie spuszczała oczu z twarzy Snape'a, który wolno pokiwał głową. Cofnął się, bez jakiegokolwiek żalu czy poczucia winy, lecz również bez triumfu. Carrowowie, dzierżący w dłoniach różdżki, podeszli bliżej.
Grupka pięćdziesięciu uczniów zbiła się razem, większość patrzyła na Neville'a, jak na naturalnego przywódcę. On z kolei spojrzał na Minerwę.
- Ustawcie się w rzędzie! No chyba że wolicie dostać więcej razy niż jeden, co? – warknęła Alecto, unosząc różdżkę.
,,Hogwart jest najważniejszy."
Wystarczyło kilka kroków, by Minerwa znalazła się na czele, osłaniając sobą grupkę uczniów i z determinacją patrząc Alecto prosto w oczy.
- McGonagall! – ryknął Amycus, Alecto była zbyt zdumiona.
- Nie pozwolę wam torturować moich uczniów. – rzekła Minerwa tonem twardym jak stal. Stała, wyprostowana i nawet nie drgnęła, gdy Alecto wybuchnęła śmiechem.
- I co? Chcesz znowu oberwać oszałamiaczem? Mogłabyś tego nie przeżyć, stara wiedźmo! A może sama chcesz doświadczyć Cruciatusa? – zawołała śmierciożerczyni.
- Wezmę na siebie całą karę tych pięćdziesięciorga uczniów, jeśli dacie mi słowo, że nic im nie zrobicie. – rzekła Minerwa w przypływie legendarnej, gryfońskiej odwagi.
Nie patrzyła na Alecto i Amycusa, którzy ryknęli z uciechy, ani na protestujących uczniów, usiłujących zbliżyć się, pomimo postawionej przez nią bariery, ani na przyjaciół profesorów, patrzących na nią z lękiem i smutkiem. Patrzyła tylko i wyłącznie na Snape'a.
- Pani profesor, to nie jest warte pani zdrowia!
- Nie przetrwa pani pięćdziesięciu klątw bólu!
- Niech pani tego nie robi!
- Potrzebujemy pani!
Uczniowie krzyczeli. Snape stał nieruchomo, a Carrowowie wyraźnie czekali na jego decyzję. Minerwa wiedziała, że Neville odbija się od tarczy, którą postawiła. Mogła sobie wyobrazić próbującą go powstrzymać Pomonę. Lecz jej szmaragdowe oczy były utkwione w człowieku, który zabił miłość jej życia.
- Snape! Chciałeś ukarać te szczeniaki, a tu zobacz jaka okazja się trafiła! McGonagall sama daje się wykończyć! Hahaha, przygotuj się na pomieszanie zmysłów, pani profesor! – zawołał uradowany Amycus.
Minerwa nie zamierzała pozwolić, by jej uczniowie cierpieli. Nie obchodziło jej, czy zginie, wołając Albusa w agonii. Nie obchodziło jej, co kryło się w głowie Snape'a, rzucającego jej długie, oceniające spojrzenie. Liczyło się tylko to, by uratować te niewinne dzieci.
- Zatem weźmiesz na siebie pięćdziesiąt Cruciatusów, profesor McGonagall? – zapytał wolno Snape, jakby dawał jej wybór, jakby jej decyzja nie była ostateczna.
- Tak, jeśli dasz mi słowo, że uczniom nie stanie się krzywda. – odpowiedziała.
- NIE! Snape, nie możesz tego zrobić! Ona cię uczyła, ona…! – krzyczał z tyłu Neville.
- Masz moje słowo. Odłóż różdżkę. – odezwał się cicho Severus.
Minerwa spuściła wzrok, by spojrzeć na wysadzaną szmaragdami różdżkę. Położyła ją powoli na ziemi, tuż obok swoich stóp – zarówno poza zasięgiem uczniów, jak i Carrowów.
A potem stanęła prosto i rozłożyła ręce. Nie zamykała oczu. Patrzyła wprost przed siebie.
Amycus z zimną satysfakcją wzniósł różdżkę i krzyknął:
- Crucio!
Czerwony promień trafił ją w ramię.
Minerwa poczuła ból, ale odruchowo zamknęła go za murami. Jej postawa pozostała niewzruszona. Gdzieś z tyłu słyszała płacz uczniów. Alecto zmarszczyła czoło, ale i ona machnęła różdżką.
- Crucio! – wrzasnęła. Trafiła w lewe udo Minerwy.
I znów, chwilowy ból, a potem całkowita blokada.
- Co jest? – mruknął Amycus, a potem wrzasnął:
- Crucio! Crucio!
Jego głos dziwnie jej nie pasował… nie był pewny, nie był zdecydowany. Grindelwald torturował ją inaczej – z prawdziwą rozkoszą… dlatego jego ataki trudniej jej było odpierać.
- Crucio! No krzycz, stara szmato! Crucio! Wrzeszcz! – Alecto machała zawzięcie różdżką.
Minerwa wciąż stała spokojnie, jakby wcale nie została trafiona sześcioma prawie najpotężniejszymi klątwami jakie stworzono. Jakby nie czuła bólu. On był, oczywiście że był. Ból był z nią zawsze. Teraz jednak jej ciało transmutowało go w brudną magię.
- Pani profesor! Nie, dajcie jej spokój! – krzyczała Ginny – Minerwa ledwie ją słyszała.
- Crucio!
- Minerwo! – zawołała Poppy – strach w jej głosie był ewidentny.
- Crucio!
Albus. Uśmiechający się do niej na pierwszej lekcji. Rzucający jej rozbawione spojrzenie z oddali, z prezydialnego stołu. Śmiejący się ponad szachownicą. Cieszący się z jej przemiany. Kibicujący jej podczas jednego z licznych meczów. Żegnający ją po uczcie pożegnalnej.
- Crucio!
Obracający ją w tańcu. Przyciągający ją do siebie w walce.
- Crucio!
Całujący ją namiętnie. Odtrącający ją bez przekonania.
- Crucio!
Albus. Trzymający ją mocno w swoich ramionach. Krzyczący jej imię w ekstazie.
- CRUCIO!
Westchnęła, gdy zaklęcie trafiło ją w szyję.
- Zapłacicie za to! Zabiję was, pożałujecie każdego z tych zaklęć! – krzyczał Neville. Taki lojalny. Taki dzielny.
- Crucio!
Już przestała liczyć.
- Czterdzieści! – wrzasnął Filius, gdzieś z oddali.
Otworzyła szerzej oczy. Przetrwała czterdzieści Cruciatusów pod rząd. Bez jęku. Jak to było możliwe?
- Snape! Ona oszukuje! Zrób coś! – zawołała Alecto, a na jej twarzy pojawił się paskudny rumieniec.
Minerwa wciąż na niego patrzyła. Prosto w oczy. Wyzywała go.
,,No dalej. Zrób to. Upokorz mnie. Zadaj mi więcej bólu. Czym jest kilka klątw w porównaniu z tym, co już zdążyłeś mi zrobić?"
Snape zrobił kilka kroków do przodu, wymijając Carrowów. Teraz dzieliły ich może dwa metry. Powoli wyciągnął różdżkę. Wycelował dokładnie w miejsce, w które trafiły ją oszałamiacze. Prosto w serce.
Patrzyli sobie w oczy.
Nieustraszona wojowniczka i zmęczony oprawca. Stara czarownica i zagubiony chłopiec. Arcymistrzyni i jej uczeń.
,,Nikt inny w tym zamku oprócz Dumbeldore'a nie zrobił dla mnie tyle co ty."
- Crucio!
Jęknęła. Jej cichy jęk poniósł się echem po Wielkiej Sali.
Tym razem ból był o wiele silniejszy. Zwalczenie go nie było proste, ale gdy jej się to udało, poczuła potężną dawkę nowej magii.
Jakim musiała być potworem, skoro karmiła się sprawianym jej bólem?
- Crucio! – ani na chwilę nie przestawali patrzeć na siebie.
Zawsze była wobec niego sprawiedliwa. Od pierwszego dnia.
- Crucio!
Nagradzała go punktami za dobre transmutacje. Czasem jedynie uśmiechała się do niego zachęcająco. Gdy miał wyjątkowo jakiś problem, pomagała mu.
- Crucio!
Nauczyła go wiele. Obserwowała jak dorasta, jak coraz bardziej oddala się od Lily. Jak jego nienawiść do Huncwotów zamienia się w obsesję. Widziała jak dziewczynka, którą kochała jak córkę, go odtrąca.
- Crucio!
To on wydał Potterów. On dołączył do Voldemorta. On podsłuchał przepowiednię.
- Crucio!
A potem wrócił. Oczyszczenie go z zarzutów kosztowało Albusa tyle nerwów. Przyjął go w Hogwarcie z otwartymi ramionami. A ona zaufała osądowi Albusa.
- Crucio!
Przez szesnaście lat nauczali razem. Spędzali godziny w pokoju nauczycielskim. Droczyli się na trybunach stadionu quidditcha. Przekazywali sobie Puchar Domów. Dbali o Hogwart, jak o najcenniejszy azyl. Zaprzyjaźnili się.
- Crucio!
A potem… on zabił Albusa. Z zimną krwią. Zamordował go. Odebrał jej to, co było dla niej tak cenne.
- Crucio!
Człowiek, którego mimo wszystko pokochała jak syna, teraz torturował ją, hardo patrząc jej w oczy. ,, Zawsze miałam cię za uprzejmego i dobrze wychowanego ucznia. Przykro mi, że aż tak się pomyliłam."
,,Przepraszam."
- CRUCIO! – wrzasnął Snape, wkładając w to zaklęcie ogromną ilość energii.
- Pięćdziesiąt! – wykrzyknęła Pomona.
Minerwa wciąż stała prosto, wciąż patrzyła w czarne oczy. Wiedziała, że właśnie dokonała niemożliwego. Wiedziała, że to jedno poświęcenie zmieniło wszystkie reguły gry.
Uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od śmierci Albusa uśmiech sięgnął jej oczu.
Ostatki władzy właśnie uciekały spod uścisku Severusa. Mógł zrobić tylko jedno, by nie wypaść z gry, którą nawet po śmierci sterował Dumbledore.
Snape wziął mocny zamach i z całej siły uderzył Minerwę w twarz.
Ona bez słowa osunęła się na ziemię, pośród wściekłego wrzasku zgromadzonego za plecami tłumu.
Odruchowo wzniosła rękę do czerwonego policzka, jednocześnie spoglądając na niego.
- Severusie… - wyszeptała błagalnie.
On spojrzał na nią z nienawiścią. Która, jak już wiedziała, nie była prawdziwa. A potem wyminął ją i wyszedł z Wielkiej Sali. Carrowowie niepewnie podążyli za nim.
ooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
Dwudziesty rozdział! A ja wciąż tu jestem! I będę! Obiecałam Wam, że nie zostawię tej historii bez zakończenia, a co jak co, ale swoje obietnice sobie cenię i staram się ich dotrzymywać. Także chociaż u mnie ostatnio brak weny idzie w parze z ogólnym brakiem optymizmu, wciąż mam nadzieję że jednak ktoś tam czeka na rozdziały kończące ten tom, bez względu na jego raczej depresyjny wydźwięk.
Słowem wyjaśnienia - wydarzenia z drugiej połowy tego rozdziału mają miejsce na kilka godzin przed Bitwą o Hogwart. Następny rozdział będzie poświęcony relacji Minerwy z Severusem. Zawsze irytowało mnie, że Minerwa nie wiedziała nic o roli Snape'a, ale kiedy przyszło co do czego, zdecydowałam, że ona domyśli się w ostatnim momencie - właśnie teraz, na kilka godzin przed ostateczną bitwą, która z kolei będzie ciągnąć się już do końca tej części.
Wasze komentarze to dla mnie niezmiennie promienie słońca rozjaśniające szarą rzeczywistość, zatem będę bardzo wdzięczna, jak podzielicie się swoimi przemyśleniami. Ciekawią mnie Wasze teorie dotyczące kształtu Bitwy o Hogwart, co sądzicie o Alexandrze (bo wprowadziłam jej postać dość spontanicznie i późno, ale mam do niej pewien sentyment), na ile opisane tu relacje Minerwy z postaciami z kanonu spełniają Wasze oczekiwania oraz czy jesteście gotowi na kolejny tom, w którym oczywiście zanim cokolwiek się wyjaśni, pojawi się cała masa nowych i starych problemów.
Dziękuję tym, którzy komentowali ostatnie rozdziały - jest mi niezmiernie miło, że znaleźliście czas i chęci, żeby dać znać, co o tym sądzicie.
Moje serdeczne pozdrowienia,
Emeraldina
