Minerwa jeszcze przez chwilę podtrzymywała barierę odgradzającą ją od zapłakanych, załamanych i zdenerwowanych uczniów oraz kolegów. Podniosła się z posadzki, jednocześnie zbierając swoją różdżkę. Gdy wyprostowała się, pozwoliła barierze opaść.

- Pani profesor!

- Minerwo!

Wszyscy otoczyli ją ciasnym okręgiem. Wszyscy zasypywali ją pytaniami, których nawet nie słuchała.

- Nic mi nie jest! – rzekła, podnosząc dłoń. Naturalnie ucichli wszyscy oprócz Rolandy.

- Min, właśnie wzięłaś na klatę pięćdziesiąt Cruciatusów. Powinnaś być już dawno martwa! – zawołała instruktorka quidditcha.

- Ale nie jestem. Ro, przecież wiesz, że jestem zbyt uparta, by dać się tak po prostu zabić. – odpowiedziała Minerwa, unosząc kąciki ust.

- Jak pani to zrobiła, pani profesor? Czy tego można się nauczyć? – spytał ją odważnie Colin.

Wszyscy spojrzeli na nią z wyczekiwaniem.

- Blokowania bólu nie można się nauczyć. Można się do tego jedynie przyzwyczaić. – powiedziała cicho. Uczniowie patrzyli na nią z szeroko otwartymi oczami, nauczyciele kręcili głowami ze smutkiem i niedowierzaniem.

- Wracajcie do dormitoriów. Nie ma sensu tu dłużej siedzieć. Gryfoni, za mną. – zarządziła i ruszyła do drzwi.

- Minerwo, nie możesz tak odejść bez żadnych badań. – zaprotestowała Poppy.

- Nie ma potrzeby, jestem całkowicie zdrowa. – rzekła Minerwa.

- Ale…

- Nie. Do zobaczenia jutro. – z tymi finalnymi słowami Minerwa pomaszerowała do wieży Gryffindoru.

Dokładnie liczyła lwiątka przechodzące przed dziurę za portretem Grubej Damy. Miała dziwne wrażenie, że uczniowie patrzą na nią z nowym podziwem, z zaciekawieniem i z pewną… miłością?

- Profesor McGonagall. – po chwili przed pokojem wspólnym zostali jedynie Ginny, Neville i Alexandra.

- Oszczędzajcie siły. – mruknęła Minerwa, nie wiedząc, co ostatecznie powiedzieć.

- To co pani zrobiła… było niewyobrażalnie odważne. – rzekł Neville, mocno ściskając ramię Minerwy.

- Nie bez powodu jestem opiekunką Gryffindoru, panie Longbottom. – odpowiedziała, a Neville uśmiechnął się i zniknął za portretem.

- Dobrze, że pani jest, pani profesor. – powiedziała cicho Ginny, obejmując lekko Minerwę.

- Tu jest moje miejsce. – Minerwa pogłaskała dziewczynę po rudych włosach.

Alexandra nie odezwała się. Po prostu patrzyła na Minerwę swoimi orzechowymi oczami.

- Gdybym się tak o ciebie nie martwiła, to byłabym dumna, że znalazłaś się w tej pięćdziesiątce. – oznajmiła w końcu Minerwa.

- Zabiłabym Carrowów, gdyby pani tego nie przetrwała, pani profesor. – odpowiedziała cicho dziewczynka, wbijając wzrok w swoje lekko lśniące dłonie.

- Zemsta nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. – odpowiedziała Minerwa.

- To dlatego pozwoliła pani Snape'owi na to przedstawienie? – spytała odważnie Alexandra.

- Może. Wracaj do dormitorium, Alexandro. – Minerwa popchnęła lekko dziewczynkę w kierunku portretu. Nie miała zamiaru obarczać małej swoimi wątpliwościami- i tak by nie zrozumiała. Zresztą już i tak pozwoliła jej odczytać za dużo. Im więcej ktokolwiek wiedział o Minerwie McGonagall, w tym większym był niebezpieczeństwie.

Zeszła po schodach i zatrzymała się przed drzwiami swojego gabinetu. Wiedziała, że powinna wejść do środka i pozwolić, by nowa, brudna magia w jej żyłach się trochę uspokoiła. Wiedziała, że jakkolwiek silna się wydawała, emocjonalnie to wszystko kosztowało ją bardzo wiele.

Lecz tu nie chodziło jedynie o nią.

Wejście na pierwszy stopień naprawdę wiele ją kosztowało. Straciła wszystkie siły, kolana jej miękły, a ramiona drżały. Jednak zmusiła swoje nogi do mozolnej wspinaczki.

Kolejny stopień. Oddech. Następny. Półpiętro. Minuta na uspokojenie szaleńczo bijącego serca.

Pięła się coraz wyżej i wyżej. Przez rozmieszczone nieregularnie okna widziała rozgwieżdżone niebo. Czuła chłód – klatka schodowa była zbyt rozległa, by kiedykolwiek było tu ciepło.

Jeszcze pół roku temu nie wierzyłaby, że kiedykolwiek zbierze się na odwagę, by postawić stopę na kamiennych stopniach tej wieży. Wieży, która od tamtego wieczoru na jej pierwszym roku nauki w Hogwarcie, wzbudzała w niej niepokój i dziwne uczucia. Wieży, która ostatecznie była miejscem, w którym umarł.

Mogła jedynie domyślać się, że niewiele życia jej pozostało. Mogła przypuszczać, że okrutny los szykuje dla niej jednak jeszcze kilka prób, łącznie z dzisiejszą wspinaczką na Wieżę Astronomiczną.

Natychmiast go zobaczyła, gdy wyszła na taras na samym szczycie. Siedział skulony tuż przy krawędzi. Był odwrócony do niej tyłem, nie widziała więc jego twarzy, jedynie ciemne włosy opadające na kark. Bez słowa, bezszelestnie podeszła do niego i usiadła obok.

Przez krótki moment obydwoje walczyli ze swoimi wątpliwościami, szukając porady w rozgwieżdżonym niebie. Po chwili jednak jednocześnie podjęli decyzję i spojrzeli na siebie.

Czarne oczy natychmiast zatrzymały się na jej czerwonym i opuchniętym policzku.

Severus Snape patrzył na dowód bólu, jaki jej zadał, a pierwsze łzy szybko popłynęły w dół jego twarzy.

- Nie powinnaś tu być. Zdradziłem ludzi, których traktowałaś jak swoje dzieci. Zamykałem oczy na krzywdę drogich ci uczniów. Zabiłem człowieka, którego kochałaś. Torturowałem cię, choć okazałaś mi więcej miłosierdzia, niż ktokolwiek. – głos Severusa drżał.

Minerwa słuchała go, niewzruszenie patrząc mu w oczy. Gdy jednak załamał się, a z jego piersi wydobył się głuchy szloch, po prostu otoczyła go ramionami. Pozwoliła by płakał w jej szatę, by mocno przyciskał twarz do jej serca, w które jeszcze godzinę wcześniej celował różdżką. Delikatnie kreśliła uspokajające okręgi na jego drżących plecach. Trwali tak dobry kwadrans, aż w końcu on odsunął się od niej.

- Harry. Robisz to wszystko dla Harry'ego. – rzekła, patrząc na jego bladą, zapłakaną twarz.

- Ma jej oczy. – mruknął i odwrócił się na chwilę. Minerwa ostrożnie podała mu chusteczkę w szkocką kratę.

- Nie jesteś zdziwiona. – dodał, otarłszy twarz.

- Nie. Wiedziałam, że bardzo ją kochałeś. – przyznała.

- Widziałaś. Zawsze miałaś na mnie oko. Zawsze byłaś sprawiedliwa. Zawsze byłaś tu. Zauważyłaś… co czułem do … - Severus urwał. Minerwa uścisnęła jego dłoń.

- Zawsze żałowałam, że nie trafiłeś do mojego domu. Powinieneś był. Wszystko co robisz, wymaga wielkiej odwagi. – powiedziała, nagle zdając sobie sprawę jak prawdziwe były jej słowa.

- Nie rozumiem, jak możesz tu być… pocieszać mnie… po tym wszystkim… - machnął ręką w kierunku blanek wieży, jednocześnie patrząc na czerwony ślad na jej policzku.

- Severusie. Zabiłeś Albusa, bo on nie dał ci wyboru, prawda? – spytała cicho.

- Umierał. Ta klątwa… jego ręka… wszystko zaplanował. – wyznał czarodziej, spuszczając wzrok na swoje dłonie.

Minerwa milczała. Teraz wszystko się zgadzało. Wszystko nabierało sensu. Zniszczone fiolki z myślami. Czekający na nią notatnik i zdjęcia. To pożegnanie. Albus wiedział, że nie zostało mu wiele czasu. Tak jak teraz czuła to ona.

Dlaczego jednak umierając, zabrał duszę Severusa ze sobą?

- Jestem potworem. Zabiłem człowieka, którego miałem za ojca… służę najgorszemu czarnoksiężnikowi na ziemi… - w oczach Severusa znów rozbłysły łzy.

- To Dumbledore był potworem, skoro zażądał tego od ciebie. – rzekła z mocą. Czarodziej spojrzał na nią z niedowierzaniem.

- Ale… kochałaś go… - potrząsnął głową, jakby nie wierzył w to, co przed chwilą usłyszał.

- I co? Co mi z tego przyszło? – spytała, zerkając na majaczący daleko w dole biały grobowiec.

- On też cię kochał. O tobie myślał… gdy … prosił, bym cię chronił. – rzekł Severus.

Minerwa przez moment patrzyła na niego, oniemiała. A potem ukryła twarz w dłoniach, choć łzy nie nadeszły.

To było takie proste. Tak zaskakująco prawdziwe teraz, gdy zostało głośno wypowiedziane. Teraz, gdy było już o dekady za późno.

- To nie ma już znaczenia. To wszystko już nie potrwa długo. – rzekła na głos.

- Co masz na myśli? Chyba nie chcesz… poświęcić się…? – Severus lekko ujął jej podbródek, by zmusić ją do spojrzenia mu w oczy.

- Czy po tym, co dziś zobaczyłeś, wierzysz, że jest inne wyjście? Severusie. Od dawna wiem jak to wszystko się skończy. Albus też wiedział. – wyznała Minerwa.

Snape milczał. Kilka łez skapnęło z jego nosa.

- Sam też to widzisz, prawda? – spytała cicho.

- Ja… nie mam nic do stracenia. Ale ciebie… Hogwart potrzebuje. – odpowiedział, ściskając jej dłoń.

- Nie. Mój czas się skończył. Jeśli umierając, naprawię te wszystkie błędy, które poczyniłam przez lata, jestem gotowa to uczynić. Tak będzie lepiej niż gdybym rozpaczliwie trzymała się życia, pozwalając, by Tom użył mojej mocy do zniszczenia wszystkiego, co jest mi drogie. – wyjaśniła.

- Twoja odporność na ból pewnie bardzo go zainteresuje. – Severus już nie protestował.

- Nie jestem odporna. Czułam każdą klątwę, Severusie. – odpowiedziała.

Czarodziej przez chwilę patrzył na nią z przerażeniem, a potem znów zaczął się trząść.

- Musiałeś to zrobić. Tak jak będziesz musiał ukryć przed nim tą konwersację. – rzekła, otaczając go ramieniem.

- Nie wiem, czy jestem w stanie to zrobić. Ty przejrzałaś mnie tak łatwo… - wyznał, kładąc głowę na jej ramieniu.

- Przez pół roku nie miałam pewności. Dopiero gdy mnie uderzyłeś… zobaczyłam tą nienawiść… ale nie do mnie, do samego siebie. Owszem, były wskazówki… zamek… - urwała.

- Nie przyjąłem posady dyrektora. Chciałem, byś ty zachowała łączność z zamkiem. – wyjaśnił. Pokiwała głową – przecież to podejrzewała już od dawna.

- Nikt inny nie przejrzał gry Albusa. Voldemort jest zbyt zajęty Harrym, a zresztą łatwo jest wierzyć w twoją zdradę. – rzekła szczerze.

- Musimy więc prowadzić tę grę do końca. – skwitował, patrząc z melancholią na biały grobowiec.

- Już niedługo, Severusie. – odpowiedziała, gorąco wierząc w swoje słowa.

- Przepraszam. – wyszeptał on.

- Nie musisz. To ja powinnam wcześniej rozwikłać plan Albusa.

- Zaraz znów będziemy wrogami. – przypomniał jej.

- Nie wierz w żadne moje słowo. – poprosiła.

- Dziękuję, że przyszłaś. Wiem, że to musiało cię sporo kosztować. – powiedział miękko, obserwując jak ona się podnosi. Obydwoje wiedzieli, że każda kolejna minuta stwarza jedynie jeszcze większe niebezpieczeństwo.

- Potrzebowałam tego bardziej niż ty, drogi chłopcze. – odparła, po czym rzuciła mu ostatni, smutny uśmiech.

Schodząc z Wieży Astronomicznej, Minerwa czuła, jakby ogromny ciężar spadł jej z serca. Może innym łatwo było wierzyć z zdradę Severusa, ale ona… znała ich wszystkich zbyt dobrze: Severusa, Voldemorta, Albusa.

W końcu była w centrum tej gry od zawsze.

Lecz Minerwa nie poszła do swoich wygodnych komnat. Postanowiła patrolować zamek. Zbyt wiele się wydarzyło, by mogła zignorować to dławiące uczucie w trzewiach, że koniec jest bliski.

Krążyła od dobrych dwóch godzin po różnych wieżach zamku, gdy pojawiło się coś jeszcze. Zamek chyba próbował jej przekazać, że ktoś istotny znalazł się na jego terenie. Nie był to wróg, mógł więc dostać się do szkoły jedynie przez gospodę Aberfortha. Przez moment Minerwa zastanawiała się, czy nie wrócić do Pokoju Życzeń, ale postanowiła nie schodzić z posterunku.

Była niedaleko wieży Ravenclawu, gdy usłyszała wrzaski Amycusa:

- Alecto! Jeśli on przyjdzie, a my nie będziemy mieli Pottera – chcesz żeby stało się z tobą to samo co z Malfoy'ami? Odpowiedz mi! – wyraźnie wściekły śmierciożerca z całej siły walił pięścią w drzwi prowadzące do pokoju wspólnego Krukonów. Minerwa postanowiła się wtrącić:

- Mogę zapytać, co pan wyprawia, profesorze Carrow? – nienawidziła dawać im tytułów, na które w jej mniemaniu nie zasługiwali, ale nie zamierzała złościć go bardziej nieuprzejmością.

- Próbuję przedostać się przez te cholerne drzwi! Idź po Flitwicka, niech mi je otworzy! – wrzasnął na nią śmierciożerca.

- Czy pańska siostra nie znajduje się w środku? Może niech ona otworzy drzwi od środka, a nie będzie trzeba budzić połowy zamku. – zasugerowała Minerwa spokojnym tonem.

- Ona nie odpowiada, stara wiedźmo! Ty je otwórz! Szybko! – rozkazał Carrow, patrząc na Minerwę ze złością.

- Naturalnie, jeśli sobie tego pan życzy. – odpowiedziała ozięble, unosząc wyżej głowę. Zastukała kołatką:

- Gdzie są przedmioty, które zniknęły? – zapytał śpiewny głos.

- W niebycie, czyli wszędzie. – odpowiedziała Minerwa.

- Ładnie powiedziane.

Drzwi się otworzyły. Amycus wtargnął do środka. Minerwa usłyszała uciekających do dormitorium uczniów. Śmierciożerca ryknął:

- Co zrobiły te szczeniaki?! Będę ich torturował tak długo, aż nie powiedzą, kto to zrobił! Co powie Czarny Pan? Nie mamy go, a on zwiał i zabił ją! – śmierciożerca z wściekłością wpatrywał się w podłogę. Minerwa podeszła do bezwładnego ciała Alecto Carrow.

- Jest jedynie ogłuszona. Nic jej nie będzie. – rzekła nauczycielka. Zastanawiała się, który Krukon z Gwardii zdołał oszołomić Alecto i dlaczego to zrobił.

- Nie! Nie po tym, jak Czarny Pan ją złapie! Ona go powiadomiła, czuję jak mój znak płonie, on myśli, że mamy Pottera! – lamentował Amycus.

- Pottera? Co masz na myśli, mówiąc Pottera? – Minerwa porzuciła formułki. Coś tu nie grało… zupełnie.

- Powiedział nam, że Potter może spróbować dostać się do wieży Ravenclawu, mieliśmy go powiadomić, jak go złapiemy!

- Dlaczego Potter miałby chcieć dostać się do wieży Ravenclawu? Potter jest w moim domu! – zawołała Minerwa. Harry był Gryfonem, bardziej godnym domu lwa niż ona sama, co do tego nigdy nie miała wątpliwości.

- On powiedział, że Potter może tu przyjść. – upierał się Amycus. Minerwa rozejrzała się po pokoju wspólnym. W jednym miejscu powietrze falowało w znajomy sposób… odwróciła wzrok. Nie, to niemożliwe…

- Zawsze możemy zwalić to na dzieciaki. Tak właśnie zrobimy. Powiemy, że Alecto wpadła w zasadzkę bachorów, tych z góry i że one zmusiły są do dotknięcia Mrocznego Znaku, przez co otrzymał fałszywy alarm. Może je ukarać. W końcu parę dzieciaków mniej czy więcej, co za różnica? – mówił maniakalnie Amycus. Minerwa poczuła jak krew odpływa z jej twarzy.

- To taka różnica jak między prawdą a kłamstwem, jak między odwagą a tchórzostwem. Krótko mówiąc, różnica, której ani ty, ani twoja siostra nigdy nie pojmiecie. Ale niech jedno będzie dla ciebie jasne. Uczniowie Hogwartu nie będą płacić za waszą głupotę. Ja na to nie pozwolę. – oświadczyła Minerwa.

- Słucham? – Amycus podszedł do niej, tak, że była w zasięgu jego rąk – nadal jednak nad nim górowała. Patrzyła z najwyższą odrazą, jak odpowiada:

- Ty już nie masz już tu nic do powiedzenia, Minerwo. Twój czas się skończył. I albo nas poprzesz, albo przyjdzie ci drogo za to zapłacić. – po tych słowach splunął jej w twarz.

Bariery nie pozwoliły, by jego obraza dosięgła celu. Lecz oprócz tego, wydarzyło się coś jeszcze. Nagle znikąd pojawił się Harry Potter, wycelował różdżkę w śmierciożercę i rzekł:

- Nie powinieneś był tego robić. CRUCIO!

Minerwa szeroko otwartymi oczami patrzyła jak Amycus wrzeszczy i miota się z bólu na ziemi, atakowany przez czar, którym torturował ją kilka godzin wcześniej.

- Teraz wiem, co Bellatriks miała na myśli. Naprawdę trzeba chcieć skrzywdzić tę osobę. – rzekł Potter, patrząc przez zmrużone oczy, jak Carrow rzuca się ciężko na biblioteczkę, która przygniata go swoim ciężarem.

- Potter! Co… jak? – Minerwa absolutnie nie spodziewała się spotkać go tutaj.

- Potter, to było głupie. – mruknęła, gdy już pozbierała się z pierwszego szoku.

- Splunął na panią. – odpowiedział, rzucając mściwe spojrzenie jęczącemu Amycusowi.

- Potter, to było bardzo… rycerskie z twojej strony, ale…

- Rozumiem. Profesor McGonagall, Voldemort jest w drodze. – oświadczył Harry, podchodząc i lekko ściskając jej dłoń.

- To teraz możemy wypowiadać jego imię? –nagle obok pojawiła się Luna Lovegood. Minerwa poczuła ogromną ulgę, widząc, że dziewczyna jest cała i zdrowa.

- Myślę, że to już nie ma żadnego znaczenia. – odpowiedział Harry, a potem zwrócił się do Minerwy:

- Pani profesor, czy wie pani, gdzie znajdę diadem Roweny Ravenclaw?

- Diadem Ravenclaw? – Minerwa zmarszczyła czoło. Po co Potterowi ten diadem? Czyżby on też miał obsesję na punkcie przedmiotów związanych z założycielami? Odruchowo sięgnęła do prawego ucha, w którym lśnił kolczyk Roweny.

- Muszę go znaleźć. Może profesor Flitwick… - zaczął Harry, ale w tym momencie Amycus się poruszył. Minerwa zareagowała natychmiast– jej różdżka świsnęła błyskawicznie:

- Imperio.

Amycus wstał i posłusznie podał Minerwie zarówno swoją różdżkę, jak i siostry. Potem położył się obok Alecto i zamknął oczy. Nauczycielka następnie wyczarowała srebrną linę i związała ciasno rodzeństwo. Tymczasem Harry zachwiał się.

- Potter, nic ci nie jest? – spytała, z trudem ukrywając troskę.

- Czas ucieka, Voldemort się zbliża, pani profesor. Musze znaleźć ten diadem, tak polecił mi profesor Dumbledore. Trzeba jednak ewakuować uczniów – Voldemort chce dopaść mnie, ale nie zawaha się zabijać po drodze, zwłaszcza teraz. – wyjaśniał szybko Harry.

- Rozkazy Dumbledore'a? – Minerwa poczuła lodowaty dreszcz. Czyżby Harry nadal wypełniał szalone plany Albusa, czyżby dobrowolnie pozwalał sobą sterować zza grobu?

- Trzeba zabezpieczyć szkołę. – zdecydowała wreszcie. Musiała ufać Harry'emu.

- Czy to możliwe? -spytał.

- Tak myślę. My, nauczyciele, jesteśmy raczej dobrzy we władaniu magią. – odruchowo spojrzała na powiązanych Carrowów. Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo w powietrzu rozległ się wzmocniony głos Severusa.

- Uczniowie i nauczyciele mają niezwłocznie stawić się w Wielkiej Sali.

Harry i Luna spojrzeli na Minerwę. Ta szybko podejmowała decyzję.

- Dobrze, że to robi – zbierze całą szkołę w Wielkiej Sali. Jest sam, więc powinniśmy sobie z nim poradzić. Musicie się tylko ukryć. – znacząco spojrzała na pelerynę niewidkę. Potter chyba był w głębokim szoku, że Minerwa zna ten przedmiot, ale pozwolił, by Luna okryła ich magicznym płaszczem. Tymczasem nauczycielka transmutacji szybko ukryła dwójkę śmierciożerców, transmutując ich w dwie okropne ropuchy, a potem w mgnieniu oka rozesłała kilka patronusów – musiała ostrzec Zakon i uczniów w Pokoju Życzeń. Krukoni już schodzili, z pośpiesznie narzuconymi mundurkami. Żaden z nich nie okazał zdumienia na widok Minerwy, żaden nie pytał o Carrowów. W doskonałym szyku wymaszerowali z wieży- zdyscyplinowani jak zawsze.

Kątem oka dostrzegając obok siebie falujące powietrze, Minerwa ruszyła szybko do Wielkiej Sali. Oto zbliżała się ostateczna bitwa.

Oczywiście wszyscy spoglądali na nią, gdy weszła za Gryfonami. Zastanawiali się, czy jednak Snape zmienił zdanie i ukarze pięćdziesięcioro uczniów, albo czy pojawi się sam Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać i ukarze ją. Jedynie członkowie Gwardii Dumbledore'a patrzyli na wprost śmiało, ze skrywaną ekscytacją. Podejrzewali, że Harry się ujawni i wyrzuci z zamku znienawidzonego Snape'a.

Minerwa stanęła z boku sali i poprawiła ciasny kok. W dłoniach obracała różdżkę. Zastanawiała się, czy Severus wie o Insygniach. Kradzież różdżki Albusa nie mogła umknąć jego uwadze, podobnie jak nieostrożność dawnego dyrektora w sprawie pierścienia poszukiwanego przez Grindelwalda. Czy był świadom, że skomplikowane starożytne procesy rządzące Czarną Różdżką mogą przypieczętować jego los?

Stał wyprostowany, z rękami w kieszeniach czarnej szaty. Jego czarne jak węgle oczy błądziły po Wielkiej Sali, starannie omijając miejsce, w którym stała. Nie był głupcem, nie przeceniał swoich odruchów. Wiedział, jak ważne jest doprowadzenie tej gry Albusa do końca.

Drzwi Wielkiej Sali zatrzasnęły się, gdy Sybilla Trelawney weszła jako ostatnia. Minerwa zauważyła, że uczniowie stoją w idealnych rzędach, w czterech kwadratach – opiekunowie domów naturalnie stali obok swoich podopiecznych. Reszta nauczycieli ustawiła się z tyłu, pod ścianą, choć Minerwa wiedziała, że Poppy wolałaby być bliżej… na wszelki wypadek.

Snape ruszył do przodu. Jeśli nieobecność Carrowów go zdziwiła, to nie dał tego po sobie poznać.

- Wielu zapewne się dziwi, dlaczego was tu zebrałem, po raz drugi tego dnia. – zaczął Severus, zupełnie zimnym i opanowanym tonem. Uczniowie ani drgnęli, choć młodsi musieli czuć ogromny strach.

- Dowiedziałem się, że dzisiejszego wieczoru… Harry Potter pojawił się w Hogsmeade. – rzekł wolno.

Tym razem uczniowie zaczęli odwracać się ku sobie, wymieniając zdumione spojrzenia i szepty. To jednak ucichło, bo Snape znów podjął swoją mowę:

- Jeśli… ktokolwiek z obecnych tu… uczniów czy nauczycieli, zapragnie wesprzeć pana Pottera, za to wykroczenie, zostanie ukarany z największą surowością. – Severus wciąż na nią nie patrzył, a jego głos coraz bardziej ociekał gniewem. Minerwa pomyślała, że nawet ona sama nie umiałaby grać tak dobrze. A jednak Severus to robił – wznosił się na wyżyny swoich ślizgnońskich talentów, by do końca wypełnić rozkazy człowieka, w którego wierzył, którego kochał tak mocno, że zabił go…

- A co więcej, jeśli ktokolwiek posiada wiedzę o takich zdarzeniach, a wiedzy tej nie zechce ujawnić, będzie uznany za równie winnego.

Znów zapadła cisza. Minerwa ani drgnęła, podobnie jak większość uczniów. Snape znów zabrał głos:

- Słucham. Jeśli ktoś z tu obecnych wie coś na temat, gdzie to się teraz podziewa pan Potter, niech łaskawie wystąpi z szeregu. Teraz. – Snape ruszył powoli naprzód, tak, że już był za stojącymi na przedzie Puchonami i Ślizgonami – zbliżając się do przerwy, w której stała Minerwa, na czele swoich Gryfonów.

I wtedy nagle z szeregu tuż za Minerwą wystąpił Harry Potter. Rozległy się ciche, stłumione okrzyki, a wszyscy odwrócili się, by zobaczyć co się dzieje. Snape z niezmiennym opanowaniem patrzył na pełną złości twarz chłopaka, który rzekł:

- Zdaje mi się, że mimo zastosowania obronnych strategii, jednak ma pan kłopot z ochroną, panie dyrektorze.

W tym momencie drzwi do Wielkiej Sali stanęły otworem. Na progu stała ogromna grupa członków Zakonu Feniksa. Minerwa zauważyła, że Kingsley szybko skanuje wzrokiem tłum, szukając jej. Zaraz jednak skupiła swoją uwagę na Harrym:

- Jak śmiałeś zająć jego miejsce! Powiedz im, co się wtedy stało. Powiedz, jak patrzyłeś mu w oczy! Temu, który ci ufał. A ty go zdradziłeś! No powiedz! – wykrzyczał Harry.

Minerwa zdołała dostrzec błysk bólu i poczucia winy w czarnych oczach. Ale zaraz potem Severus wyciągnął różdżkę.

Wiele rzeczy wydarzyło się równocześnie. Uczniowie cofnęli się z okrzykami pod ściany, a Minerwa instynktownie skoczyła naprzód, osłaniając Harry'ego własnym ciałem, z różdżką w gotowości.

Severus zawahał się – widziała jak ręka dzierżąca różdżkę drży. Wiedziała, jak ogromny ból musi teraz odczuwać – z pewnością widząc podobieństwo tej sceny do zupełnie innej, sprzed szesnastu lat, gdy jego ukochana, podobnie jak teraz Minerwa, własnym ciałem osłaniała Harry'ego Pottera.

Przez moment patrzyli sobie w oczy. Jej szmaragdowe w jego czarne. A potem Minerwa machnęła różdżką.

Potężny, świetlisty płomień pomknął w stronę czarodzieja. Bez trudu wyczarował tarczę. Lecz Minerwa już nie mogła się zatrzymać. Jej różdżka śmigała w ogromnym tempie, a świetliste promienie, jeden po drugim, mknęły w stronę Severusa. Serce biło jej mocno w piersi, bo doskonale widziała, że on nawet nie próbuje jej atakować, broni się jedynie.

Tak bardzo nie chciał jej skrzywdzić… Ona też nie chciała… Miała ochotę wrzeszczeć i przeklinać Albusa, za to, jak bardzo zniszczył duszę tego człowieka.

Błysk, brzdęk. I kolejne odbite od tarczy zaklęcie. Krok do przodu, potem dwa. Severus wyraźnie się cofał. Spojrzał na nią – gdyby oczy mogły mówić, to jego przepraszałyby ją. Albo wybaczały to, co miała zaraz powiedzieć.

- TCHÓRZ! – wrzasnęła, gdy Severus rozmył się w chmurę ciemnego dymu i uleciał, wybijając szyby w ogromnym oknie za sobą.

Gdy odwróciła się, uczniowie zaczęli wiwatować. Pomna na to, że to dopiero początek, Minerwa energicznie machnęła różdżką, zapalając pochodnie wzdłuż ścian. Gdyby wiedzieli… jak wiele zrobił dla nich człowiek, z którego ucieczki tak się cieszyli…