Minerwa chciała zabrać głos, by zdecydować co dalej… lecz wtem poczuła przeraźliwe zimno. Zerknęła w górę – zaczarowane sklepienie zasnuwały teraz chmury, coraz ciemniejsze i groźniejsze. Kątem oka zobaczyła, jak Harry osuwa się na ziemię. Uczniowie zaczęli obracać się dookoła, wyraźnie przerażeni.
A potem rozległ się głos, który Minerwa pamiętała bardzo dobrze.
- Wiem, że przygotowujecie się do walki. Wielu nawet będzie sądzić, że ta walka jest słuszna. To błąd. Nie możecie mnie pokonać. Nie chcę wszystkich zabić. Mam wielkie poważanie dla nauczycieli Hogwartu i magicznej krwi.
Na moment zapadła cisza.
- Pragnę jedynie dwójki ludzi. – syczący głos znów rozbrzmiał w powietrzu.
Minerwa przełknęła ślinę, widząc jak na twarzach wszystkich pojawia się zaskoczenie. Nikt nie spodziewał się, że Voldemort zażąda kogoś oprócz Pottera. Sam Harry zmarszczył czoło, wyraźnie zdumiony.
- Wydajcie mi ich, a nikomu nie stanie się krzywda. Wydajcie mi ich, a oszczędzę budynki Hogwartu. Wydajcie mi ich, a zostaniecie nagrodzeni. – Minerwa słyszała te słowa tak wyraźnie, jakby szeptał jej do ucha. To naturalnie obudziło okropne, odrażające wspomnienie jego ust na jej szyi…
- Wydajcie mi Harry'ego Pottera. On nie jest wart waszej cennej, czystej krwi.
Minerwa czuła na sobie spojrzenie wszystkich, gdy głos Voldemorta dodał zupełnie miękko:
- Wydajcie mi Minerwę Aurelię McGonagall, by zajęła należne jej miejsce. Macie czas do północy.
,,Gruzy Hogwartu. Krew i ciała, uczniów i nauczycieli. Dwoje triumfujących ludzi, napawających się krajobrazem bólu i rozpaczy. Wiedźma, chłonąca uśmiech idącego z nią czarnoksiężnika."
Harry Potter patrzył na nią z strachem, z bólem, z kompletnym brakiem zrozumienia. Nie musiała czytać jego myśli, by wiedzieć, jakie gorączkowe przemyślenia przemykają przez jego głowę.
Była w Hogwarcie od zawsze. Sztywna, surowa i sprawiedliwa McGonagall. Najzwyczajniejsza z hogwardzkich nauczycieli, zawsze wierna i lojalna wobec Dumbledore'a. Zawsze gotowa bronić swoich uczniów.
A teraz, właśnie tej starej czarownicy żądał Voldemort, na równi z nim, z nim, na którego polował od dekady. Co więcej, chciał, by ,,zajęła należne jej miejsce". Co to miało oznaczać?
Minerwa z niemym poczuciem winy patrzyła w oczy w kolorze sosnowych igieł. Och, jego zawód był prawie namacalny… zresztą jak wszystkich obecnych.
- No na co czekacie?! Łapcie ich! – ciszę przerwał wrzask Pansy Parkinson.
I wtedy z tłumu wystąpiła mała, ale wyraźnie zdeterminowana Alexandra Zenaidov. Stanęła tuż obok Minerwy i wyciągnęła różdżkę.
- Harry Potter i profesor McGonagall to nasza jedyna nadzieja na zwycięstwo. Nie pozwolę ich wydać Voldemortowi, choćbym miała pojedynkować się z tobą na śmierć i życie, Parkinson. – oświadczyła zupełnie poważnym i groźnym tonem Alexandra.
Zanim ktokolwiek zareagował na tę odważną deklarację, do Wielkiej Sali wpadł rozwrzeszczany i zdyszany Filch.
- Obcy są na korytarzach! Uczniowie nie są w łóżkach!
- I są dokładnie tam gdzie powinni, kretynie! – krzyknęła Minerwa, a rozbite przez Snape'a szkło zaskrzypiało ostrzegawczo.
- Och. Przepraszam, madame. – wymamrotał Filch.
- Tak się składa, panie Filch, zjawia się pan w odpowiedniej chwili. Proszę przydać się na coś i znaleźć mi Irytka! – rozkazała, ruszając do przodu.
- Irytka? – Filch zrobił wyjątkowo głupią minę.
- Tak, Irytka! Czy to nie na niego narzekałeś przez ostatnie pół wieku? Idź i znajdź go! – warknęła. Filch wybiegł, a Minerwa rozejrzała się.
- Dobrze. Zarządzam ewakuację szkoły. Wszyscy uczniowie są zobowiązani udać się do punktu ewakuacyjnego wraz z panią Pomfrey, na czele z panną Parkinson. – oświadczyła Minerwa.
- A co jeśli chcemy zostać i walczyć? – zawołał Dean Thomas.
- Tylko pełnoletni uczniowie mogą zostać. – odpowiedziała z mocą Minerwa, oglądając się na Alexandrę, która odpowiedziała gniewnym spojrzeniem.
- Powtarzam. Tylko chętni, a zarazem pełnoletni uczniowie zostają. – Minerwa wzniosła różdżkę.
- Pani profesor, przejmuje pani dowodzenie? – zawołał Kingsley z tyłu sali. Wszyscy znów spojrzeli na nią wyczekująco.
- Ja… - Minerwa zawahała się, patrząc na dorosłych z Zakonu Feniksa.
- Znasz ten zamek najlepiej. Masz co najmniej pięć różnych planów jego obrony. Jako jedyna masz generalskie doświadczenie. Ja jestem pod twoje rozkazy. – oznajmił Kingsley.
Ta otwarta deklaracja lojalności sprawiła, że wszyscy spojrzeli na nią z nowym szacunkiem. Zupełnie jakby zapomnieli o słowach Toma…
- Pani profesor? – Harry podszedł do niej. Widziała pytanie w jego oczach. Zawahała się. Jak wiele mogła mu zdradzić? Jak szczera miała z nim być?
Nachyliła się i cicho powiedziała:
- Wiesz czemu zabranie różdżki z grobu Dumbledore'a sprawiło mu tak wielką satysfakcję?
Harry otworzył szeroko oczy. Nie spodziewał się, że wie o Czarnej Różdżce. Pewnie zastanawiał się, ile wie o Insygniach. Wreszcie rzekł:
- Myśli, że ta różdżka uczyni go niepokonanym. I zabrał coś, co było silnie związane z jego wielkim wrogiem.
- Dokładnie.
Chłopak westchnął cicho, gdy zrozumiał sens jej słów. Popatrzył na nią, a jego oczy zalśniły.
- Zrób to, co musisz, Harry. Ja zabezpieczę szkołę. – oświadczyła już zupełnie głośno.
Skinął głową i wybiegł z Wielkiej Sali. Minerwa zaś rzuciła się wir przygotowań do bitwy.
Kingsley miał oczywiście rację – od momentu mianowania jej zastępcą dyrektora, Minerwa sporządzała dokładne plany obrony Hogwartu. Teraz musiała jedynie wprowadzić je w życie. Uczniowie byli ewakuowani. Ciągle przybywali nowi członkowie Zakonu oraz absolwenci. Wszyscy oni bez szemrania pędzili na rozdysponowane przez Minerwę stanowiska. Minęło pół godziny, gdy mniej więcej wszystko zostało ustalone. Spojrzała jeszcze na Wielką Salę – gdzie kilka uczennic już ustawiało łóżka dla rannych. To było częściowo serce zamku i tu Minerwa postanowiła urządzić wojenny szpital.
Nauczycielka, w towarzystwie Molly i kilkorga uczniów wyszła do sali wejściowej. Tymczasem podbiegł do niej Neville:
- Żeby wszystko było jasne, pani profesor. Na pewno daje pani zgodę na działanie?
- Chyba słyszałeś, Longbottom.
- Mamy wysadzić drewniany most? Bum? – chłopak patrzył na nią, jakby zwariowała.
- Bum!
- Ale czad. Tylko nie mam pojęcia jak?
- Może zapytaj pana Finnigana. Oboje wiemy, że objawia szczególne zainteresowanie pirotechniką. – rzekła, mrugając do zdumionego Seamusa.
- Zajmiemy się tym. – odpowiedział chłopiec, machnęła więc na nich ręką – nie było czasu do stracenia.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie da się powstrzymywać Sama-Wiesz-Kogo bez końca. – odezwała się Aurora Sinistra.
- Przynajmniej opóźnimy jego przyjście. – odpowiedziała ze stoickim spokojem. Następnie, na progu sali wejściowej, odwróciła się i wzniosła obie dłonie:
- Piertotum Locomotor! – wykrzyknęła.
Trzask. Posągi ogromnych, kamiennych rycerzy, rozmieszczone na ścianach sali wejściowej drgnęły, a potem zaczęły zeskakiwać ze swoich cokołów. Minerwa czuła, jak cały zamek ożywa – wszystkie rzeźby, posągi, zbroje odpowiadały na wezwanie starożytnej, obronnej magii.
Wysocy na trzy metry wojownicy zaczęli ustawiać się w szyku i kierować na most kamienny, wymijając stojącą na środku Minerwę, która czuła zalewające ją ciepło, dumę i adrenalinę.
- Hogwart jest zagrożony! Maszerujcie na mury, brońcie nas! Spełnijcie waszą powinność wobec szkoły! – zawołała, czując jak posadzka drży pod stopami maszerujących kamiennych żołnierzy. Widząc zupełnie oniemiałą Molly, Minerwa uniosła kąciki ust i prawie z dziecięcą radością rzekła:
- Zawsze chciałam użyć tego zaklęcia.
Wyszła na zewnątrz, frontowymi drzwiami. Wiedziała, że wśród śmierciożerców nie ma dobrych strategów, ale nie trzeba było być taktykiem, by zrozumieć, że atak powinien się skupić na moście drewnianym, moście kamiennym i wejściu głównym. Wieże będą zapewne atakowane z powietrza. Minerwa uznała, że stawianie wyrafinowanych barier wokół bramy z dzikami byłoby marnowaniem mocy.
Wzniosła oczy ku niebu. Ustaliła z Kingsley'em i innymi, że najlepiej będzie stworzyć ochronną kopułę, do której każdy będzie mógł dorzucić ułamek swojej magii, a której pokonanie odbierze nieco sił śmierciożercom, nieświadomym rozmiarów tej ochrony. Oczywiście włożona w to magia nie mogła obrońców za bardzo osłabić, musieli być jeszcze zdolni do walki. Minerwa wzniosła swoją różdżkę i zaczęła karmić powstającą, świetlistą i jakby organiczną kopułę swoją brudną magią.
Gdy skończyła, sięgnęła świadomością do zamku. Zalała ją fala obrazów – Finnigan i Longbottom montujący fajerwerki Weasley'ów pod długim, drewnianym mostem, Pomona i Puchoni szybko zbierający przydatne w walce rośliny z cieplarni, kamienni rycerze stojący nieruchomo na kamiennym moście, Irytek, przygotowujący swoją atramentową amunicję, Sybilla, znosząca swoje szklane kule, Slughorn, smarujący schody jakimiś eliksirami, Rolanda, wraz z najlepszymi w quidditchu i naręczem mioteł gotująca się do startu z Wieży Astronomicznej. Wszyscy razem, solidarnie i niestrudzenie pracowali by zapewnić zamkowi jak największą ochronę. Minerwa wysłała fortecy potężną myślową prośbę, że jeśli istnieje coś takiego jak tryb obronny, to byłby to najlepszy moment, by go aktywować. Odpowiedział jej potężny strumień magii, przepływający przez kamienie, posadzki, schody, mury… okna się kurczyły, mury zwiększały grubość, wszystkie przejścia poza tym prowadzącym do gospody się zamykały.
Co oznaczało, że frontowe drzwi również zaczęły sunąć do tyłu. Minerwa cofnęła się szybko do środka, ale nagle zobaczyła poruszenie na żwirowej ścieżce.
- Hagrid? – zawołała, widząc przyjaciela, z którym biegł Kieł i jego kolosalny brat, Graup. Pierwszy raz widziała brata Hagrida i był to naprawdę imponujący widok.
- Usłyszałem Sama-Wiesz-Kogo! Uznałem, że Graupek i ja się przydamy, pani psor! Dziękuję za opiekę nad Kłem! – zawołał do niej z daleka. Minerwa widziała, że przejście między wrotami się zawęża. Hagrid nie miał szans zdążyć, nawet zważywszy na fakt, że biegał szybciej niż przeciętny człowiek.
- Znajdź sobie jakieś okno! I nie trać nadziei, Hagridzie! – zawołała za nim. Półolbrzym uśmiechnął się szeroko i pomknął w stronę cieplarni.
- Minerwo, co teraz? – spytała Molly z niepewną miną.
- Kopuła zatrzyma ich na może kwadrans do pół godziny. Te drzwi wytrzymają najwyżej kilkanaście minut, ale prędzej wedrą się kamiennym mostem, bo tam rzucą olbrzymy. Dlatego tam muszę być najpierw. Muszę znaleźć coś, co zajmie olbrzymy… a potem wrócę tu, na czas, by odeprzeć główne uderzenie. – mamrotała Minerwa, a jej umysł pracował na intensywnych, przyspieszonych obrotach.
- Jak chcesz to zrobić? Przecież to jest po drugiej stronie zamku! – zawołała Molly.
- Teleportuję się. Drzwi muszą wytrzymać do momentu aż poradzę sobie z olbrzymami. – odpowiedziała Minerwa. Zanim Molly odpowiedziała, starsza czarownica zmieniła się w kocią postać i popędziła czym prędzej na dziedziniec za kamiennym mostem.
Zegar na Wieży Astronomicznej wybił pełną godzinę, gdy zatrzymała się na schodach prowadzących na dziedziniec. Szybko ogarnęła wzrokiem sytuację – rycerze zajmowali całą długość mostu, za nimi stał rząd uczniów i członków Zakonu. Przed kamiennymi posągami rozciągało się zbocze, na którego szczycie widziała ogromną masę postaci w ciemnych szatach. Pod zboczem stał oddział dwudziestu paru olbrzymów, z czego połowa była większa nawet od Graupa.
Zacisnęła lewą dłoń w pięść, gdy zobaczyła setki szarych świateł pędzących ku Hogwartowi ze strony śmierciożerców. Nie zamknęła jednak oczu, gdy czary uderzyły w ochronną kopułę. Zadrżała, zatrzęsła się i rozbłyskiwała żółtym światłem, ale trwała. Minerwa patrzyła na potężną barierę i odliczała minuty, ważne minuty pierwszego ataku.
Półtora minuty. Trzy. Pięć. Piętnaście.
Jeden ze stojących za mostem olbrzymów zniecierpliwił się i podbiegł bliżej. Zdążył tylko wrzasnąć, gdy kopuła poraziła go i spaliła na popiół.
Dwadzieścia.
Zmrużyła oczy, widząc jedną bielszą plamkę na czele ciemnej masy. A potem z plamki wystrzelił oślepiający strumień jasnego światła. Minerwa wstrzymała oddech, patrząc jak zaklęcie uderza w sam środek kopuły. Cała bariera rozbłysła białym światłem. Czar nie przestawał płynąć. Aż wreszcie kopuła zadrżała, a na jej powierzchni pojawiły się żółte pęknięcia. Minerwa wzniosła różdżkę, gotowa odeprzeć wysłany na odległość czar. Lecz najwyraźniej Tomowi wystarczyło upajanie się widokiem spadających skrawków zanikającej energii – ostatnich dowodów najsilniejszej tarczy wytworzonej w jednorazowej bitwie.
Gdy tarcza upadła, rozpętała się piekło. Wilkołaki ruszyły na drewniany most – Minerwa mogła wyczuć aktywowane przez Longbottoma i Finnegana eksplozje. Wrogowie na miotłach poszybowali w kierunku wież. Olbrzymy natarły na kamiennych rycerzy.
Musiała szybko coś wymyślić, coś, co powstrzymałoby gigantów… Nie mogła tu zostać, walczyć z nimi sama… co mogła jeszcze wykorzystać… Myślała intensywnie, podczas gdy diabelskie sidła wystrzelone przez Pomonę z balkonu ponad dziedzińcem oplatały olbrzymy, podczas gdy posągi wymachiwały mieczami, a obrońcy miotali zaklęcia na nadlatujących śmierciożerców.
Latanie…
No tak!
Minerwa wzniosła ramiona w górę i zaintonowała starodawną pieśń przyzwania. Jej czysty głos na chwilę skonfundował zarówno gigantów, jak i obrońców. Jedynie kamienni rycerze siekali olbrzymy po kostkach jak gdyby nigdy nic. Śpiewała, wplatając w to swoją moc, swoje dziedzictwo. Była zupełnie skupiona na obrazie ogromnego zielonego oka. Cichy głos, dziwnie podobny do głosu jej babki, podsuwał jej słowa magicznego języka.
Gdy zamilkła, przez chwilę panowała cisza. Aż z oddali do ich uszu dotarł przepotężny, niosący się echem ryk.
Smocza Wojowniczka westchnęła, widząc dziesiątki smoków na tle ciemnego nieba. Ich pojawienie się nieco zmieniało układ sił – z tym że niewielu jeszcze wiedziało, na czyją korzyść. Olbrzymy były zupełnie oniemiałe, gdy magiczne bestie runęły z góry prosto na nich. Minerwa krzyknęła do zastygłych w bezruchu obrońców:
- Smoki są po naszej stronie!
Zdążyła zauważyć szeroko otwarte ze zdumienia usta Elphiasa Dodge, gdy rozpędzała się na kamiennym moście. Biegła między kamiennymi żołnierzami, a z jej różdżki nie przestawała wypływać magia. Śmierciożerca na miotle – padł, gdy trafiła go zaklęciem zwalniającym. Olbrzym na jedenastej – unik i zaklęcie tnące prosto w palce u stóp giganta. Upadający olbrzym – trzęsący się most – padnięcie na ziemię i zaklęcie w kierunku lecącego śmierciożercy. Uspokojenie trzęsącej się konstrukcji – mogła wziąć rozpęd – była już blisko końca mostu, gdzie wilkołaki czekały, aż olbrzymy oczyszczą im drogę. Greyback wyszczerzył zęby na jej widok. Posłała Drętwotę w jego stronę i gwałtownie skręciła tuż przy końcu mostu.
Leciała w przepaść, a zimny wiatr smagał jej twarz i szaty. Mając różdżkę w ręku, ustabilizowała lot, a potem tuż pod nią pojawił się ogromny czarny hebrydzki. Minerwa opadła na jego grzbiet. Wydała z siebie bojowy okrzyk, gdy smok poderwał się w górę.
Czuła się niepokonana. Razem z Geldarem, bo tak miał na imię smok, rozszarpywali olbrzymy, machnięciami ogona strącali w przepaść wilkołaki, jej różdżką powalali śmierciożerców. Minerwa wrzeszczała w bitewnym szale, z jej różdżki nie przestawały lecieć klątwy, a Geldar wypuszczał z nozdrzy gorące słupy ognia.
Połowa olbrzymów została pokonana przez rozszalałe i podpuszczone przez nią smoki. Minerwa wbiła pięty w bok smoka, nakazując mu lecieć wyżej. Wznieśli się ponad Wieżę Północną, powoli opanowywaną przez śmierciożerców.
- Cofnijcie się! – krzyknęła Minerwa do obrońców. Zdezorientowany Remus chyba nie wierzył własnym oczom, widząc swoją nauczycielkę na smoku, ale posłusznie razem z piątką innych członków Zakonu i uczniami zbiegł dwie kondygnacje niżej, wyczarowując barierę dla śmierciożerców.
- Geldar, pokażmy im! – szepnęła do ucha smoka. Ten ryknął, po czym zionął kilkunastometrowym płomieniem. Minerwa wiedziała, że mało która tarcza wytrzyma takie interno. Zgromadzeni w płonącej jak pochodnia Wieży Północnej śmierciożercy spalili się żywcem.
Minerwa zawróciła smoka i pomknęli ku dziedzińcowi transmutacji. Czuła drżenie ramion – oto jej ukochany Hogwart płonął. Szkoła, którą poprzysięgła chronić, zamieniała się w sterty gruzów. Płomienie strzelały w górę, kamienie leciały w dół. Olbrzymy, wilkołacy, akromantule i typy spod ciemnej gwiazdy walczyli z jej kolegami, przyjaciółmi i uczniami. Walczyli, by zabić. Co chwilę widziała zielony promień uśmiercającej klątwy. Jakaś część jej umysłu krwawiła wraz ze szkołą – Minerwa odczuwała każdą walącą się ścianę, każdy płonący obraz, każdą upadającą statuę. Jej serce krwawiło wraz z każdym trafionym smokiem.
Geldar obniżył lot nad dziedzicem transmutacji. Minerwa zmusiła mięśnie do odbicia się. Poleciała kilka metrów w dół, ale w locie zmieniła się w kotkę – opadła miękko na cztery łapy. Dziedziniec pełen był walczących uczniów z wrogami, którzy dostali się tu z powietrza, zatem drzwi jeszcze trzymały. Nie zmieniając się, robiąc jedynie uniki, pomknęła ku sali wejściowej. Wydawało jej się, że gdzieś dojrzała Harry'ego, ale zaraz miała pilniejszy kłopot na głowie.
Drzwi załamały się w momencie, gdy znalazła się na środku sali wejściowej. Minerwa zmieniła się i uniosła różdżkę. Jedna dziura w drewnianych wrotach, druga. Trzask.
- Profesor McGonagall!
Minerwa obróciła się. Obok niej zjawiła się jej skrzatka domowa. Czarownica o mało nie zaklęła – zupełnie zapomniała o skrzatach domowych.
- Walczcie! – rozkazała, wiedząc, że skrzaty i tak nie opuściłyby atakowanej szkoły. Skrzatka kiwnęła głową i wzniosła ręce o długich palcach.
Wrota właśnie przestały istnieć. Dołohov wbiegł jako pierwszy. Zanim Minerwa zareagowała, zaklęcie skrzatki powaliło go na ziemię. Czarownica przeskoczyła nad nim, by stwierdzić mniej więcej, ile wrogów czeka na błoniach.
Ku jej zdumieniu wrogowie stali kilkadziesiąt metrów od zamku. Było ich około trzystu – więcej niż wszystkich obrońców Hogwartu, licząc domowe skrzaty. Dlaczego jednak się nie ruszali? Dlaczego nie biegli na nią z bitewnymi okrzykami?
Odpowiedź pojawiła się razem z przeraźliwym zimnem.
- Nie. – Minerwa cofnęła się.
Ujrzała kłębowisko ciemnych postaci, szybujących ku niej z ogromną prędkością. Nie była w stanie nawet unieść różdżki.
,,Myśl o czymś szczęśliwym! Myśl o Albusie! O uczniach! Ich uśmiechy…"
Nie. Była zbyt zniszczona przez ból, zbyt przeżarta przez rozpacz, by przywołać patronusa. Dementorzy sunęli ku niej nieubłaganie. Jeszcze chwila, a wtargną do zamku. Jeszcze chwila, a jej obronne plany trafi szlag, bo nie utrzyma ani sali wejściowej, ani Wielkiej Sali…
- SIOSTRO!
Odwróciła się jak w transie. Ku niej biegł… długa biała broda… determinacja na twarzy poznaczonej zmarszczkami… błękitne jak niebo oczy…
- Minerwo! Pomóż mi! – wrzasnął.
Aberforth. W momencie gdy do niej dobiegł, wzniosła różdżkę:
- Expecto Patronum! – wrzasnęli jednocześnie.
Z jego różdżki wystrzeliła ogromna, srebrna koza i zaszarżowała na dementorów.
Patronus Minerwy pojawił się później. Ogromny kot popędził na pierwszych potworów, by potem zmienić się w imponującą lwicę, rozdmuchującą dementorów samym swoim rykiem. Na koniec lwica zamieniła się w gigantycznego feniksa, który rozpędził ostatnie z istot ciemności.
Aberforth spojrzał na nią. Jego niebieskie oczy lśniły, ale nie migotały.
- Ty naprawdę go kochałaś. – wyszeptał, nie spuszczając wzroku z jej twarzy, mimo że pędzili ku nim rozwścieczeni śmierciożercy.
- Jesteś ze mną, Abe, bracie? – spytała z powagą.
- Oczywiście, Minnie.
Minerwa przywarła do niego plecami i uniosła różdżkę. Tak rozpoczął się taniec braterstwa.
Poruszali się w idealnie zgranym rytmie. Klątwa, unik, skok w lewo, obrót. Kolejny śmierciożerca padający z jej różdżki, skręcająca się akromantula w drgawkach, wywołanych jego różdżką. Błysk jej oszałamiacza, promień jego rictusempry. Śmierciożercy padali jeden za drugim, a oni nie zostali trafieni ani razu. Pomocny był jego fakt podobieństwa do Albusa – część wrogów myślała, że dyrektor został wskrzeszony – minęło kilka kluczowych sekund, zanim się orientowali – w tym czasie Minerwa już się ich pozbywała. Poza tym Aberforth był idealnego wzrostu i postury – na tyle chudy, by niektóre klątwy jedynie muskały luźne szaty ich obojga.
Dopiero gdy z dwóch ich różdżek padła około setka przeciwników, śmierciożercy zorientowali się, że nie pokonają ich w ten sposób. Dlatego z Rookwoodem na czele natarli wszyscy naraz – całe dwie setki gniewnych czarnoksiężników.
- Avada Kedavra! – ryknęła Minerwa. Czas na patyczkowanie się skończył. Jeśli mieli to przetrwać, musiała kolejny raz przybrać maskę anioła śmierci.
Unik, zaklęcie, obrót, klątwa. Minerwa była niezmordowana, zabijając z zimną krwią. Nie pamiętała już tak intensywnego bitewnego szału. Jeśli miałaby być ze sobą szczera, to z takim zacięciem, z taką determinacją nie walczyła nawet na polach Francji. Teraz po prostu pragnęła zadawać śmierć wszystkim, którzy ważyli się podnieść różdżkę na jej szkołę. Nie czuła zmęczenia. Z radością pozbywała się brudnej magii, rzucała uroki na lewo i prawo, na oślep. Było ich tak wielu…
Aberforth był jednak starszy od niej i osłabł po pół godzinie nieustannej walki. Minerwa skrzywiła się, słysząc jego jęk – zaklęcie żądlące o dużej mocy trafiło go w kostkę. Pozwoliła, by oparł się o nią plecami i szybko rozejrzała się, by ocenić sytuację.
Zostało może z pięćdziesięciu wrogów plus kilkanaście akromantul. Ona i Aberforth byli kilkanaście metrów przed progiem. Żeby mieć jakieś szanse, musieli wrócić do środka.
- Abe, będziesz mnie osłaniał, dobrze? – zawołała.
Miała nadzieję, że przypominające jęk warknięcie było odpowiedzią twierdzącą.
Zmieniła się najpierw w kotkę. Zanim Aberforth osunął się na ziemię, była już ogromną lwicą. Wsunęła się pod zdumionego czarodzieja i rzuciła się do odwrotu.
Brat Albusa kurczowo wczepił się palcami lewej dłoni w sierść na jej karku. Prawą ręką usiłował jeszcze rzucać jakieś zaklęcia. Ona ogromnymi susami pędziła przez błonia, skupiona na wyłamanych głównych wrotach. Skok w lewo, skok w prawo. Urok znów minął ją o cal. Jeszcze tylko trochę. Tylko troszeczkę.
Z ciężarem Aberfortha na plecach wybiła się z tylnych łap. Źle obliczyła ich wspólną siłę i zamiast wylądować swobodnie na kamiennej posadzce, pojechali kilka metrów, zanim wreszcie pazury Minerwy wyhamowały ich ruch. Aberforth zsunął się z jej grzbietu, a ona szybko zmieniła się z powrotem.
- Minerwo! – ktoś zawołał z lewej strony.
- Augusto! – Minerwa poczuła, jak zalewa ją fala ulgi. Babka Neville'a była wiedźmą, której potrzebowali w tej bitwie.
- Obronię go! Ty pędź! – wrzasnęła Augusta, poprawiając kapelusz czarownicy. Minerwa zdążyła jedynie lekko ścisnąć ramię przyjaciółki, a potem pobiegła na środek sali wejściowej.
Minerwa McGonagall widziała, jak śmierciożercy zatrzymują się z przestrachem na jej widok. Już zrozumieli, że nie są w stanie jej pokonać, nie twarzą twarz, różdżka w różdżkę. Jako że nie mogli się wycofać, a wiedzieli, że ona nigdy nie podda zamku, pojmowali, że było im pisane paść w jej różdżki.
Już podczas szkolenia Minerwa nauczyła się, że ludzie, którzy nie wierzą w wygrany pojedynek, są o wiele łatwiejsi do pokonania. Co więcej, jak każdy, kto głęboko wierzył w swoją sprawę, miała dodatkowe siły. Użyła teraz ich, kładąc cały pierwszy rząd wrogów.
Była wojowniczką. Walka była jej żywiołem. Krew w jej żyłach wrzała, magia rozsadzała każdą komórkę jej ciała. Nie liczyło się to, że nie ustawała w walce od dobrej półtorej godziny. Nie liczył się pot spływający po jej plecach, żar w nieprzyzwyczajonych do takiego wysiłku mięśniach. Nie istotne były muskające jej ludzkie ciało klątwy śmierciożerców.
Hogwart był najważniejszy. To dla szkoły teraz walczyła, zabijała. Za sobą słyszała heroiczną walkę członków Zakonu i uczniów. Byli tu, wierzyli w zwycięstwo, w Harry'ego i w nią. Harry. Musiała dać mu czas… cokolwiek zlecił mu Albus… czas…
I wtedy właśnie…
Szarpnięcie. Gdzieś głęboko w trzewiach, w umyśle. A potem jakby cała świadomość Hogwartu zalała jej rozum.
- Crucio!
Zaklęcie ją trafiło w udo, ale nie zwróciła uwagi na ból, transmutowany zaraz w energię. Liczyła się tylko wszechpotężna, rozległa obecność Hogwartu w jej umyśle…
To mogło znaczyć tylko jedno. Hogwart uznał ją za prawowitą dyrektorkę.
Severus był martwy.
- Nie. – wyszeptała. Ta prosta, logiczna prawda była niczym cios w samo serce.
,,Nigdy ci tego nie wybaczę, Dumbledore!" – pomyślała.
Snape. Od zawsze zakochany w Lily, zauroczony złą stroną… nie zdołała go utrzymać na dobrej… zdradzona przepowiednia… śmierć Potterów… walka Albusa o tego człowieka… pokrętna miłość Severusa do Harry'ego… kilkanaście wspólnych lat jako nauczyciele… jako przyjaciele… Severus… mordujący Albusa w finalnym akcie zniszczenia własnej duszy… torturujący ją wbrew wszystkim instynktom… płaczący w jej ramionach…
Jej drogi chłopiec… od dawna przez Albusa przeznaczony na śmierć. Bezsensowną, niepotrzebną śmierć.
To była też jej wina. Gdyby nie jej sekrety, tajemnice i kłamstwa, świat wiedziałby, że Dumbledore nie pokonał Grindelwalda sam. Olivander zrozumiałby, że Czarna Różdżka już od dawna nie ma swojej mocy. Voldemort nie wyrwałby jej z grobu Albusa. Nie zabiłby Severusa, by uczynić się panem kawałka drewna.
Severus nie żył przez nią.
- AAAAAAAA! – z jej gardła wydobył się ochrypły okrzyk. Z jej ciała wydobyła się fala czystej energii, która powaliła ostatnich śmierciożerców.
Minerwa odwróciła się. Widziała zszokowanych uczniów i zmartwionych członków Zakonu. Augusta i Aberforth patrzyli na nią ze smutkiem. Nie zdążyła nic zrobić, bo wtem rozległ się głos…
- Walczyliście dzielnie. Lecz na próżno. Nie pragnę waszej śmierci. Każda kropla krwi czarodziejów to olbrzymia strata. Rozkażę moim oddziałom się wycofać. Pod ich nieobecność… zbierzcie swoich zmarłych… Harry Potterze… zwracam się bezpośrednio do ciebie. Dzisiaj pozwoliłeś, by twoi przyjaciele ginęli za ciebie… nie ma większej hańby. Czekam na ciebie w Zakazanym Lesie. Niech dopełni się twoje przeznaczenie. Jeśli się nie stawisz, wtedy zabiję wszystkie dzieci, kobiety i mężczyzn, którzy cię ukryją przede mną. – Voldemort urwał.
Lecz Minerwa doskonale wiedziała, że to nie koniec:
- Minerwo… lady McGonagall… przyjdź do mnie… poddaj mi się… a uczynię cię nieśmiertelną… moją królową… królową… królową…
Opadła na ziemię. Jej ramiona drżały. Jej różdżka leżała obok, bezużyteczna. Zacisnęła powieki.
Odpłynęła z zaskakująca łatwością. Lecz ostatecznie robiła już swoim umysłem takie rzeczy, że narzucenie sobie utraty przytomności nie było niczym szczególnym.
Ktoś przesunął jej bezwładne ciało na nosze. Nie lewitowali jej, nieśli, w milczeniu. Skupiła się na liczeniu ich kroków. Gdy się zatrzymali w dosyć obszernym i gwarnym pomieszczeniu, już wiedziała, że oto jest w Wielkiej Sali.
- Kogo macie? – rozpoznała głos Slughorna. Poczuła dziwną radość, że jej stary profesor i kolega przeżył.
- McGonagall. – to musiał być któryś z uczniów.
- Żyje? Minerwa! – szelest szat, Poppy biegła ku niej. Dobra, wierna Poppy. Dłonie pielęgniarki szybko sprawdziły jej puls.
- Minnie! Słyszysz mnie?
Przecież nie mogła już udawać. Otworzyła oczy.
- Merlinie, dzięki! Oberwałaś czymś? Gdzie cię boli? – pytała szybko Poppy.
Minerwa nie odpowiedziała, jedynie podniosła się i opuściła nogi z ławy, na której położono nosze, na ziemię.
- Minerwo! – Poppy potrząsnęła jej ramieniem.
Lecz szmaragdowe oczy nauczycielki były utkwione w chłopcu, który właśnie wszedł do Wielkiej Sali. Harry Potter żył. Ale co z tego, skoro widziała, jak bardzo załamała go otaczająca ich śmierć?
- Odpowiedz mi! – w głosie Poppy już brzmiała panika. Zebrani w Wielkiej Sali ludzie odwracali się – emocje malujące się w ich oczach były nie do pomylenia – złość, odraza, rozpacz. Doskonale wiedzieli, kto za tym stoi.
Harry odwrócił się. Minerwa poczuła jak jej rezerwy sił gwałtownie topnieją.
- Harry! – zawołała. Nie odpowiedział. Odszedł.
Zerwała się na nogi. Przebiegła kilka kroków. On już zniknął za drzwiami. Spojrzała w bok. I ujrzała rzędy do połowy okrytych białymi prześcieradłami zmarłych.
Jej zawsze spostrzegawczy umysł wykalkulował, że patrzy na ułożone równo około pięćdziesiąt ciał.
Zobaczyła szklane oczy Lavender Brown, dzielnej Gryfonki, która kiedyś pomogła Poppy. Ujrzała zastygłe w gorzkim uśmiechu usta Colina Creevey'a, zbyt młodego i zbyt chętnego do walki. Dostrzegła dziwnie poważne, stężałe oblicze Freda Weasley'a, otoczonego przez zapłakaną rodzinę.
Remus i Nimfadora leżeli obok siebie, a ich dłonie prawie się stykały.
Mały Teddy właśnie został sierotą.
A ona, która bezmyślnie zgodziła się być jego matką chrzestną, nie zrobiła nic, by uratować jego rodziców . Oto odszedł ostatni z jej drogich Huncwotów, wilkołak, którego długie przemiany nadzorowała, którego pocieszała po śmierci przyjaciół, którego traktowała jak syna. Oto zginęła dziewczyna, która zawsze patrzyła na życie z optymizmem i która nie wahała się, jeśli chodziło o uczucia – córka Gryffindoru, z której Minerwa zawsze była dumna.
Oto miała przed sobą pięćdziesiąt ciał swoich dzieci.
Zawiodła. Harry'ego, ich wszystkich. Powinna była… iść do Toma… spróbować go zabić… umrzeć… byle tylko nie musieć czuć tego… tej obezwładniającej rozpaczy.
- Uspokój się. Twoje ręce lśnią. Musisz odpocząć, dziewczyno. – ktoś otoczył ją ramieniem. Wyczuła znajomy zapach kóz i whiskey. Aberforth.
Wskazała dłonią na zwłoki.
- Gdyby nie ty, byłoby ich więcej. – wyszeptał brat Albusa.
To wcale jej nie pocieszyło. Pojedyncza łza, która spłynęła po jej policzku, również nie przyniosła jej oczekiwanej ulgi.
oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
Ach, mam nadzieję, że ff . net naprawiło już swoje listopadowe problemy. W każdym razie, większa część Bitwy o Hogwart za Wami. W następnym rozdziale będzie już ostateczne starcie z Voldemortem (oraz mała... albo całkiem duża niespodzianka).
Dziękuję bardzo tym, który skomentowali ostatnie rozdziały: SchaMG, zxc, Yohana Gutierrez i Spalony82 - mam nadzieję, że ostatnie rozdziały tego tomu też się Wam spodobają.
Osobne podziękowania dla Elanor-1995 - nawet nie wiesz, jak cieszę się, że doszłaś do wniosku, iż nie możesz dalej siedzieć cichutko! Twój komentarz dał mi sporo do myślenia - bo w wielu punktach na obecną chwilę bym się z Tobą zgodziła - ta historia powstała na tyle dawno, że z obecnej perspektywy czasu, widzę już jej niedociągnięcia. To jednak nie znaczy, że byłabym w stanie znaleźć w sobie tyle samozaparcia, by przerobić ją na coś lepszego - jak zauważyłaś to potężne przedsięwzięcie. A wracając do konkretnej kwestii tego, że wszyscy uczniowie Min uwielbiają - jakoś zawsze zakładałam, że tak jest. Wydawało mi się, że dzieci, które w wieku jedenastu lat trafiają do Hogwartu, podświadomie szukają czegoś, co zastąpiłoby im rodzinę. Owszem, domy są tego namiastką, ale właśnie Min jest opiekunką Gryffindoru (a to najczęściej przedstawiany w serii dom) a poza tym, jako zastępczyni dyrektora, zawsze zakładałam, że Min czuje się bardziej odpowiedzialna za całą szkołę niż inni nauczyciele. Dodatkowo, pisząc to, miałam z tyłu głowy, że uczniowie czują, iż w przypadku właśnie wojny, czy poważnego zagrożenia, Min nie wahałaby się oddać życia za któregoś z nich. Co do przykładów, które przywołałaś - chciałam bardziej wpleść Huncwotów w tą opowieść, a ich przywiązanie do Minerwy oparłam na założeniu, że mimo ich beztroskiego zachowania w szkolnych latach, Min miała do nich słabość, a poza tym inspirowałam się faktem, że udało im się zostać animagami - nie sądzę, by do tego doszli, gdyby Minerwa była gorszą nauczycielką. Przyznaję natomiast, że Malfoy to jest niedociągnięcie - jest to dla mnie złożona postać, nie chciałam pomijać go w tej historii, a jednocześnie trochę zabrakło mi pomysłu na to, jak go poprowadzić. Jeśli chodzi o pierwszą scenę z Kamienia, to oczywiście rozumiem Twoją niechęć do mojego pomysłu, ale kanon gryzł mi się tutaj z moją wizją - bo Min, która straciła własne dziecko, która jest matką chrzestną Harry'ego, jak dla mnie nie mogłaby tak po prostu zostawić go na progu Dursley'ów. Ogólnie jeszcze raz dziękuję Ci za miłe słowa, chociaż obawiam się, że nie umiałabym stworzyć nic w oderwaniu od HP -właśnie ta magia, wpleciona naprawdę subtelnie w rzeczywisty świat, inspiruje mnie najbardziej. Ale pisania na razie nie porzucam - w kolejce do publikacji jest nie tylko kolejny, ostatni tom tej serii, ale nowa seria, a obecnie rzeźbię jakieś krótsze opowiadania.
Liczę, że reviews nadal działają - bez nich publikowanie na pewno sprawiałoby mi dużo mniej frajdy.
Trzymajcie się zdrowo,
Emeraldina
