Zieleń. Tak, tak chyba brzmiała nazwa tego koloru. Kolory miały też odcienie. Tak, były różne rodzaje zielonego. Był seledynowy, ale to była blada zieleń, zbyt blada. Był kolor sosnowych igieł – świeży, nawet ładny – ale to też nie był ten kolor. Był limonkowy – bardzo żywy, chyba go lubił. Dlaczego? Limonki przypominały cytryny. Lubił cytryny? Nie, lubił takie małe cytrynowe cukierki. Cytrynowe dropsy!

Lecz to nie był też kolor dojrzałych limonek.

Szmaragd. Tak. To był szmaragdowy. Najszlachetniejsza i najczystsza z zieleni.

Czemu ją widział? Ale czy widział? Czy jego oczy były zamknięte?

Oczy. Szmaragd. To było ważne, czuł to. Ale dlaczego?

Odpowiedzi chyba zazwyczaj kryły się w umyśle. Powinien sięgnąć do swojego i ich poszukać. Kim był? Czemu otaczała go zieleń? Szmaragd.

Jak to się robiło? Przecież gdzieś musiał być jego umysł, inaczej nie pamiętałby tego… nie myślałby teraz. Uczepił się jednej myśli. Wyobraził ją sobie jako nitkę prowadzącą do kłębka – umysłu. Tak. Wyobraźnię już znalazł. Jeszcze tylko trochę… trochę…

Był przed nim. Nie umiał go wizualizować, ale czuł jego bliskość. Musiał się w niego zanurzyć… zadać kluczowe pytania…

Kobieta. Miała ciemne włosy i dumne, jakby indiańskie rysy. Przytulała go do siebie czule. Gdzieś obok był mężczyzna, o migotających, niebieskich oczach.

Chłopiec o długim nosie i oczach zdradzających upór. Dziewczynka – blada, jasnowłosa. Potężna. Chora.

Chłopak o złotych włosach i lodowych oczach. Piękny. Podający mu dłoń. Rozciągający w uśmiechu usta stworzone do pocałunków.

Dziewczynka miała na imię Ariana. Miała, bo zobaczył jej martwe ciało.

Inna dziewczynka. Ciemnowłosa. Słyszał jej śmiech, przypominający srebrne dzwoneczki. Czuł jej konwaliowy zapach. Nie widział jednak jej twarzy.

Chłopiec w okrągłych okularach. Z oczami w kolorze sosnowych igieł, wpatrujący się w niego z wyrzutem. Miał na czole bliznę w kształcie błyskawicy.

Mężczyzna. Długi nos, czarne, tłuste włosy. Oczy jak para ciężkich węgli.

,,- Ty musisz mnie zabić.

- Błagam, Severusie."

Szmaragdowy promień zaklęcia.

Szmaragdowy, jak jej oczy.

Widział ją, wyraźnie jak nigdy. Kobietę o ostrych, arystokratycznych rysach. O czarnych jak smoła, jedwabiście miękkich włosach. Jej skóra była niczym alabaster, a skrzyła się jak gwiazdy. Jej usta miały zapraszający, rubinowy kolor. Ale najbardziej niezwykłe, fascynujące i hipnotyzujące były jej szmaragdowe oczy.

Minerwa.

Nagle zrozumiał. Przypomniał sobie wszystko.

Nazywał się Albus Percival Wulfryk Brian Dumbledore.

Najważniejszą rzeczą w jego życiu była miłość do Minerwy McGonagall.

Rozkazał się zabić Severusowi Snape'owi, którego kochał jak syna.

Otworzył oczy.

Teraz nie widział zieleni. Widział biel.

Wraz ze zmysłem wzroku wróciła mu świadomość własnego ciała.

Po pierwsze, leżał na czymś twardym. Otaczało go coś twardego. Z każdej strony. Poruszył prawą dłonią. Ostrożnie opuścił ją wzdłuż ciała. Dotknął twardego materiału. Umysł podpowiedział mu, że zimny, gładki materiał jest marmurem.

Zatem musiał umrzeć. I teraz znajdował się w grobie z białego marmuru. Dlaczego jednak żył?

Przecież nie mógł nazwać śmiercią swojego stanu. Czuł zimno bijące z kamienia. Słyszał bicie swojego serca. Mógł poruszyć głową, ustami, mógł zamrugać. Nawet przełknął ślinę.

- Minerwa. – wyszeptał. Mógł nawet usłyszeć swój głos.

Jak to było możliwe?

Był jeden sposób, żeby się dowiedzieć. Musiał się stąd wydostać.

Uderzył łokciem w kamień. Poczuł ból – kolejny dowód jego śmiertelności. Jeśli zaś rzeczywiście żył, to musiał oddychać – wątpił, by zatęchłe powietrze z grobu wystarczyło mu na długo. Musiał rozbić ten marmur. Fizycznie nie był w stanie tego zrobić.

Kluczowe było, czy wciąż posiadał magię. Sięgnął umysłem do miejsca, gdzie zazwyczaj się znajdowała.

Przeżył szok, gdy odkrył swoją magię. Była jasna, czysta, pulsująca światłem – i potężna jak nigdy wcześniej. Przez kilka chwil napawał się jej widokiem. Zaraz jednak przypomniał sobie, po co w ogóle jej szukał. Nie miał różdżki. Musiał więc bez jej pomocy wydostać się z tego grobowca. Powoli, delikatnie, przesunął dłonie na pierś i obrócił je spodem do marmuru. Następnie zaczerpnął kawałeczek z drgającej kuli energii, przelał ją w dłonie i naparł nimi na kamienną płytę.

Marmur ustąpił i pękł. Część wypchnęły dłonie Albusa, część zasypała go odłamkami. Prawie zakrztusił się świeżym powietrzem. Odruchowo dźwignął się do pozycji siedzącej. Drżącymi dłońmi usiłował oczyścić twarz z pyłu i odłamków. Wciąż nie otwierał oczu.

Czuł zapach mokrej trawy. Powietrze było wilgotne, ale zaskakująco świeże. Odetchnął nim głębiej. Było w nim coś jeszcze… Nie…. Niemożliwe.

Konwalie?

Otworzył oczy. Przed sobą ujrzał las. Zakazany Las. Musiała być ostatnia faza nocy, bo niebo już rozjaśniało się trochę ponad drzewami. Siedział w prostym, wysokim sarkofagu z białego marmuru. Poniżej, u stóp grobowca rosły białe konwalie.

Odruchowo próbował wstać, ale jego nogi były jeszcze zupełnie sztywne, zaplątał się więc w dziwnie szerokie niebieskie szaty i jego ciało przechyliło się na lewo. Nie złapał równowagi i runął na dół z grobowca. Instynktownie przysunął nogi do piersi, gdy upadł na mokrą trawę i potoczył się. Plusk. Wpadł do wody.

Na szczęście w tym miejscu jezioro przy brzegu nie było głębokie, a on nie potoczył się za daleko. Tutaj wody miał może do kolan – ciężko było mu ocenić, bo wpadł na tyle niefortunnie, że i tak był cały mokry. Jednak samo uczucie… bycia mokrym… choćby woda była zimna i na dnie mulista, było bardzo przyjemne.

Przesunął dłonią po powierzchni wody.

I zmarszczył brwi.

Jego dłoń nie była czarna i pomarszczona, poparzona klątwą Voldemorta. Była piękną, gładką i nieskazitelną dłonią młodego mężczyzny o długich palcach i paznokciach w kształcie idealnych migdałów. Przysunął ją do twarzy, jakby spodziewał się, że to woda tworzy tę iluzję.

Lecz dłoń nadal była doskonale wypielęgnowaną dłonią młodego mężczyzny.

Wstrzymał oddech i nachylił się nad lustrem wody.

Po pierwsze, broda nie zmąciła tafli jeziora. Dlatego, że jej po prostu nie miał.

Jego twarz była zupełnie gładka. I nie chodziło jedynie o brak śnieżnobiałej brody i wąsów – chodziło również o całkowity brak zmarszczek.

Był młody.

W wodzie widział przystojnego młodzieńca o lśniących, kasztanowych włosach, długim ( niezłamanym!) nosie i migoczących, błękitnych oczach.

Odruchowo przesunął dłonią po swojej twarzy – opuszki palców podpowiadały mu, że widziany w wodzie obraz jest prawdziwy.

Odepchnął się na rękach i wstał, by spojrzeć na swoje odbicie z góry.

Tak wyglądał, gdy poznał Gellerta. Miał wygląd dziewiętnastolatka, nieskażonego latami trudnych doświadczeń. Jedynie jego oczy zdradzały doświadczenie. Oczy! Nawet nie czuł swojej wady wzroku. Ani reumatycznych bólów, ani zmęczenia, które przez ostatnie lata go nie opuszczało!

Przesunął dłońmi po młodym, jakby nowym, ciele. Mokre szaty przywarły do jego chudej sylwetki. Dziwnie nie pasowały – ale przecież nie mógł oczekiwać, że to, co pasowało ponad stuletniemu starcowi będzie pasować nastolatkowi.

Jak to się mogło stać?

Przecież Severus go zabił.

Przecież śmierci nie można było oszukać.

Jak mógł żyć, czuć, myśleć… być znów młodym?

Przez chwilę kontemplował swoje odbicie w lekko drżącej wodzie. Słońce powoli się podnosiło znad horyzontu. I wtedy uderzyła go celna myśl.

Jak długo? Ile czasu minęło?

Powiódł wzrokiem do brzegu. Kwitły konwalie. Był zatem maj. Severus zabił go w czerwcu. Ile lat minęło?

Odwrócił się. I krzyknął.

Hogwart, jego ukochany Hogwart nawet z daleka wydawał się być ruiną, z której unosiły się kłęby dymu.

Minerwa.

Zebrał mokre szaty w dłonie i popędził w kierunku zamku, oświetlonego krwawą łuną wschodzącego słońca.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

- Harry Potter nie żyje. Został zabity w chwili tchórzliwej ucieczki dla ratowania swojego życia, podczas gdy wy byliście gotowi oddać swoje życie za niego. Przynosimy wam oto jego zwłoki na dowód, że wasz bohater odszedł na zawsze. Bitwa została wygrana. Straciliście połowę walczących. Moi śmierciożercy przewyższają was liczebnie, a Chłopiec, Który Niegdyś Przeżył, został zgładzony. Wasz dalszy opór nie ma sensu. Ktokolwiek się dalej będzie opierał, mężczyzna, kobieta lub dziecko, zostanie zabity wraz z całą rodziną. Wzywam was, oddajcie mi pokłon, a zachowacie życie. Wasi bliscy zostaną oszczędzeni, wasze grzechy pójdą w zapomnienie. Połączcie się ze mą, aby wspólnie budować nowy świat. – głos Voldemorta rozbrzmiał w Wielkiej Sali.

Minerwa odnotowała, że większość obecnych zareagowała niedowierzaniem. Ocalali ruszyli ku drzwiom, by iść na własne oczy przekonać się, czy słowa Voldemorta są prawdą.

Co ona czuła?

Nic. Pustkę.

Rozum podpowiadał, by odbierać to jako potwierdzenie. Lecz serce nie mogło znieść myśli, że jej drogi chłopiec, Harry, był martwy.

Kierując się tym drugim, wstała. I wtedy Tom znów się odezwał:

- Minerwo…

Nie powiedział już nic więcej, ale odbijający się echem od ścian jego głos wystarczył, by wszyscy przystanęli i obejrzeli się na nią. Wyciągnęła różdżkę z kieszeni szaty i ruszyła do wyjścia, wymijając ich bez słowa. Nie zważała na pełne niepokoju twarze uczniów i przyjaciół. Wiedziała, że idą za nią – Aberforth, Poppy, Pomona, Weasley'owie i inni.

Severus oddał życie za plan Albusa. Jeśli Harry rzeczywiście był martwy… pozostawała jeszcze jedna karta. Jeszcze jedna niewiadoma.

Wyszła na dziedziniec przed kamiennym mostem. Zarówno krużganki wokół dziedzińca, jak i kamienna przeprawa były kompletnie zdemolowane. Minerwa przystanęła kilka kroków przed Neville'm Longbottomem, wpatrującym się w ciemne postacie na moście.

Na czele szedł sam Voldemort. Pierwsze promienie słońca odbijały się od jego nagiej czaszki. Za nim szedł spętany Hagrid, trzymający coś w dłoniach. Za jego plecami podążały hordy śmierciożerców.

- Harry, o Harry. – Minerwa szybko wychwyciła słowa w szlochu Hagrida. Tymczasem Voldemort wszedł na dziedziniec i rzekł:

- Stop.

Śmierciożercy ustawili się w rzędach za swoim panem i Hagridem.

Z tej odległości Minerwa już była w stanie rozpoznać ciemny kształt w ramionach półolbrzyma.

- NIE! wrzasnęła z całych sił.

Harry Potter nie mógł być martwy. A jednak, teraz widziała jego ciało.

Bellatriks wybuchnęła śmiechem.

Ron, Hermiona i Ginny również wydali z siebie okrzyki bezkresnej rozpaczy. Inni też zaczęli krzyczeć.

- Cisza! – ryknął Voldemort. – To już koniec. Hagrid, połóż go u moich stóp, gdzie jego miejsce. – rozkazał. Minerwa nie patrzyła na niego, wciąż spoglądając na ciało Harry'ego.

Czy teraz wszystko było stracone? Zatonęła w myślach, zupełnie sparaliżowana bólem. Okrzyki obrońców, odpowiedzi Voldemorta, to ledwo do niej docierało.

Voldemort miał tak po prostu wygrać? Na jej twarzy nie drgnął żaden mięsień, gdy Neville wystąpił naprzód, by rzucić się na Voldemorta. W letargu obserwowała przywołaną przez czarnoksiężnika Tiarę Przydziału.

- Nie będzie domów. Godło, barwy i tarcza mojego szlachetnego przodka, Salazara Slytherina będą wspólne dla wszystkich. Poprawka. Naszego przodka, nieprawdaż, pani profesor? – Voldemort zwrócił się bezpośrednio do niej.

- Nie powinieneś powoływać się na koneksję z magiem, który nade wszystko cenił czystą krew, skoro twoja jest w połowie mugolska. – odpowiedziała. Głos jej nie drżał. Kilkoro uczniów wydało z siebie zduszone okrzyki, a śmierciożercy zbledli.

Voldemort przez chwilę patrzył na nią, a na jego twarzy pojawił się grymas. Ze złością machnął różdżką.

Tiara Przydziału na głowie Neville'a stanęła w płomieniach. Obrońcy zaczęli krzyczeć. Wrzask Augusty wznosił się ponad inne. Minerwa zastygła w bezruchu.

A wtedy Neville wyrwał się spod zaklęcia czarnoksiężnika, jednym gestem zerwał tiarę z głowy i wydobył z niej coś lśniącego… coś znajomego…

Ohydny wrzask wściekłości przeszył cały dziedziniec, gdy Neville Longbottom, syn Franka i Alicji, wnuk Augusty i Lucasa, odciął łeb wielkiemu wężowi za pomocą miecza Godryka Gryffindora.

Czarny Pan wzniósł Czarną Różdżkę.

- Protego! – Minerwa teleportowała się, by znaleźć się przed Nevillem i osłonić go swoją tarczą.

Wokół znów wybuchła walka, między śmierciożercami a obrońcami.

Lecz uwaga Minerwy była całkowicie skupiona na odrażającej twarzy lorda Voldemorta.

- Minerwo. Wciąż możesz się do mnie przyłączyć. Uczynię cię swoją królową. Dam ci władzę, jakiej nigdy nie miałaś. Zapomnę o twoich błędach… - głos Toma był zupełnie oślizgły – wywoływał zimne dreszcze na ciele Minerwy.

- Moim błędem było to, że nie zabiłam cię, kiedy miałam okazję. – odpowiedziała, przesuwając się powoli w lewo – rozpoczynając taniec walczących magów.

- Nie. Twoim błędem było oddanie się Dumbledore'owi. Zapomnę o tym, jeśli się do mnie przyłączysz. Zdradzę ci nazwę tamtego lasu… tylko przyłącz się do mnie.

Minerwa poczuła obezwładniające zimno. Las… informacja… ,którą tak pragnęła poznać…, bez której nie mogła zaznać spokoju… grota…

Ariana Theresa.

- Dumbledore dał mi coś, czego ty nigdy nie będziesz w stanie mi zapewnić. – wycedziła, kątem oka obserwując toczące się obok walki. Zaklęcie uśmiercające Bellatriks o włos minęło Ginewrę. To zupełnie rozwścieczyło Molly:

- Tylko nie moją córkę, suko!

Minerwa znów skupiła się na Voldemorcie, który bez wysiłku odparł kilka potężnych czarów Kingsley'a i Slughorna, wciąż patrząc jedynie na nią.

Tom roześmiał się, a jego oczy zalśniły szkarłatem.

- Co? Miłość? Jesteś naiwna. Gdyby miłość miała jakieś znaczenie, nie zostawiłby cię tutaj, samotnej, na z góry przegranej pozycji. Władza! Tego nigdy nie miałaś – zawsze skryta w jego cieniu. Zawsze jedynie dodatek do jego chwały. Ja dam ci równorzędne miejsce przy mnie. Dam ci wszystko, czego sobie zażyczysz. Nawet głowę Belli na tacy – i tak jest bezużyteczna, skoro nie potrafi pokonać grubej kucharki! – zawołał.

Minerwa otworzyła szerzej oczy. Teraz już walczyła jedynie Molly z Bellatriks, wyraźnie zawstydzoną szyderstwem potwora, któremu służyła. Inni stali pod ścianami, biegając wzrokiem między dwiema czarownicami a krążącymi powoli Minerwą i Voldemortem.

- Już … nigdy… więcej… nie tkniesz… naszych… dzieci! – ryknęła Molly.

Nauczycielka transmutacji wstrzymała oddech. Bellatriks roześmiała się. Śmiech jednak zamarł na jej ustach, bo zaklęcie Molly trafiło ją w pierś, ponad serce. Ciężkie powieki poszybowały w górę ze zdumienia, a w ciemnych oczach błysnęło zrozumienie. Prawa ręka Voldemorta runęła na ziemię, martwa.

Triumfalny okrzyk obrońców Hogwartu zmieszał się z gniewnym wrzaskiem Toma:

- Avada Kedavra!

Nadgarstek Minerwy zareagował błyskawicznie. Jej zaklęcie uderzyło w dłoń Voldemorta, przez co klątwa trafiła w klepsydry domów w sali wejściowej. Rubiny potoczyły się pod stopy Minerwy, gdy Tom się do niej odwrócił:

- Expelliarmus! – krzyknął.

- Protego! – zawołała Minerwa, zdumiona, że nie użył żadnej Niewybaczalnej Klątwy.

Ich zaklęcia zderzyły się na środku dziedzińca.

Minerwa zrozumiała, że oto nadszedł ten moment. Ostateczna rozgrywka. Zacisnęła obie dłonie na różdżce, z której wydobywał się niebieski promień rozlewający się w potężną tarczę. Tom również wzniósł obie ręce.

Jego moc była ogromna. Zmuszał ją do cofnięcia się. Była świadoma tego, że przegrywa, gdy po pięciu minutach nieustannej wymiany energii znalazła się w na progu sali wejściowej. Musiała zwiększyć moc. Już nie miała po co jej oszczędzać. Nawet jeśli nie uda jej się pokonać Toma, to ktoś inny będzie miał łatwiejsze zadanie.

Z jej gardła rozległ się potężny okrzyk – poczuła jak przez całej jej ciało przepływa przepotężna energia – brudna magia, nagromadzona przez lata, powstała ze skumulowanego cierpienia. Jej różdżka się nagrzewała. Jej tarcza jaśniała tak potężnym światłem, że musiała zmrużyć oczy, by widzieć wykrzywioną z wysiłku twarz Toma.

Tarcza przesunęła się na środek dystansu pomiędzy nimi. Jeszcze troszeczkę… jeszcze tylko… zepchnie go do defensywy.

Lecz wtedy on brutalnie zaatakował jej umysł.

Magia, mury, Magia, mury… Magia!

Mury runęły, a on znalazł się w jej umyśle.

Jego obecność była jeszcze gorsza niż zapamiętała. Brutalnie przedzierał się przez jej wspomnienia. Nie była w stanie wyrzucić go ze swojego umysłu.

Nie mogła zadać mu bólu myślami, nie przerywając ataku.

Aż w końcu dotarł do wspomnienia z nocy w Niemczech.

,,Jesteś taka piękna, moja najdroższa Minerwo."

- AAAAAAAAAA! – ich wrzaski zlały się w jedno.

Minerwa już nie panowała nad instynktem. Odcięła dopływ magii. Jego zaklęcie rozbrajające uderzyło ją w sam środek klatki piersiowej – różdżka wyleciała jej z ręki. Lecz to nic nie znaczyło, bo Minerwa wszystkie siły przerzuciła na atakowanie go umysłem.

Jako że wdarł się w jej świadomość, stosunkowo łatwo było go otoczyć, przyszpilić. Chciała jedynie jego bólu. Nie obchodziło jej nic więcej. Wbiła w niego swoje zatrute bólem myśli. Gdzieś w oddali słyszała jego rzeczywiste wrzaski.

Nie miał prawa oglądać tego wspomnienia. To była jej najcenniejsza własność. Nie miał prawa wdzierać się do jej umysłu. Pragnęła, by zapłacił za to najwyższą cenę.

Nie dbała o szybko kurczące się zasoby mocy. Atakowała, torturowała, zabijała… myśl po myśli… wspomnienie po wspomnieniu. Niszczyła świadomość Voldemorta swoimi własnymi myślami.

Lecz wciąż nie mogła wymazać z jego oszalałego z bólu umysłu widoku jej nagiej, uśmiechającej się do Albusa…

I to właśnie do tego obrazu przywarła jego chora, wyniszczona świadomość. Minerwa krzyczała, czując jak on się wycofuje, wyślizguje, wciąż jęcząc z bólu, jaki mu zadała. Aż wreszcie opuścił jej umysł i zniknął w czeluściach własnego – otoczonego murami zbyt potężnymi do sforsowania.

Otworzyła zaciskane powieki. Stali naprzeciw siebie w całkowitej ciszy. Otaczali ich obrońcy i śmierciożercy, a nikt nie odważył się drgnąć.

Klatka piersiowa Minerwy unosiła się i opadała rytmicznie. Wciąż oddychała, choć czuła, że jej moc jest na wykończeniu, chociaż wiedziała, że jest bez różdżki. Mogła wręcz dostrzec zbliżającą się śmierć.

- CRUCIO! – z wycelowanej w nią Czarnej Różdżki wystrzelił czerwony promień.

Grindelwald torturował ją tą różdżką w dokładnie ten sam sposób.

- Avada Kedavra! – wyszeptała, wyciągając przed siebie obie ręce.

Zaklęcie Toma trafiło idealnie w jej dłonie. Minerwa przymknęła oczy- moc uciekała z niej w szaleńczym tempie, próbując przeciwstawić się potężnej klątwie. Brudna magia wypływała z niej…

Minuta. Dwie minuty. Pięć.

Voldemort krzywił się z wysiłku. Gdyby udało jej się wytrzymać jeszcze trochę…

Ale moc ją opuściła. Pozostała tylko pustka. Jej dłonie rozeszły się, klątwa trafiła ją w podbrzusze. Siła zaklęcia uniosła jej ciało jak szmacianą lalkę i cisnęła kilkanaście metrów dalej. Opadła z impetem na stertę gruzu.

Pokonał ją. Pozbawił ją mocy. Zaraz będzie w jego władaniu.

Pełen triumfu śmiech Voldemorta poniósł się echem na całym dziedzińcu.

Kątem oka widziała jak powoli ku niej kroczy. Wiedziała, że nadchodzące minuty są kluczowe. Jeśli ktokolwiek miał przeżyć, ona musiała umrzeć jako pierwsza.

Ale jak? Nie miała już tyle mocy, by się zabić.

Usłyszała cichy szmer. Obróciła lekko głowę. Zobaczyła sunącą po zapylonej ziemi ostrą szpilkę do włosów.

Musiała naprawdę być na skraju, skoro miała takie halucynacje.

A potem gdzieś w oddali zobaczyła skupione spojrzenie orzechowych oczu.

Gdy zrozumiała, co właśnie ma miejsce, krew odpłynęła z jej twarzy.

Alexandra nie uciekła z innymi. A teraz, bez obawy o to, że Voldemort odkryje jej potencjał, bez użycia różdżki dawała Minerwie narzędzie do godnego zakończenia tego wszystkiego.

Voledmort cały czas się zbliżał.

Minerwa użyła ostatnich sił by cofnąć się na łokciach i lewą ręką sięgnąć do zbliżającej się szpilki. Zacisnęła na niej dłoń. Voldemort już był kilka metrów od niej.

Uniosła lewą dłoń i z całej siły wbiła ostrą szpilkę w prawe ramię. Dokładnie tam, gdzie skrywała się podskórna kapsułka z jadem bazyliszka.

Natychmiast poczuła jakby płomienie bólu trawiły jej ciało. Jad rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Szybciej niż Voldemort się poruszał.

Mogła zrobić jeszcze jedną, jedyną rzecz. Zagryzła dolną wargę. Poczuła tylko chwilową ulgę, gdy krew pociekła ciepłym strumyczkiem z jej ust po podbródku.

Łokcie już nie były w stanie jej utrzymywać. Jej tułów opadł na twardy gruz ukochanej szkoły w chwili, w której Voldemort uklęknął przy niej.

Nie chciała, by jego szkarłatne oczy i odrażająca twarz były ostatnim widokiem w życiu. Odchyliła głowę, by patrzeć na wznoszącą się Wieżę Astronomiczną. Hogwart był najważniejszy.

- Cenna krew… taka idealna… - Voldemort dyszał ciężko, pochylając się nad nią.

Gdy jego usta dotknęły jej odsłoniętej szyi, wydała z siebie ostatni jęk rozpaczy. Po raz pierwszy od bardzo dawna łzy popłynęły swobodnie po jej policzkach.

Usta Toma przesuwały się w górę jej szyi, zlizując jej ciepłą krew. Zatrutą bazyliszkowym jadem krew. Słyszała jak Voldemort jęczy z rozkoszy, docierając do jej krwawiącej wargi.

,,Już niedługo. Och, Albusie." - myślała.

,,Nie dopuszczę, byś wpadła w ręce Toma. Cokolwiek się wydarzy, nie wolno ci zwątpić w swoją magię. Jesteś potężniejsza niż Tom Riddle. Masz o wiele więcej niż on."

- NIE! ZOSTAW JĄ, POTWORZE!

Minerwa poczuła jak jej serce zwalnia. Głos Harry'ego Pottera… to musiało jej się wydawać…

- Co? – zmusiła się do otworzenia oczu. Widziała jak Voldemort prostuje się z niedowierzaniem nad jej bezwładnym ciałem.

W oddali chyba stał Harry Potter.

Jej dzielny Harry. Żywy.

- No proszę. Potter wybawca powrócił, by bronić dawno zbrukanego honoru szmaty Dumbledore'a. – głos Toma był lodowato zimny. Ona jednak była na tyle blisko, by zauważyć, że jego kolana zadrżały.

Jad działał. A on nie był przyzwyczajony do bólu na tyle, by wytrwać w tym tak długo jak ona.

- Co… - Voldemort zachwiał się. Zerknął w dół, na Minerwę. W jego oczach rozbłysło zrozumienie – w panice otarł usta z jej krwi.

Ona rozciągnęła wargi w uśmiechu.

- Ty dziwko! – warknął i podniósł Czarną Różdżkę.

- Expelliarmus! – ryknął Harry. Zmusił Voldemorta do zwrócenia różdżki przeciwko niemu. Zaczęli walczyć.

Minerwa była zbyt słaba, by skupić się na wymienianych przez nich słowach:

- Dzisiaj nikogo nie zabijesz.

- Stara śpiewka Dumbledore'a, że miłość zwycięży wszystko, nawet śmierć, a nie wybroniła go przed upadkiem z wieży jak stara, szmaciana kukła? ... Ja, Lord Voldemort, posługujący się magią, o której Dumbledore'owi się nawet nie śniło!

- Był lepszym czarodziejem i lepszym człowiekiem.

- Dumbledore nie żyje! Nigdy nie wróci!

- Severus Snape był po stronie Dumbledore'a. Jego patronus był łanią, tak jak patronus mojej matki.

- Ostatni plan Dumbledore'a zawiódł, Harry Potterze!

- Sprawdź czy nie masz wyrzutów sumienia, Riddle.

- Ukradłem tę różdżkę z grobowca! Jej moc należy do mnie!

- Ja jestem prawdziwym panem Czarnej Różdżki.

Potem Minerwa chyba jeszcze usłyszała jakieś zaklęcia… ale już odpływała…

,,Albusie. Tak mi przykro."