- Pani profesor! PANI PROFESOR!
- Pani Pomfrey, proszę coś zrobić! Ona nie może umrzeć!
- Pani profesor. Nie może mnie pani zostawić. Błagam…
Coś mokrego spadło na twarz Minerwy. Podniesienie powiek kosztowało ją siły, których już nie miała.
Harry Potter pochylał się nad jej twarzą, a po jego policzkach ciekły łzy. Za nim widziała inne, rozmazane twarze.
- Harry… - wycharczała – jad atakował nawet jej gardło. Tylko cud sprawił, że jeszcze nie dotarł do mózgu.
- Niech pani walczy, pani profesor. Jest pani przecież naszą lwicą. – Harry mocno ścisnął jej rękę.
- … dumna… matka… - nie była już w stanie zbudować zdania.
Miała umrzeć, nigdy nie zdradziwszy im wszystkim, jak bardzo ich kocha.
Przynajmniej byli bezpieczni. Wykonała swoje zadanie. Teraz mogła odejść. W spokoju. Do Albusa. Na kolejną wielką przygodę.
Nigdy nie była tak pewna wychodzącej jej naprzeciw śmierci jak wtedy, gdy usłyszała śpiew feniksa. Zamknęła oczy.
- Fawkes?!
- Harry, jego łzy!
- Fawkes, chodź tu! Ratuj ją. Błagam. Ona nie może umrzeć. Uratuj ją!
Coś jedwabiście miękkiego i ciepłego opadło na jej pierś. Coś wilgotnego skapnęło na jej rozchylone wargi.
,,Czekolada. I cytrynowe dropsy."
- Profesor… profesor McGonagall… nie mogę pani stracić. Nie pani.
Minerwa nagle poczuła jak cały odczuwany przez nią fizyczny, paraliżujący ból się cofa. Od stóp, od koniuszków palców biegł z powrotem do centrum jej organizmu.
Co, na Merlina, się działo?
Coś formowało się w jej trzewiach. Coś ugrzęzło w jej gardle. Odruchowo usiłowała to odkrztusić. Uderzyło w jej zęby, gdy odepchnęła się na łokciach i pochyliła do przodu.
Otworzyła oczy w momencie, gdy z jej ust wyleciał idealny, doskonale oszlifowany szmaragd i wylądował prosto na ręce zupełnie zdumionego Harry'ego Pottera. Oczy w kolorze sosnowych igieł wpatrywały się w jej twarz.
- Pani profesor? – zapytał miękko.
- Hharry? – wyszeptała, wciąż czując suchość i kwaśny posmak w ustach.
- Jestem tu. Już po wszystkim, pani profesor. Pokonaliśmy go. – Harry mocno ścisnął jej dłoń.
Minerwa poczuła wzbierające w oczach łzy. Voldemort był martwy. A ona przeżyła.
Nie miała pojęcia skąd znalazła siły, by mocno przytulić Harry'ego.
Po chwili wszyscy obrońcy Hogwartu stanowili jedną zbitą masę ściskających się ludzi. Będąc w centrum tego wszystkiego, Minerwa zastanawiała się, czy to właśnie jest szczęście.
- Dobra! Koniec tego! Zadusicie ją na śmierć! O mało nie umarła! McGonagall! – głos Poppy przedarł się przez śmiechy ocalałych.
Harry wypuścił Minerwę z objęć i pozwolił, by pielęgniarka podeszła do niej.
- Teraz nie wywiniesz się od badań! Co on ci zrobił, Minnie? – zapytała Poppy, dokładnie lustrując ją spojrzeniem.
- Myślę, że jestem zbyt wyzuta z magii, byś mogła bezpiecznie odprawiać nade mną jakiekolwiek czary. – mruknęła Minerwa. Wciąż była słaba, choć już mogła ustać na nogach.
- Pani profesor, co to jest? – Harry wcisnął jej w dłoń szmaragd. Minerwa uniosła go do światła wschodzącego słońca.
- Myślę że to jad bazyliszka skrystalizowany przez łzy feniksa, Harry. Kiedy wyciągałam miecz Gryffindora z paszczy bazyliszka w Komnacie Tajemnic, ukułam się jednym z kłów. Wtedy jad został zatrzymany przez przeciwciała w mojej krwi, pochodzące od Roweny Ravenclaw. Mój organizm zatrzymał kapsułkę z trucizną pod skórą na ramieniu… jako ostatni bezpiecznik. – odpowiedziała. Kątem oka widziała nagłe zrozumienie na twarzy jedenastoletniej Alexandry, której dłoń ściskała zapłakana Pomona.
- Ale… chciała się pani zabić? – Potter otworzył szeroko oczy.
- Ach, ty idioto. – odezwał cię cienki, ale autorytarny głosik. Minerwa uniosła brwi, widząc przepychającą się ku nim Alexandrę.
- Przepraszam, ale my się chyba nie znamy… - zaczął niepewnie Harry.
- A podobno wnikałeś w umysł Voldemorta, a nie dostrzegłeś najbardziej oczywistej rzeczy, Potter. – ofuknęła go Alexandra.
- Ej, co ty wygadujesz? – warknął Ron.
- Szpilka do włosów była jedyną bronią, jaką mogłam niezauważenie podać profesor McGonagall, w nadziei, że ona wbije tą prymitywną broń w gardło Voldemorta. Ale nie, zamiast tego profesor McGonagall wbiła ją w swoje ramię, wprowadzając jad bazyliszka do swojego krwiobiegu. Jad bazyliszka, Potter! Voldemort zlizał go z jej krwią! Dlaczego się zachwiał, co? Idźcie zbadać tę jego skorupę, to znajdziecie w jego żyłach bazyliszkową truciznę. – odpowiedziała Alexandra.
- Panno Zenaidov, proszę się uspokoić. – Minerwa była zbyt zmęczona, by nawet podnieść głos.
- Nie, pani profesor! Wszyscy powinni wiedzieć, że pani przyczyniła się w co najmniej równym stopniu do upadku Voldemorta co Harry Potter! – na twarzy dziewczynki pojawiły się rumieńce.
Minerwa zadrżała- ogarnęło ją ogromne zmęczenie, a ta mała nie dość, że mimo wyraźnych rozkazów była nie tam, gdzie powinna, to jeszcze usiłowała na siłę zrobić z niej bohaterkę!
- Nie wiem, skąd się tu wzięłaś, ale jeśli zależy ci, żeby obwołać profesor McGonagall ministrem magii, to masz moje poparcie. – odezwał się Kingsley. Minerwa spojrzała na niego ostro.
- Zwariowaliście? – rzekła słabo. Nogi się pod nią zatrzęsły. Ktoś łagodnie chwycił ją za ramiona i utrzymał w pionie.
- Dajcie już jej spokój. – pełen ukrytej groźby głos Aberfortha chyba uświadomił ludziom, że ten gburowaty barman ma w sobie tą samą krew co Albus Dumbledore.
Minerwa oparła się o stos kamieni, oddychając głęboko. Wiedziała, że za jej plecami ludzie padają sobie w ramiona, radując się i szlochając.
To naprawdę był koniec. Nie było Toma Riddle, którego się bała od zakończenia edukacji. Nie było Voldemorta, który terroryzował całą ich społeczność. I choć pozostały gruzy… można je było odbudować.
Gdzieś ponad nią rozległ się miękki, ptasi krzyk.
- Fawkes? – zapytała, mrużąc oczy.
Była pewna, że na tle czerwono wschodzącego słońca widzi złotą sylwetkę feniksa.
- Nie sądziłem, że wróci. – odezwał się cicho Aberforth.
Minerwa zrobiła kilka kroków do przodu. Fawkes kołował nad dziedzińcem.
Gdzieś w oddali, na końcu mostu zobaczyła jakiś ruch. Wyciągnęła dłoń. W tłumie dały się słyszeć ciche okrzyki, gdy różdżka posłusznie uleciała do jej dłoni.
Krok naprzód. I jeszcze jeden. Różdżka w pogotowiu. Po jej prawej stronie stał Harry, po lewej Aberforth.
Na moście pojawiła się jakaś postać. W promieniach słońca Minerwa najpierw widziała jedynie jasnoniebieską plamę, która coraz bardziej przypominała ludzką sylwetkę.
Zbliżający się czarodziej zwolnił w połowie mostu, jakby wstrząśnięty obrazem chaosu i zniszczenia, jaki widział przed sobą. Po chwili jednak ruszył dalej. W miarę jak się zbliżał, Minerwa widziała coraz więcej szczegółów.
Był wysoki, nawet bardzo, ale wrażenie to potęgowała jego szczupła, lekko tyczkowata sylwetka. Miał lśniące, kasztanowe włosy. Jego nos był długi i lekko haczykowaty. Wyglądał na jakieś dziewiętnaście lat.
Ubrany był w błękitną szatę, doskonale podkreślającą błękit jego oczu. Migoczących, hipnotyzujących oczu.
Obok Minerwy Aberforth gwałtownie wciągnął powietrze w płuca. A potem uniósł różdżkę i spytał:
- Co uczyniła Minerwa McGonagall na swojej pierwszej lekcji transmutacji?
Nieznajomy uśmiechnął się i Minerwa poczuła, jak krew odpływa z jej twarzy, a serce bije szaleńczo.
- Zamieniła zapałkę w igłę, a potem w szpilkę do włosów, następnie w rapier, a na końcu otrzymałem bogato zdobioną halabardę. No i oczywiście mnie oczarowała.
- To niemożliwe. – odezwał się Harry po prawej stronie czarownicy.
Minerwa zmusiła swoje nogi do ruchu. Bardzo szybko przeszła dzielący ich dystans kilku metrów. Ani na chwilę nie spuszczała wzroku z pary migoczących, błękitnych oczu.
Kiedy już zatrzymała się przed nim, przez jeden krótki moment po prostu patrzyli na siebie.
A potem wzięła potężny zamach i z całej siły uderzyła go w twarz.
Albus Dumbledore, żywy i o dekady młodszy niż zapamiętała, zachwiał się i odruchowo chwycił za szybko puchnący policzek.
- Minerwo… - wyszeptał.
ooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
TA-DAM! Tak właśnie kończy się szósty tom serii ,,Minerwa. Kim była? ". Jakie są wasze wrażenia po lekturze tej części? Czy ,,Była jego nadzieją" podobała się Wam? Czy było coś, co Was szczególnie urzekło, albo coś, co Was wyjątkowo zirytowało? W porównaniu z pozostałymi częściami, jak ocenilibyście tą, smutną i mroczną? Jestem ogromnie ciekawa Waszych opinii - bo to były ostatnie momenty, w których wydarzenia biegły równolegle z kanoniczną serią.
Aż trudno uwierzyć, że publikacja tego tomu zajęła mi prawie pół roku - chcę natomiast serdecznie podziękować tym, którzy przez te pół roku śledzili tą historię, tym, którzy dopiero ją odkryli, tym, którzy znaleźli chęć i czas żeby skomentować, ogólnie Wam wszystkim - Czytelnikom. Sama świadomość tego, że gdzieś tam jesteście i czytacie, dodaje mi skrzydeł i inspiracji do dalszych projektów. Jestem szczególnie wdzięczna tym, którzy skomentowali ostatnie rozdziały: cieszę się, że bitwa raczej się Wam podobała i że trochę udało mi się zaskoczyć Was powrotem Albusa.
Oczywiście, Albus musiał wrócić do żywych, bo czeka Was jeszcze jedna, ostatnia część. W końcu bez Albusa... i przy definitywnie martwym Voldemorcie, nie miałabym już o czym pisać. Wtedy rzeczywiście musiałabym uśmiercić Minerwę w powyższym rozdziale, dodać jakiś epilog o spotkaniu w zaświatach i zakończyć to wszystko na sześciu częściach. Może to miałoby więcej sensu, niż to, co szykuję w kolejnym tomie... ale z drugiej strony myślę, że magia ff dopuszcza nawet najdziwniejsze rozwiązania.
Nie obiecuję, że kolejna część pojawi się zaraz - mam tam jeszcze sporo rzeczy do doszlifowania. W przerwie, możecie pospekulować nad kierunkiem i tytułem kolejnego tomu - co będzie dalej z Albusem i Minerwą? Czy odkryją, jak mu udało się powrócić do żywych? Co wydarzy się, gdy pojawią się nowi bohaterowie, gdy nadejdzie nowe zagrożenie, którego nie spodziewał się nikt? A co ze starymi koszmarami, z poczuciem winy, z ciężarem wspomnień, który powoli staje się nie do zniesienia? Jak zareaguje Albus, gdy sekrety Minerwy zaczną wychodzić na jaw, a jak osądzi ją reszta brytyjskiej społeczności czarodziejów? Co tak naprawdę czeka nas w wielkim finale? Spokojnie, na pewno się dowiecie, jak tylko wykażecie się cierpliwością - macie moje słowo, że nie zostawię Was bez zamknięcia tej historii.
Do zobaczenia przy części siódmej, pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Emeraldina
