Westchnęła głęboko i jeszcze raz zlustrowała się w lustrze. Związane włosy w wysokiego kucyka i sukienka, która była w jej szafie na nagłe wypadki. Prosta czarna do kolan i do niej szpilki. Może i ubrała się jak klaun, ale przynajmniej nie będzie miała sobie za złe, że znowu nie dostała praktyk przez nieodpowiedni strój. Prychnęła na tą myśl.

- Zaprzeczasz sobie, Hermiono. – Mruknęła do lustra.

Nawet zdobyła się na makijaż, chociaż składał się z kremu bb, tuszu do rzęs i matowej pomadki w kolorze głębokiej czerwieni. Założyła jeszcze burgundową marynarkę i poprawiła ją na ramionach. Dziękowała sobie w duchu, że Ginny wyszła rano do redakcji i nie widzi przyjaciółki, która idzie tak ubrana na ostateczną klęskę. Klepnęła się po policzkach i wypięła dumnie pierś.

- Do boju, Granger. - Odwróciła się na pięcie i wyszła z mieszkania, zamykając drzwi na klucz.

Widząc trzęsące się ręce zdecydowała się nie teleportować, żeby nie ryzykować rozszczepienia więc znów szła na piechotę, tym razem nieufnie patrząc na ciemne chmury. Jeśli się rozpada nie będzie rady, będzie musiała się teleportować na pokątną a tam wyczarować parasolkę. Jednak na razie dreptała z cichą nadzieją w sercu, że uda jej się dojść spokojnie. Samoistnie zaczęła się zastanawiać jak jej się nie uda. Sama sobie zniszczyła przyszłość, bo była zbyt ambitna. Ale cóż będzie mogła pracować w działach numerologii. Jednak smutna prawda była taka, że numerologia ją fascynowała, ale niechętnie patrzyła na związanie się z nią na całe życie. A miała z niej mistrzowski stopień, psia krew.

- Hermiono! – Zawołała ze śmiechem Hanna Abott, która stała za barem. – Kto jest tym szczęściarzem.

- Zabawne. – Przewróciła oczami i podeszła na chwilę do koleżanki. – Idę na rozmowę w sprawie praktyk. – Oparła się o blat. – I naprawdę nie chce tam iść.

- Ty się czegoś boisz? – Była puchonka podniosła brwi. – Nie wiedziałam, że kiedykolwiek tego doczekam. Poczekaj chwilę. – Zanurkowała pod blatem by po chwili wynurzyć się ze szklanką i ognistą whisky.

- Hanna, ja… – Zaczęła, ale barmanka przerwała jej, stukając mocno szklanką.

- Nic nie mów. Masz na odwagę, na koszt firmy. – Nie dała sobie odmówić, bo podeszła do następnego gościa. Gryfonka zapatrzyła się na szklankę. W sumie… czemu nie. Wypiła zawartość jednym porządnym łykiem. Kaszlnęła, by pozbyć się drapania w gardle i zamrugała, by przegonić łzy.

- Idę, dzięki! – Zawołała do Hanny i gdy ta jej odmachała, ruszyła w stronę przejścia na Pokątną. Gdy wyszła na ulicę była pewna, że będzie lać. Prawie czarne chmury zajęły prawie każdy cal nieba. – Świetnie.

Ruszyła ulicą, samoistnie rozglądając się po wystawach sklepowych. Przy sklepie ze zwierzętami zanotowała w pamięci, żeby kupić karmę dla Krzywołapa. Kocur, choć stary, trzymał się dobrze, zwłaszcza na mięciutkim parapecie w pokoju Hermiony. Mijała kolejne kamienice szukając tej konkretnej. Prorok codzienny, mimo, że nie dostał wywiadu ze Snape'em, to dzielił się, gdzie znajduje się główna siedziba jego aptek. Wcale nie zdziwiło Hermiony, że na Pokątnej i wcale nie zdziwiło jej, że znajduje się w dość wysokiej kamienicy, z czarnej cegły. Wieczna czerń. Przełknęła ślinę, wzięła głęboki oddech i ruszyła do ciemnych, przeszklonych drzwi.

Weszła do jasnego holu. Naprzeciw niej były schody, po których chodzili różnoracy ludzie, głównie ubrani w kombinezony ze smoczej skóry.

- Przepraszam, pani…? – Głos z lewej zwrócił jej uwagę. Za czarnym kontuarem siedziała szatynka, z włosami prostymi jak drut, sięgających po podbródka. Była ubrana w czarną garsonkę i wyczekująco patrzyła na nią zza okularów połówek.

- Ach tak. – Otrząsła się ze stresu i podeszła do recepcji. – Witam, jestem Hermiona Granger i chciałabym… - Odetchnęła. – Chciałabym złożyć podanie o praktyki studenckie. – Wzrok kobiety zrobił się wręcz kpiący.

- Nie prowadzimy tutaj praktyk. – Ucięła. Hermiona zaczęła odczuwać powolnie rosnącą irytację.

- Dobrze, w takim razie, na kiedy mogę się dostać do profe… pana Snape'a? – Spojrzenie okularnicy przestało być wręcz kpiące, a stało się takie w pełnej okazałości.

- Ma pani legitymację prasową?

- Nie…

- A zaświadczenie o kontroli ministerstwa?

- Ale…

- Nakaz aurorów do aresztowania pana prezesa?

- No nie, ale…

- To nie mamy o czym, rozmawiać. – Ucięła temat.

- Niech pani do cholery posłucha…! – Uniosła się skołowana, ale znów jej przerwano.

- Nie. To niech pani opuści ten budynek, w tej chwili. Może być Pani samym Merlinem w przebraniu, ale nie wpuszczę bez tych trzech warunków. – Oczy za okularami zwężyły się i ciskały gromy. A Hermionę szlag strzelił.

- Przez blisko rok koczowałam w pieprzonym namiocie, żeby ocalić twoje dupsko, a teraz nawet nie chcesz powiedzieć, kiedy mój były profesor eliksirów ma pieprzone pięć minut na krótkie spotkanie! – Wywarczała, jednak czuła, że stoi tuż nad przepaścią płaczu.

- Proszę się uspokoić! – Zawołała oburzona kobieta. – Albo pani wyjdzie teraz, albo wołam ochronę.

- Ta twoja ochrona na gówno się zda. – Wysyczała. – Pokonam ich a nawet nie będę musiała wyciągać różdżki.

- Skoro taka dobra, to czemu taka zdesperowana. – To podziałało na nią jak kubeł zimnej wody. Wypadła z holu na powietrze. Tak jak przewidywała, lało, na tyle obficie, że nie minęła chwila, a była już cała mokra. Nie widząc sensu w niczym po prostu opadła na schody biura Snape'a i schowała głowę między nogami.

Zdesperowana. Hermiona Jane Granger jest zdesperowana. Nigdy nie spodziewała się, że taka będzie. Zawsze parła do przodu nie przejmując się światem dookoła, póki nie osiągnęła celu. A teraz nagle wyrżnęła poważnie o mur, który za cholerę nie chciał ustąpić, choć waliła rękami i nogami. Ostatnio czuła się tak, kiedy Malfoy nazwał ją szlamą i zrozumiała, że jest obca w świecie czarodziejów. Potem nie pozwoliła sobie na użalanie się nad sobą. Ruszyła z kopyta i sięgała po każdą możliwą wiedzę. Ale to wszystko było szare. Szare i nudne w porównaniu do eliksirów. Naprawdę czuła, że z nimi żyje, że tworzy z nimi jedność. A to zostało jej odebrane wyłącznie przez zacofanie i głupie społeczeństwo czarodziejów. Była jedynaczką, kochaną córką dentystów, którzy dawali jej to, co chciała i nigdy nie czuła, że jest rozpuszczona. Ale teraz, kiedy nie dostaje to czego chce, mimo ciężkiej pracy jaką w to wszystko włożyła poczuła się… pokonana.

- Granger? – Głos kojarzył jej się z Hogwartem, o dziwo bardziej niż głos McGonnagal czy Dumbeldore'a. Podniosła głowę i spojrzała prosto w czarne oczy Severusa Snape'a.

Wracał z niezwykle nudnego spotkania na temat nowej lokalizacji apteki. Naprawdę myślał, że prowadzenie swojego interesu będzie lepszy od nauczania. I zazwyczaj nie żałował, ale kiedy musiał teraz łazić w tej ulewie szlag go trafiał. Wzmocnił uścisk na różdżce i przyśpieszył kroku. Jak najszybciej w biurze. Miał jeszcze kilka papierów w związku z patentem nowego eliksiru. Zbliżał się do biura, kiedy na schodach zobaczył przemoczoną postać. W pierwszej chwili myślał, że to włóczęga, ale gdy się zbliżył zobaczył brązowe włosy i jasnobrązową skórę. To zestawienie kojarzył z tylko jedną młodą kobietą.

- Granger? – Strzelił. Dziewczyna zesztywniała, a następnie podniosła na niego wzrok. Zamrugał, przygnieciony intensywnością brązowych oczu. Definitywnie Granger. Była przemoczona w czarnej sukience i marynarce, a swoje niesforne włosy związała w kucyk. Jednak to jej usta. Jej pełne usta podkreślone jeszcze tą czerwienią. Przełknął ślinę.

- Profesorze Snape. – Patrzyła na niego niczym Bambi. Nie zapanował do końca nad sobą i podał jej rękę. Z wahaniem przyjęła ją i z gracją wstała. Była od niego niższa, nawet w szpilkach, które zauważył na jej nogach.

- Co tu, do Avady, robisz? I to w takim stanie? – Spytał, lustrując ją wzrokiem. Na jej policzki wpłynął rumieniec, kiedy najwyraźniej zorientowała się jak się prezentuje.

- Ja… - Zacięła się.

- Elokwencja pierwszoroczniaka. – Mruknął do siebie, ale po jej oburzonym spojrzeniu wywnioskował, że usłyszała. – Nie ważne. Właź, pogadamy w moim gabinecie. – Wskazał jej drzwi. Zawahała się, więc nie pozostawił jej wyboru i ruszył do biura, wiedząc, że podąży za nim. I faktycznie słyszał jej kroki. Kiedy weszli do recepcji Julia poderwała się z miejsca, ale bardziej skupiła się, o dziwo, na Granger.

- Mówiłam, idź stąd! – Wskazała drzwi, by po chwili uśmiechnąć się przepraszająco do niego. – Bardzo przepraszam, już się pozbywam problemu. – Podniósł brwi i spojrzał na przemoczoną gryfonkę.

- Problemu? – Wypowiedział powoli, patrząc prosto w brązowe oczy. To ona pierwsza obróciła wzrok. – To żaden problem Julia. – Zwrócił się do sekretarki. – To najzdolniejsza czarownica najtrudniejszego pokolenia. A ty czasem powinnaś nauczyć się szacunku do ludzi, którzy pojawiają się na kartach czekoladowych żab, które tak chętnie podjadasz. – Zganił ją. Nie ważne czy to by była Granger czy ktokolwiek. Najpierw powinna porozmawiać z nim, potem wyrzucać na bruk. – Przełóż następne spotkanie, chce porozmawiać z Panną Granger w tej chwili. – I wyminął ją, mając choć odrobinę zaufania do gryfonki, że za nim podąży.

Minęli schody i doszli do windy, która akurat znajdowała się na parterze. Bez słowa puścił ją pierwszy, a następnie stanął obok niej. Wewnątrz były lustra więc mógł bez skrupułów jej się przyglądać. Była szczupła, ale nie koścista. Kucyk podkreślił długość jej szyi, a mokra sukienka, bardzo, ale to bardzo opinała się na jej ciele. Marynarka, także przemoczona, nie zakrywała za wiele. A te nogi… wydawało się, że ciągnął się do nieba. Nieznacznie nachylił się w jej stronę i poczuł, że zesztywniała. Ale nie ze strachu, potrafił to rozpoznawać. Nie… jej bezruch był… oczekiwaniem. Wcisnął guzik i wrócił do pozycji, wracając do zajęcia.

Zajechali na najwyższe, czwarte piętro i znów ją przepuścił jako pierwszą. I z niemałym podziwem obserwował jej pośladki. Nie jego wina, że sukienka opięła także i je.

Stary zbok. Upomniał się w duchu, jednak po chwili jego myśli wróciły na bardziej przyjazny dla niego tor. Przecież ona jest już dorosłą kobietą. Dodatkowo wcale nie aż tak młodszą, patrząc na sytuację spojrzeniem społeczeństwa czarodziei. Tutaj, przed wydłużony jakby nie patrzeć, czas życia różnica dwudziestu lat nie stanowi takiego mezaliansu. A on ostatnio zastanawiał się co ma robić z wolnym czasem. Chyba powoli w jego głowie rodził się plan, haniebny, ale szczerze, daleko mu było do ludzi honoru.

Zatrzymała się nagle i obróciła głowę. Tym razem mógł ujrzeć tylko jej profil, ale nadal podobał mu się widok. Hermiona może nie była ładna w typowym angielskim stylu. Miała lekko skośne, duże oczy, które miały ciemną obwolutę gęstych rzęs. Wysokie kości policzkowe i pełne usta. Miała urodę typowej mulatki. I to go nakręcało. Była inna niż te wszystkie dziunie, które mija na korytarzach. Naprawdę bardzo mała grupa wie, że Severus Snape gustuje w egzotyce. A choć Hermiona Granger z charakteru była wręcz do bólu angielska, to wygląd miała zachęcający.

- Gdzie dalej? – Spytała się, widocznie odzyskując animusz, ponieważ w jej brązowych oczach znów połyskiwała ta uporczywa nuta, charakterystyczna dla gryfonów.

- Za mną. – Odparł tylko i wysunął się na prowadzenie, kiwając po drodze pracownikom. Naprawdę, jakby pięć lat temu ktoś mu powiedział, że apteka, którą kupił za bezcen od starego czarodzieja rozwinie się do obecnego stopnia, wyśmiałby go. A jednak jest tutaj. W prowadzeniu mocnej części rynku eliksirów w magicznej Anglii.

Gdy doszli do drzwi jego gabinetu otworzył drzwi i wpuścił ją do środka, znów jako pierwszą. Później podążył za nią i zamknął drzwi. Wskazał na kanapę i fotele w rogu, niedużego, bo niedużego, pokoju. Zrozumiała i usiadła na kanapie, podczas gdy on rzucił kilka teczek, które wyjął z płaszcza, na biurko, a samo odzienie wierzchnie powiesił na wieszaku. Opadł na fotel najbliżej gryfonki. Miał ochotę się uśmiechnąć widząc, że ich kolana się stykają.

- Dobrze. – Odezwał się rzeczowym tonem. – To co cię tu sprowadza, bo takiej ciszy od ciebie, panno Granger, nie doświadczyłem od kiedy przekroczyłaś próg mojej klasy w Hogwarcie.

Jego gabinet pasował do niego w stu procentach. Z jasnego holu wpadła w królestwo hebanowego drewna. Wielkie, okrągłe okno z centrum ściany za biurkiem dawało ogromne ilości światła. Ciemna podłoga i wysokie półki z księgami. Naprzeciw biurka stały dwa fotele, jednak on wskazał na kącik kawowy, składający się z sofy i dwóch foteli, ustawionych dookoła niskiego stolika. Kiedy tylko usiadła zaczęła się prawdziwa batalia.

Obroty w głowie Hermiony chodziły na najwyższych poziomach. Nie wiedziała co robić, nie wiedziała, jak oddychać i co powiedzieć. To pieprzone kolano.

W swoim samobójczym planie zapomniała o jednej rzeczy. A nawet nie, nie zapomniała, bo to niemożliwe. Ale wyparła. Severus Snape był jej pierwszą taką fantazją. Problem z Hermioną był jeden. Musiała mieć kontrolę nad swoim życiem i życiem bliskich. Po prostu miała dominującą osobowość. I przy tym wszystkim, potrzebowała dominanta. Ona sama musiała zostać zdominowana, bo inaczej zaczynała postrzegać kandydata jako nudnego, czy po prostu pantofla, za którymi nie przepadała. Właśnie dlatego po Ronie nie miała nikogo na dłużej. Ludzie z jej roku byli dla niej za mało. Za mało coś. Wiktor Krum był pierwszym zauroczeniem, ale była to fascynacja, a piętnastoletniej Hermionie wtedy w głowie był głównie W.E.S.Z. niż chłopcy. A potem Bułgar zaczął ją bardziej irytować i straciła zainteresowanie. Właśnie po nim nadszedł Snape. Profesor, który bardziej zbudzał obrzydzenie niż podniecenie, ale nie u niej. W jej oczach był męski i jako jedyny nie uległ jej mądrości. To jemu chciała najbardziej zaimponować, bo wiedziała, że pochwała od niego będzie największym wyznacznikiem jej rozwoju. Cóż, do pochwały nigdy nie doszło, ale doszło do kilku mokrych snów. Nikomu o tym nie mówiła. To była jej sprawa i nawet, przecież w zupełność normalna. Ron był wtedy za miękką kluską jak dla niej, Harry za bardzo rozdygotany, o Nevillu nawet nie wspominając. Ale Severus Snape miał coś w sobie. Coś co Hermionę mąciło.

I to coś nie zniknęło przez te lata. A wyparcie nic nie dało, kiedy sprężyła się jak struna, kiedy tylko dotknęła jego dłoni. Idealnie nieidealnej, z odciskami i stwardnieniami, ale równocześnie gładkiej. Nic nie dało, kiedy wpatrywała się w jego czarne jak wrota piekieł oczy, odsłonięte całkowicie, bo zaczął związywać przydługie włosy rzemykiem, zostawiając pasma krzywki, które i tak zaczesywał do tyłu. Hermiona szczerze przeklinała swoje preferencje, na które nie miała cholernego wpływu. No bo szczerze, większość kobiet uciekłaby z krzykiem od osoby jaką jest Severus Snape. A ona nie! Ona lgnęła do tego typu osób. Był inteligentny, był kurde przystojny w jej słowa znaczeniu, był oczytany. A równocześnie był wredny, zgorzkniały, stronniczy i choć jego skóra może nie była aż tak ziemista jak w szkole, to nadal wydawała się wręcz niezdrowo blada.

I uważał wszystkich, łącznie z nią za idiotów. Jak w windzie, czy on naprawdę myślał, że nie wyczuje jego wzroku? Wyczuła i w jakiś pokrętny sposób jej to pochlebiło. A kiedy się nad nią nachylił. O Merlinie. Ten zapach. Dlatego specjalnie trochę bardziej skupiła się na stawianych krokach. Nie była kokietką, ale molem książkowym, który musiał opanować nawet taki rodzaj literatury.

Jednak teraz przekraczało to poza literaturę. To kolano.

- Dobrze. To co cię tu sprowadza, bo takiej ciszy od ciebie, panno Granger, nie doświadczyłem od kiedy przekroczyłaś próg mojej klasy w Hogwarcie. – Zogniskowała na nim swój wzrok. Była Hermioną Granger. Da radę.

- Prośba o przyjęcie na praktyki. – Odparła prosto, wiedząc, że owijając w bawełnę mogłaby pogrzebać swoje szanse. – Myślę, że jest pan świadomy stanu społeczeństwa wśród mistrzów eliksirów. Większość jest zacofana, łagodnie mówiąc, a inni już są zajęci… - Przerwał jej parsknięciem.

- Mam rozumieć, że Miss Perfekcyjności, za późno napisała o terminy? – Podniósł kpiarsko brew. Wzięła głęboki oddech, by częściowo ostudzić gniew, a częściowo, żeby opanować skurcz w podbrzuszu.

- Można tak powiedzieć. – Mruknęła niechętnie. – Jest pan jednym z wiodących mistrzów, zwłaszcza po rozwoju pana firmy. – Podjęła pewniej. – I zna pan mój potencjał, lepiej niż ktokolwiek. – Na chyliła się do niego i poczuła, że nadal jest mokra. Kompletnie o tym zapomniała.

- Pani potencjał? – Prychnął. – A jaki jest pani potencjał? – Również się nachylił, przez co ich twarze dzieliła nieznaczna odległość. Musiała nierówno odetchnąć.

- Wie pan. – Wyrzuciła butnie. – Uwarzyłam perfekcyjny eliksir wielosokowy w drugiej klasie. Jako trzynastolatka zrobiłam coś, co nie wszystkim po studiach się udaje!

- Ale z zaklęciami widzę u ciebie słabo, skoro nadal moczysz moją kanapę. – Zamrugała. Stary zgred ją popamięta.

- Mogę zademonstrować, że z moimi zaklęciami wszystko w porządku. – Wyprostowała się i opuściła rękę na udo. Spokojnym, mozolnym gestem, zaczęła odsuwać skrawek sukienki w górę, patrząc na niego spod przymkniętych powiek, upewniając się, że jego wzrok skupiony jest na jej dłoni. Nieważne jak opanowany, Snape jest po prostu facetem. Zatrzymała się po odsłonięciu trzech czwartych różdżki w specjalnym uchwycie na udo. Podziękowała sobie, że ma zrodzoną niechęć do rajstop i miała na sobie pończochy, które jeszcze lepiej wyglądały. Z gracją wyjęła różdżkę i powolnym ruchem rzuciła zaklęcie osuszające. Wcale nie potrzebowała do tego różdżki, jej magia bezróżdżkowa była na naprawdę solidnym poziomie, ale nie byłaby w tej chwili aż rak efektowna. Jednak i tak się nią popisała. Ponieważ wolną ręką, która także była przy udzie, przejechała po materiale kanapy, który faktycznie przemoczyła. Po sekundzie był suchy, a ona, nadal mozolnymi, ale wdzięcznymi, ruchami chowała różdżkę do pokrowca. I powoli opuściła rąbek sukienki. I proszę bardzo, jabłko Adama poruszało się zawzięcie, podobnie jak nozdrza.

Hermiona 1, Severus 0.

- Jak pan widzi. – Szepnęła Hermiona, łącząc znów dłonie i nachylając się do niego. – Mój talent magiczny jest bez zarzutu. – Och, jak ona się wiła wewnętrznie ze wstydu. Ale nie chciała przerywać tej gry. Sprawiała jej perwejsyjną przyjemność. Odchrząknął, najpewniej by oczyścić gardło.

- Rozumiem, że inne talenty są na równie wysokim poziomie. – Na karku pojawiła się gęsia skórka na dźwięk aksamitu głosu. I chyba znów była mokra, tylko tym razem w innym sensie.

- Och tu już zostanie moją słodką tajemnicą. – Uśmiechnęła się i wyprostowała. To rozbiło napięcie. Poprawił się na fotelu i oparł łokcie na podłokietnikach.

- Dobrze, zatem musisz wiedzieć, że niechęć do warzenia eliksirów przez kobiety nie jest przypadkowe. – Nadal miał aksamitny, ale minimalnie zachrypnięty, głos, jednak powoli wkradały się w niego rzeczowe nuty. – Chodzi o wasze hormony. Mają wpływ na warzenie eliksirów i starzy mistrzowie nie chcą się z tym mierzyć, a młodsi z kolei po prostu się tego boją. – Zmarszczyła brwi.

- Czyli co? Nie mam szans na zostanie mistrzynią eliksirów, bo jestem kobietą? – Przynajmniej teraz miała rzeczowe wytłumaczenie, choć nadal nie chciała się z tym pogodzić.

- Nie, nie powiedziałem tego. – Zaprzeczył Snape. – Powiedziałem, że panuje niechęć i że przez wasze hormony jest to trudniejsze. Ale nie niemożliwe. – W jej sercu zadrgała nadzieja.

- Czyli… – Zaczęła, czując powolne podekscytowanie.

- Czyli mogę rozważyć twoje praktyki. – Przyznał otwarcie.

- Na…naprawdę? – Ja jej usta wpłynął szeroki uśmiech. Prychnął z irytacją.

- Na niby. – Burknął. – Naprawdę, Granger. – Uśmiechnął się lisim uśmiechem. – Niestety, bycie ślizgonem do czegoś zobowiązuje. – Jej ramiona opadły i zapał trochę zmalał.

- Naprawdę? A to, że uratowałam panu życie podczas wojny, to co? Pies? – Pokręcił z politowaniem głową.

- Spłaciłem swój dług dając ci to, co najcenniejsze. Moje wszystkie sekrety. Powiedziałem ci wtedy o wiele więcej niż przekazałem Potterowi. Nie mówiąc już o tym, że jeśli dobrze pamiętam podczas końcowej fazie bitwy uratowałem cię od kilku avad. – Zaczesał grzywkę na górę, a ona w duchu musiała mu przyznać rację. Od kiedy wstał we wrzeszczącej chacie na nogi był jej cieniem podczas walki i nie pozwolił, żeby włos z jej głowy nie spadł.

- Dobrze, pan mi daje praktyki, co ja ofiaruję panu? – Skrzyżowała łokcie na kolanach i przechyliła głowę, przy okazji odsłaniając szyję.

- Siebie. – Wypalił, a ona musiała zamrugać w szoku. – Swoje ciało, dokładniej.

- Słucham? – Spytała, nie przejmując się, że brzmi jak ameba. Oburzenie spadło na nią jak tsunami. – Co pan sobie myśli, że jestem…

- Nie, nie myślę o tobie jako o dziwce. – Przerwał jej stanowczo. – To po prostu umowa. Szczerze, Granger. Niczego innego nie chce. Pieniądze? Mam. Służba? Gotowe. Brakuje mi tylko… kobiety. – Przyznał. – Ale nie chce się wiązać.

- Czyli co? Mam dawać dupy za eliksiry? – Zaszydziła. Z drugiej strony, gdzieś z tyłu jej podświadomość mruknęła zadowolona.

- Opanuj język. – Upomniał ją. – I nie. Ty też nie będziesz na tym stratna.

- To, gdzie tu korzyść dla cie… pana.

- Możemy przejść na ty. – Machnął na to ręką. – Dominacja. – Odpowiedział prosto na pytanie. – Mówię skacz, pytasz jak wysoko, mówię, że chce żebyś ubrała się w sukienkę, pytasz o krój. – Patrzył na jej zacięty wyraz twarzy. – Wiem, jak to brzmi. Więc daje ci czas na przemyślenia. – Uderzył w podłokietniki. Nachylił się nad stolikiem i wyrwał kartkę z notesu, piórem, które leżało obok, napisał adres i podsunął w jej stronę po blacie. – Na ten adres jeszcze dziś wyślij swoje wymiary wszystkie obwody.

- Nie będzie potrzeby. – mruknęła i wyciągnęła dłoń po pióro, które nadal trzymał. Podał jej, a ona musiała ścisnąć nogi, kiedy musnął jej dłoń. Napisała na kartce to, o co prosił. – Znam jej na pamięć. – Przyznała. On tylko spojrzał i rozerwał kartkę na dwie części.

- Dobrze, to jak wyjdziesz złożę zamówienie na ubranie ochronne, dzięki mojej pozycji mam zniżki hurtowe. – Znów podał jej adres. – Jutro, jak się zdecydujesz, o dwudziestej, jutro pod tym adresem. Ustalimy szczegóły każdej ze stron umowy. – Złapała nieufnie skrawek i schowała do kieszeni marynarki. – Jeśli już wszystko jasne. – Zerknął na zegar. – To muszę cię przeprosić, ale mam jeszcze robotę.

- Ach, tak, tak. – Szepnęła, bardziej do siebie niż do niego i wstała. On zaraz za nią i wskazał drzwi.

- Proszę. – Przepuścił ją. Wyszli na korytarz w ciszy i znów ruszyli do wind. Czekali, aż przyjedzie z pierwszego piętra, co trwało stosunkowo krótko.

Weszli do, znów pustej, windy i Severus wcisnął parter, znów się nad nią nachylając. A ona, mimo oburzenia, nadal napinała się z przyjemnego napięcia. Opanuj się! Upomniała, kiedy wyprostował się. Uparcie patrzyła się na licznik pięter. Trzecie, drugie… I wtem stało się kilka rzeczy na raz. Kiedy strzałka była w połowie drogi między piętrami, w rękach Severusa zmaterializowała się różdżka, którą machnął i poczuli mocne szarpnięcie. Nie zdołała złapać ponownie równowagi, kiedy już do niej dopadł. Poczuła jego duże, chłodne dłonie na biodrach, a następnie usta. Te gorące usta na jej własnych. Uniósł ją, na tyle, że była z nim równa i docisnął do lustra.

Płonęła, była przekonana, że płonie. Nie wahała się z otwarciem dla niego ust, czy ze wszczepieniem swoich palców w czarną czuprynę. Nie potrzebowała nóg, bo i tak by się ugięły pod nią, więc nie przeszkadzało jej, że nie czuje gruntu. Jego język był wszędzie, a równocześnie nigdzie.

I równe nagle, jak się zaczęło, to zniknęło. Ciepło jego ciała zniknęło, a ona musiała złapać się barierki, by nie upaść, a winda znów ruszyła. Oddychała ciężko, a kątem oka widziała, że i jego klatka rusza się nieregularnie. I, ku zgrozie Hermiony, chyba zobaczyła wypukłość na jego czarnych spodniach…

- Proszę, oto pomoc w podjęciu decyzji. – Rzucił, tuż przed otwarciem drzwi.

Wyprostowała się dumnie i nie czekając, na jego zachętę, wymaszerowała w kierunku wyjścia. Czuła, cholera czuła, że za nią idzie. Nietrudno mu było ją dogonić, więc, kiedy stanęli przy kontuarze byli na równi.

- Julia. – Zwrócił się do recepcjonistki. – Panna Granger ma nieograniczony dostęp do mojego biura. – Przykazał, nie spuszczając wzroku z Hermiony. – Do zobaczenia, Hermiono. – O mało nie upadła, gdy usłyszała własne imię w jego ustach. Cholera, co się z nią dzieje.

- Do zobaczenia, Severusie.

Kiedy wyszła z biura poczuł, jak uchodzi z niego powietrze. Patrzył na jej tył, przez szybę, dopóki nie zniknęła między ludźmi, którzy wyszli tłumnie po ulewie.

Nie wytrzymał. W windzie po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu stracił nad sobą kontrolę i pocałował ją. To była zła decyzja, bo musiał powtarzać sobie składniki najgorszych trucizn, by erekcja zeszła mu jak najszybciej. Granger była co najmniej… ciekawa. To co wyprawiała z różdżką w jego gabinecie… Merlinie trzymaj jego serce w opiece, jeśli zgodzi się na układ. Ma przeczucie, że ona, jak nikt inny zdoła mu zapewnić niesamowite wręcz przygody.

- Napisz natychmiast do dziekanatu Uniwersytetu imienia Nimue. – Zwrócił się do sekretarki. – Poproś o dane Hermiony Jane Granger w związku praktyką mistrzowską. – Kiwnęła głową. Julia, od kiedy zatrudnił ją w tym biurze nigdy go nie zawiodła. Tylko czasem była zbyt oddana. – I pognaj kogoś z zaopatrzenia do pracowni, żeby zacząć wykonywać strój ochronny, tu masz wymiary. – Znów kiwnęła głową, odbierając skrawek kartki.

- Coś jeszcze? – Spytała rzeczowo.

- Jak przyjdzie Gently to zaprowadź go, klasycznie, na górę. – I odszedł do wind. Pozostało mu mieć nadzieję, że Granger wszystko dobrze zrozumiała i jednak będzie chętna do współpracy.

Patrzyła się w osłupieniu na pergamin. Zerknęła na dużego, czarnego puchacza, ale natychmiast wróciła do wiadomości.

Poniżej znajdziesz spis lektur obowiązkowych, których wymagam, od ciebie, żeby zacząć jakkolwiek współpracę. Czekam na twój szczegółowy plan zajęć, żeby móc dobrać odpowiednie terminy spotkać. „

Poniżej faktycznie była lista książek i podpis. Większość znała i przeczytała, ale znalazło się kilka egzemplarzy, które albo czekały u niej w pokoju na przeczytanie albo w bibliotece na wypożyczenie. A jedna pozycja była dla niej nieosiągalna i Hermiona doskonale o tym wiedziała. Ponownie zmarszczyła brwi, samoistnie mocniej ściskając kubek z herbatą. Siedziała nad książką w pokoju, popijając herbatę z mlekiem, w wygodnym szlafroku i turbanem na głowie, kiedy przyleciała sowa Snape'a.

Najpierw zalał ją gniew, że uznał swoje zwycięstwo za pewne, ale za gniewem przypłynęło zrozumienie. Sięgnęła po czysty pergamin i zaczęła pisać.

Mam się martwić, że znasz mój adres? Jeśli dobrze pamiętam postarałam się o prywatność.

Hermiona Jane Granger,

Mistrzyni Numerologii. „

Zrobiła szybką kopię planu zajęć, który uczelnia jej przysłała dwa tygodnie wcześniej i zawinęła razem dwa pergaminy i przyczepiła sowie.

- Idź i go dzióbnij ode mnie. – Mruknęła, a puchacz wystrzelił. Westchnęła i wzięła łyk. Usiadła na łóżku wciąż przetrawiając dzisiejszą rozmowę z Severusem Snapem. Krzywołap z miauknięciem wparował na jej kolana i domagał się jej uwagi. Ostatecznie zadowolił się jedną ręką pani.

Nie wiedziała co robić z tym wszystkim. Mogła odmówić krzycząc, że Severus jest szowinistą i traktuje ją przedmiotowo, ale jeśli miała być szczera… miał rację. On po prostu chciał mieć coś dla siebie. A prawdę powiedziawszy Hermiona nie przywiązywała dużej uwagi do cielesności. A układ proponowany przez Snape'a faktycznie jest dla niej korzystny. Nie ukrywała przed sobą, że czasem brakuje jej faceta. Ale związek kojarzy jej się z bezsensownym traceniem czasu na zabieganiu na relacje. Miała przyjaciół i oni jej wystarczyli. Kolejna osoba… Hermiona nie miała na to czasu. Zwłaszcza w tym newralgicznym okresie. Skończy studia, zacznie szukać wielkiej miłości. Tylko czy aż tak zależy jej na tych praktykach? Przecież Snape też będzie chciał jej czasu. Ale mniej i konkretniej spożytkowanego. Poderwała głowę, gdy usłyszała, że sowa wylądowała na ramie okna. Delikatnie strąciła kuguchara z kolan i wstała, by odebrać wiadomość. Odłożyła kubek na szafkę i odwiązała pergamin.

Nie masz o co się martwić, tylko poprosiłaś wieloletniego szpiega o praktyki.

Twoja uczelnia, gdy połączyła twoje nazwisko z moim nie miała problemów z wysłaniem mi twoich danych kontaktowych. Plan dość napięty. Musiałaś wybierać wszystkie fakultety?

Severus Snape

Mistrz Eliksirów

Prezes Episkey Inc.

P.S. Czy to twoja sprawka, że Baron mnie zaatakował? „

Pokręciła głową na wpół rozbawiona, na wpół zaniepokoją jak chętnie „poważna instytucja" oddała jej dane. Ale cóż, faktycznie dane kontaktowe może nie są tragedią. Złapała kolejny pergamin i zaczęła skrobać.

A skąd wiedziałeś na jaką uczelnię napisać po dane? Nie przypominam sobie, że ci o tym mówiłam.

Co do planu to ni fakultety. Niektóre wzajemnie się wykluczały.

Hermiona Jane Granger,

Mistrzyni Numerologii.

P.S. Ja mu to tylko zasugerowałam, nawet sowy mają przecież wolną wolę."

Zawiązała znów na nóżce i patrzyła, jak sowa znika za chmurami. Oparła się z westchnieniem o szybę, wpatrując się w Londyn. Podskoczyła przestraszona, kiedy Ginny trzasnęła drzwiami frontowymi.

- Hermiona? – Zawołała ją.

- W pokoju! – Odkrzyknęła i wymaszerowała do przedpokoju, a następnie, nie zastając tam rudej, przeszła do salonu. Weasley buszowała w lodówce. – No i jak u ciebie? – Spytała Hermiona siadając z podkulonymi nogami w fotelu, obejmując kubek, który zgarnęła z pokoju.

- Dobrze, ale intensywnie. – Odwróciła się z jogurtem i ruszyła w stronę kanapy. – Jestem padnięta. – Usiadła na kanapie i zaczęła jeść. – A tobie? Jak minął dzień? Masz odpowiedź?

Nie wiedziała co ją podkusiło. Czemu zdecydowała tak, a nie inaczej, ale wypaliła.

- Jeszcze nie. – Źle się czuła oszukując Ginny, która źle odczytała jej strapioną minę.

- Hermiono, będzie dobrze! Zobaczysz… może to, że czeka najdłużej znaczy, że szykuje już wszystkie dokumenty. – Albo że piszę obszerną odmowę. Przeszło przez myśl.

- Nie tracę nadziei. – Uśmiechnęła się słabo. – I jak twój wywiad? – Uzyskała pokręcenie głową z łyżeczką w buzi.

- Nie mam pojęcia. – Odparła, kiedy połknęła porcję jogurtu. – Jutro mają mi wszystko powiedzieć, bo będę asystować przy jednym.

- Świetnie. – Pogratulowała jej.

- Ym. Jutro pewnie nie wrócę, Ron ma nockę, to skorzystamy z wolnego mieszkania. – Pogrzebała w plastikowym pojemniczku, a jak okazał się kompletnie pusty odesłała go zaklęciem do kosza.

- Nie ma sprawy Gin. – Kiwnęła jej z aprobatą.

Reszta wieczoru minęła szybki i raczej bez ważnych rewelacji. Kiedy Hermiona wróciła do pokoju, po odwieszeniu ręcznika i przeczesaniu włosów, na komodzie znalazła pergamin.

Uniwersytet Nimue jest najlepszym w kraju z eliksirów. Nie zadowoliłabyś się półśrodkami.

Severus Snape

Mistrz Eliksirów

Prezes Episkey Inc."

Uśmiechnęła się do siebie zadowolona.

Zwariowałaś, Hermiono.

Wyrzuciła z siebie po raz tysięczny tego dnia. Nie miała jaki diabeł czaił się za jej objawem szaleństwa i jak bardzo musiała upaść na głowę będąc małą dziewczynką, że w tej właśnie chwili jechała windą.

Pierwsze objawy jej szaleństwa pojawiły się, kiedy wybrała najlepsze, koronkowe majtki jakie miała i pas do pończoch zamiast zwykłego zaklęcia podtrzymującego. Potem wyrzucała sobie, że chyba naprawdę sfiksowała, skoro założyła swoją najbardziej wyuzdaną sukienkę, która jednak nie była wulgarna. Dostała ją dawno temu od Ginny. Była beżowa z czarną koronką na wierzchu i opinała się do odsłoniętych bioder, by potem się rozkloszować. Najbardziej niezręczne w niej było, że Hermiona no niej nie mogła mieć stanika. Nie dość, że nie miała ramiączek, to odkrywała plecy do początku odcinka lędźwiowego kręgosłupa. Nigdy nie spodziewała się, że kiedykolwiek ją założy.

Wyszła na korytarz i powolnymi krokami, które tłumiła fioletowa wykładzina podeszła do drzwi. Westchnęła ostatni raz i zapukała, równo z wybiciem godziny dwudziestej na zegarze. Nie czekała długo aż otworzy.

- Hermiono. – Powitał ją kiwnięciem głowy i odstąpił od drzwi.

- Severusie. – Odwzajemniła powitanie i postawiła krok do mieszkania.