Usłyszała zatrzask drzwi, ale nie ruszyła się z miejsca, rozglądając się po korytarzu, idącym w dwie strony.

- Zapraszam. – Mruknął i poprowadził ją na lewo. Weszli do przestronnego salonu urządzonego w brązach. Wielkie, reprezentatywne okno obite było poduszkami, dopasowując się do narożnika ustawionego naprzeciw kominka. Ściany ozdabiały półki pełne ksiąg, o jakich Hermiona mogła sobie tylko pomarzyć. Jedna ściana była wyrwana, prowadząc do zastawionego stołu, a dalej widziała chyba kuchnię.

- Ładne mieszkanie. – Mruknęła, nadal oglądając wystrój pokoju.

- To tylko część reprezentacyjna. – Odwróciła się, gdy poczuła jego oddech na karku. – Kolacja czeka. – Wskazał na stół. Był tak blisko, że czuła jego zapach.

- Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek Severus Snape, postrach griffindoru, poda kolację naczelnej kujonce z tego domu? – Zakpiła, czując na twarzy jego oddech.

- Cóż, nie spodziewałem się, że Hermiona Granger, najporządniejsza uczennica w historii Hogwartu przyjdzie tutaj, po usłyszeniu mojej propozycji. – Podniósł brew, a ona w odwecie przegryzła wargi.

- Widać wszyscy dorastamy. – Szepnęła i ruszyła w stronę kuchni. Weszła po dwóch stopniach podwyższenia i przeszła przez wielkie, rozsuwane szklane drzwi do beżowej jadalni z ciemnym, drewnianym stołem. – Twoje umiejętności warzenia eliksirów rozciągają się na gotowanie? – Spytała, w środku skręcając się z nerwów. Głupia, głupia, głupia.

- Może nie na poziomie mistrzowskim. – Odparł, znów bezszelestnie się za nią pojawiając. Wysunął krzesło, udostępniając jej miejsce. – Ale owszem, umiem gotować. Choć to, co tutaj widzisz to dzieło mojego skrzata. – Zmarszczyła brwi.

- Masz skrzata domowego? – Patrzyła jak długimi palcami otwiera czerwone wino i nalewa do kieliszka.

- Owszem. – Wzruszył ramionami. Po nalaniu kieliszka sobie, usiadł naprzeciw niej. – Zatem…

- Zatem. – Podjęła. – Wrobiłeś mnie. – Obrzuciła go uważnym spojrzeniem. – Nie miałeś zamiaru odmówić mi praktyk, ale i tak zaproponowałeś ten… układ. – Uśmiechnął się kpiąco.

- Domyśliłaś się. – Mruknął. – A mimo to, przyszłaś.

- Może, żeby się przekonać na czym dokładnie polega na umowa? – Wzięła pierwszy łyk wina.

- Czyli Panna Wiem-To-Wszystko naprawdę musi wiedzieć wszystko. – Zakpił. Przewróciła oczami.

- Czemu? – Spytała prosto, przechylając głowę. Jej włosy, podpięte kilkoma wsuwkami, zsunęły się na jedno z ramion, odsłaniając szyję.

- Ponieważ taki miałem kaprys. – Parsknął.

- I tyle? Przyjąłeś znienawidzoną uczennicę na praktyki, bo tak?

- Dokładnie. – Ruszył ręką i na stole pojawiła się zapiekanka warzywna. – Smacznego.

Jedli w ciszy, a Hermiona w umyśle analizowała obecną sytuację. Siedziała tutaj ze starym profesorem, z którym w ciągu jednego spotkania przeszła na ty i dostała propozycję seksu bez zobowiązań w zamian za upragnione praktyki z eliksirów. Chociaż w zamian to zły opis obecnej sytuacji, zważywszy, że przyjął jej na praktyki, zanim podjęła ostateczną decyzję o ich układzie. Domyśliła się, po listach poprzedniego wieczoru. A mimo to wyszykowała się i przyszła do niego. Była albo tak zdesperowana, albo głupia. Jeszcze nie zdecydowała.

Odłożyła sztućce w odpowiedniej pozycji i znów zwróciła uwagę na towarzysza, który, delikatnie mówiąc, nie śpieszył się. Powili jadł, kawałek po kawałku, zdecydowane się z nią drocząc. Kiedy i on w końcu odłożył widelec, wskazał znów salon.

- Tam będzie wygodniej z papierami. – Wytłumaczył, wziął świeżo napełniony kieliszek i wyczekująco się jej przypatrywał.

Aż wstała i ruszyła, specjalnie stawiając kroki tak, żeby jej biodra kołysały się odrobinę mocniej niż zazwyczaj. Sama wybrała miejsce i przysiadła na piętach przy stoliku na miękkim dywanie. On usiadł obok i przywołał kilka rolek pergaminu.

- Tu masz umowę praktykancką. – Podsunął jej jeden z rulonów. – Tu plan praktyk. A tu plan naszych zajęć naniesiony na zajęcia z twojej uczelni. – Przejrzała wszystkie podsunięte pod nos zapiski.

- I nic o drugiej części naszej umowy? – Spojrzała kpiąco na niego, na co tylko wzruszył ramionami.

- Myślę, że tego typu układy to kwestia słowna. – Spojrzał na nią uważnie. Przymknęła oczy i wzięła łyk wina.

- Gdzie mam podpisać? – Spytała, odstawiając kieliszek na blat.

- Tutaj. – Wskazał jej prosty odcinek zaznaczony na umowie. Wzięła pióro, które przyleciało wraz z pergaminami, i podpisała.

- Myślałam, że mnie wyrzucisz za drzwi. – Przyznała, kiedy atrament zbladł na karcie.

- Jak widać, wszyscy dorastamy. – Przetoczył jej wcześniejsze słowa, a ona parsknęła śmiechem.

- Nie mam Travosa i jego Popełnionych Mikstur. – Wypaliła. – To biały kruk i nawet uniwersytecka biblioteka może tylko pomarzyć o dostępie do niego. – Uśmiechnęła się kpiąco i wstała, ruszając do półek z książkami.

- Jakież szczęście, że ja go mam. – Zaszydził, doskonale wiedząc, że nie tylko po tą książkę podeszła do półek. – Akurat tego gagatka mam w biurze. Ale mimo twojej powszechnej miłości do książek, Granger, tylko jedną na raz możesz pożyczyć. I zapewniam ci, że to ja będę je dyktował.

Stanął za nią, a poczuła to tylko przez jego ręce na jej talii. Jednak nie przerwała studiowania ksiąg, choć po jej ciele zaczęły przeskakiwać ciarki.

- Nawet jak będę bardzo grzeczna? – Westchnęła, gdy musnął jej kark przy odgarnianiu włosów.

- Nadal nie, Granger. – Szepnął, tuż zanim pocałował jej kark. Napięcie i niepewność Hermiony wyparowały z jej coraz to cieplejszej skóry.

Przyciągnął jej biodra bliżej swoich, a ona wciągnęła powietrze, czując jak ich krocza ocierają się o siebie. Powoli jego ręka zaczęła gładzić jej bok, co rusz zwiększając pole manewru. W końcu zahaczyła o rąbek sukienki i wsunęła się pod nią, niezmiennie piąć się do góry.

- Taka grzeczna. – Szepnął jej w kark, a ona ścisnęła jego dłoń, która została na biodrze. – Taka czysta. – Ręka pod sukienką właśnie gładziła jej złączenie gołej skóry z materiałem pończoch. – Taka… moja. – Ugryzł ją, a ona jęknęła, ponieważ ręka pojechała znacznie do góry.

- Nie zapędzasz się? – Sapnęła i wykorzystując jego nieprzygotowanie, obróciła się do niego. Od razu, znów przyciągnął ją jak najbliżej siebie. – Zdecyduje sama, czy jestem twoja. – Szepnęła mu w usta. W te przeklęte usta.

- W takim razie. – Znów zniżył głowę do jej szyi. – Zobaczmy, czy uda mi się ciebie przekonać. – Złapał za sukienkę, najbliżej suwaka i mocno pociągnął. Ustąpiła bez problemu i spadła na ziemię. Wciągnął głośno powietrze, widząc nagie piersi dziewczyny. Odpięła szybko pokrowiec na różdżkę i on także spadł na ziemię.

- Zobaczymy. – Szepnęła walcząc z ochotą zakrycia się, ale stała dzielnie, pozwalając tylko na wypłynięcie rumieńców na policzki. Usta zaczęła zjeżdżać w dół, drażniąc skórę oddechem, przeplatanym z językiem. Czuła, że jej oddech mocno przyśpiesza, gdy dotarł do lewego sutka. Złapał za jej uda i podniósł. Bez problemu zrozumiała i oplotła nogi dookoła jego pasa. Podczas, gdy jedną ręką przetrzymywał jej lędźwie, drugą ugniatał pośladki.

Poczuła, że się poruszają, ale była poza wymiarami postrzegania. Dotykała go wszędzie, gdzie tylko mogła, ale jak sięgnęła po guzik jego koszuli, syknął ostrzegawczo.

- Jeszcze nie. – Mruknął, chuchając na wrażliwy sutek, a ona odruchowo ścisnęła uda. Gdzieś tam, wyczuła, że idą po schodach. Miał tu schody? Ale znów myśli wyparowały, gdy zajął się drugą piersią.

Kopniakiem otworzył drzwi i tuż po chwili położył ją na bawełnianej pościeli, która drażniła jej myśli. Stał na nią i taksował swoim wzrokiem. Smagnęła się, nie wiedząc czy z pożądania, czy zażenowania. Była przed nim w pończochach, pasie do nich, majtkach i szpilkach. Jakby rozumiejąc jej walkę, uśmiechnął się kącikiem ust i nachylił nad nią.

- Cóż za niestosowne ubranie. – Szepnął i znów ruszył na dół. Mozolnie obcałowywał kawałki jej rozgrzanej skóry. Ręce wylądowały na biodrach, smyrgając koniuszkami kości, wprawiając ją w jeszcze większe drżenie. Owszem usta zatrzymały się na piersiach, ale szybko ruszyły dalej, niżej, aż do linii pasa pończoch. – Jestem przekonany, że kiedy skorzystamy z twojego umiłowania do tego. – Patrzyła z półprzymkniętych powiek, zaciskając palne za kołdrze, czy Merlin wie na czym leżała. On nie przerywając ich kontaktu odpiął klamry i zaczął powoli je ściągać. Pochylił głowę i każdy milimetr, który odsłaniał obdarzał pocałunkiem.

Przełknęła ślinę. Zawzięcie go obserwując. Gdy skończył z jedną nogą, ponowił działania z drugą. Podnosił ją wyżej i wyżej, ustami i palcami, pieszcząc kolejne płaty skóry. Gdy doszedł do szpilek, po prostu je zrzucił i obcałował stopy. Hermiona płonęła w każdym skrawku, który ucałował, którego dotknął. Pocałunkami zaczął wracać do jej krocza. Zatrzymał się na pachwinach, jeżdżąc tam nosem i drażniąc się z nią. Wygięła plecy w łuk, kiedy przejechał kciukiem po mokrym materiale majtek.

- Taka mokra… - Szepnął jeżdżąc w górę i w dół. - … taka gotowa. – Wraz z tym stwierdzeniem odgarnął materiał i wszedł w nią palcem. Krzyknęła zaskoczona, podnosząc biodra, by bardziej nabić się na niego. – Csiii… - Zaszumiał, kiedy głęboki jęk wyrwał się z jej gardła, kiedy dołożył kolejny palec. Manewrował ustami dookoła punktu, w którym naprawdę chciała je poczuć. Aż usłyszała trzask rozerwanego materiału i w końcu jego usta kobiecości. Podczas gdy jedna ręka została na kołdrze, druga zacisnęła się na jego włosach.

Było jej tak dobrze. I z każdą chwilą, kiedy czuła, jak liże i ssie jej łechtaczkę, czuła co raz bliższy orgazm. Tak bardzo go pragnęła. I kiedy była tuż, tuż, wyjął palce i wrócił do jej ust.

- Nie tak szybko. – Mruknął, zanim wpił się w jej usta. Czuła swój smak i to nakręcało ją jeszcze mocniej. Chciała znów rozpiąć koszulę, ale złapał ją za ręce i nakierował na pasek. – To jest ważniejsze.

Nie protestowała. Nie pamięta do końca jak zdjęła mu spodnie i bokserki. Ale pamiętała co ją ogarnęło, gdy zobaczyła jego penisa. Niecierpliwość.

- Chcesz go? – spytał, wyznaczając palcem szlak do szaleństwa. Niżej i niżej.

- T. Tak. – Szepnęła zachrypniętym głosem. Jego mroczny wzrok pokazał wystarczająco dużo. Wciągnęła głośno powietrze, kiedy znów zaczął się bawić najwrażliwszym punktem jej ciała. – Błagam. – Jęknęła, czując szybko powracającą falę przyjemności.

- Powiedz to. – Zażądał.

- Jestem twoja. – Krzyknęła, kiedy w nią wszedł, nie przestając pieścić jej łechtaczki. Jej ciałem wstrząsnął potężny orgazm. Zaczekał, aż odzyska ostrość widzenia i nachylił się nad nią.

- A teraz, pokaże ci, jak rżnę moje rzeczy. – Obiecał i zaczął się poruszać.

Jej wyczulone nerwy zostały na nowo rozbudzone, gdy wchodził mocno i głęboko. Kiedy chciała objąć jego pierś złapał ręce i ułożył nad jej głową, przez co mocniej czuła jak w nią wchodzi. Zawinęła nogi wokół jego pasa i wysuwała biodra w wesołej odpowiedzi na jego ruchy. Jego ruchy stawały się co raz szybsze i co raz mocniejsze.

Wrzasnęła, kiedy kolejny orgazm zmieszał się z ugryzieniem w załamanie szyi. Pchnął dwa razy, zanim sam doszedł z niskim warkotem, dodatkowo stymulując i tak wymęczony organizm.

Wcisnął ją w materac, opierając się na przedramionach. Oddychała płytka, odwracając twarz, by zaciągnąć więcej powietrza. Nogi jej zwiotczały i opadły na materac, a ręce nieruchome trwały nad jej głową. Wyszedł z niej i poczuła ściekającą na materac spermę. Patrzyli na sufit, a Hermionę ogarnęła senność. Zaraz, zaraz wstanie.

Ostatnie co zarejestrowała to odbicie się czegoś od materaca.

Zamrugała zdziwiona. Leżała kompletnie naga, zawinięta tylko w koc, w obcym, beżowym pokoju. Usiadła i rozejrzała się zaspana po pomieszczeniu. Szafa, łóżko i dwie pary drzwi. Plus szafka nocna, na której coś leżało. Skupiła wzrok na materiale. I wszystko runęło.

- O cholera. – Szepnęła i poczuła, że czerwienieją jej nawet czubki uszu. Zrobiła to. Hermiona Jane Granger przespała się z Severusem Snape'em. I zasnęła, najpewniej w pokoju gościnnym. Sięgnęła po czarne, koronkowe figi. No tak, stare skończyły w strzępach. Pomyślała z drobną irytacją, bo je lubiła. Ale cóż, kłamałby, gdyby powiedziała, że nie było warto ich poświęcić.

Sądząc po szarym niebie była jutrzenka. W pokoju panował półmrok, przez który nie zobaczyła od razu ciemnego szlafroka leżącego w nogach stołu. Złapała go, razem z figami i ruszyła do drzwi, które najpewniej były do łazienki.

Do małego pomieszczenia utrzymanego w czerni i drewnie, trafiła za drugim razem, najpierw wychodząc całkowicie goła na korytarz. Położyła rzeczy na ubikacji i weszła pod niewielki prysznic. Nie zastanawiając się nastawiła najwyższą temperaturę i puściła wodę z deszczownicy. Oparła się o ścianę i zjechała na ziemię.

Zwariowała. Definitywnie straciła rozum. Kiedy weszła w okres dojrzewania, matka rozmawiała z nią o szanowaniu swojego ciała. I owszem, dziewictwo straciła z Ronem, którego kochała. Ale teraz? Teraz uprawiała seks z jej byłym nauczycielem. Obecnym opiekunem praktyk. Poprawiła siebie w duchu. Cóż, lekcje matki poszły w las i chyba nie miały zamiaru wracać. Jak ona musiała przyznać przed samą sobą, że nie chce rezygnować. Seks z Ronem był... pierwszy. Hermionie wydawało się wtedy, że to było najlepsze na świecie. Cóż zrewidowała swoje poglądy i obecnie rudzielec wypadał dość blado. Chciało jej się śmiać. Porównywała Rona do Snape'a. Do Snape'a! W obecnej chwili była pewna, że jej najlepszy przyjaciel by ją zabił, gdyby usłyszał jej myśli.

Wróciła umysłem do głównego pytania. Czemu. Czemu się tu znalazła, czemu zgodziła się na układ, choć wiedziała, że i tak dostanie praktyki. Bo jestem głupia. Pociągnęła mokre włosy. Wiedziała, że to nie o to chodziło. Po prostu też coś chciała mieć z młodego życia. Coś co uważała za niepotrzebne, a teraz brak doskwierał.

- Cóż, Hermiono. – Szepnęła do siebie. -Powiedziałaś A, powiedz B. – Zdecydowała i wstała. Na półkach znalazła szampony i szybko umyła ciało oraz włosy. Dopiero kiedy wyszła z kabiny zobaczyła, że na blacie umywalki leżał ręcznik, z którego skorzystała. Założyła nową bieliznę, a dodatkowo szlafrok. Była gotowa na poszukiwanie swoich ubrań.

Chłodne drewno pieściło jej bose stopy, kiedy szła korytarzem. Kierowała się do schodów, które były na końcu, przy okazji mijając kilka par drzwi. Musiała przyznać, że mieszkanie było faktycznie duże, jak na kamienicę. Zeszła na dół i przeszła do salonu. Przystanęła zdziwiona, kiedy zobaczyła mężczyznę, siedzącego na poduchach przy oknie.

- Granger. – Mruknął jej na powitanie, zatrzaskując książkę. Dopiero po tym spojrzał na nią. – musisz trochę poczekać, Trawik zabrał twoje rzeczy. – Powili podeszła, a finalnie opadła na narożnik.

- Twój skrzat? – Przekrzywiła głowę.

- Owszem. Jest dość... pedantyczny. – Przyznał. – Mogę mu zabronić zabierania twoich ciuchów, jak będziesz tu przychodzić, ale jestem przekonany, że znajdzie obejście.

- Skrzat ci się sprzeciwia? – Prychnęła z rozbawieniem.

- Można tak powiedzieć. – Skrzywił się. – Jeśli uprze się, że on wie co dla mnie najlepsze zrobi wszystko, żeby wyszło na jego. – Zaśmiała się, odrzucając głowę do tyłu. – Tu nie ma nic śmiesznego. – Burknął obrażony.

- Fakt, nie śmieszne. – Kiwnęła głową. – Po prostu cieszę się, że są skrzaty, które nie boją się swoich panów.

- Jeśli znowu będziesz mi mówić o tej wszy...

- W.E.S.Z. – Poprawiła go. – Nie zamierzam, to był dobry pomysł, złe wykonanie. – Ucięła. – Co to za bielizna, w ogóle? – Spytała machając ręką w szlafroku. Wzruszył ramionami.

- Jeśli masz coś nosić ku mojej uciesze, to ja ci to po prostu będę kupował. – Odparł prosto. Zmarszczyła brwi. W pierwszej chwili chciała się gorąco sprzeciwić, ale jak o tym pomyślała to miało sens.

- Myślisz, że mnie nie stać? – Spytała przekornie.

- Myślę, że mnie stać. – Oparł się o szybę. – Nie mam na co wydawać pieniędzy z gringotta. Pozwól starcowi się zabawić. – Zaszydził, a ona pokręciła głową z rezygnacją.

- Czyli dajesz mi praktyki, a w wolnych chwilach nieziemski seks, do tego dbasz o mój image. – Podsumowała.

- Chyba można to tak streścić. – Przyznał. – Ty w zamian słuchasz mnie i zostajesz na moją wyłączność. Nie lubię się dzielić. – Zastrzegł.

- I vice versa. – Usiadła twarzą to tego. – Wczoraj ci powiedziałam, że jestem twoja. Ale godzę się na to tylko, jeśli to będzie obustronne. Ja nie szukam innego partnera i stronie od nich, ale ty robisz to samo z potencjalnymi parterkami. – Zarządziła stanowczo. Mogła się puszczać, ale nie dzielić.

- Masz to zapewnione. – Obiecał poważnie.

- W takim razie mamy umowę.

Ginny wróciła o dziesiątej, budząc Hermionę z drzemki, w którą zapadła po powrocie.

- Hermiona? – Przyjaciółka zapukała i weszła do pokoju.

- Tak, Ginny? – Spytała, podnosząc głowę.

- Dobrze się czujesz? – Spytała niepewnie. Mulatka zmarszczyła brwi.

- A czemu miałabym czuć się źle? – Ziewnęła.

- Bo jest po dziesiątej, a ty nadal leżysz. – Wytłumaczyła. Faktycznie, Hermiona należała do rannych ptaszków i leżenie w łóżku tak długo to marnotrawco cennego czasu. Ale równocześnie, kładła się spać najpóźniej o dwudziestej trzeciej i spała całą noc. A nie z przerwami o piątej na dwie godziny.

- Długo nie mogłam wczoraj spać. – Zaczęła wstawać. Ruda nagle przekrzywiła głowę i zogniskowała wzrok na czymś za plecami Hermiony. – Co... – Przerwał jej stuk w szybę. Obróciła głowę i zobaczyła Barona na parapecie.

- Odpowiedź od ostatniego mistrza? – W głosie Weasleyówny pobrzmiewała nadzieja.

- Ym. Może. – Nie musiała ukrywać nerwowego drżenia głosu. Wstała z łóżka, podeszła do okna i wpuściła sowę do środka. Odwiązała pergamin i otworzyła go.

Właśnie przyszły do mnie twoje ciuchy ochronne, możesz je odebrać nawet dzisiaj.

Pamiętaj, że w poniedziałek są pierwsze zajęcia.

Severus Tobias Snape

Mistrz Eliksirów

Prezes Episkey Inc."

Westchnęła, wiedząc do czego to jest zaproszenie.

- I jak? – Spytała przyjaciółka, przypominając o swojej obecności.

- Odmowa. – Przywołała żal, który czuła, kiedy czytała faktyczną odmowę ówczesnej ostatniej nadziei.

- Oj Hermi... to co teraz? – Usłyszała, że zbliża się do niej, więc szybko zwinęła papier.

- Teraz... pójdę do Snape'a. – Przyznała. Wcale jej nie oszukuje, po prostu opowiadam przeszłość. Pocieszyła się w duchu. Odwróciła się do rudowłosej, w której oczach błyszczała niepewność.

- Myślisz, że cię przyjmie? – Spytała, najwyraźniej pamiętając jej wypowiedź sprzed dni.

- Postaram się, jakby nie patrzeć ma wobec mnie dług za ocalenie życia. – Brawo Hermiono, jeszcze chwila a będziesz mistrzem kłamstw. Ramiona Ginny opadły w uldze.

- Dobrze, pójdę tam może z tobą? – Hermiona zesztywniała.

- Nie ma potrzeby, naprawdę. Nie chce ci zawracać głowy.

- Ale to naprawdę nie jest problem. Zresztą i tak w poniedziałek tam idę. – Wzruszyła ramionami.

- Słucham? Czemu?

- Wywiad. – Odparła ruda. – Sarah zdecydowała, że mnie weźmie, żebym miała przykład najtrudniejszych osobowości. -Uśmiechnęła się porozumiewawczo. Kuźwa. Pomyślała.

- To super! – Uśmiechnęła się. Już czując supeł spowodowany okłamywaniem przyjaciółki. Spowodowało to grymas, którego nie dała rady ukryć przed poszkodowaną.

- Herm, naprawdę, będzie dobrze. – Powiedziała lekko i uścisnęła ją. Oczywiście… będzie. Przekonywała siebie.

Patelnia skwierczała, kiedy ona kroiła warzywa. W kuchni, jak i całym salonie rozciągał się zapach podsmażanego boczku i cukinii z marchewką. Równie mocno, jak lubiła eliksiry, lubiła gotować, choć przekonała się do tego jeszcze później niż do magicznych mikstur. Jakoś tak się złożyło, że w weekendy gotowała obiad, który starczył dziewczynom na kilka dni.

- Chłopaki przyjdą. – Zarządziła Ginny, wchodząc do kuchni. Granger spojrzała na nią z ukosa.

- Okej. – Mruknęła. – Ale sprzątają. – Zastrzegła z uśmiechem, patrząc przy okazji na zegarek. Była piętnasta. Do Severusa zapowiedziała się w okolicach dziewiętnastej. Cóż, będzie musiała coś wymyśleć.

- Myślę, że nawet Ronowi to nie będzie przeszkadzać. Podobno jak usłyszał, że robisz zapiekankę to wstał z wyrka. – Zaśmiała się, siadając przy stole. Już dawno nauczyła się, że nie należy wchodzić w drogę gotującej Hermiony.

- Jakby usłyszał, że gotuje cokolwiek to by wstał z wyrka. – Przewróciła oczami, wrzucając pozostałe warzywa na patelnię.

- Fakt, to w końcu Ron. – Ruda postukała palcem o brodę. – Harry pisał, że za maks pół godziny powinni być. – Uprzedziła.

- Idealnie. – Podsumowała, zmniejszając płomień pod patelnią. – Akurat zdąży się zapiec. – Przyzwyczaiła się, że jej przyjaciele wpadają do nich, żeby się najeść. Harry potrafił gotować, owszem. Ale najczęściej mu się nie chciało. Nie dla siebie, bo Ginny jej opowiadała, że już nie raz raczył ją najlepszym daniem.

- Hermiona… – Zaczęła niepewnie Ginny. – Naprawdę wszystko w porządku? – Spytała, poważnym tonem. Brązowowłosa przestała nakładać makaron do naczynia i obróciła się do przyjaciółki.

- Naprawdę. – Przytaknęła, będąc zła na siebie, że nie wyjawi, dlaczego jest naprawdę dobrze.

- No bo… nie przyjęli cię na praktyki, a naprawdę chciałaś je zdobyć… i do tego moja, bądź co bądź wyprowadzka… martwię się. – Mieliła swoje blade dłonie, nie patrząc na starszą dziewczynę.

- Ginny. – Zaczęła miękko. – Oczywiście, że się tym wszystkim martwię. – Przyznała, znów czując szarpanie we wnętrzu, że ją oszukuje. Przecież praktyki to już nie problem. – Nie chcę tu zostać sama bez tytułu mistrza eliksirów. – Wyrzuciła z siebie swoje największe lęki jeszcze sprzed dnia. – Ale równocześnie zdaje sobie sprawę, że ty masz własne życie i nie mam zamiaru cię tu trzymać. – Przysiadła naprzeciw Weasley i złapała za jej dłonie. – Zresztą i tak byś nie posłuchała i mi uciekła. – Uśmiechnęła się pokrzepiająco.

- Ale te praktyki…

- Gin, praktyki to rzeczywiście słaba sprawa. – Już nie. – Ale trzymam się, że Snape zachowa się jak należy i spłaci swój dług. – Uśmiechnęła się cienką linią. – A jak nie to zmienię twój pokój w pracownię numerologiczną i będę przewidywać losy całego świata. – Zakończyła skrzekliwie, co wywołało chichot przyjaciółki.

- Nie dasz się o siebie martwić, co? – Panna Granger prychnęła.

- Ja? Nigdy! – Krzyknęła, zaczynając się śmiać.

Chłopcy, jak się okazało, nie przyszli z pustymi rękoma. Dla Hermiony i Ginny przynieśli wino skrzatów, a dla siebie ognistą whisky. Siedzieli przy stole i gadali o dobrych czasach, przeszłych czy teraźniejszych. A Hermiona czuła się niesamowicie lekko. Jakby wszystkie niedopowiedzenia czy rozterki uleciały w dal i wiedziała, że to nie kwestia wina. Może nie piła dużo, ale głowę miała mocną, o czym nie raz się przekonała już w dorosłości.

- Harry! Nie uwierzę, że miała macki! – Krzyknęła rozchichotana, kiedy usłyszała kolejną historię z akcji aurorskich.

- Uwierz, Hermiono, byłem przy tym! – Zawtórował Ron. – Wyobrażasz sobie nasze zdziwienie? Szukasz przestępcy, a znajdujesz zagubioną kobietę z mackami na twarzy. – Zaśmiał się głośno, opadając na krzesło. Pokręciła z rezygnacją głową. Przygody Harry'ego i Rona, były częstym tematem spotkań, właśnie przez takie przygody.

- Cóż, tylko jej współczuć. – Zakończyła Ginny. Na chwilę zapadła cisza, którą Granger postanowiła wykorzystać. Wstała od stołu, dopijając wino.

- Wybaczcie, ale muszę coś załatwić. – Uśmiechnęła się do nich i ruszyła do sypialni, by przebrać się z obdrapanych dresów i poplamionej bluzki.

- Coś załatwić? W sobotę, o osiemnastej? – Zawołał za nią Ron, obracając się na krześle. Odpowiedziała mu trzaskiem drzwi od pokoju, by zdobyć więcej czasu na tą właściwą odpowiedź. Ubrała zwykłe dżinsy i biały t-shirt w serek. Może nie seksownie, ale nie mogła przecież wyjść w jakiejś kiecce, których notabene już nie ma. Jak wróci będzie musiała zrobić pranie. Wyszła do salonu, przerywając przyciszoną rozmowę przyjaciół.

- Muszę odebrać książki od kolegi z roku, może tylko teraz mi je dać. – Tak, książki będą dobre. I tak miała wziąć od niego, bo jak rano wychodziła to nie pomyślała o niej. Hermiona Granger nie pomyślała o książce. Niedorzeczne. Związała włosy w wysoki kucyk i poszła zakładać trampki. Szczyt elegancji. Zadrwiła w myślach.

- Pójdę z tobą. – Zaoferował Ron, wstając już z miejsca. Znieruchomiała, zarzucając kurtkę.

- Nie idź, posiedź dobie jeszcze, ja wrócę za maks godzinę. – Wiedziała, że nie. Ale tym się będzie martwić później.

- No co ty, nie puszczę cię samej. – Uparł się.

- Ron, nie potrzebuję eskorty. – Jej głos zmienił ton, na niższy co dla dwójki, przypatrującej się rozmowie, wróżyło kłopoty.

- Hermiona, czy ty zawsze musisz się kłócić? Jak chcesz okazywać jakaś ty niezależna to może w odpowiednich momentach. – Palnął. Zamrugała. Raz, potem drugi.

- Jeśli ty musisz rekompensować swoją małą męskość narzucaniem się ze swoją pomocą, ludziom, którzy tego nie chcą, to nie mój problem, Ronaldzie. – Powiedziała to bardzo spokojnie i cicho. – A teraz żegnam. – I wyszła z mieszkania trzaskając drzwiami.

- I bądź tu dżentelmenem. – Jęknął żałośnie, przy akompaniamencie śmiechów kochanków z tyłu.

Szła szybkim marszem i co jakiś czas prychała. Obrońca się znalazł, psia krew. Była zła, ale na to co powiedział. Oczywiście, zawsze jak zaczynał ją przytłaczać, a ona to alarmowała, wyskakiwał, że na silę chce być niezależna. Kolejny kamyczek do ich zerwania. W sumie jak teraz o tym myśli to miała cały kamieniołom tego typu kamyczków.

Naprawdę, kiedy w końcu zdecydowała się z nim na rozmowę, że muszą zakończyć związek, wściekł się. Hermiona mu się ani trochę nie dziwiła, jednak nie pozostała na to bierna i spokojna. Rozmowa przerodziła się w kłótnie pełną wrzasków i wyzwisk. Podczas niej, rudy wykrzyczał, że będzie żałowała zerwania i jeszcze do niego wróci. Abstrahując, że przyznała, że wolałaby połknąć własną różdżkę niż do niego wrócić, czym dalej od zerwania, tym bardziej wiedziała, że dobrze zrobiła. Oczywiście, było to bolesne zarówno dla niej jak i dla niego, ale nie zaszło to do stopnia, że nie mogli na siebie patrzeć. Przeprosili się wzajemnie tydzień po zerwaniu, a przez późniejszy okres wracali do przyjaźni, choć było to trudniejsze niż przypuszczali. Ale udało im się. Jednak kłócili się częściej niż przed związkiem.

Stanęła przed zabytkową, białą kamienicą na Pokątnej. Oczywiście, prestiż na miarę prezesa. Uśmiechnęła się do swoich myśli i weszła do lobby. Podstarzały czarodziej, w ciemnej szacie wychylił się zza kontuaru.

- Ach, witam panienkę. – Kiwnął jej głową, gdy ją rozpoznał. Kiedy przyszła tu po raz pierwszy, Severus dał jej dyspensę, wpisując w rejestr mieszkańców.

- Dzień dobry. – Przywitała się z uśmiechem i podeszła do windy, przyłapując się na tym, że ostatnio w ogóle unika schodów. Pora to zmienić. Zanotowała w myślach, ale wsiadła do dźwigu. Może chciała to zmienić, ale nie wdrapywaniem się na szóste piętro wysokiej kamienicy.

Weszła w dobrze znany hol i podeszła do drzwi. Zapukała.

- Granger, wiesz, że nie musisz pukać? – Spytał, kiedy tylko otworzył jej drzwi.

- Nic takiego nie powiedziałeś. – Zastrzegła, wchodząc głębiej w mieszkanie. Sama z siebie skierowała się do salonu. Na stoliku do kawy leżał karton, a na stole w jadalni stała szklanka z płynem. -Przeszkadzam? – Spytała się, obracając za siebie. Podskoczyła przestraszona, gdy zetknęła się z jego klatą.

- Ty? Nie… - Uśmiechnął się kącikiem ust. – Zabijałem czas. – Położył na jej biodrach ręce i przyciągnął jeszcze bliżej. Poczuła gorąco na policzkach.

- Nie mam wiele czasu. – Zaznaczyła, gdy zaczął sunąć ustami po jej policzku, w stronę szyi.

- Nie potrzebuję wiele czasu. – Wymruczał, całując w zagięcie szyi. Sapnęła.

Naparł na nią, a ona posłusznie stawiała kroki w tył. Przyparł ją do jednego z regałów z książkami. Chciała jęknąć, ni to z bóli, no to z rozkoszy, ale przerwał jej, przypadając do jej ust swoimi. Zarzuciła mu ręce na ramiona i poddała się pocałunkowi. Złapał ją za pośladki i wyrzucił ją do góry, a ona oplotła nogami jego pas. Zaczął gdzieś iść, a ona znów nie czuła kierunku. Usłyszała szuranie krzesła i przywarła pośladkami na blacie stołu.

- Chciałem cię tu przelecieć od wczorajszej kolacji. – Wyszeptał jej do ucha, przygryzając je. Stęknęła, wijąc się pod nim. Podwinął jej bluzkę do góry, przekładając przez głowę i wiążąc jej dłonie w górze. – Więc nie przeszkadzaj. – Pocałował ją, równocześnie, ściągając miseczki stanika w dół, by odsłonić jej piersi. Rozpływała się. Pod nim. Z nim. Obojętne.

Odpiął guzik jej spodni i zaczął je zsuwać. Rozplątała nogi, będąc gotowa na ściągnięcie ich. Jaki był jej zdziwienie, kiedy zatrzymały się na wysokości kolan. Jednak nie miała na to dużo czasu, bo na jej kobiecości znalazła się jego ręka. Zadrżała z przyjemności.

- Ty zawsze jesteś tak morka… czy tylko dla mnie. – Szepnął, a potem sam zsunął spodnie i wbił się w nią, trzymając złączone nogi w górze. Krzyknęła z przyjemności i rozciągnęła się maksymalnie, łapiąc dłońmi odległy kant stołu. Wbijał się w nią co raz to szybciej i szybciej, łapiąc za jej pierś i mocno ją ściskając. Ostatnie dwa pchnięcia, przesunęły stół.

Sapali, ona patrząc w sufit, on wsuwając się na krzesło. Czuła wilgoć między nogami, ale wolała się nad tym nie skupiać. W końcu usiadła.

- Rozwiążesz? – Spytała, machając supłem na rękach. Wywrócił oczami, ale wstał i spełnił jej prośbę. Zeskoczyła na ziemię, poprawiła stanik, nałożyła bluzkę i podciągnęła spodnie. On w tym czasie też się doprowadził do nienagannego stanu. Ruszyła do salonu. – Naprawdę dziękuje za kombinezon. – Uśmiechnęła się przez ramię do niego. – Ale nadal mam nadzieję, że użyczysz mi Popełnione mikstury. – W milczeniu podszedł do jednej z półek i wyjął pozycję.

- Nie zniszcz, bo naprawdę coś ci zrobię. – Zastrzegł. Pokiwała głową.

- To książka. Wyjątkowa książka, myślisz, że jako naczelny mól książkowy Hogwartu pozwolę na najmniejszą krzywdę? – Spytała, tuląc do piersi opasłe tomiszcze.

- Nie wiem, wolę mieć pewność. – Odparł niewzruszenie. Spojrzał na zegarek. – A teraz wybacz, ale muszę cię przeprosić, ale mam mnóstwo papierowej roboty. – Grzeczne wyproszenie. Kiwnęła głową, położyła pożyczoną książkę na kartonie i wzięła obydwie rzeczy na ręce. Były zaskakująco lekkie. – Zaklęcia nałożone na karton. – Wytłumaczył na jej zdziwione spojrzenie. Znów kiwnęła i bez słowa ruszyła do wyjścia.

- Do zobaczenia. – Pożegnała go, patrząc na niego tymi oczami.

- Do zobaczenia. – Kiwnął jej głową i poczekał aż drzwi windy się zamkną. Ruszył do mieszkania i cicho zamknął za sobą drzwi. Podszedł do stołu, na którym stała nowa szklanka z ognistą whisky. Poprzednia skończyła na ziemi przez igraszki z Bambi.

Prychnął na to określenie Granger. Od kiedy raz mu się skojarzyła z delikatnym jelonkiem jakoś nie mógł wyzbyć się przezwiska z głowy. Choć okazała się nie aż tak delikatna jak na początku sądził. Na pewno nie spodziewał się, że będzie tak… wyuzdana. Jednak podobało mu się to. Nie była doświadczona co było widoczne na pierwszy rzut oka, ale była pojętna. Przynajmniej taką miał nadzieję.

Wraz ze szklaną ruszył ku gabinetowi, który był w połowie drogi z salonu do schodów.

Cała sytuacja z dziewczyną wydawała mu się abstrakcyjna. Myślał, że kiedy usłyszy propozycję ucieknie z krzykiem do któregoś z jej przygłupich przyjaciół. Oczywiście, postąpił wrednie stawiając tak naprawdę nie ważny warunek, ale chciał wiedzieć co zrobi. I chciał ją mieć dla siebie na jakiś czas.

Był, może nie stary, ale mniej niż bardziej młody. Uroda ominęła go szerokim łukiem, a lata znęcania się odbiły się paskudnie na jego charakterze. Każda od niego ucieknie, jeśli zaproponowałby poważny związek. Zresztą, nie miał na nie czasu. Może nie zależało mu na wielkim imperium, ale nie chciał się zatrzymywać na obecnym poziomie z firmą. Było jeszcze dużo pracy przed nim. Pracy, która wymagała stałego zainteresowania i dyspozycji.

Stąd rozumiał, czemu Bambi się zgodziła na układ. Kończyła studia, a on doskonale pamięta, że to nie mało roboty. Była irytująco perfekcyjna, a to zawsze wymagało dużo pracy. Więc sądzi, że nawet jak ma czas to nie chce go tracić na romanse. Jednak wiedział, że jeśli ktokolwiek zacznie jej się podobać, on zerwie układ. Może jest wrednym nietoperzem z lochów, ale ma dość niszczenia ludziom życia.

Z tą myślą, usiadł przed biurkiem, którego blat był zapchany pergaminami różnego rodzaju.