- Przeklęte kłaki. – Warknęła i zamaszyście związała swoje włosy gumką, którą zawsze trzymała w pogotowiu na nadgarstku. Płaszcz leżał rozłożony obok, tuż pod torbą.

Jednym z zasadniczych plusów Uniwersytetu imienia Nimue był skwer pod taki ilością różnorakich zaklęć, że trwała na nim nieprzerwana wiosna. Dzięki temu Hermiona i wielu innych studentów, którzy akurat mieli okienko w zajęciach, mogli odetchnąć od zimowej zawieruchy poza murami szkoły. I pomyśleć, że nawet Hogwart nie miał czegoś takiego.

Czytała jedną z długiej listy pozycji do przeczytania. Za godzinę miała ostanie zajęcia podczas dnia, a następnie musiała biec do apteki niedaleko wydziału, by odebrać zamówienie dla Severusa, żeby potem biec do jego mieszkania bo eliksir, który teraz ważyli nie mógł czekać zbyt długo. Jeszcze tylko jeden wieczór w towarzystwie zamkniętego Snape'a i będzie mogła w spokoju pojechać do rodziców. Sama.

Zmarszczyła brwi, kiedy cień zakrył jej biel stronnic.

- Nie udawaj, panno Najświętsza. – Ten szyderczy głos mógł należeć tylko do jednej osoby. Hermiona nie uniosła głowy. Nie dała poznać, że w ogóle zauważyła obecność Carter. Póki ją ignoruje, póty tamta nie ma powodu by długo nad nią stać. – Nie udawaj, głuchy by mnie słyszał. – Warknęła, jednak Hermiona nie dała się wytrącić. Próbowała rozmawiać z dziewczyną w cywilizowany sposób, a tamta to zignorowała i nazwała dziwką. Cóż, więcej nie wyciągnie ręki na zgodę.

Jednak Carter chyba też nie chciała rezygnować, bo usiadła obok Hermiony. Morgano, za jakie grzechy.

- Naprawdę jesteś uparta co do ignorowania ludzi. – Zaśmiała się dźwięcznie. – Zwłaszcza tych, co mówią ci prawdę prosto w oczy, co? – Zaświergotała, a była gryfonka musiała bardzo mocno zacisnąć dłonie na książce, by nie przywalić nią w twarz dziewczyny z roku. – Och, naprawdę Hermiono, nie wiem czemu myślisz, że chce dla ciebie…

- Hermiono! – Dzięki ci Merlinie! Podniosła głowę i zamrugała zaskoczona, widząc idącego w jej stronę Dracona Malfoya. – Przepraszam, że musiałaś czekać. – Uśmiechnął się urzekająco. Pamiętała, że uśmiechał się tak do Astorii, zanim zaczęli się spotykać. – Idziemy? – Wzął jej torbę, a ona w końcu zrozumiała. Skurczybyk ją ratował. I była mu cholernie wdzięczna.

- Jasne, tylko musisz mi oddać torbę. – Uśmiechnęła się do niego, spakowała książkę i wstała, zgarnaiąc płaszcz i ruszając z nim w bliżej nieokreślonym kierunku.

- Brawo Granger! – Usłyszała za sobą.

- Ignoruj. – Mruknął Malfoy, a ona właśnie to miała zamiar robić.

- Widzę, że pniesz się co raz wyżej nie dość, że dajesz się obracać Severusowi Snape'owi to jeszcze Dracon Malfoy. Niedługo pewnie dziekan trafi to trójkącika. – Torba i płaszcz upadły na ziemię, kiedy obróciła się z krzykiem ku rywalce.

Coś było definitywnie nie tak. To była pierwsza myśl Severusa, kiedy wszedł do mieszkania. Odwiesił płaszcz i wszedł do salonu. To, co Bambi miała zrobić z eliksirem było krótkie i zasadniczo powinna dość szybko z tym skończyć, więc spodziewał się, że będzie na kanapie. Jednak mebel był pusty. Usłyszał obecność kogoś w jadalni, a następnie cichutki syk Bambi. Natychmiast dobył różdżki i skierował się w tamtą stronę. Jego praktykantka siedziała przy stole podczas gdy jego chrześniak, Dracon Lucjusz Malfoy, nachylał się nad nią.

- Nie ruszaj się, ty uparta wilo. – Syknął blondyn, gdy Bambi widocznie się rzuciła.

- To może rób to delikatniej, niewychowany gumochłonie. – Odpyskowała mu.

- Co tu się dzieje? – Spytał cicho, ale podziałało. Chrześniak obrócił się do niego zamaszyście, odsłaniając mu Granger. A Severusa krew zalała. – Co. Ci. Się. Stało. – Warknął znów. Bambi miała rozciętą brew, dość brzydkie zadrapanie na policzku, a na dodatek, jej biała koszulka była zakrwawiona.

- Jakbyś zobaczył ją. – Szepnął śpiewnie blondyn, a dziewczyna zgromiła go wzrokiem.

- Nic. – Odparła prosto. Zacisnął mocniej zęby. – Wdałam się bójkę. – Odchrząknęła, ale Severusowi nie umknął fakt, że ma zachrypnięty głos. I że nie parzy mu w twarz.

- Jakbyś dał nam pięć minut nic by nie było. – Wtrącił się Draco. – Uparła się, żeby skończyć eliksir i dopiero teraz udało mi się ją przymusić do posadzenia wielmożnego, gryfońskiego tyłka.

- Kabel. – Wyrzuciła, a wyzwany popatrzył na nią nierozumiejącym wzrokiem. Westchnęła zrezygnowana. – Donosiciel. – Syknęła na poprawę.

- Nie wyżywaj się na mnie, to Carter nie daje ci spokoju. Gdyby nie ja, byłabyś już w ministerstwie. – Bronił się a Snape tylko w ciszy się temu wszystkiemu przysłuchiwał.

- Och, nie dramatyzujesz? Nie byłabym pierwszym studentem, który wdał się w bójkę.

- Ale Hermiona, ty jej złamałaś nogę… złamałaś nogę! – Powtórzył głośniej, ale usłyszał tylko prychnięcie.

- Nawet ja, choć daleko mi do magomedycyny potrafiłabym to zaleczyć jednym zaklęciem.

- Oczywiście, że tak. – Zaśmiał się niewesołym śmiechem. – Gdyby to było złamanie mechaniczne. Ale ty jesteś na to za sprytna.

- A co, myślisz, że nie wiem co to za blizna?! – Wskazała na łuk brwiowy. – Nie jestem idiotką, Draco. Wiem, dlaczego musisz ją szyć. – Severus czym dłużej stał, tym bardziej nie wiedział co się dzieje.

- Kiedy ktoś mi w końcu powie co się wydarzyło. – Wysyczał, czując, że traci co raz bardziej cierpliwość.

- Nic się nie wydarzyło.

- Zaraz ci opowiem. – Odpowiedzieli w jednym momencie i wrócili do mordowania się wzrokiem. A gospodarza szlag strzelił.

- Dosyć. – Zarządził. – Siadaj na dupie i daj mu się zszyć. – Nakazał Bambi, a ta, choć z marsową miną, usłuchała. – A ty co tak się gapisz jak na jednorożca, zszywaj. – Pogonił chłopaka, który bardziej chętnie wypełnił polecenie. – Kto cię tak poturbował? – Podszedł do barku, wyciągając trzy szklanki i butelkę whisky. – Mów, Granger. – Nacisnął.

- Dziewczyna ze studiów. – Burknęła po chwili ciszy i znów zamilkła.

- Czemu dziewczyna ze studiów cię tak poturbowała? – Dopytał, trzymając nerwy na wodzy. Nie miał zamiaru na nią krzyczeć, za długo ją znał żeby się łudzić, że cokolwiek to da.

- Bo zasugerowała, że Hermiona pieprzy się dla pozycji. – Mruknął Draco, nachylając się nad stołem, nawlekając igłę. We wnętrzu Severusa zapanował chłód tak zimny, że mógł przysiąc, że na szyjce butelki pojawił się szron.

- Co zasugerowała? – Spytał cicho, aksamitnym głosem. Blondyn znieruchomiał i powoli odwrócił się do niego, bacznie go obserwując. Widział doskonale, tak jak Bambi, która teraz się spięła i zarumieniła, że musiał być naprawdę wściekły. Pamiętają jeszcze zza czasów szkoły.

- Że pieprze się tobą i Draco. – Poddała się. – Dodatkowo zaproponowała dziekana, żebym miała pewne studia. – Założyła ręce na piersi i spojrzała na kolana. – Draco, chyba miałeś mnie szyć. – Upomniała go cicho. Jednak pokój zamarł w bezruchu.

- Od kiedy? – Spytał, wciąż buzując wściekłością.

- Od kiedy, co? – Spojrzała na niego, przykładając na powrót szmatkę, którą dopiero teraz zauważył, do brwi.

- Od kiedy ta dziewczyna cię dręczy. – Widząc, że chce zaoponować, ścisnął mocniej szklankę, którą miał zamiar jej dać. – Nie wkurwiaj mnie bardziej, Granger. Doskonale wiem, że uwzięła się na ciebie. Nie pytam czy pytam od kiedy. – I wtedy to zobaczył. Zblolały błysk w jej oczach i zrozumiał, co dla niej znaczyły te słowa. Spojrzała zdradzonym wzrokiem na Malfoya.

- Musiałeś przybiec do niego z raportem, co? – Wyrzuciła z żalem. – Gówno wam do tego. – Syknęła. – Obrońcy się znaleźli. Przez sześć pieprzonych lat, jeden był nie lepszy niż Carter, a drugi nie tyle co nic z tym nie robił, a dopingował. – Wstała zamaszyście z krzesła. – Mam was dość. Umiem o siebie zadbać. Broniłam się przed wami, obronie się przed nią. – Ruszyła do wyjścia, ale Severus stanął jej na drodze. – Odsuń się.

- Nie, trzeba cię opatrzeć.

- ODSUŃ SIĘ! – Wrzasnęła i uderzyła. Nie pięściami. Silne zaklęcie posłało go na kanapę. Przeleciał przez oparcie i upadł na poduszki.

- Hermiona! – Słyszał jak Draco ją woła, jej pośpieszne kroki i łomot zatrzaskiwanych drzwi.

- Kurwa. – Jego własna uczennica właśnie go znokautowała magią.

Patrzyła na przewijający się za szybą krajobraz. Jedyny pociąg bezpośredni, który zabierał ją z Londynu do Farley Hill był o siódmej, spała ledwo godzinę. Najpierw powrót do domu cała w nerwach na Severusa i Draco, potem siedziała kilka godzin w łazience, próbując zszyć sobie ranę na brwi. Skończyło się długą wizytą w świętym Mungu.

I choć jedna jej część stękała na „radosny" czas świąt i sztuczną atmosferę. Kochała rodziców, ale oni zawsze starali się na siłę wprowadzać ducha świąt, którego zdaniem Hermiony nie potrzebowali, by czuć się blisko.To druga cieszyła się spokojem od mistrza eliksirów, którego wczoraj miała szczerą ochotę zabić. Zresztą, po tym jak rzuciła nim przez salon raczej on nie miał względem niej lepszych odczuć. Jednak nic nie mogła poradzić, że poczuła się zraniona. Myślała, że rozumiał. Że choć on jeden zrozumiał jej potrzebę niezależności. Cóż, jak widać sromotnie się pomyliła. Co ten seks z kobietą robi. Już nie mówiąc o tym, że jakim prawem udaje troskę, skoro od jej pytania o wspólne święta i jego stanowczej odmowy traktuje ją z dystansem, który skracał tylko kiedy uprawiali seks? Jeśli myślał, że będzie mu posłuszna non stop, to niech lepiej już teraz wycofa swoje mistrzostwo.

Z zamyśleń wyrwał ją głos z głośnika informujący, że zbliżają się do jej stacji. Wstała więc i złapała za walizkę oraz transporter z kuguharem w środku. Owszem mogła się teleportować. Ale wtedy musiałaby zostawić Krzywołapa. Kot, jak się okazało niespecjalnie dobrze znosi teleportację. Wysiadła jako jedna z nielicznych i nie zdążyła wyjść z jednego z dwóch peronów, a pociąg pojechał dalej. Szybko znalazła się na parkingu, gdzie jedynym samochodem był ten, należący do jej ojca.

- Tato! – Zaśmiała się szczęśliwa. Wysoki, przysadzisty czarnoskóry mężczyzna rozłożył szeroko ręce i także się zaśmiał. Wpadła w jego objęcia, a ten okręcił ją kilka razy.

- Molu! Ależ z ciebie baba! – Zawołał. Mocniej go uścisnęła. Pachniał sosnami, które rosły na granicy ich posesji. Pachniał domem.

- Ależ z ciebie staruch. – Odpyskowała mu odsuwając się od niego. William Granger był może i po pięćdziesiątce, ale nie było tego po nim widać.

- Uważaj na słowa smarku. – Spod ciemnej brody znów błysnęły białe zęby i złapał jej bagaż. – Jak podróż? – Spytał, otwierając bagażnik i pakując tam jej rzeczy.

- Normalnie, choć jestem skonana, jest zdecydowanie za wcześnie. – Wpakowała transporter na tylne siedzenie, a sama usiadła z przodu. Zobaczyła spojrzenie ojca. Pełne troski.

- Molu, w coś ty się znowu wpakowała, co? – Spytał, patrząc uważnie na jej brew. Cóż, mimo usilnych starań pani z Munga blizna z nią zostanie. Na szczęście zblednie z czasem, przynajmniej tak jej obiecano.

- W nic, tato, naprawdę. – Uśmiechnęła się i zapięła pas. Kiedy zobaczyła, że nadal na nią patrzy sapnęła. – Nie, tato. Żadnej wojny nie ma. – Wyłożyła. – Wdałam się w drobny pojedynek i tyle. – Nie widziała sensu w kłamaniu swoim rodzicom. Zawsze była z nimi szczera, a oni choć nie raz próbowali ją odwieść od ryzyka, wiedzieli, że z uporem wdała się w nich. Czyli nie popuści do upadłego. W końcu William się poddał i westchnął, prostując się za kierownicą. Odpalił samochód i ruszył.

- Czy ty zawsze musisz się pakować w kabały? – Mruknął. – Znajdź sobie faceta usiądź na tyłku i bądź, do cholery, bezpieczna. – Parsknęła śmiechem.

- Ale jestem bezpieczna i nie potrzebuje do tego chłopa. – Odwróciła głowę, przypatrując się znów krajobrazowi. A oto królestwo jej dzieciństwa.

- Hermiona, ja się tylko martwię.

- Wiem, tato, naprawdę. – Znów się do niego obróciła. – Ale mam dwadzieścia pięć lat i umiem o siebie zadbać. Przeżyłam wojnę, przeżyje dorosłe życie. – Jakby na potwierdzenie, Krzywołap zamiauczał głośno.

- Jak zwykle, niezależna do bólu. – Stęknął, kręcąc z politowaniem głową.

- Mam to po mamie. – Poprawiła się na fotelu. – Jeśli o niej mowa, jest w domu?

- Jak wychodziłem, była. Ale pal licho wie czy ktoś nagle nie zadzwoni. – Wzruszył ramionami, nie odrywając spojrzenia od drogi. Rodzice Hermiony co święta postępowali niezmiennie. Zostawiali gabinet zamknięty, jeżdżąc do niego tylko w nagłych przypadkach pacjentów. – Tęskniła za tobą. Ja też.

- Powtarzasz się. – Uśmiechnęła się. – Ale ja za wami też tęskniłam. Obiecuje, jak skończę studia będę was częściej odwiedzać.

- Obiecujesz to od czterech lat, niezmiennie trzymam cię za słowo, molu. – Wyciągnął do niej rękę i zmierzwił jej włosy.

- Ej! – Zachichotała. Z czystym sercem można było ją uznać za córeczkę tatusia. To on nazywał ją molem, co wzięło się od dość mizernej wielkości Hermiony w stosunku do niego i miłości do książek, którą zresztą po nim odziedziczyła. Rzeczywiście wyglądała niczym mól przy nim. I chociaż swoją mamę kochała i miała z nią bliskie relacje to z ojcem miała specyficzną więź, którą tylko oni rozumieli.

W końcu minęli beżową klinikę jej rodziców i wjechali na szutrową drogę przez las. Krzywołap pojękiwał niezadowolony, jak zawsze, gdy samochodem zaczynało rzucać na tym krótkim odcinku. Wjechali na piaszczysty plac przed domem. Ojciec ledwo zaparkował pod wiatą, a Hermiona już wysiadała i wypuszczała kota z samochodu i transportera, wiedząc, że doskonale zna okolice. Rozciągnęła się patrząc na duży, dwupoziomowy biały dom na niewielkim wzniesieniu, na którym matka budowała swój ogródek.

- Hermiona! – Z drzwi wejściowych wybiegła niewysoka kobieta i zbiegła po kamiennych schodkach w kierunku córki. Ta tylko się zaśmiała i podbiegła do matki i przytuliła się do niej. – W końcu jesteś.

- Też tęskniłam. – Pisnęła w ramię. Była niewiele wyższa od mamy, ale nie przeszkadzało jej to tulić się do niej jakby różnicy wzrostu nie było. Po chwili odsunęła rodzicielkę na wysokość ramion. – Zrobiłaś mi śniadanie? – Spytała, patrząc na fartuch, który jej mama miała na sobie.

- Boże! Co ci się stało?! – Jane zignorowała pytanie, bardziej skupiając się na najnowszej ranie córki.

- Wypadek na uczelni. – Mruknęła niechętnie.

- Jaki wypadek…

- Jane, właźcie do środka. – Podszedł do nich William z walizką córki. – Ty się przeziębisz, a znając Mola, nic nie jadła.

- Hermiona!

- Jak miło być w domu.

Fuknął z frustracją patrząc na świeżo zamknięte drzwi. Pozabija ich, wszystkich po kolei potraktuje avadą i będzie się śmiał na ich truchłach. Ale potem przyjdą znów sprawunki firmy. I utknie sam z całym burdelem. Pociągnął za przydługie włosy z grzywki, aż zaczęły boleć. Czuł się sfutrowany. Nie dość, że wszyscy w firmie sprzysięgli się, żeby go irytować i wyskakiwać z każdym idiotyzmem to jeszcze Bambi. Jak każdy jelonek jest słodki z daleka, a weź do niego podejdź to ujebie ci palce. Nie wiedział co z nią zrobić i to go frustrowało. Z jednej strony nie zrobił nic złego. Ba, zrobił więcej, niż ktokolwiek by się po nim spodziewał. Niż sam by się po sobie spodziewał. Już nie mówiąc, że po prostu martwił się o swoją podopieczną. Jednak, jak każdy galeon, i ta sytuacja ma dwie strony. Bo wiedział, że nie powinien był przyznawać się, że wie o problemie z Carter. Dał się ponieść wściekłości i jak zwykle nie przyszło mu z tego nic dobrego. Szlag by to wszystko strzelił.

- Panie Snape. – Julia wpłynęła do jego gabinetu, zwracając jego uwagę. – Roof miał wypadek.

- Kurwa. – Rzadko pozwalał sobie na przekleństwa w miejscy pracy, jednak miał wszystkiego dosyć. – Jak poważny? – Spytał, chowając twarz w dłoniach.

- Średnio. – Przyznała, a na jego znak weszła głębiej, aż usiadła na fotelu naprzeciw jego biurka. – Kociołek z niegotowym szkiele-wzro wylał mu się na rękę. Już jest w mungu, Rokesh z nim jest.

- Brakuje tylko powrotu Voldemorta. – Mruknął.

- Zasadniczo jeszcze firma może zbankrutować. – Odparła Julia. – O ile dobrze pamiętam, lubi pan święta.

- Lubię, owszem, ale te już nadwyrężają moje nerwy. – Odchylił się na fotelu i odkręcił do okna, patrząc na pokątną.

- Spędza je pan z Hermioną? – Spytała, a jego zmroziło na chwilę. Obrócił się odrobinę w jej stronę.

- Czemu tak myślisz? – Wzruszyła ramionami.

- Jakoś tak. Wyglądacie, jakbyście się… przyjaźnili? – Zmieliła to słowo w ustach. – Cóż, to nie moja sprawa. – Uśmiechnęła się lekko i klepnęła dłońmi uda. – Przypominam, panie Snape, że mam wolne jutro i pojutrze, a potem wigilia.

- Pamiętam. – Burknął. – Przyszykowałaś wszystko, tak jak cię prosiłem?

- Jak zawsze. – Kiwnęła. – Coś jeszcze?

- Tak, dokończ niedokończone sprawy, pojedź do Munga i spełnij zachcianki Roosta w granicach rozsądku z firmowej skrytki. – Postukał o blat biurka. – Życz mu powrotu do zdrowia i przeproś, że sam nie przyjdę, ale to wszystko…

- Wiem. – Uśmiechnęła się ze zrozumieniem. I wiedział, że Roost też zrozumie.

- Potem idź do domu i ciesz się świętami. – Machnął ręką.

- Dziękuję.

- Nie dziękuj, po prostu to zrób.

- Wesołych świąt, panie Snape.

- Wesołych.

Siedziała w salonie, zawinięta w koc i patrzyła w ogień, ściskając kieliszek wina. Na kolanach miała rozłożoną książkę od Severusa i uważnie śledziła jej tekst. Jednak zamiast skupić się na innowacjach wprowadzanych warzelnictwie wracała myślami do właściciela książki. I do swojej chuci. Stukała zadbanym paznokciem w stronę, bezmyślnie śledząc tekst. W końcu z wkurzonym sapnięciem zamknęła tomiszcze i odłożyła je na stolik przed kanapą.

- Coś cię gryzie. – Odezwała się cicho Jane, zaskakując tym Hermionę.

- Skąd ten pomysł? – Burknęła, patrząc, czy nie oblała się winem, kiedy podskoczyła przestraszona. Starsza z kobiet parsknęła cicho i podeszła do jednego z foteli, po czym na nim usiadła.

- Bo przerwałaś naukę nie idąc spać. – Zauważyła. – Hermiona, jesteś moim dzieckiem, znam cię i widzę, przez cały dzień, że coś cię martwi. – Dziewczyna spojrzała w brązowe oczy matki. Przygryzła wargę, skubiąc suchą skórkę.

- Jak zaczęłaś się spotykać z tatą – Zaczęła niepewnie. – Często słyszałaś, że spałaś z nim już wcześniej? – Starsza kobieta zmarszczyła brwi. William był o siedem lat starszy od swojej żony i prowadził ćwiczenia na jej pierwszym roku. Jednak dopiero po pierwszym roku jej matki, więc po końcu zajęć z nim, zaczęła się jakakolwiek prywatna relacja między nimi.

- Jasne, że gadali, ale to były zupełnie inne czasy. – Wzruszyła ramionami. – Hermi, skąd to pytanie?

- A tata cię przed tym bronił? – Spytała zamiast odpowiedzieć. – Nawet jak nie chciałaś?

- Oczywiście. – Odparła prosto. – Faceci mają to do siebie, że muszą chronić. – Uśmiechnęła się pobłażaniem. – Nie robią tego w złej wierze.

- Ale ja nie potrzebuje ochrony! – Uparła się, zaciskając ręce na kieliszku. W oczach Jane zalśniło zrozumienie.

- Oczywiście, że nie kochanie. – Nachyliła się do córki. – Ale my także jej nie potrzebowaliśmy, a jednak wymazałaś nam pamięć by nas chronić. Nie wypominam. – Dodała szybko, widząc zbolałe spojrzenie córki. – Bo wiem, że zrobiłaś to w dobrej wierze. Jeśli w Londynie, ktoś zrobił coś, co ty uważasz za…

- Za zdradę.

- Za zdradę. – Powtórzyła z westchnieniem Jane. – To dla niektórych to może być sposób na ochronę ciebie. Jesteś niezwykle twardym egzemplarzem, skarbie. – Hermiona spojrzała na nią smutno.

- Chyba jestem zołzą, mamo. – Przyznała.

- Och, każda kobieta nią jest w głębi duszy, a facetom, nie wiadomo dlaczego się to podoba.

Oszalał. Definitywnie coś go strzeliło w ten pusty przetłuszczony łeb. Jeszcze raz spojrzał na swoją aktówkę, jakby mógł dosięgnąć spoczywające tam książki, które zabrał z mieszkania.

Zaczęło się niewinnie, naprawdę. Po prostu po wyjściu z pracy otumaniło go puste mieszkanie. Jednak mógł to zignorować bo i tak tonął w papierach. Tylko przez przypadek zobaczył adres jej rodziców w dokumentacji praktykanckiej. Dzisiejszy dzień sprawił, że odechciało mu się wszystkiego. Dlatego, nie wiedząc co ze sobą począć teleportował się tu.

Pod duży biały dom.

Całkowicie zdziczał, skoro uznał, że to dobry pomysł. Jednak był zmęczony i chciał choć na chwilę mieć urlop z prawdziwego zdarzenia.

Wspiął się po kamiennych schodach i uniósł dłoń do dzwonka, jednak uprzedziły do otwierające się drzwi. W progu stanęła Bambi w za dużym beżowym swetrze i rajtuzach z rozrzuconymi brązowymi włosami. Jej oczy były wielkości galeonów, jednak szybko się opanowała.

- Nic mamo! Daj mi chwilę! – Krzyknęła za ramię i postawiła krok na ganek, zamykając za sobą drzwi. – Co tu robisz? – Spytała, a w jej głosie pobrzmiewała panika i nuty urazy. Czyli nadal była zła.

- Szczerze? Nie wiem. – Przyznał. A jej ramiona opadły. – Prze… przepraszam, że się wtrąciłem w twoje strawy. – Mruknął. Zamrugała zaskoczona, po czym pokręciła głową.

- Ja przepraszam, że cię rzuciłam przez salon. – Zaróżowiła się. – Nie chciałeś nic złego, a ja na siłę chciałam udowodnić, że jestem dzielna i niezależna.

- Jak dziecko. – Mruknął.

- Nie przeginaj. – Syknęła. – To ty się przestraszyłeś się głupiego pytania. – Wytknęła. Jak kobiety mogą tak nagle wyrzucać żale? – Nie wyznałam ci miłości, nie oświadczyłam czy nie zrobiłam innej głupiej rzeczy. – Wyliczała. – Jedyne co, to zaproponowałam ci urlop w okresie, który lubisz.– Wyrzuciła ręce do góry.

- W święta. – Parsknął. Uznał to za zbytnie spoufalanie się. Miał być jej mistrzem, jej partnerem do łóżka. I niczym więcej. A jednak stał tu i miał ochotę się przekląć.

- Czas jak każdy inny. – Odparła. – Nie rozumiem ludzi, którzy uważają to za coś innego. Trochę wolnego i tyle. – Wzruszyła ramionami. – Chciałam być miła do cholery. – Warknęła. – Czy musisz to psuć? – Oplotła się szczelniej swetrem.

- Och, ja ci to psuje? – Zakpił. – Cóż, byłem zbyt pobłażliwy, skoro pozwoliłaś sobie myśleć, że masz prawo być dla mnie miła. – Bo ona nie mogła być miła, nie dla niego. Bo on na to nie zasługiwał. Jedyne przebłyski, kiedy ludzie byli dla niego mili, to coś od niego chcieli. I bał się , co Bambi może od niego oczekiwać.

- Jesteś nienormalny. – Szepnęła z niedowierzaniem. – Przez dwa tygodnie traktowałeś mnie jak trędowatą tylko dlatego, że uważasz, że nie mam prawa być dla ciebie miła? – Złapała się za włosy. – Merlinie! To człowiek, który będzie moją reklamą w świecie eliksirów!

- Możesz przestać? Zachowujesz się dziecinnie, znowu. – Upomniał ją, na co tylko się zaśmiała skrzekliwie.

- Ja? Ja się zachowuję dziecinnie? – Pokręciła głową. – Severus, jesteś na mnie zły bo byłam miła. – Opuściła ramiona.

- Czemu. – Wyrzucił i milczała w bezruchu, domyślając się, że to pytanie.

- Czemu co? – Dopytała szorstko. – Czemu chciałam być miła? – Kiedy kiwnął głową znów wypuściła głośno powietrze. – Bo jesteś moim mistrzem. Bo jednak lubię z tobą rozmawiać i uprawiać z tobą seks. – Odparła prosto, zniżając co raz bardziej głos. – Po prostu cię lubię. – Zamrugał, nie chcąc przyjąć tego do wiadomości. Jego nie można po prostu lubić.

- I tylko tyle? – Spytał, nadal nie rozumiejąc. Ona, młoda dziewczyna go lubi. Jego, zgrzybiałego, zwariowanego mistrza eliksirów.

- Na Merlina, tak! – Krzyknęła. – Do cholery, nie zakochałam się w tobie, jeśli o to się boisz. – Poczuł się… lżejszy. Jakby cierń z jego boku nagle wyparował. Wyprostował się. – Naprawdę? Tylko o to się bałeś? Że smarkula się w tobie zakochała? – Prychnął, a na jego wąskich ustach pojawił się słaby uśmiech.

- Owszem. Szkoda smarkuli.

Stała w salonie, przy kominku i tupała nogą, a serce podchodziło jej do gardła. Severus ze spokojem siedział na jednym z fotelu, podczas gdy jej rodzice siedzieli na kanapie. Jej ojciec przypatrywał się gościowi uważnym spojrzeniem, podczas gdy Jane strzelała wzrokiem od mężczyzny do córki.

- I jesteś jej mistrzem eliksirów? – Spytał William powątpiewająco. Nie dziwiła mu się. Nagle wprowadziła obcego faceta do domu. „Mamo, tato, to Severus.". I kto mówi, że nie umie się bawić.

- Uogólniając, tak. – Przytaknął. Uczciwie go uprzedziła przed pytaniami, co tylko skwitował, że w jej domu niczego innego się nie spodziewał. Skanowała uważnie postawy swoich rodziców, nie wiedząc czego się po nich spodziewać.

- Ale dobrze pamiętam, że uczyłeś Hermionę w Hogwarcie, tak? – Wtrąciła się Jane, wysuwając się zza męża. Snape po raz pierwszy poprawił się na fotelu.

- Owszem, ale po wojnie odszedłem i założyłem własną firmę. – Wytłumaczył. Matka kiwnęła głową i uśmiechnęła się lekko.

- Wybacz te pytania, po prostu jesteśmy ciekawi wybranka naszej córki. – Sens słów dochodził do niej przez dłuższą chwilę.

- Mamo! Co do…!? – Zaczęła, odpychając się od gzymsu, ale przerwał jej tubalny śmiech ojca.

- Molu! Nie ma co się wstydzić! Ale dlaczego nie chciałaś mi powiedzieć wcześniej? – Ojciec nie przejmując się z czerwonej twarzy córki, rozsiadł się na kanapie. – I jeśli myślałaś, że staruszkowie nie połapią się, że chłop, który przyjeżdża do ciebie na święta to nie twój chłopak… to musimy poważnie porozmawiać. – Patrzyła na nich oszołomiona.

- Cóż, wydało się. – Obróciła się w kierunku Severusa, który właśnie mruknął. Rozchyliła delikatnie usta. Jednak jedno jego spojrzenie i ochota na awanturę z niej uleciała. On improwizuje. Zdała sobie sprawę. Jak teraz o tym pomyślała, to faktycznie. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że to jej chłopak. Niech ją piekło pochłonie i Voldemort zaklnie. Ona i jej niewyparzona gęba. Mogła zamknąć gębę na kłódkę i nic nie mówić. Nie proponować mu wspólnych świąt.

- W takim razie witamy w naszych skromnych progach. – Zażartowała Jane. – Hermiona pokaże ci wasz pokój. Mam nadzieje, że posprzątałaś.

- Mamo. – Mruknęła zażenowana opadając na wolny fotel.

- No co? – Obruszyła się pani domu. – Nie spodziewałam się gości na te święta, a ty mi tu robisz niespodziankę. – Severus chrząknął.

- Podejrzewam, że to moja wina. – Wtrącił się. – Myślałem, że nie mnie nie będzie. Apteki miały ostatnio dużo problemów, jednak udało mi się uzyskać dzień wolny i zrobiłem Hermionie niespodziankę. – Nawet nie wiesz jaką. Przemknęło jej przez myśl, ale tylko po prawiła się na fotelu. – Przepraszam za kłopot.

- Ale to żaden kłopot! – Znów włączyła się Jane. – W końcu ktoś nowy w tych murach. Harry i Ron, choć cudowni, to nie partie dla mojej córki.

- Mamo! – Krzyknęła oburzona. – To moi przyjaciele!

- Oczywiście, że tak skarbie. – Zaszczerbiotała. – I bardzo się z tego cieszę, ale nie udawaj, że mogły zaistnieć między wami romantyczne relacje.

- Z Ronem…

- I jak to się skończyło? – Wtrącił się William. Sapnęła wkurzona i upokorzona. Jej właśni rodzice.

- Mam was dość. – Wstała. – Chodź, pokaże ci pokój. – Stanęła nad Severusem. On tylko kiwnął głową i w ciszy wstał i ruszył za nią.

- Nie udawajcie świętych. – Krzyknęła za nimi pani domu. – Możecie spać u Hermiony!

- Jane! – Usłyszała jeszcze oburzony krzyk ojca, na co uśmiechnęła się pod nosem. Dobrze jej tak.

Zaprowadziła gościa na piętro i pod odpowiednie drzwi, które otworzyła. Weszli do błękitnego pokoju. Pod dużym oknem stało podwójne łóżko, a przy ścianach, po obu jego stronach ciemne drewniane szafki. Duża szafa na ubrania przy ścianie z drzwiami i duże narożne biurko, obecnie zawalone księgami i pergaminami pełnymi notatek.

- Cóż, przepraszam za moją mamę. – Burknęła, wchodząc głębiej. – I za bałagan. – Machnęła ręką odpowiedni gest i porozwalane rzeczy na biurku zaczęły się same układać.

- Cóż, chciała dobrze. – Podskoczyła przestraszona, ponieważ znalazł się tuż za nią. Oplótł rękę na jej talii i przyciągnął do siebie. – Wiesz, co chce teraz zrobić? – Spytał wprost do jej ucha, drażniąc ją swoim oddechem.

- N... nie. – Szepnęła, czując, jak pożądanie, które czuła od kilku dni budzi się do życia.

- Zerżnąć cię na tym biurku. Teraz. – Jakby na potwierdzenie swoich słów docisnął jej tyłek do swojej nabrzmiałej erekcji. Jęknęła. Zjechał rękoma niżej, na skraj jej przydużego swetra, by wjechać pod niego. – A ty? Co chcesz robić? – Spytał, całując ją po szyi. Oddychała co raz szybciej, skupiając się na jego dłoniach, które szły co raz wyżej, ku gumce od getrów.

- Być rżniętą na tym biurku. – Wysapała.

Poczuła, jak jego wąskie usta uśmiechają się i została okręcona w jego stronę. Pocałował ją mocno i zachłannie, a ona nie pozostała mu dłużna. Popchnął ją w kierunku blatu i podniósł odrobinę, przy okazji, ułatwiając siadanie. Ściągnął jej getry i przykląkł przed nią. Pociągnął ku sobie, tak, że siedziała na skraju mebla i zanurkował pod sweter. Przygryzła wargę, gdy poczuła jego język na łechtaczce. Rozszerzyła nogi jeszcze bardziej, jedną opierając o krzesło, i odchyliła się do tyłu. Jęknęła gardłowo. Lizał i ssał. Lizał i ssał. Jednak kiedy podniósł dłoń i dołączył tam palec zaczęła się wić. Złapała się jedną ręką o kant i zacisnęła mocno, a druga zawędrowała w jego włosy. Było jej tak kurewsko dobrze.

Na granicy świadomości słyszała jakieś dźwięki. Zgrzyt rozporka, szum materiału. Jednak nie przyjęła się tym bo czuła nadchodzący orgazm. Odchyliła się jeszcze mocniej do tyłu, zamykając oczy i wyginając plecy w łuk. Była tuż, tuż. A on przestał. Spojrzała na niego otumanionym wzrokiem. Podniósł się, uśmiechnął się przebiegle, i wznowił ruchy palcami. Znów zaczęła jęczeć, pamiętając, że na pokój nie miała nałożonych osłon wyciszających.

I nagle on wszedł, mocno i głęboko. Rzuciła się w ekstazie i przypadła do niego, zaciskając zęby na jego ramieniu, by nie krzyknąć. Zamarł na chwilę, jednak wznowił działania, a ona się od niego, czym orgazm ustępował, tym znów się kładła. Nadchodził kolejny. Złapała się oburącz za krawędzie biurka i oplotła nogami jego pas, podnosząc lędźwie, ułatwiając mu penetrację. Z jej ust wyrywały się co raz głośniejsze jęki. Wystrzelił dłonią do jej ust, tłumiąc jej krzyk spełnienia. On także po chwili doszedł, rozlewając się w niej.

Położył się na jej piersiach, nie wychodząc z niej i głośno oddychając, podobnie jak ona. Patrzyła w sufit.

- I to. – Szepnęła między ciężkimi oddechami. – Jest jednym z powodów mojej propozycji na święta. – Zażartowała. Najpierw poczuła drgania jego klatki piersiowej, potem usłyszała jego śmiech, cichy, nieśmiały. Zamarła zdziwiona.

- Rzeczywiście, to dość ważny powód. – Mruknął.

Hermiona naprawdę nie wiedziała jak do tego mogło dość. Jeszcze kilka godzin temu wszystko było dobrze. Ona i Severus uprawiali bajeczny seks na jej biurku, a rodzice albo tego nie słyszeli, albo nie komentowali. Jeszcze kilka godzin temu pogodzili się po dwutygodniowym impasie. A teraz? Teraz Hermiona naprawdę nie wiedziała co ma robić dalej. Spojrzała bezsilnie ma matkę.

- Ja się zajmę Willem, ty Severusem. – Zdecydowała. Córka kiwnęła głową, bo przecież nie było innego wyjścia, prawda? Podeszły do dwóch nieruchomych sylwetek na kanapie. Granger usiadła obok Severusa, na którego bladej cerze pojawiły się czerwone wypieki.

Naprawdę. Jeśli w Hogwarcie ktokolwiek by powiedział, że będzie musiała przetaszczyć zlanego w trupa Severusa Snape'a do jej pokoju, wysłała by go do munga. A jednak i takie rzeczy się zdarzają. Okazało się, że Severus w tej swojej aktówce ma dary dla pana domu, jak na dobrego gościa przystało. Więc o dwudziestej usiedli z dwiema butelkami ognistej whisky i butelką mugolskiej whisky ojca Hermiony. Panowie nie przewidzieli, że do uczty nie przyłączą się kobiety, a ognista whisky o wiele szybciej uderza do głowy. I tak oto dwóch mężczyzn domu padło nieprzytomnych na kanapie niecałe dziesięć minut temu. Mogłaby lewitować ich do sypialni, oczywiście. Ale ojciec, dwa lata temu jej tego zabronił, a w przypadku Severusa wolała nie ryzykować.

Narzuciła jego rękę na ramiona i mocno zacisnęła swoją dłoń na jego biodrze. Powoli wstała, a on razem z nią, delikatnie się wybudzając.

- Co… - Szepnął mrukliwie.

- Csii. – Uciszyła go, sprawdzając kątem oka jak radzi sobie mama. Już wychodziła z salonu. – Spiłeś się jak gnom. – Wyrzuciła.

- Jaaaa? – Przeciągnął, a ona westchnęła. Nadal pijany jak szpadel. Asekurowanie mężczyzny, który jest wyższy przynajmniej o głowę nie było ani przyjemnym, ani prostym zadaniem. Przepchnęła go po schodach i jakimś nieznanym dla niej cudem wepchnęła go do sypialni, nie zabijając go po drodze. – I dlatego uważam, że gnomy są odporne na avadę. – Zakończył swój pijacki monolog, a ona tylko pokręciła zrezygnowała głową. Szczerze nie słuchała go i nie żałowała jakaoś specjalnie. Popchnęła go na łóżko, a on delikatnie na nie upadł. W tym samym czasie rozbrzmiało pukanie do drzwi.

- Hermiona? – Głowa Jane wsunęła się do pokoju. – Prosiłaś o koszulkę dla niego. – Wyciągnęła ciemny materiał.

- Ach, tak. Dzięki. – Złapała go. – Dobranoc.

- Dobranoc. – Uśmiechnęła się do córki i zniknęła w korytarzu.

Podeszła do łóżka, gdzie Severus już zapadł w półsen. Szybko zdjęła mu spodnie i skarpetki, zostawiając go tylko w bokserkach. Stała nad nim zastanawiając się nad zmianą jego koszuli. Nigdy nie pokazał jej klatki piersiowej. Cóż, mógł się nie upijać, postanowiła w duchu. Rozpięła sprawnie wszystkie guziki. Wciągnęła gwałtownie powietrze. Jego klata była zaorana bliznami, zamrugała, odpędzając szok. Nie powinna tego robić, powinna uszanować jego prywatność. Zapięła błyskawicznie guziki. Cóż, będzie się męczył jutro.

Chciała odejść i położyć się na kanapie w rogu pokoju, przysięgając sobie, że już nie złamie jego granic, ale złapał ją za nadgarstek.

- Gdzie idziesz? – Spytał sennie. Ledwo łapał świadomość. Westchnęła z rozczuleniem.

- Spać, na kanapie. – Wskazała ruchem głowy mebel.

- Nie wygłupiaj się, Bambi i chodź tutaj. – Mimo widocznego upojenia i słabej świadomości, mocno pociągnął ją do siebie. Upadła na niego, a on oplótł kończyny wokół niej. – Nie oddychaj tak głośno, bo wywalę cię do lasu. – Mruknął jeszcze i zasnął.

Zamrugała raz. Drugi. W końcu po kilkunastu minutach rozluźniła się na tyle, że mogła zasnąć.