Obudziło go pragnienie. Potem nadszedł ból głowy. Z mruknięciem narzucił na głowę kołdrę, żeby światło przestało mu w końcu przeszkadzać.

- Widzę, że się obudziłeś? – Usłyszał cichy głos Bambi. Wychylił się spod kołdry i otworzył powoli oczy. Pokój nie był tak jasny, jak bał się, że będzie. Rozejrzał się skołowany, boleśnie świadomy guzików wbijających mu się w klatę.

- Zasłoniłam żaluzje. – Wytłumaczyła. Usłyszał szmer i zobaczył jej twarz, gdy przy nim uklękła. – Masz wodę. – Podała mu butelkę, co przyjął z wdzięcznością. Dźwignął się na łokciach i wypił zbawienie. – Muszę przyznać, że nigdy nie spodziewałam się, że zobaczę cię w takim stanie. – Zażartowała i dźwignęła się na nogi.

- Merlinie. – Jęknął, kiedy głowa wybuchła nowym bólem przy ułożeniu jej na poduszkach. – Myśmy skończyli tą trzecią…

- Tak. – Prychnęła, siadając na łóżku i podkładając kolana pod brodę. – Ojciec chciał wyciągać pozostałości z barku ale zasnął w połowie obliczania strategii. Ty za to padłeś, kiedy szukałeś różdżki, żeby przyzwać ten barek.

- Ale, jeśli pamiętam, oddałem ci ją. - Zmarszczył brwi. Już wtedy musiał być pijany.

- Owszem, ale nie przyjmowałeś tego do wiadomości. – Zaczesała włosy.

- Pełna kompromitacja. – Wypuścił powietrze z płuc i zapatrzył się w biały sufit.

- No co ty. – Bambi wywróciła oczami. – Mój ojciec się porzygał.

- Myślałem, że zaznajomiłaś go z magicznymi alkoholami. – Mruknął, przypatrując się jej. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak bardzo nie chciało mu się wstawać.

- Skucha. – Rozłożyła ręce. – Rzadko znoszę do domu alkohole, jakoś nigdy mnie o to nie prosili.

Patrzył w sufit, rozkoszując się ciszą. Słyszał, że Bambi układa się w nogach łóżka, jednak nie zwracał na to zbytniej uwagi. Po raz pierwszy od kilkunastu lat… odpoczywał. Nawet jeśli na kacu. Zmarszczył brwi. Przespał całą noc. Bez koszmaru, bez wstania w środku nocy. To było dla niego na tyle nowe uczucie, że nawet tego nie zauważył.

- Nie czujesz się z tym niezręcznie? Że udajesz mojego chłopaka? – Wzdrygnął się, wybudzając z półsnu, na jej cichy szept.

- Było najlogiczniejsze. – Odparł, narzucając przedramię na oczy. – Byłem szpiegiem, Granger, odgrywanie ról nie stanowi dla mnie problemu.

- Zaprosiłam cię, żebyś odpoczął, nie grał. – Burknęła. Uniósł trochę głowę, zerkając na nią.

- Spicie się do nieprzytomności to cudowne otwarcie sezonu świątecznego.

William Granger patrzył nieufnie na kubek zielonej herbaty, który dostał przed chwilą od żony. Krótkie włosy miał w nieładzie, a ciemna skóra była wyjątkowo blada. Zresztą, Severus także zbladł, bardziej niż zazwyczaj.

- Naprawdę macie eliksir na kaca? – Spytał ojciec, a jego głos brzmiał dość mizernie.

- Zasadniczo to nie, nie mamy. – Westchnęła Hermiona. Upiła łyk swojej herbaty i sama usiadła przy stole. – Mamy eliksir na odtrucie organizmu z toksyn i znormalizowanie metabolizmu. – Wytłumaczyła fachowo.

- Co finalnie kończy się brakiem kaca. – Burknął obrażony Severus, na co tylko przewróciła oczami. Po trzech godzinach leżenia i jednym seksie później łaskawie postanowił wstać i od razu się obraził za brak eliksiru wzmacniającego.

- Jak dobrze, że mama zrobiła tłusty rosół. – Zaćwierkała z szyderczym uśmiechem. – To taki mugolski eliksir na kaca.

- Po kim ty taka wredna jesteś? – Mruknął William, mrużąc posępnie oczy. – Karmisz to, utrzymujesz i za kociołki płacisz, a potem takie dziękuje słyszysz. – Mruczał, ściskając kubek.

- Po tobie. – Odparła Jane, wchodząc do kuchni. – Zawsze mówiłam, że ten gen ma z twojej rodziny i to w ciebie pierwszego uderzy. – Uśmiechnęła się.

- Kolejna, przeciw mnie. – Jęknął, opierając czoło o blat.

- Will, skarbie, później się pomaltretujesz. – Żona klepnęła go po ramieniu. – Na razie wypij herbatkę i spróbuj wrócić do życia. A ty, Severus? Jak się czujesz?

- Znośnie. – Kiwnął głową i upił łyk kawy. – Tyle dobrego, że wy we dwie się nami zajęłyście.

- Lizus. – Szepnęła Hermiona, jednak czuła rozbawienie.

Patrząc na przebieg tego dnia naprawdę czuła się szczęśliwa, jakby nic nie mogło się popsuć. Nie musiała słuchać od rodziców, że jest samotna. Severus wydawał się odnajdywać w roli jej chłopaka, chociaż był niewiele młodszy od jej mamy. A ona w tym wszystkim czuła się, jakby była dla niego naprawdę ważna.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu, miała dzisiaj problem ze wstaniem. Okazało się, że Severus mimo, że wygląda na wampira to w nocy, co najpewniej było wynikiem alkoholu, grzał jak niejeden piec. Dodatkowo, Hermiona czuła się… dobrze. Po prostu wiedziała, że nawet pijany Severus zapanuje nad sytuacją. A to więcej niż dawał trzeźwy Ron.

- Jakie macie plany na dzisiaj? – Spytała Jane, siadając obok córki.

- Raczej żadnych. – Wzruszyła ramionami. – Znaczy, nie wiem jak Severus, ale ja będę chciała się pouczyć.

- Jak zwykle. – Zachichotał czarnoskóry. – W Londynie też tylko się uczy, Severusie?

- Och, w Londynie nawet więcej. – Na wąskich wargach Snape'a pojawił się cyniczny uśmiech, a Hermiona sapnęła oburzona.

- Beznadziejni. – Syknęła i wstała od stołu. – Mam was dosyć, pijaki! – Rzuciła i wymaszerowała z kuchni. Słyszała za sobą jeszcze śmiechy ojca, jednak zignorowała je.

Ściskał jej biodra, kiedy skakała na nim. Wygięła plecy, ułatwiając mu dostęp do piersi, na których zakluczył swoje usta. Jęknęła, przyśpieszając ruchy.

- Kurwa. – Warknął, tuż przed tym, jak w niej doszedł. Zacisnęła się na nim i opadła, dygocząc z drgawkach orgazmu. Oddychali w ciszy, po czym pociągnął ją na bok, splatając swoje nogi z jej. Zapomniane książki leżały na stoliku, a ogień ogrzewał jej plecy.

- Naprawdę, w takim tempie polubię święta. – Mruknęła, jeżdżąc paznokciem po jego bicepsie. Przewrócił oczami i ułożył się wygodniej.

- W takim razie cieszę się, że mam w tym wkład. – Zachichotała na to stwierdzenie.

Jej rodzice tuż po objedzie pojechali na ostatnie zakupy i przepadli, zostawiając im cały wolny dom. Na początku po prostu siedzieli w salonie i w milczeniu pogrążyli się w sprawunkach, jednak nie potrwało to długo a Hermiona wylądowała ujeżdżając Severusa.

- Szczerze, wyjątkowo nieśpieszno mi do Londynu. – Wyznała cicho. Spojrzał na nią, tymi uważnymi, czarnymi oczami.

- Czemu nie chciałaś mi powiedzieć co się wyrabia z tą Carter? – Spytał, zaczesując jeden kosmyk z jej twarzy. Wzruszyła ramionami.

- Przyzwyczaiłam się do radzenia sobie samej. – Przyznała się, dalej błądząc palcem. – Harry i Ron są kochani, ale to jednak chłopcy, a Ginny… nie zawsze jest w stanie zrozumieć pewne rzeczy.

- Na przykład dlaczego nazwanie cię moją dziwką jest aż tak bolesne. – Mruknął, najwyraźniej idealnie odczytując jej emocje.

- Dokładnie. – Westchnęła i podniosła się wyżej, opierając ciężar ciała na łokciu. – A co do ciebie… cóż, nie spodziewałam się, że cię to obejdzie. – Zmarszczył brwi.

- Hermiona. – Wymówił twardo. – Jesteś moją protegowaną. Moim obowiązkiem jest ciebie chronić. – Także się poprawił, a ona milczała. Przypatrywała mu się, kiedy znów wyciągał do niej dłoń. – A nawet gdyby nie to, jesteś moja, a ja twój, na dziwny i porąbany sposób. I jeśli owa sytuacja sprawia ci ból, nie uważasz, że jestem odpowiednią osobą, żeby o tym powiedzieć? – Podniósł czarną zadbaną brew, tworząc zawadzki wyraz.

Wypuściła powietrze, studząc emocje. Jednak poczuła, jak jej oczy zwilgotniały, dlatego natarła naprzód, nacierając na klatę mężczyzny. Zesztywniał, ale ją objął.

- Prze… przepraszam. – Mruknęła i odsunęła się natomiast. Zrobiła to jednak zbyt gwałtownie i spadła na dywan. – Ał. – Stęknęła, wstając z podłogi, masując obolałe biodro, którym się uderzyła.

- Nic ci nie jest? – Zlustrował wzrokiem półnagą kobietę. Była ubrana tylko w rozpiętą koszulę i stanik, który był rozpięty więc i tak pokazywał jej piersi w pełnej okazałości.

- Nie, nic. – Mruknęła i zapięła biustonosz, a następnie koszulę. – Cholera, gdzie te majtki… - Zaczęła się rozglądać, przetrzymując rękoma włosy, by nie przeszkadzały jej w widoku. Kiedy i je w końcu założyła, spojrzała na niego uważnie. – Jeszcze raz przepraszam, wiem, że nie lubisz być tam dotykany.

- Nic się nie stało. – On sam usiadł i założył bieliznę razem z dresami. Przez chwilę ciszy przypatrywali się sobie i miała wrażenie, że wyczytał z jej twarzy pytanie.

Dlaczego nie lubisz być dotykany właśnie tam?

Jednak nic na ten temat nie powiedział.

- Idę pod prysznic. – Wyjaśnił cicho i wyszedł z salonu zostawiając ją samą.

A ona? A ona po prostu to zaakceptowała.

Patrzyła na łóżko i podgryzała paznokieć kciuka. Okropny nawyk, którego od dwudziestu lat nie może się pozbyć. Była już w piżamie z wielkim turbanem na głowie, tuż po kąpieli, a został jej tylko ten jeden problem. Co z łóżkiem. Poprzedni wieczór był prosty. On był pijany i podjął decyzję za ich dwójkę, ale teraz Hermiona nie wiedziała jak ma się zachować. Bo może mu to przeszkadzało, ale nie dobre maniery mu nie pozwalały wybrzydzać? W końcu spił się jak messerschmitt i sam zdecydował o wspólnym śnie. A może było mu głupio o tym wspominać i liczył, że teraz wszystko się rozwiąże. Merlinie, wszystko było by łatwiejsze, gdyby mógł zająć gościnny.

- Granger? – Podskoczyła, gdy wślizgnął się do pokoju. – Co stoisz, jak spetryfikowana? – Był w szarej koszulce z długim rękawem i czarnych dresach, które wziął do spania. A ona w starej koszuli ojca i figach czuła się… nago.

- Zastanawiam się jak śpimy. – Znów się obróciła do mebla, wracając tym samym do problemu. Usłyszała jak prycha i staje obok niej.

- Jak przeszkadza ci spanie ze mną, mogę się przespać na kanapie. – Zaoferował, a ona spojrzała na niego zdziwiona.

- Myślałam, że tobie przeszkadza. – Przyznała. – To ty zawsze po seksie zmieniałeś sypialnie więc…

- Zgodziłaś się na seks, nie na sen, razem. – Wzruszył ramionami, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Sapnęła, gdy złapała się pod boki.

- No nie wierzę! A to mi wypominałeś, że nie korzystałam z mojej sypialni. – Warknęła. – Mi to nie robi różnicy. – Dodała spokojniej.

- Naprawdę. – Pokręcił głową. – Spałem w gorszych warunkach, niż z ponętną młodą dziewczyną. – Spojrzał na nią z góry, na co się zaróżowiła.

- A bo ja wiem? Staram się szanować twoje granice. – Dodała z wyrzutem, za który chciał się przekląć, kiedy tylko go wyczuła. Od sytuacji w salonie była dość napięta atmosfera, a ona raczej jej nie pomagała takimi zarzutami. – Nieważne. – Mruknęła. Odsunęła się dwa kroki i zdjęła ręcznik z włosów, pozwalając im opaść. Ręcznik złożyła na pół i przewiesiła na krześle. – Nie wiem jak ty, ale ja się kładę, jestem już zmęczona. – Patrzyła na niego uważnie, kiedy wsuwała się pod kołdrę.

Ruszył spokojnym krokiem w jej stronę, jednak nie wszedł pod kołdrę, jak się spodziewała tylko usiadł na materacu.

- Blizny. – Wypalił. – Mam tam mnóstwo blizn, a każdy dotyk przypomina mi jak niektóre z nich powstały. – Patrzyła zaskoczona w jego oczy, jednak on wbił spojrzenie w poduszki. – Jesteś młoda, a ja nie mam aparycji Adonisa. Pokazując ci jeszcze je… nie dość, że pokazuje brzydotę, to jeszcze dowód wszystkich moich słabości.

- Ale Severus, ja je widziałam. – Szepnęła. Zwrócił swoje czarne oczy na nią. – Wtedy, we wrzeszczącej chacie, rozdarłam ci szatę, pamiętasz? – Poprawiła się, siadając. – Nie są twoją słabością, są twoją przeszłością. Niczym więcej, nie dla mnie.

- On tam jest. – Parsknął niewesołym śmiechem. – Nie zniknął, Hermiono. I ci wszyscy hipokryci mogą udawać, że go nie mam, żeby mi wejść w dupę. Ale wiem, że on tam jest. – Nie musiał mówić dokładnie. Ona wiedziała.

- Ale dzięki niemu ocaliłeś mnie i Harrego tyle razy. – Przybliżyła się do niego.

- I dzięki niemu zabiłem mnóstwo ludzi. – Odrzucił głowę w tył, a jego grdyka podskoczyła w górę i dół. Przyczołgała się na tyle blisko, że stykali się kolanami, a kołdra zawinęła się i opadła za nią. Zareagował na jej dotyk, kiedy złapała za jego policzki.

- Ale uratowałeś jeszcze więcej. – Szepnęła. – Pamiętaj, Severus, czy tego chcesz czy nie, jestem twoim spowiednikiem przez ten nieszczęsny dług życia. – Na jego zmarszczone brwi, uśmiechnęła się cynicznie. – Poczytałam trochę. Opowiedziałeś mi to, czego nikomu innemu nie mówiłeś i myślę, że mam prawo rościć sobie przywilej do wiary w ciebie. I blizny tego nie zmienią.

- No proszę, Panna Wiem To Wszystko umie nawet w psychologa. – Zaróżowiła się i opuściła głowę.

- Chyba wolałam to wczorajsze Bambi. – Mruknęła do siebie. – Ale widzę, że ci lepiej. – Powiedziała głośniej, gdy zobaczyła charakterystyczny, dla Severusa błysk i chciała się odsunąć jednak złapał ją za ręce. Spojrzała zdziwiona na jego poważną twarz.

- Chcesz… chcesz je zobaczyć? Na własną odpowiedzialność? – Spytał niepewnie, a jej serce zmiękło. Pokręciła głową.

- Chce, żebyś pozostał w swojej strefie komfortu, Severus. – Uśmiechnęła się lekko. Zasznurował usta i pościł jej dłonie.

- Minęło pięć pieprzonych lat. – Burknął, gdy sięgał po krawędź koszulki. – Chyba pora w końcu się ruszyć. – I zdjął ją. Wstrzymała oddech, bojąc się, że jeśli normalnie będzie oddychać, spłoszy go. Widziała tą klatę poprzedniej nocy, jednak pokazana przez jego samego, wydawała się inna. Intymniejsza.

Nachyliła się nad nim i pocałowała go prosto w usta. Przez chwilę nie reagował, jak zaczarowany, jednak potem natarł. Wplątał dłoń w jej mokre włosy i naparł na nią ciałem, zmuszając by się cofnęła. Położyła się, ciągnąc go za nagie (!) ramiona. Usadowił się między jej nogami i zjechał dłonią do jej biodra.

Płonęła. W każdym calu, który dotknął czuła ogień. Rozerwał jej koszulę wystawiając jej piersi na chłodne powietrze pokoju, na co jęknęła mu wprost w usta. Wykorzystał to i przerwał pocałunek by zjechać z nim niżej. Poprzez szyję do sterczącego sutka. Druga pierś była objęta wolną ręką, podczas gdy w okolicach jej majtek błądził prawy kciuk. Sięgnęła do sznureczków od jego dresów i zsunęła jem uważając na prężącą się erekcję. Podczas, gdy od kolan mężczyzny zsuwała spodnie stopą, jej dłonie zajmowały się penisem kochanka.

Musiała zagryźć wargę, gdy odsunął materiał i zaczął pocierać jej łechtaczkę palcami. Wygięła plecy w łuk, przyśpieszając swoje ruchy, póki nie syknął.

- Przestań, bo zaraz dojdę. – Od razu rozwarła dłonie i patrzyła zafascynowana, jak jego głowa znika pomiędzy jej nogami.

Zacisnęła pięści na prześcieradle i odrzuciła głowę do tyłu, stękając cicho, kiedy zaczął ją lizać. Lewą ręką sięgnęła w okolice poduszek, a kiedy wsadził w nią gwałtownie dwa pace, jedną przyłożyła do twarzy, by stłumić głośny pisk. Kiedy do języka, do palców w niej, dołożył kciuka do łechtaczki myślała, że oszaleje. Krzyknęła w orgazmie.

Sapała, niezdolna do myślenia, kiedy zabrała poduszkę z twarzy. Górował nad nią. Oświetlony księżycowym blaskiem, czarnowłosy wojownik. Na tyle dla niej przystojny, że o mało co znów nie doszła na sam widok tej sceny.

Obrócił jej bezwiedne ciało i brzuch, a ona ochoczo się wypięła. Złapał ją mocniej za biodra i wbił się mocno, aż po nasadę. Zacisnęła zęby na poduszkach. Jęczała głośno tłumiona przez pościel, z każdym kolejnym pchnięciem. Zaciskała mocno dłonie na prześcieradle, czując kolejny orgazm. Schowała twarz głębiej w poduszkę, żeby mocniej stłumić krzyk. Kiedy zalała ją fala przyjemności, gdzieś z tyłu, za szumem orgazmu usłyszała warknięcie, gdy i on doszedł. Na chwilę, w ekstazie, przycisnął ją swoim ciałem do materaca, ale jej to nie przeszkadzało. Nie w stanie w jakim teraz była.

Mruknęła niezadowolona, kiedy wysunął się z niej i poczuła lepką spermę na udach. Położył się obok niej, a ona tylko wykręciła głowę w jego stronę.

Dopiero teraz. Dopiero kiedy zaczęła wracać do rzeczywistości zaczęła się zastanawiać, jak ona, Hermiona Granger znalazła się w takiej sytuacji z Severusem Snape'em. Zachichotała chrapliwie. Spojrzał na nią zdziwiony, nadal sapiąc.

- Z czego się śmiejesz? – Spytał.

- A tobie się nie chce? – Odpyskowała. – Spodziewałbyś się, że tak skończymy? W moim domu, jako sztuczna para, pomagając sobie psychicznie nawzajem? – Pot perlił się na jej ciele, jednak uśmiechała się do mężczyzny. Parsknął.

- Muszę ci jednak przyznać rację. – Spojrzał w sufit, a ona spojrzała za nim. Oddychali w ciszy, jednak to im nie przeszkadzało. – Jesteśmy jednak pojebani.

Zdecydowanie za ciepło. Przeszło przez myśl Hermionie, gdy wybudziła się ze snu. Czuła ręce Severusa, które oplatały ją na wysokości obojczyków i bioder. Oraz czuła jego erekcję na swoim udzie. Ziewnęła, wybudzając się całkowicie.

- Czuje, że już nie śpisz. – Mruknął jej męski glos do ucha.

- Yhm. – Obróciła się do niego przodem, a on na tyle zluzował uścisk, że mogła spokojnie ten manewr wykonać. – Jak się spało? – Spytała, poprawiając kołdrę, żeby lepiej zakryła jej piersi.

- Jakbyś nie zabierała mi kołdry, na pewno lepiej. – Uśmiechnął się złośliwie, na co sapnęła i pacnęła go w ramię.

- Dupek. – Burknęła i usiadła. W nogach łóżka znalazło się kilka paczek wielokolorowych prezentów. – No tak, wigilia. – Przypomniała sobie.

- Entuzjazm z ciebie aż tryska. – Zironizował, siadając obok. Spojrzała na niego uważnie.

- Nie możesz się doczekać. – Zauważyła ze zdziwieniem i na jej ustach zaczął się rodzić uśmiech.

- Nie zapędzaj się. – Warknął. Machnęła na to ręką.

- Dobra tam. – Zbagatelizowała go i sięgnęła po pierwszą paczkę, nie przejmując się, że mężczyzna przypatrywał się każdemu ruchowi.

Po otwarciu swetra od pani Weasley, kruczego pióra do pisania od Rona i białego kruka wśród książek od Ginny i Harrego, Hermiona przestała zgadywać co jest od kogo i jeśli nie było podpisane, nie przejmowała się tym. Wiedziała, że od Nevilla dostała ususzone kwiaty lilli księżycowej, za co była mu wdzięczna ponad miarę. Zmarszczyła brwi, widząc ostatni pakunek. Był mały i prostokątny, klasyczny mugolski pojemnik na biżuterię. Otworzyła go i zachłysnęła się powietrzem. Na aksamitnej poduszeczce leżał naszyjnik z jelenimi rogami, które były złączone malutkim diamencikiem. Cała biżuteria była w kolorze starego złota, ale jak dobrze się przypatrzeć…

- Elfie złoto. – Rozpoznała po minimalnych zdobieniach pokrywających cały wisiorek. Spojrzała na Severusa. – Oszalałeś! – Krzyknęła.

- Ja? To nawet nie jest podpisane. – Mruknął.

- Nie udawaj! – Zatrzasnęła pojemnik. – Do cholery, tylko ty, ze wszystkich ludzi których znam, doceniłbyś elfie złoto. W powszechnym obiegu jest ignorowane i za drogie. I te jelenie rogi, co ty masz z tym jeleniem? – Westchnął, przewrócił oczami i wyrwał prezent z jej rąk.

- Obróć się, to odpowiem. – Zażądał. Zamrugała zdziwiona, ale spełniła prośbę. – Owszem, niewiele doceni, ale wiem, że ty tak. I jak je zobaczyłem na wystawie, poczułem, że będzie ci pasować. – Zaczął, a ona słyszała szelest za plecami. – A co do tego, co mam z tym jeleniem… po prostu przypominasz mi jednego…

- Bambiego… - Wtrąciła mu się, unosząc fryzurę.

- Dokładnie. – Poczuła chłód na szyi i kiedy zapiął, opuściła włosy. Obróciła się znów do niego.

- Stąd ten breloczek. – Wzruszył nieporadnie ramionami. Zaróżowiła się. – Merlinie, przy tobie wypadłam jak debil. – Stęknęła. Zmarszczył brwi, na co wskazała na dwa nierozpakowane prezenty. – Te należą do ciebie.

Nieufnie najpierw spojrzał na paczki, a następnie na nią. Sięgnął po pierwszy i rozpakował elegancko zapakowaną butelkę jakiegoś napoju. Prychnął.

- Typowe dla Malfoyów, nie wiesz co dać, daj alkohol. – Wzruszyła tylko ramionami. Sama dostała od Dracona butelkę dobrego wina.

Mężczyzna sięgnął po drugą paczkę. Odwinął papier i spojrzał zdziwiony na gryfonkę.

- Skąd…

- Zobaczyłam, kiedy cię tam całowałam. – Wzruszyła ramionami. – To nie dużo, ale zaczarowałam go dodatkowo jak budzik, żebyś miał przypomnienie o spotkaniach i nie musiał patrzeć na zegarek. – Mężczyzna spojrzał jeszcze raz na obsydianowy kolczyk. – Jako mistrz eliksirów, nie muszę ci chyba mówić, że chroni równie dobrze jak bezoar. – Złapał się w zamyśleniu za lewe ucho, w którym miał dziurkę.

- Cóż, panno Granger, muszę cię zasmucić. – Rzucił, zamykając z łoskotem pudełeczko. – Nie wyszłaś na debila.

Czytała książkę, zawinięta w koc i pod czarami ocieplającymi. Krajobraz rozjaśniał wszechobecny śnieg, a Hermiona pławiła się w ciszy. Po dość głośnym dniu z rodzicami właśnie tego potrzebowała. Bawiła się wisiorkiem, studiując kolejne strony księgi, którą dostała dzisiaj rano. Zanotowała sobie w pamięci, by zabić przyszłe państwo Potter, tuż po tym jak ich wyściska, za tak drogi prezent.

Usłyszała szum drzwi tarasowych i ciche kroki, które mogły być tylko Severusa.

- Szok, ty z książką. – Mruknął siadając obok. Włożyła zakładkę w odpowiednie miejsce i zamknęła delikatnie tom.

- Wróciłeś. – Uśmiechnęła się. Po świątecznym obiedzie, Severus wyszedł zapowiadając że wróci za kilka godzin.

- Jak widać. – Prychnął. Rozłożył ramiona na oparciu huśtawki i zapatrzył się w sosnowy las przed nim. – Co nabroiłaś, kiedy mnie nie było? – Prychnęła.

- Dzięki za wiarę. – Zaczesała włosy. – Nic, pouczyłam się trochę i usiadałam tu, zatracając się. – Pomachała ostrożnie prezentem od przyjaciół. – A ty? Co cię wywiało?

- Praca. – Wzruszył ramionami. – Wolałem zostawić jeden rodzaj dokumentów już w biurze na wszelki wypadek. Dodatkowo odwiedziłem matkę na cmentarzu, mówiłem ci, że w święta to zazwyczaj robię. – Spojrzał przelotnie na nią, ale po chwili znów wrócił do lasu.

- Owszem, mówiłeś. – Szepnęła, niepewnie opierając się o jego ramię. Westchnął i objął ją, mocniej przyciągając do siebie.

- Musiałem pomyśleć. – Przyznał się po chwili ciszy.

- Nad czym? – Spytała, zaczynając bawić się bordowym szalikiem, który dostał od jej rodziców. Najwyraźniej to po to musieli tak pinie jechać dzień wcześniej.

- Nad tym, czym jesteśmy. – Zesztywniała z frędzelkami między palcami. Spojrzała do góry, w jego czarne oczy.

- Jak to czym? – Spytała, powoli się rozluźniając. – Na tym etapie… chyba już przyjaciółmi. – W jego oczach zakołysała ulga, podobnie jak w jej wnętrzu. – No, nie licząc, że jesteś moim opiekunem praktyk. – Dorzuciła. Uśmiechnął się i delikatnie pocałował ją w czoło.

- A ty moją praktykantką, Bambi.