- Jakie masz plany na sylwestra? – Spytał, przerywając ciszę, która zapanowała w pokoju po seksie. Podciągnęła się, podpierając o wezgłowie łóżka i poprawiła kołdrę.
- Pewnie Ginny, Harry i Ron. – Wzruszyła ramionami, oglądając go uważnie, jak usiadł na skraju i zaczął szukać bielizny. – Niezmiennie od dziesięciu lat. – Parsknęła.
- Nie chcesz tego zmienić? – Kiedy już założył dresy i koszulkę znów wszedł pod kołdrę, jednak podobnie jak ona, usiadł obok.
- Zależy, co proponujesz. – Odchyliła głowę. – Szczerze wątpię, żeby jakkolwiek mnie to obeszło. Oni balują, ja czekam na sen.
- Cóż, Malfoyowie organizują bal sylwestrowy. – Zesztywniała.
Obróciła głowę w jego stronę. Spokojnie patrzył na nią, lustrując jej reakcję.
- Nie. – Szepnęła. – Nie idę do Malfoyów. Moja noga, nigdy nie przejdzie przez próg ich przeklętego dworku. – Szarpnęła się, szukając rzuconych majtek.
- Dwór w Wiltshire jest ich oficjalną siedzibą, fakt. – Mruknął zza jej pleców. – Jednak zabawy tego typu, nie wiadomo czemu, urządzają zawsze w Devonie.
- Ale raczej nie rezygnują z uroczego towarzystwa Lucjusza Malfoya. – Dogryzła, wkładając bluzę przez głowę.
- Przyjaźnisz się z jego synem. – Złapał się za nasadę nosa. – Dostałem zaproszenie na bal, Hermiono, ty także. – Obróciła się do niego zdziwiona, na co tylko wzruszył ramionami. – Towarzystwo praktykanta jest normalne, zwłaszcza, jeśli mistrz jest uznany za przyjaciela rodziny. A ja jestem ojcem chrzestnym Dracona. – Jej ramiona opadły, gdy wypuściła poddańczo powietrze.
- Nie mam nawet w co się ubrać. – Jęknęła, opadając na materac.
- Pójdziemy na zakupy. Kupisz sobie coś ładnego. – Sięgnął po odłożoną wcześniej książkę i otworzył na zaznaczonej wcześniej stronie.
Przegryzła wargę. Z jej funduszami robiła się krucho. Miała oszczędności z płatnych praktyk numerologicznych, dostawała stypendium za dobre wyniki w nauce i rodzice wysyłali jej zapomogę, dzięki czemu nie musiała pracować. Jednak przez święta, a zwłaszcza przez obsydianowy kolczyk pewnego mężczyzny, który nie był wcale taki tani, skoro był smoczym obsydianem. Po prostu… nie miała pieniędzy na tak zbędny wydatek jak sukienka na jakiś durny bal.
- Nie potrzebuje zakupów, coś pożyczę. – Mruknęła, wstając z zamiarem sięgnięcia po swoją lekturę.
- Nie dyskutuj. – Uciął. – Idziesz na ten durny bal przeze mnie, chce żebyś kupiła sobie sukienkę. Z mojej skrytki. – Zaznaczył, podnosząc na nią na chwilę czarne oczy. Jej policzki zakrył róż, a brwi zmarszczyły.
- Uparty dupek.
Patrzył na zegarek wiszący w holu. Mieli pół godziny do oficjalnego początku przyjęcia, A Granger, chyba jak każda kobieta już czterdzieści minut temu krzyknęła, że potrzebuje jeszcze tylko chwili.
Niech go Merlin kopnie i avadą strzeli.
Wczoraj po awanturze, którą finalnie rozegrali co do budżetu na suknie, Bambi zabrała matkę i wyszła z domu z nieograniczonym dostępem do jego skrytki u Gringotta. Kiedy natomiast wróciła, spojrzała na niego groźnie i trzasnęła drzwiami od pokoju. Dopiero Jane opowiedziała, oczywiście chichocząc, że chodziła po Pokątnej i złorzeczyła na niego. Czyli norma.
Co dla Severusa było dobre.
Lubił święta. A tegoroczne wprowadziły zamęt i powiew nowości, co chyba żadne do tej pory. I to go przerażało. Siedział niemal dwie godziny nad płytą nagrobną matki, nie wiedząc, czy wrócić do Grangerów. Nie zasługiwał na to. Nie zasługiwał na miłe docinki Williama, na troskę Jane. Nie zasługiwał na prezent świąteczny od nich, chociażby był to zwykły szalik. Nie pamiętał, kiedy czuł… rodzinne ciepło.
A największym problemem była Bambi. Zdecydowanie ona sprawiała najwięcej problemów. Zbliżyła się za bardzo do niego, za bardzo przywiązała. A on tracił ludzi dla niego drogich. Stracił matkę, stracił Lilly, stracił Albusa… Jednak nie stracił Dracona. I gdzieś tam, na dnie jego zszarganego serca, rozbudziła się nadzieja, że i ona zostanie jego przyjaciółką, jak wiele praktykantów dla wielu mistrzów. W końcu spędzają wiele czasu razem.
- Jane! Bo się spóźnimy! – Z zamyślenia wyrwał go krzyk Williama, który stanął obok niego. Uśmiechnął się do Severusa. – Nie wiem co z tymi babami. I jeszcze Hermiona! – Pokręcił zrezygnowany głową. – Zawsze była pierwsza gotowa do wyjścia, w oba kierunki. – Zażartował. Czarnowłosy uśmiechnął się półgębkiem i spojrzał na schody, gdy usłyszał stuk butów na schodach.
Jane Granger prezentowała się nienagannie w czarnej połyskującej sukience.
- Już idę, stary zrzędo. – Zaśmiała się, stając obok męża. – Hermiona zaraz zejdzie. – Uśmiechnęła się radośnie do czarnowłosego i ruszyła do przedpokoju. – No już, zrzędo, przed chwilą mnie poganiałeś!
Mistrz eliksirów znów usłyszał delikatne kroki na schodach więc znów tam spojrzał. Gdy ją zobaczył, odebrało mu dech.
Gorsetowa góra sukienki przylegała, a mieniące się srebrne punkty na wzorzystym granatowym materiale sprawiały wrażanie rozgwieżdżonego nocnego nieba. W pasie była obwiązana cienkim srebrnym łańcuszkiem, którego wolne ogniwa spływały w dół wraz z luźną, granatową gładką spódnicą, z rozcięciem na lewej nodze, sięgającym do połowy uda. Na nogach miała już niewysokie szpilki, także srebrne. Jej obojczyki za to skrzyły się złoto- srebrnym połyskiem, sprawiając, że naszyjnik od niego pasował. Włosy, okiełznane do stopnia, że tworzyły delikatne fale, spięła nisko, po boku w lekkiego koka, a długie kolczyki, kolorem dopasowane do naszyjnika wydłużały szyję.
Uśmiechnęła się do niego niepewnie i stanęła na deskach podłogi.
- Niech mnie cholera weźmie. – Usłyszał za sobą szept Williama. – Molu… czy to ty? – Klepnięcie w ramię pozwoliło mu się otrząsnąć.
- Tak, tato, to ja. – Wywróciła oczami.
- Wyglądasz… – Oczyścił gardło. – Wyglądasz olśniewająco, Hermiono. – Zaróżowiła się i spuściła wzrok.
- Dziękuję. – Szepnęła.
- Moja mała córeczka. – Zachwycił się teatralnie czarnoskóry, pogłębiając jej rumieniec.
- Tato, śpieszyłeś się, tak? – Pogoniła go, a zaraz potem pan domu został odciągnięty do tyłu.
- Owszem, śpieszymy się. – Potwierdziła Jane, ciągnąc męża do wyjścia. – Zamknijcie dom i bawcie się dobrze, dzieci!
- Pilnuj jej Severus! Bo ktoś ci ją ukradnie! – Zdążył krzyknąć jeszcze Will i drzwi wejściowe się zatrzasnęły.
Nastała nagła cisza, w której oni czuli się zaskakująco swobodnie. Teraz, z bliska, zobaczył, ze na twarzy miała delikatny makijaż w odcieniach błękitu i złota, a piegi podkreśliła odrobiną brokatu.
- Cieszę się, że zrobiłaś tak dobre zakupy. – Mruknął z aprobatą.
- Wątpiłeś we mnie? – Podniosła zawadiacko brwi.
- Muszę się nauczyć przestać to robić. – Prychnęła w odpowiedzi i dała się poprowadzić ku wyjściu. – Nie przeszkadza ci teleportacja?
- Nie, skąd. – W jej ozdobionych bransoletkami dłoniach pojawiła się różdżka i rzuciła na nich zaklęcie ogrzewające. Zamknęła drzwi zaklęciem i złapała za wyciągniętą w jej stronę rękę.
Po chwili stali już przed białym dworkiem wśród zimowego ogrodu.
- Gotowa na śmietankę towarzyską magicznego świata? – Spojrzał na nią z ukosa.
- Za cholerę. – Przyznała, ale ruszyła dziarskim krokiem przed siebie. To właśnie nauczył się podziwiać w Bambi. Na pozór delikatna i niewinna, a kiedy przyjdzie jej walczyć wychodzi z niej władca lasów. Oto jego praktykanta.
- Severusie. Panno Granger. – Chłodny głos Lucjusza Malfoya przyprawiał ją o gęsią skórkę.
- Witamy was, moi drodzy. – Delikatny, jednak wyniosły głos Narcyzy zwrócił uwagę Hermiony. Ciemnowłosa kobieta zdawała się mieć łagodniejsze rysy, jakby w końcu odpoczęła.
Brązowowłosa dygnęła, witając się z gospodarzami, podczas gdy Severus przywitał się uściskiem dłoni i eleganckimi pocałunkami w poliki pani domu. Następnie przeszli dalej, ku wielkiemu salonowi, który był ozdobiony mnóstwem roślin. Wśród wystrojonych gości, krążyły magiczne tace z przekąskami i kieliszkami szampana.
- Mają rozmach. – Mruknęła do siebie, jednak wibrowanie po jej lewej stronie wskazało na to, że jej towarzysz usłyszał.
- Lucjusz i Narcyza mają trzy rezydencje. – Mruknął, a na jego wąskich ustach nadal widniał lekki uśmiech. – Jedną w Wiltshire, to jest ich dom i ma wartość sentymentalną.– Przerwał na chwilę, by dokładniej się rozejrzeć się po Sali. – Wina, moja droga? – Kiedy kiwnęła głową, ruszył w konkretnym kierunku. – Druga jest w Szkocji i służy im za domek na wakacje. Ta, z kolei pełni służy do urządzania wytwornych bali i imprez. – Hermiona była pod wrażeniem gracji z jaką mężczyzna się poruszał wśród zebranych. – Najpewniej, kiedy Draco będzie brał ślub, to właśnie tu. – Wzruszył ramionami i przystanął przy eleganckim barze, za którym stała wysoka blondynka w wyjściowej szacie.
- Dla państwa. – Uśmiechnęła się przemiło.
- Jedno wino skrzatów, jedna whisky. – Poprosił uprzejmie, podczas gdy ona skanowała piękne dekoracje.
- Blisko jesteś z Malfoyami, prawda? – Spytała niepewnie, łapiąc za cienką nóżkę kieliszka. Wzruszył ramionami.
- Zasadniczo, tak. – Odeszli od baru, stając przy wielkiej donicy z kwiatem. Otworzył usta, by dokończyć myśl, jednak przerwał mu krzyk.
- Wuju! – Obok nich pojawił się Draco wraz z brunetką u boku. – Hermino. – Uśmiechnął się do niej. – Znacie Astorię? Astorio, Hermiona Granger i, cóż, Severusa raczej nie muszę ci przedstawiać. – Zażartował. Wywróciła oczami, podobnie jak towarzyszka blondynka.
- Nie musisz mnie w ogóle przedstawiać. – Kobieta wyszła naprzód, a jej dumna postawa kontrastowała z delikatnym tonem. – Przecież znam Hermionę, też z nią chodziłam do szkoły, pamiętasz? – Zauważyła ze śmiechem.
- Bądź tu dżentelmenem. – Burknął, jednak na jego wargach także igrał uśmiech.
- Cóż, próbować zawsze możesz. – Severus wzruszył ramionami, biorąc łyk whisky.
- A ty jak zwykle, uroczy. – Skrzeknął. – Ale szczerze jestem zdziwiony, że się pojawiliście. – Przyznał szczerze. – Wiesz, mój wuj zwykle unika tych zgromadzeń, jak Hagrid maszynki do golenia.
- Draco! – Upomnieli go równocześnie, choć najpewniej z różnych względów.
- Nie dramatyzuj. – Głos Severusa był cichy i chłodny, ledwo przedostawał się przez spokojne nuty grane przez orkiestrę. – Akurat w sylwestra zawsze można mnie tu spotkać. – Podniósł szklankę w niemym toaście. Blondyn pokręcił głową z dezaprobatą.
- Severusie!– Do ich małego zgromadzenia podszedł niewysoki, bardziej okrągły niż mnie, czarodziej z bujnym wąsem pod nosem i przepasaną siwizną szczeciną na głowie. Pod ramieniem poczuła delikatne spięcie towarzysza. – Och i młody Dracon z wybranką.
- Perry. – Uścisnął dłoń na przywitanie. – Nie widziałem cię dość długo. Proszę, poznaj moją praktykantkę, Hermionę Granger. – Wskazał na nią, a ona ponownie dygnęła. Mężczyzna złapał jednak jej dłoń w swoją, lekko spoconą, i pocałował jej wierzch.
- Och! Słynna panna Granger! – Zachwycił się, kiedy ona dyskretnie wycierała rękę. Jednak zainteresowanie mężczyzny nie trwało długo i ponownie jego uwaga skupiła się na czarnowłosym. – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, ze cię widzę, Severusie. Próbowałem się z tobą skontaktować po świętach, ale…
- Wyjechałem na urlop. – Wtrącił delikatnie Snape, a następnie w milczeniu zaczął słuchać paplaniny mężczyzny.
- Gdzieś kupiła tą sukienkę? – Z zamyślenia wyrwał ją głos Astorii. Uśmiechnęła się do niej machinalnie i przegryzła wargę.
- U Venazy. – Wzruszyła ramionami, czując, że na jej poliki występują rumieńce.
Kiedy wczoraj zabrała matkę na zakupy myślała, że umrze w męczarniach. Nie miała pojęcia o ówczesnych trendach w magicznym świecie, a lista sklepów odzieżowych w jej głowie ograniczała się do minimum. Na szczęście znała pasaż Hugona, który kojarzył się z mugolskim Harrodsem. Do samego sklepu trafiła przypadkiem, zwabiona inną sukienką z wystawy, a potem została oświecona przez niezwykle łasą panią z obsługi. Przez cały czas, który poświęciła na szykowanie się na przyjęcie, próbowała nie myśleć jak dużo wydała na to jedno przyjęcie.
- Jest niesamowita, zresztą, cała tak wyglądasz. – Zachwalała Astoria, a rumieńce na polikach Hermiony się pogłębiły.
- Dziękuję, ty też ślicznie się prezentujesz. – Miętowa sukienka, w którą była ubrana podkreślała zieleń oczu kobiety, a delikatnie spięte włosy wysmuklały długą szyję. Wyglądała delikatnie, ale równocześnie dumnie.
Czas mijał Hermionie zastraszająco szybko. Trzy godziny bankietu minęły na rozmowie z Astorią, Draco, Severusem czy interesantami, którzy do nich podchodzili. Kilka razy zdarzyło się, że to ona przywoływała zainteresowanych arystokratów czy pracowników ministerstwa, jako słynna przyjaciółka Harrego Pottera. Grzecznie opowiadała o studiach czy praktykach i wyjątkowo niechętnie odpowiadała zdawkowo na pytania dotyczące Harry'ego lub wojny. Na szczęście, Severus, niczym królewski strażnik, odprawiał tych zbyt nachalnych, gdy tylko dała mu znać, że czuła się niezręcznie mocniejszym ściśnięciem jego ramienia. Ku jej zaskoczeniu, okazało się, że Lucjusz nie był aż tak perfidnym towarzyszem rozmów, a Narcyza okazała się miłą kobietą.
Nóg już nie czuła, bo okazało się, że Severus jest świetnym tancerzem, a konkurował o ten tytuł z Draconem i Blaisem Zabinim, kolejnym ślizgonem, którego kojarzy z czasów szkolnych i wspólnych zajęć z magomedycyną. Severus zniknął w tłumie, najpewniej znów rozmawiając z udziałowcami, a ona siedziała na jednej z wielu wygodnych kanap, rozkoszując się doskonałą muzyką i wyborowym smakiem wina. Słuchała z uśmiechem opowieści Zabiniego, jak jakaś czarownica z kierunku próbowała ratować żaby na anatomii.
- I stanął nad nią! Po raz piąty! – Zaśmiał się głośno, najwyraźniej nie przejmując się etykietą. Upiła łyk wina, lustrując w dalszym ciągu salę.
- Ej! – Trzepnęła kompana w ramię. – Mogę ją chyba zrozumieć.
- Co możesz zrozumieć? – Obok mebla zmaterializował się Severus. Poskoczyła przestraszona.
- Honorowe ratowanie żab. – Zarechotał Blaise. – Skoro, panna Granger ma już towarzystwo. – Wstał z kanapy i teatralnie ukłonił się dziewczynie, na co zachichotała. – Idę polować na mniej żabolubne sztuki. – I odwrócił się w kierunku tłumu. Pokręciła zrezygnowana głową.
Sama także wstała z mebla i stanęła przy czarnowłosym. Znów była od niego niższa, ponieważ szpilki transmutowała w srebrne baleriny już wiele tańców temu, żeby jednak nie musiała sobie amputować nóg po powrocie. Zlustrowała twarz swojego mistrza eliksirów.
- Zmęczony. – Bardziej stwierdziła, niż zapytała. Snape może i nie był duszą towarzystwa i imprez, był po prostu pełny gracji, spokojny. Teraz był po prostu sztywny.
- Nawet nie wiesz jak. – Mruknął wyciągając do niej ramię, które bez wahania przyjęła. Zaczął ją prowadzić przez tłum, co chwilę kiwając do kogoś głową. – Odzwyczaiłem się od tego. – Burknął. – Teraz oni wszyscy czegoś ode mnie chcą, a ja muszę zacząć o tym myśleć…
- Przecież i tak pracowałeś przez święta. – Zauważyła przytomnie. Większość czasu spędzali na nauce lub pracy.
- Może i tak, ale to była moja praca. – Skrzywił się, a ona w końcu odkryła, że zmierzają ku wyjściu na taras. – A teraz muszę się użerać z głąbami. – Parsknęła i pokręciła głową. Wyszli na świeże powietrze, gdzie już zaczęli się zbierać ludzie. – Więc pozwól, Hermiono, że przeżyjemy te wszystkie bzdety jak fajerwerki, życzenia i szczęście z nowego roku bez katastrofy, a potem zabiorę cię do domu i zerżnę, bo mam na to ochotę, od kiedy tylko cię zobaczyłem w tej obłędnej kreacji. – Wyszeptał jej to wszystko do ucha, a kiedy skończył spojrzała na niego z wypiekami.
Niech go szlag. On też wyglądał ponętnie. Czarna szata podkreślała mięśnie i szczupłą sylwetkę, a włosy związał, zostawiając jednak grzywkę okalającą jego twarz. Niby nic specjalnego, ale na nią elegancja działała jak magnes. I może to ten magnes, a może to, że kieliszek który trzymała był już czwartym, stanęła na palcach by sięgnąć do jego ucha.
- Naprawdę ten plan musi mieć tyle punktów? – Podniosła zawadiacko brew, co zobaczył, ponieważ odsunęła się minimalnie od niego. – Kiedy wychodziliśmy, zobaczyłam ścieżkę do ogrodu, a bardzo chcę go zobaczyć, możesz mi go pokazać, jako przyjaciel domu, czy to będzie bardzo rażący nietakt? – Zatrzepotała niewinnie rzęsami, czując w podbrzuszu lekkie ciepło. Jeden jego kącik uniósł się do góry.
- Myślę, że zdążymy przed oficjalną częścią. – Pociągnął ją lekko za sobą.
Szli żwirową drogą. Kieliszki zostawili na balustradzie, nie chcąc się nimi przejmować. Ogród był zadbany i przyprószony śniegiem. Miałą ochotę się śmiać. Ona, Hermiona Granger, zaproponowała wymknięcie się, jak nastolatka, Severusowi Snape'owi na seks. Jak niedojrzale. Chyba nigdy jej to nie przestanie bawić.
Pociągnął ją w ledwo widoczną alejkę, a po kilku krokach, przycisnął do drzewa. Pocałował ją, a jego usta smakowały wypitą whisky i przekąskami. Zarzuciła ręce na jego kark i dała się unieść ponad ziemię, oplatając nogi dookoła pasa. Dłonie zatonęły pomiędzy materiał sukienki.
- Trzymaj się mocno. – Uprzedził chrapliwie, a następnie puścił ją, by rozerwać materiał rajstop w kroku i rozpiąć rozporek, opuszczając spodnie, wyjmując swojego penisa w erekcji. Przywarła do niego, nie mogąc się doczekać aż w końcu w nią wejdzie, nie chcąc wiedzieć jak to wygląda z boku.
Odsunął jej majtki na bok i wsunął się w nią cały, wgniatając ją w drzewo. Jęknęła gardłowo, odchylając głowę do góry. Zaczął się poruszać, zaciskając calce na jej biodrach. Kąsał jej szyję, a ona jego ucho, by nie krzyczeć. Na odległej orbicie świadomości słyszała oklaski.
W momencie, kiedy nie wytrzymała i krzyknęła z orgazmu, kiedy on rozlewał się w jej wnętrzu, na niebie rozbłysły wielokolorowe fajerwerki.
Bambi przytuliła ojca, a on podniósł ją kilka centymetrów nad ziemię.
- Trzymaj się molu! – Zaśmiał się, a ona mu zawtórowała. Mimo uśmiechu na twarzy w oczach Hermiony pobłyskiwał drobny żal.
- To wy się trzymajcie! I nie przepracowujecie się za bardzo. – Zastrzegła, odsuwając się na odległość ramion. Kąciki jej oczu nadal były zaczerwienione, po pożegnaniu z matką, która i tym razem została w domu.
A Severus przeklinał siebie, że zgodził się na podróż pociągiem. Mógł zniknąć równie łatwo jak się pojawił, ale nie było mu śpieszno do pustego mieszkania. Dodatkowo miał drobnego kaca po piciu z Bambi do czwartej i nie chciał ryzykować teleportacji aż do Londynu. Skończyło się, czułym uściskiem Jane Granger, który nadal czuł na swoim ciele i nie wiedział jak się z tym obejść.
Dziewczyna podeszła do niego, a w ślad za nią przyszedł William. Byli już na peronie, a pociąg już wjeżdżał. Hermiona wzięła transporter z Krzywołapem i uśmiechnęła się do niego smutno.
- Pójdę zająć miejsca. Weźmiesz walizki? – Ledwo kiwnął głową, a ona już znikała w wagonie.
- Trzymaj się, Severus. – Starszy mężczyzna podał mu dłoń, którą uściskał. Niespodziewanie dentysta pociągnął go w swoją stronę. Poklepał go po plecach w męskim uścisku. – Strzeż jej, chłopie. Ufam ci. – Poprosił poważnie, odsuwając się na tyle, by spojrzeć mu w oczy. Poczuł gulę w gardle.
- Postaram się najlepiej jak potrafię. – Obiecał. Mężczyzna znów poklepał go po plecach, a w tle konduktor zagwizdał.
- Lubię cię, bardziej niż poprzednich. – Wyznał szczerze. – Zdajesz się… widzieć ją. Nie schrzań tego. – W końcu się odsunął, jednak Severus nadal był spięty. Za dużo, za blisko. W za duże bagno się wplątał. Szlag by to wszystko trafił.
- Jasne. – Mruknął. – Trzymaj się, William. – Także go poklepał, jednak ten gest wydał mu się wyjątkowo niezdarny. – I Hermiona ma rację, nie przepracujcie się tylko. – Zmusił się do uśmiechu i w końcu powstała przestrzeń między nimi.
- Oczywiście! – Zaśmiał się i patrzył jak Severus bierze walizkę jego córki i wchodzi do pociągu. Nie doszedł do przedziału, gdy ten ruszył.
Bambi siedziała sama, już rozebrana z płaszcza i wpatrywała się w okno. Krzywołapa ułożyła naprzeciw siebie. Ułożył walizkę na górze, zdjął płaszcz i powiesił na haczykach, a sam opadł obok niej. Swoją aktówkę rzucił przy transporterze i wyciągnął nogi.
- Nienawidzę się z nimi żegnać. – Wyznała, po kilku minutach ciszy. Jej cera była bledsza niż zwykle, zapewne przez słabo przespaną noc i dużą ilość alkoholu, jaką w siebie wlali po powrocie z rezydencji Malfoyów. On sam niekoniecznie wyglądał lepiej. Prychnęła i pokręciła głową. – Minęło pięć lat, a ja nadal się boję, że ich nie zobaczę. – Mruknęła z pogardą, na tyle cicho, że Severus podejrzewał, że mówiła bardziej do siebie niż do niego.
- Byłaś w samym centrum wojny. – Wzruszył ramionami. – Pięć lat nie wydaje się wystarczająco długim czasem. – On sam do końca się przecież nie ogarnął. Dodatkowo słyszał, co zrobiła dla rodziców, kiedy przyszło jej wyruszyć z Potterem. Wymazanie wspomnień o sobie pozostawia piętno na młodej duszy.
- Kiedy znalazłam ich po wojnie. – Wznowiła po kolejnych kilku minutach ciszy. – I kiedy przywróciłam ich wspomnienia, miałam z nimi miesiąc dla siebie. – Przełknęła ciężko ślinę. – Nie mogłam przy nich wyjmować różdżki. Bali się. – Obróciła do niego twarz. Miała zaczerwienione oczy i posklejane rzęsy. – A potem znów ich zostawiłam, bo pojechałam do Hogwartu. – Schowała głowę w dłoniach. – Jestem okropną córką.
- Nie mów tak. – Złapał w swoje dłonie jej i odsunął od twarzy, by móc spojrzeć w jej oczy. – Chroniłaś ich, Hermiona. A oni to zrozumieli i są z ciebie dumni. Uwierz przez te święta mogłem to zobaczyć. – Spuściła wzrok i znów zamilkła, a on westchnął. – Nie maż się, przecież niedługo ich odwiedzisz. Albo oni przyjadą do ciebie. – Uderzyła go małą piąstką w bok.
- Nie maże się, po prostu przeżywam. – Burknęła, obracając się zamaszyście ku krajobrazowi za oknem. – Niewiele żałuję z mojego życia. – Oparła się wygodniej o fotel i także wyciągnęła nogi, na jego podobieństwo, choć miała je o wiele krótsze. – Jednak definitywnie jedną z nich było to, że wakacje spędzałam nadal z Harrym i Ronem. Kochałam i kocham ich, ale jednak jak teraz na to patrzę, mogłam być bliżej z rodzicami.
- Byłaś dzieckiem, Bambi. – Rozciągnął się. Cztery godziny snu, to zdecydowanie nie dla niego. Dziewczyna opadła na odsłonięty bok, więc objął ją lewą ręką. – To normalne, że wolałaś przebywać z przyjaciółmi.
- Przebywałam z nimi przez dziesięć miesięcy, a nie dawałam z rodzicami przez dwa? – Parsknęła.
- Dziecko. – Powtórzył. – Dziecko, które zawsze wtykało się tam, gdzie nie powinno. – Dodał po chwili namysłu.
- Och, ja bym powiedziała, że wręcz przeciwnie. – Parsknęła, ale tym razem było słychać trochę wesołości. – Zawsze byliśmy na czas. – Rzuciła mu szybkie spojrzenie w górę, a po chwili wróciła do starej pozycji.
- Niesamowita impertynencja. – Pokręcił głową.
- Bardziej pewność siebie. – Poprawiła go, ostentacyjnie patrząc na paznokcie.
- Niezmiernie mi miło, że już ci lepiej, Granger. – Parsknął.
- Troszkę. – Przyznała. – Nie lubię się z nimi żegnać, ale to nie powód, żeby się dołować na cały dzień, prawda? – Poprawiła się, wtulając się w niego. – Mam nadzieję, że wypocząłeś. – Spojrzał w dół na gęstwinę jej włosów, połowicznie ujarzmionych przez warkocz, który zaplotła rano. Nie odzywał się, przekładając końcówkę fryzury między palcami.
- Szczerze, jak nigdy. – Wyznał, a ścisk, który czuł od dzisiejszej pobudki zelżał. Zdał sobie sprawę, że tydzień u Grangerów naprawdę pozwolił mu odpocząć. Nie miał koszmarów, nie miał firmy na głowie, nie miał obcych ludzi na głowie. Rodzice Bambi nie narzucali się, a przyjęli go z otwartymi ramionami do rodziny. Po raz pierwszy od kiedy odszedł z Hogwartu poczuł, że święta to naprawdę rodzinny czas. Nawet jeśli była to farsa.
- Cieszę się. – Ziewnęła. – Jeśli nie przeszkadza ci udawanie mojego chłopaka, to dobrze. Bo moi rodzice też cię polubili. – Jej głos był senny.
- Prześpij się. – Polecił. – Nie spałaś za wiele tej nocy, obudzę cię, jak będziemy dojeżdżać do Londynu.
- Skorzystam. Ale szczerze, źle by było być Grangerem?
Nadal bawił się jej włosami, kiedy jej oddech się unormował i zasnęła. Błądził wzrokiem po przedziale.
Zatrzymał się dłużej na aktówce, z której pierwszego wieczora wyciągnął dwie butelki ognistej whisky. William ucieszył się jak dziecko i wyciągnął swój mugolski odpowiednik i zarządził picie. Co dziwne, przez cały tamten wieczór mieli mnóstwo tematów i mężczyzna czuł się przy czarnoskórym luźno. Bez obciążenia, że był szpiegiem, nauczycielem czy gnom wie czym jeszcze. Równocześnie Granger się nie naprzykrzał, w ciągu przerwy między świętami a sylwestrem proponował Severusowi spokojne wieczory w salonie i cieszył się spokojną rozmową, kiedy ten się zgadzał lub wzruszał obojętnie ramionami kiedy odmawiał.
Ruszył dalej, aż na bordowy szalik, wystający z płaszcza. Jane Granger z kolei okazała się najcieplejszą kobietą, którą dane było mu spotkać. Nie był to płomień Molly Weasley, który podpalał wszystko naokoło, nie. To był spokojny płomyk, który dawał ciepło. Była opiekunką. To ona wręczyła mu prezent, to ona martwiła się, czy Severus dobrze się czuje w ich domu, choć nie narzucała się z troską. Kiedy siedzieli w salonie to ona przynosiła im herbaty i to ona dzisiaj rano przyniosła im herbatę, wiedząc, że opróżnili barek z salonu. To ona uściskała na pożegnanie, jakby był jej dzieckiem, które ma do niej wrócić.
Więc, czy źle było by być Grangerem? Chyba nie.
- Bambi, wstawaj. – Potrząsnął ją delikatnie, kiedy wjechali w stolicę. Wzdrygnęła się i powoli wyprostowała. Rozejrzała się po przedziale, który przez godzinę podróży pozostał pusty, równocześnie rozcierając oczy.
- Już na miejscu. – Bardziej stwierdziła, rozciągając się. Sam wstał by rozprostować kości, które zastygły w jednej pozycji, by nie obudzić dziewczyny. Chociaż sam złapał półgodzinną drzemkę.
- Właśnie wjechaliśmy do Londynu, zaraz wjedziemy na King Cross. – Zauważył, rozkładając jej płaszcz, pomagając jej się w go ubrać.
- Dzięki. – Mruknęła, poprawiając warkocz, z którego i tak pouciekało mnóstwo włosów.
Tak jak powiedział, nie minęło dużo czasu, a już wysiadali na dworcu i szli na postój dla taksówek. Wsiedli w jedną, a on milczał, kiedy dziewczyna podawała adres.
- Ginny powinna być w Norze. – Mruknęła, poprawiając się na kanapie samochodu. – Zapraszam na obiad. – Podniósł kpiąco brew.
- Przez tydzień wyjadałem rzeczy z lodówki twoich rodziców. – Parsknął. Zaróżowiła się.
- Z mojej nic nie wyjesz. Jest pusta, jak zawsze na wyjazdy. – Podrapała się za uchem.
- Zapraszasz mnie na obiad, choć nie masz nic w lodówce?
- Można coś zamówić. – Wywróciła oczami.
- Coś konkretnego?
- Chińszczyzna brzmi dobrze po całej masie rodzinnych obiadów. – Uśmiechnęła i zapukała paznokciami w transporter, który leżał między nimi na siedzeniu. – I wino, które mam w pokoju powinno pasować. – Już miał odpowiedzieć, kiedy samochód zatrzymał się przy teatrze.
Położył swoją dłoń na jej, kiedy zaczęła sięgać po torbę. Sięgnął po swój portfel w kieszeni spodni i go wyciągnął. Zapłacił taksówkarzowi i wysiedli na chodnik. Zabrał walizkę z bagażnika i ruszyli razem w stronę przejścia na magiczną ulicę.
W końcu weszli do małego przedpokoju, gdzie Bambi wypuściła miałczącego kota, który od razu uciekł do jednego z pokoi.
- Cóż, witaj w moich skromnych progach. – Wzruszyła nieporadnie ramionami, a on zdał sobie sprawę, że faktycznie zawsze byli u niego.
Znów się uśmiechnęła i wtaszczyła walizkę do pokoju, w którym zniknął wcześniej Krzywołap. Wszedł tam za nią. Jasne ściany, biurko i łóżko wbudowane w półki pod oknem. Kompaktowo i przestrzennie.
- Choć do salonu, tam będzie raźniej. – Złapała go za rękę, a on w milczeniu podążył za nią. Na końcu przedpokoju, przez łuk, przeszli faktycznie do salonu utrzymanego w beżu, razem z aneksem kuchennym. Był mały, jednak musiał przyznać przed samym sobą, że w mieszkaniu czuło się życie, nawet po nieobecności na święta. – To, co sobie życzysz do jedzenia? – Spytała, łapiąc za mugolski telefon stacjonarny.
- Poradzę sobie, Harry. – Zaśmiała się, stając pod drzwiami mieszkania. Poprawiła rudy kucyk, patrząc jak chłopak ustawia jej walizkę przy ścianie.
- Wiem, wiem. – Wywrócił oczami. – Nigdy w to nie wątpiłem, Gin. – Objął ją w pasie. – Miałem tylko nadzieję, że złapię kilka chwil z tobą w mieszkaniu. – Pacnęła go w pierś.
- Pacan. – Zaśmiała się. – Miałeś mnie przez całe święta. – Wspięła się na palce i pocałowała go w usta. – Chce poplotkować z Hermioną, nie chce się do tego przyznać ale wiem, że martwi się, że zostanie sama. – Zmarszczyła nosek, w który Potter pstryknął.
- Hermiona jest twarda i jeśli będziesz za bardzo nad nią dmuchać, to ucieknie. – Poprawił ją. – Jedyne co możemy zrobić to zabrać ją na picie, które obiecała za sylwestra. – Uśmiechnął się, a Ginny już pożałowała, że Harry z nią nie zostanie.
- Przyjaciel roku. – Zironizowała. – Wracaj już, bo mój brat uschnie z tęsknoty. – Zażartowała i znów go pocałowała. – Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham. – Pogłaskał ją po policzku. – Pozdrów Hermionę. – Kiwnęła głową i otworzyła drzwi, wjeżdżając walizką do środka. Posłała czarnowłosemu pocałunek i zamknęła drzwi.
W mieszkaniu panowała cisza, którą nie specjalnie się zmartwiła. W końcu Hermiona miała tendencje do spędzania czasu w pozornej ciszy.
- Wróciłam. – Zawołała podniesionym głosem, kontrolując godzinę na zegarze.
Dwudziesta druga. Cóż, wyjazdy z Nory nigdy szybko i łatwo nie wychodziły. Weszła do salonu, gdzie paliło się światło. Na stoliku nocnym były rozwalone trzy pudełka po chińszczyźnie i dwa kieliszki po winie. Podniosła brwi. Usłyszała szczęk drzwi. Obróciła się na pięcie, a w jej ręce znalazła się różdżka. Przy drzwiach od pokoju jej przyjaciółki stał Severus Snape w jeansach i bluzce z długim rękawem.
- Panno Weasley. – Kiwnął jej głową na przywitanie. Zamrugała zdziwiona.
- Co pan tu… - Mruknęła.
- Wpadłem na obiad. – Odparł prosto. – Potem Granger zasnęła, uznałem, że jej własne łóżko jest wygodniejsze od waszej kanapy. – Podniósł wąską brew w kpiarskim wyrazie, a Ginny poczuła jak na jej policzkach występują rumieńce.
- Cóż, dziękuję. W imieniu Hermiony. – Odchrząknęła i w końcu opuściła różdżkę bo zdała sobie sprawę, że trzyma ją w górze.
- Nie ma sprawy. – Westchnął. – Zostawiłem w salonie śmieci, posprzątać czy już iść…
- Niech pan już idzie, zaraz to posprzątam zaklęciem, nie chce pana tu trzymać. – Uśmiechnęła się krótko i niezręcznie. Kiwnął głową i zaczął się ubierać. Powoli i nieśpiesznie. – Ładny szalik. – Wyrwało jej się, kiedy zobaczyła, jak zaplata dookoła szyi bordowy szalik. Nie mogła darować sobie odzieży w kolorze jego znienawidzonego domu z Hogwartu. Ku jej zaskoczeniu, on tylko się uśmiechnął.
- Nieprawdaż? Też mi się podoba. – Wziął swoją aktówkę. – Do widzenia, panno Weasley.
- Dobranoc, profesorze Snape.
