Rozdział 1
Orphi było dziurą. Zapomnianą przez wszystkich kupą skał i gruzu orbitującą w przestrzeni gdzieś na Zewnętrznych Rubieżach. Szlaki handlowe omijały to miejsce, rzadko lądowały tu statki, wyjąwszy dostawy żywności i narzędzi dla kopalni. Na planecie wydobywano minerały, przedstawiające zbyt małą wartośc, żeby zmienić Orphi w tętniące życiem centrum świata, ale na tyle cenne, by skalistą powłokę planety poryły tunele, a między kamiennymi wzniesieniemi wyrosły górnicze wieże. Przemysł, dzięki któremu siłą wydzierano Orphi jej naturalne bogactwa wciąż tkwił tu w powijakach. Pod ziemią, w plątaninie korytarzy ze stukiem i łoskotem pracowały wiekowe maszyny, ale minerały wyrywano spod powierzchni także prostą siłą rąk. Światła nieustannie paliły się na szczytach górniczych wież. Pod ziemią w Orphi wrzało życie, wylewając się raz po raz na powierzchnię i zaraz potem spływając strumieniem na dół wprost w sieć korytarzy i zaludniających je dźwigów, wind, wózków i przekładni. Pod ziemią, poza pracą maszyn szumiał nieustanny gwar rozmów.
- Cześć.
- Hej. Do której dzisiaj robisz?
- Dasz zapalić?
Robotnicy tłoczyli się na platformach wind, przemierzali podziemne korytarze płynąc poszarzałą zbieraniną istot, bez grama uśmiechu na twarzach. Na tę mozaikę postaci składały się rozmaite odnóża, ogony, kształty łusek i rysy twarzy.W tłumie migali pokryci łuską Trandoshianie, ogonogłowi Twi'lekowie, sześcioręcy Xexto, masywni Noghri. Dookoła jednej z grup krzątał się postawny, czteroręki Besalisk, o popielatej skórze i wydatnym brzuchu, który zdawał się kimś w rodzaju sztygara. Zarządzał górnikami, nadzorował którzy mają zjechać głębiej pod ziemię, a którzy wydostać się na powierzchnię, wydawał polecenia gdzie składować urobek. Besalisk krążył dookoła spracowanych istot drążących podziemne skały i odbierających ziemi jej naturalne bogactwo. Obok niego, niby księżyc na orbicie planety poruszała się smukła, dziewczęca sylwetka. Twarz skryła pod kapturem obszernej bluzy. Skinienie jej dłoni odchyliło materiał szaty i odsłoniło ciemną skórę i białe znaki na policzkach. Kaptur na głowie dziewczyny układał się w dwa stożkowate wybrzuszenia, jakby pod materiałem kryły się rogi, albo włosy związane w dwie kitki. Para błękitnych oczu zmierzyła spojrzeniem spod kaptura wydrążone pod ziemią korytarze i zaludniającą je masę istot.
- To co, zjedziesz z ekipą do północnego korytarza? - Besalisk nachylił się nad dziewczyną ciężarem swojej masywnej sylwetki i zadał jej pytanie ochrypłym głosem. Szczecina o siwej barwie porastająca jego podgardle i górną wargę, zadrgała. Mówiąc, rozsiewał dookoła kropelki śliny. - Ostatnio znowu osunęła się tam ziemia...
- Zjadę.
Dziewczyna wraz z grupką górników, na którą składali się młodziutki Twi'lek, pokryta futrem Amaranka, o lisich rysach i długim ogonie ognistej barwy, wiekowy Lannik o bladej skórze i odstających uszach i krępy Svivreni o przedramionach porośniętych długim włosiem i nogach zakończonych kopytami – przedstawiciel z rasy uznawanej za jednych z najlepszych górników w Galaktyce. Dziewczyna, kryjąca twarz w cieniu kaptura wraz z czwórką towarzyszy wkroczyła na niepewną, chybotliwą konstrukcję windy. Każde chwyciło się metalowej barierki i dźwig osobowy z wolna zaczął opuszczać się coraz niżej i niżej, a wydłubane w mozole pod ziemią korytarze pochłonęły platformę i stłoczonych na niej pasażerów, niby rozwarte wiecznie głodne usta. Winda zatrzymała się z metalicznym szczęknięciem i postacie zaludniające metalową platformę zeskoczyły wprost na na kamienny grunt. Wszyscy pięcioro zmierzyli się wzajemnie wzrokiem, w którym niepewność mieszała się z przykrą koniecznością.
Wysłani pod ziemię górnicy włączyli masywne maszyny, ustawione wzdłuż kamiennych bloków, skierowane głowicami w stronę podziemnego wyrobiska, czekające na przycisk który obudzi metalowe stado do życia. Automaty odpaliły ze znużonym furkotem, drążąc ścianę błękitnymi promieniami lasera i pieszczotą fal dźwiękowych. Górnicy cofnęli się, zasłaniając uszy przed przeszywającym hukiem. Błękitny promień eksplodował w błysku i trzasku, aż maszyna zamilkła po chwili natarczywego furkotu. Fragmenty kamiennej ściany rozsypały się w pakiet odłamków i chmurę pyłu i finalnie zaścieliły wydłubany pod ziemią tunel. Cała piątka skierowała kroki ku rozległej maszynerii, rozpościerającej się w wylocie korytarza. Amaranka ze zwierzęcą gracją rozsiadła się w zużytym fotelu zamontowanym ponad wyrobiskiem. Tuż przed nią migotała tablica rozświetlająca się szeregiem barwnych mrugnięć, przypominającą kokpit statku kosmicznego. Lisiokształtna manewrowała dwoma podobnymi do joysticków kontrolerami. W ślad za jej ruchami stalowe ramiona jednej z górniczych maszyn nachylały się ku zastępowi odłamków zaścielających tunel i ładowały skalny miał wprost do wagoników. Część kamiennych fragmentów szarzała nie wyróżniającą się popielatą barwą, w niektórych kolorem migotały cenne minerały. Kolejka uruchomiona dłonią Svivreni o włochatych ramionach nagle zatrzęsła się ze zgrzytem. Zastęp wiekowych wagoników potoczył się po metalowych rusztowaniach, niosąc ładunek w górę, ku powierzchni. Wagoniki kierowane ramionami konstrukcji kolejki znikały poza granicą wzroku wyznaczoną przez kamienne ściany otaczające wydrążony pod ziemią tunel, odprowadzane pełnym napięcia wzrokiem górników wciąż tkwiących na dole.
Młodziutki, zielonoskóry Twi'lek zbliżył się do ściany otaczającej tunel, dzierżąc w dłoniach podobną do wiertarki maszynę. Przesunął dłonią jedną z dźwigni i skierował głowicę bormaszyny w stronę kamiennego bloku. Automat ożył dając sygnał ciągiem światełek zapalających się na jego metalicznej powierzchni i uporczywym brzęczeniem. Wiertło wysunęło się złowieszczo, gotowe zagłębić się w kamień i bezlitośnie siać w nim zniszczenie. Bormaszyna kierowana wątłymi ramionami Twi'leka z łoskotem zostawiała ślady w wyrobisku sztolni. Wiertło odsłaniało przekrój podłoża, ukazując zamknięte w skale, migocące kolorem wycinki rudy metali. Stojący tuż obok swojego towarzysza Lannik spryskiwał ściany sztolni rodzajem ciekłego sprayu, zamkniętego w butli pokaźnych rozmiarów, niemal dorównującej mu wzrostem. Wszędzie unosił się kurz i pył, dookoła ujadała włączona maszyneria mrugając pakietem świateł i furkocząc stukotem przekładni. Kamienny osad opadał na włosy, wdzierał się do oczu, nosa i ust górników, osiadając metalicznym pyłem nawet na języku.
Lannik o poznaczonej zmarszczkami twarzy, który sprawiał wrażenie jakby ominęła go młodość i nastoletni Twi'lek wymienili porozumiewawcze spojrzenia zawodowców, którzy spędzają całe dnie pod ziemią, w głębinach łowy znowu obnażył kolejną porcję skał raniąc je wiertłem, jego starszy towarzysz ponownie zwilżył kamienne ściany strumieniem sprayu. Tunel cały czas wypełniał chrzęst stalowych ramion i stukot kolejki niosącej nieprzerwanie ładunek kamiennego miału w górę i wracającej po kolejna porcję urobku. Monotonna litania pracy
Wszystko stało się zbyt szybko, by ktokolwiek z czwórki górników zdążył zareagować. Poza smukłą, dziewczęcą postacią, jeszcze przed chwilą trwającą w milczeniu pod ścianą z ramionami splecionymi na piersiach w geście napięcia i twarzą osłoniętą kapturem. Konstrukcja ściany, przy której pracował Twi'lek obluzowała się w plątaninę odłamków, gruzu i kurzu. Skalne bloki bezlitosnie runęły na chłopaka. Jego towarzysz, Lannik mniejszy i zwinniejszy zdążył uskoczyć. On nie.
Kamienne bloki zbiegły się bez ostrzeżenia zasypując korytarz strumieniem gruzu i uderzając w tunel falą hałasu. Zakapturzona dziewczyna dała kilka kroków w kierunku ogonogłowego, chwilę temu borującego w wyrobisku kopalni, niczym dentysta w skażonych próchnicą zębach. Lisiokształtna Amaranka zatrzymała metalowe ramiona ładujące skalne odłamki do wagoników, krępy Svivreni o twarzy poznaczonej bliznami i zmarszczkami zatrzymał monotonny pochód kolejki. Górnicy wpatrywali się z napięciem w swojego młodego towarzysza.
- Narlahu!
To wołała dziewczyna z twarzą skrytą pod kapturem. Prawą dłoń wyciągnęła w kierunku Twi'leka, który chwilę wcześniej siał w kamiennych ścianach destrukcję, przy pomocy bormaszyny spoczywającej w jego wątłych ramionach. Teraz zamarł w bezruchu, przerażony i zwinięty w kucki, czekając na uderzenie kamiennego bloku, które przyniesie mu koniec. Nie nadeszło.
Skalne odłamki spadły dookoła chłopaka, ale jego zdawala się płaszczem chronić niewidzialna bariera. Walący się ze stropu gruz nie wyrządził młodemu górnikowi żadnej krzywdy. Skalne odpryski, które mogłyby zmiażdżyć mu czaszkę zawisły nad Twi'lekiem, bezczelnie sprzeciwiając się prawu grawitacji. On sam cały czas tkwił skulony, przypłaszczony do dna korytarza, sparaliżowany strachem.
- Narlahu! Rusz się!
To krzyczała ciemnoskóra dziewczyna. Kaptur zsunął się z jej głowy, odsłaniając w pełnej krasie białe znaki na twarzy, odcinające się kontrastem od brązu jej skóry i dwie długie, pręgowane, skórzaste wypustki otaczające twarz dziewczyny niby włosy, podobne do tych wieńczących głowy Twi'leków. Z całą pewnością wywodziła się z rasy Togruta. Pot perlił jej się na czole, wyciągnięte prawe ramię dziewczyny drżało z napięcia, jej błękitne oczy koncentrowały się na skalnych okruchach zawieszonych w powietrzu, opierających się sile grawitacji. Jej dłoń drgnęła i tkwiące ponad głową Twi'leka kamienne odłamki również się poruszyły. Wydawało się, że przed roztrzaskaniem głowy chłopaka powstrzymuje je jedynie siła woli Togrutanki.
Lannik, choć dużo niższy od skrępowanego strachem towarzysza doskoczył do niego i pociągnął za ramię poza zasięg strzepów skał, zamrożonych w czasie, gotowych pogruchotać Twi'lekowi kości kiedy już dziewczyna przestanie je trzymać na uwięzi siłą swojej woli. Obaj odbiegli poza zasięg uderzenia. Za moment z hukiem i trzaskiem odłamki osuneły się na ziemię. Cudownie ocalony Twi'lek utkwił wzrok w swojej wybawicielce, a ona odprowadziła go spojrzeniem pary błekitnych oczu. Przez chwilę w podziemnym korytarzu panowała cisza, przerywana tylko oddechami górników.
A potem rozpętało się tam piekło.
Wydrążony pod ziemią tunel runął bez ostrzeżenia, gotowy pogrzebać piątkę przybyszy z powierzchni. Fragmenty skał osuwały się z hukiem, mogąc pochować wszystkich w zwałach gruzu i przykryć zasłoną pyłu stając się ich grobem na zawsze. Hałas wdzierał się w uszy, uderzał falą w bębenki. Włochaty Svivreni w odruchu przytomności ponownie włączył kolejkę. Wagoniki sunęły ku górze, w kanonadzie walacych się na głowy stropów i zapowiedzi końca świata.
Amaranka ze zwierzęcą zwinnością rzuciła się w kierunku kolejki. Błyskawicznie wspięła się na jeden z wagoników, jej rude futro migotało pomiędzy serią bezlitosnego deszczu skalnych okruchów, demolujących sztolnię. Szybkimi ruchami ciała lisiokształtna starała się uniknąć uderzeń, które mogłyby rozłupać jej czaszkę, czy pogruchotać kręgosłup. Następny do wagoników dopadł krępy Svivreni. Już miał się wdrapać na konstrukcję kolejki, gdy tuż obok jego głowy rozbiły się kolejne fragmenty skał. Svivreni utkwił wzrok w cieniu, padającym złowieszczo na jego twarz. Pakiet kamiennych okruchów zawisł w powietrzu, zatrzymany siłą woli ciemnoskórej dziewczyny. Znowu wyciągnęła dłoń, jakby chcąc uwzięzić odłamki gruzu, naginając je do swojej woli wbrew prawu grawitacji. Svivreni świadom podarowanych mu właśnie cennych sekund życia rzucił się do przodu i całą siłą swoich muskularnych ramion zawisł na krawędzi zmierzającego w górę wagonika.
Kolejka rozpadała się pod ciosami strzępów skał, pod bezlitosną siłą uderzeń walących się kamiennych ścian. Togrutanka jednym nienaturalnie długim skokiem dostała się do Lannika i Twi'leka. Razem dobiegli do tego co zostało z kolejki. Kamienna kanonada nie oszczędziła pracowitych wagoników. W górę sunął tylko jeden, ostatni. Ich jedyna szansa ratunku. Dziewczyna opasała ramieniem zielonoskórego, on trzymał pod pachą wielkouchego Lannika. Jednym susem, dalszym, niż mógłby wykonać jakikolwiek człowiek Togrutanka pociągnęła za sobą towarzyszy. W górę, byle tylko sięgnąć ramionami konstrukcji kolejki. Wszyscy troje kurczowo wpili dłonie w krawędź wagonika, ostatniego środka transportu, który mógł ich wydrzeć porosto z piekła. Dziewczyna zadarła głowę, jakby chciała siłą woli znowu zatrzymać zagrażające im odpryski skał. Wagonik ze znużonym stukiem zabrał ich na górę, poza zasięg walących się ścian. Za moment górniczy korytarz był już tylko wspomnieniem, pogrzebanym pod zwałami gruzu.
Wieść o tym, co się stało szybko obiegła kopalnię. Ocalałe wagoniki zatrzymały się na jednym z szeregu wydrążonych pod ziemią korytarzy. Pomocne ręce wyciągnęły uratowanych. Szybko zarządzono ewakuację pobliskich sztolni. Czteroręki Besalisk nadzorował operację, poganiając w pośpiechu pracowników. Windy w momencie zapełniały się istotami chcącymi za wszelką cenę wydostać się na powierzchnię. Masywny sztygar starał się opanować chaos, żeby górnicy w panice nie stratowali się w drodze do środków ewakuacji. Zastęp wind zmierzał ku powierzchni przy akompaniamencie fontann świateł i stuku przekładni. Kolejne partie robotników opuszczały sztolnie. W końcu do dźwigu osobowego dotarła grupka, która uciekła przed walącymi się ścianami. Pokryci kurzem, podtrzymujący się wzajemnie, podrapani i zakrwawieni.
Krępy Svivreni o uszach obrośniętcy futrem podszedł do czterorękiego sztygara i wymianił z nim kilka pospiesznych słów. Besalisk skierował swoją ogromną głowe w kierunku ciemnoskórej dziewczyny, holującej Amarankę o futrze płomiennej barwy. Lisiokształtna musiał ucierpieć pod deszczem odłamków. Opierała się o bok dziewczyny o pasiastych wypustkach po obu stronach głowy, otaczających jej twarz niby włosy. Togrutanka podeszła do Besaliska.
- Zabierz stąd wszystkich, Cole. - rzuciła. - To miejsce może się w każdej chwili zawalić.
Masywny sztygar zmierzył dziewczynę wzrokiem, w którym malowało się więcej wdzięczności, niż potrafił okazać.
- Dzięki, Ashoka.
