Autor: Zaczarowana
Tytuł: Nie(przyjaciele)
Liczba słów: 6401
Beta: SzmaragDrac z forum Mirriel.
A/N: Miałam to wrzucić już dawno temu, ale zapomniałam o tym tekście. Tekst powstał w zeszłym roku na forumowy pojedynek z jedną z użytkowniczek forum Mirriel, wrzucam go w wersji niezmienionej. Mam nadzieję, że komuś z Was się spodoba. Czekam na Wasze opinie, bo każdy komentarz jest na wagę złota.


(Nie)przyjaciele


Remus nie zdołał całkiem ukryć rozczarowania, kiedy Peter, nie podając powodu, poinformował go, że w najbliższą pełnię będzie zdany tylko na siebie. Syriusz i James mieli rzucać tego dnia Zaklęcie Fideliusa na dom Potterów, by zapewnić Harry'emu ochronę przed Voldemortem, który — z tego, co wiedział od Lily — podążając za jakąś idiotyczną przepowiednią, ubzdurał sobie, że roczne dziecko stanowi dla niego zagrożenie, więc również nie mogli do niego dołączyć, ale w ich przypadku przynajmniej znał powód, dzięki temu łatwiej było mu pogodzić się z ich nieobecnością. Remus zdawał sobie sprawę, że Severus Snape, jako śmierciożerca z dość wysoką pozycją, mógł wejść w posiadanie takich informacji, ale nie potrafił znaleźć powodu, dla którego miałby on ostrzec Lily o planach Voldemorta, narażając się na gniew czarnoksiężnika. Owszem, Severus i Lily przyjaźnili się w pierwszych latach nauki w Hogwarcie, aż do feralnego dnia, w którym nazwał ją szlamą. Jednak skoro Lily wciąż mu ufała, to widocznie później w którymś momencie musieli osiągnąć jakieś porozumienie. Remus westchnął cicho. Wielokrotnie zastanawiał się, czy cokolwiek potoczyłoby się inaczej, gdyby spróbował powstrzymać Jamesa i Syriusza, bo z biegiem czasu zdał sobie sprawę, że wtedy przekroczyli pewną granicę. Nie wiedział, ale był ciekaw, jak mogłyby potoczyć się pewne sprawy. Zresztą nie tylko tę jedną rzecz chciałby zmienić w przeszłości, ale to nie było możliwe, bo nigdy nie zaryzykowałby ingerowania w czas. Uważał, że zbyt wiele rzeczy mogłoby ulec zmianie, a nie potrafił przewidzieć, jakie miałoby to konsekwencje.

Remus wiedział, że zbliżająca się pełnia będzie ciężka bez obecności jego przyjaciół, ale był zmuszony jakoś sobie poradzić. W końcu nie po raz pierwszy miał być w tym czasie sam, ale teraz było inaczej, niż zanim znalazł osoby, które nie bały się tkwiącego w nim wilkołaka. Przypuszczał, że tym razem księżyc znacznie bardziej da mu się we znaki. Westchnął cicho, zastanawiając się, gdzie powinien się w tym czasie zamknąć, bo samotna przemiana w miejscu, które znalazł po skończeniu nauki w Hogwarcie, nie była dobrym pomysłem, gdyż nie posiadało ono odpowiednich zabezpieczeń nie polegających na animagicznych zdolnościach jego przyjaciół, a zrobienie komuś krzywdy było ostatnią rzeczą, której by chciał. Aktualnie nie byłby w stanie rzucić większości z nich, poza tym bał się, że w wilczej formie mógłby przełamać własne tarcze ochronne. Jedyną opcją, która przychodziła mu do głowy, była Wrzeszcząca Chata, bo miała na sobie szereg zaklęć ochronnych, które mogły powstrzymać szalejącego wilkołaka przed wydostaniem się poza jej obręb. Postanowił wysłać sowę do Albusa Dumbledore'a i zapytać go, czy będzie miał coś przeciwko, by jeszcze raz wykorzystał tamto miejsce jako schronienie przed wpływem księżyca. Miał nadzieję, że dyrektor wyrazi na to zgodę.

***
Głośne, rytmiczne bębnienie gdzieś w pobliżu było pierwszą rzeczą, która dotarła do zamroczonego umysłu Remusa. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że to, co słyszy, to deszcz uderzający o ściany Wrzeszczącej Chaty. Skrzywił się, kiedy jego wrażliwy nos, oprócz pleśni i kurzu, wychwycił w powietrzu odór krwi. Z wysiłkiem otworzył oczy i powoli rozejrzał się po niewielkim, zniszczonym pomieszczeniu, w którym przebywał. Na podłodze i ścianach dostrzegł mnóstwo różnej głębokości żłobień po pazurach, których — co dokładnie sprawdził po wejściu do pomieszczenia — jeszcze poprzedniego wieczoru nie było. Oprócz nich zauważył kilka jeszcze niezaschniętych plam własnej krwi.

Zmusił swoje obolałe ciało do ruchu. Mięśnie rwały go przy każdym najmniejszym poruszeniu, więc dopiero po dłuższej chwili zdołał usiąść i oprzeć plecy o ścianę. Kiedy upewnił się, że będzie w stanie utrzymać równowagę, uważnie się sobie przyjrzał. Na lewym nadgarstku dostrzegł ślad po zębach, jednak znacznie bardziej zaniepokoiły go szramy po pazurach ciągnące się przez klatkę piersiową i brzuch. Westchnął cicho. Nie próbował się jeszcze podnosić, bo wciąż był osłabiony po minionej przemianie. Był zadowolony, że ma to już za sobą. Spodziewał się, że ta pełnia będzie jedną z gorszych, ale nie przewidział, że będzie aż tak źle. Najwyraźniej przez ostatnie lata, odkąd jego przyjaciele opanowali animagię, zdążył zapomnieć, jak to jest być samotnym podczas przemian. Błagał Merlina, by w przyszłym miesiącu ktoś mógł przy nim czuwać, chociaż pomiędzy Huncwotami nie działo się ostatnio najlepiej. Nie rozumiał, co konkretnie się zmieniło, ale nie było dobrze i oszukiwanie samego siebie nie miało sensu. Pozornie było tak samo, ale ktoś kto znał ich wszystkich wystarczająco dobrze, od razu zorientowałby się, że traktowali się wzajemnie z coraz większym dystansem. Remus wiele by dał, by znowu było jak dawniej i postanowił zrobić wszystko, co będzie w stanie, żeby przywrócić ich przyjaźń na właściwe tory, ale to będzie musiało zaczekać, aż trochę odpocznie. Zamknął oczy i zapadł w niespokojny sen.

Obudził się jakiś czas później, jednak ciemne chmury za oknem nie pozwoliły mu stwierdzić, która może być godzina. Postanowił wstać i znaleźć swoją różdżkę, mimo że wciąż był wyczerpany i obolały. Wspinaczka po schodach na poddasze wymagała sporo wysiłku, ale udało mu się tam dotrzeć. Ze skrytki w podłodze wyciągnął swoją różdżkę, a czując w dłoni znajomą fakturę drewna i magię łączącą się z rdzeniem, od razu poczuł się bezpieczniej. Zdjął zaklęcia ochronne z krzesła, na którym wczoraj wieczorem zostawił swoje znoszone ubranie. Ubrał się tak szybko, jak zdołał, a potem deportował się z Wrzeszczącej Chaty. Moment później wylądował w niewielkim lesie, w pobliżu Doliny Godryka, zanim uświadomił sobie, że nie będzie w stanie znaleźć domu Potterów, jeśli ich strażnik tajemnicy, czyli Syriusz, nie zdradzi mu miejsca. Nie miał siły na kolejną aportację, więc postanowił przejść się po miasteczku i rozejrzeć. Musiał sprawdzić, czy u jego przyjaciół wszystko w porządku, bo inaczej przez długi czas nie dałoby mu to spokoju. Gdy tylko wyszedł spomiędzy drzew, ogarnęło go złe przeczucie. Coś strasznego wisiało w powietrzu; jego zmysły krzyczały, że w Dolinie Godryka wydarzyło się coś okropnego.

Mimo wyczerpania minioną transformacją szybko ruszył w kierunku bocznej drogi, przy której stał dom Potterów. Dopiero po kilkunastu sekundach zdał sobie sprawę, że nie powinien pamiętać tej drogi, widzieć jej ani móc nią iść, skoro miejsce było, a raczej miało być, strzeżone Fidelilusem. Czyżby James lub Lily niedokładnie rzucili zaklęcie? To nie wydawało mu się prawdopodobne, bo długi czas się do tego przygotowywali, a Remus razem z nimi przeglądał wszystkie księgi, które udało im się na ten temat dostać bez wzbudzania zainteresowania. Ignorując zmęczenie, zaczął biec, w międzyczasie zastanawiając się, co poszło nie tak. W kilka minut dotarł do domu Potterów, a raczej tego, co z niego zostało, uświadomił sobie ze zgrozą. Pewnej części piętra po prostu nie było, a bariery ochronne domu wydawały się być częściowo naruszone; ich magia była znacznie słabsza, niż pamiętał z ostatniej wizyty kilka dni temu. Przemknęło mu przez myśl, że przecież Zaklęcie Fideliusa powinno je wzmocnić zamiast osłabić. Remus z rosnącym przerażeniem przypomniał sobie, że w części domostwa, która wyglądała najgorzej, był pokój Harry'ego. Wszedł na posesję, trzymając różdżkę w dłoni. Gdy tylko przekroczył granicę barier, włosy stanęły mu na karku. Napięty i gotowy do walki, ruszył do drzwi i pchnął je lekko; natychmiast stanęły przed nim otworem. Magia domu Potterów wciąż go rozpoznawała. W środku Remusa przywitała głucha cisza, co przestraszyło go jeszcze bardziej, bo w domu jego przyjaciół to nie było normalne. Powietrze przesycone było mroczną magią. Wilcze zmysły Remusa podpowiadały mu, że dokonano tutaj morderstwa. Wniosek, co tutaj się wydarzyło sam się nasuwał, ale Remus nie chciał dopuścić do siebie myśli, że jego przyjaciele mogą być martwi. A jednak złapał się na tym, że zaczyna rozważać, jak mogło do tego dojść. Przyszło mu na myśl, że być może nie zdążyli rzucić zaklęcia. Chciał trzymać się tej myśli, bo założenie, że Syriusz miałby zdradzić, nie mieściło mu się w głowie. Przecież Syriusz nie zrobiłby czegoś takiego przyjaciołom, prawda? W tamtym momencie Remus nie wiedział, co powinien o tym myśleć. Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się tych myśli, bo nie prowadziły do niczego dobrego. Musiał się skupić i dowiedzieć się od kogokolwiek, co się tutaj wydarzyło wczorajszej nocy, w Halloween.

Ruszył w stronę schodów i zaczął wchodzić na górę, choć rozsądek i wyczulone zmysły podpowiadały mu, żeby jak najszybciej opuścił dom. Skierował się w stronę pokoju Harry'ego, bo właśnie stamtąd wyczuwał największe stężenie mrocznej magii, co mogło znaczyć tylko jedno — Voldemort dostał się do Harry'ego, po drodze mordując Lily i Jamesa, bo żadne z nich nie poddałoby się bez walki, zwłaszcza jeśli chodziło o ochronę ich syna. Wszedł do pomieszczenia i rozejrzał się. Panował tam chaos. Kilka szafek było połamanych, ubranka i zabawki Harry'ego były porozrzucane wszędzie dookoła, a ściana naprzeciwko drzwi została wysadzona. Tylko łóżeczko, stojące dawniej w rogu pomieszczenia, było praktycznie nienaruszone. Remusowi zakręciło się w głowie. Jaka klątwa mogła spowodować tak wielkie zniszczenia? Remus wziął głęboki wdech, by trochę odetchnąć, a w jego nozdrza uderzył znajomy zapach ziół. Remus zawarczał ze złości. Co Snape tutaj robił? Czego szukał w domu Potterów i jak w ogóle mógł tutaj wejść? Czy był w jakiś sposób zamieszany w tą sytuację? Najpewniej tak. Remus wziął głęboki oddech, by uspokoić się i nie poddać się wilczym instynktom, które podpowiadały mu, że powinien wytropić Snape'a i rozprawić się z nim. Gdy udało mu się opanować, zastanowił się, jak zdobyć odpowiedzi na dręczące go pytanie. Ktoś w Dolinie Godryka na pewno był świadkiem tych wydarzeń albo chociaż słyszał jakieś pogłoski. Remus musiał tylko taką osobę znaleźć i wypytać. Cóż, teoretycznie to było bardzo proste, a w praktyce mogło wyjść różnie, ale wiedział, że musi spróbować. Wyszedł z pozostałości dziecięcego pokoiku i ruszył w stronę schodów. Chwilę później wędrował cichymi uliczkami Doliny Godryka w stronę małego pubu na obrzeżach wioski. Nie było chyba lepszego miejsca, w którym ludzie z okolicy mogliby wymieniać się plotkami.

Niecałe dziesięć minut później był na miejscu. Pub mieścił się w dobudówce na tyłach niewielkiego domu stojącego przy skrzyżowaniu kilku dróg. Z zewnątrz nie prezentował się zbyt zachęcająco, ale w środku był zadbany i sprawiał znacznie przyjemniejsze wrażenie. Kominek znajdujący się naprzeciwko drzwi dawał przyjemne ciepło. Remus aż do tej pory nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo był zmarznięty. Rozejrzał się w poszukiwaniu wolnego miejsca. Kilkuosobowe stoliki stały przypadkowo rozmieszczone po całej izbie; większość z nich była zajęta. Ludzie siedzieli i swobodnie rozmawiali, opróżniając kolejne kufle piwa i nie zwracając uwagi na nowego przybysza. Remus podszedł do baru, wytrzymując badawcze spojrzenie mężczyzny w średnim wieku — prawdopodobnie właściciela tego miejsca. Przeklinał w duchu, że nigdy nie zapytał Jamesa, ani Lily, czy pub jest magiczny czy mugolski. Cóż, za moment miał się przekonać. Posłał barmanowi zmęczony uśmiech i uprzejmie poprosił o menu. Mężczyzna podał mu je bez słowa. Remus wziął do ręki kartę, zapisaną schludnym drobnym pismem. Przyjrzał się uważnie i na jego oczach litery zaczęły się zmieniać. Cóż, teraz już wiedział, że pub był przystosowany i do magicznej i mugolskiej klienteli. Uśmiechnął się lekko. Zamówił ziemniaki i pieczone mięso. Barman uniósł brew, a potem posłał mu ciepły uśmiech. Przekazał przechodzącej obok dziewczynie zamówienie Remusa i ponownie skupił na nim uwagę.

— Dobrze, że wojna nareszcie dobiegła końca, nie uważa pan? — zagaił cicho, by nie przyciągać uwagi siedzących w pobliżu mugoli.
— Dobiegła końca? O czym pan mówi? — zapytał zdezorientowany Remus, chwilowo zapominając o głodzie.

Co tutaj się działo? Czy to mogła być prawda, że w ciągu trzech ostatnich dni, kiedy on mierzył się z pełnią księżyca, wojna naprawdę dobiegła końca? To wydawało się nierealne. Barman podejrzliwie zmrużył oczy. Przez pewien czas mierzyli się spojrzeniami. W międzyczasie dziewczyna wróciła i postawiła przed Remusem talerz z jego jedzeniem. Remus mimowolnie zastanowił się, czy żaden mugol nigdy nie zauważył nic podejrzanego w szybkości, z jaką realizowane są tutaj zamówienia. Cóż, tak właściwie to nie była jego sprawa. Zaczął powoli jeść, tymczasem mężczyzna zapytał z zaintrygowaniem:

— Jak może pan o tym nie wiedzieć, skoro od kilku dni w prasie nie piszą o niczym innym? Każda czarodziejska gazeta, nawet szmatławce takie jak „Czarownica" trąbią o zwycięstwie nad Voldemortem i jego zwolennikami.

Mężczyzna zwyczajnie ignorował, że Remus zajada się podczas rozmowy z nim. Cóż, jako właściciel baru najwyraźniej był do tego przyzwyczajony.

— Nie było mnie w kraju przez jakiś czas — odparł Remus, starając się brzmieć na skruszonego. — Wróciłem tego ranka i jeszcze nie zdążyłem zasięgnąć informacji.

Wytrzymał taksujący wzrok rozmówcy, nie poruszając żadnym mięśniem twarzy. Technicznie rzecz biorąc, nie kłamał. Wyjawił jedynie część prawdy, tę bezpieczną. Barman najwyraźniej mu uwierzył, bo skinął głową ze zrozumieniem.

— Wielu, podobnie jak pan, opuściło Anglię na jakiś czas. Gdybym miał komu przekazać interes, to pewnie zrobiłbym tak samo. Przypuszczam, że zaczną wracać, kiedy tylko dobre wieści się rozniosą. — Mimo radosnego tonu na jego twarzy pojawił się ponury grymas.
— Proszę mnie wtajemniczyć, jeśli pan może.

Remus skończył jeść i czekał, aż mężczyzna zbierze myśli.

— Mówi się, że dzieciak Potterów pokonał Sam-Pan-Wie-Kogo — zaczął cicho barman. Remus pochylił się w jego kierunku, by lepiej słyszeć, co mówi. — Podobno chłopiec przeżył Zaklęcie Zabijające i wyszedł ze starcia praktycznie bez szwanku, poza blizną w kształcie błyskawicy na czole. — W głosie mężczyzny słychać było podziw i niedowierzanie. Zaraz jednak sposępniał. — Niestety jego ojciec i matka nie mieli tyle szczęścia. Jutro o jedenastej na cmentarzu za wsią, ma odbyć się ich pogrzeb. Nikt nie ma pojęcia, gdzie teraz przebywa dzieciak. Kilka osób wspominało o jakimś bezpiecznym miejscu, ale nikt nie zna lokalizacji. A przynajmniej nikt, z kim rozmawiałem.
— Ale jak Sam-Pan-Wie-Kto zdołał dostać się do ich domu? Przecież ich posesja musiała być jakoś chroniona.
— Była doskonale chroniona — obruszył się barman. — Potterowie posunęli się nawet do rzucenia Fideliusa, a wie pan chyba, że to stara i potężna magia ochronna. — Remus pokiwał głową. — Niestety na Strażnika Tajemnicy wybrali złą osobę. — W głosie barmana wyraźnie słychać było pogardę. — Okazało się, że Syriusz Black był śmierciożercą. Inny z przyjaciół Potterów próbował go powstrzymać przed wydaniem Potterów, ale Black zamordował go z zimną krwią. Prorok Codzienny donosi, że po biedaku pozostał tylko mały palec. Na szczęście na miejscu natychmiast pojawili się aurorzy i zgarnęli Blacka do Azkabanu.

Na Merlina, to nie mogła być prawda, to się nie wydarzyło. Przecież Syriusz nie był taki, Remus znał go pół życia i nic nigdy nie wskazywało, że w ogóle byłby zdolny do czegoś podobnego. Syriusz nie mógłby zdradzić przyjaciół, prawda? Remus chciał trwać w zaprzeczeniu, ale poważny wyraz twarzy mężczyzny jasno dał mu do zrozumienia, że Syriusz jednak to zrobił. Zatem James i Lily byli martwi, a mały Harry został sierotą i trafił Merlin wie gdzie. Peter nie żył, bo próbował przemówić Syriuszowi do rozsądku. Remus zapłakał cicho, kiedy groza sytuacji w pełni do niego dotarła. Nie mógł tutaj być, nie po tym, co usłyszał. Zapłacił za posiłek i szybko wyszedł z pubu, po czym deportował się do swojego domu, nie przejmując się tym, że ktoś mógł go zobaczyć. Chyba tylko cudem udało mu się nie rozszczepić. Zawył i osunął się po ścianie. Syriusz był zdrajcą, a oni wszyscy tak bardzo mu ufali. Remus postanowił, że postara się dowiedzieć, kiedy ma odbyć się proces Blacka. Miał zamiar w nim uczestniczyć i dowiedzieć się, co motywowało jego byłym przyjacielem, dlaczego dopuścił się zdrady.

Remus wszedł do niedużej kuchni i skierował się do szafki nad zlewem, by sprawdzić, czy zostały mu jeszcze jakieś eliksiry. Znalazł tam wywar łagodzący ból i Eliksir Pieprzowy. Wypił obydwie mikstury, krzywiąc się na ich paskudny smak, następnie zaparzył sobie miętę i usiadł przy stole, odnotowując, że będzie w najbliższym czasie musiał uzupełnić braki w apteczce. Na blacie leżały trzy ostatnie numery „Proroka Codziennego", które zostały ostatnio dostarczone, i „Prorok Wieczorny" z wczorajszej nocy. Ten specjalny dodatek był drukowany jedynie wtedy, gdy w czarodziejskim społeczeństwie wydarzyło się coś szczególnego, o czym wszyscy powinni natychmiast wiedzieć. W takich momentach cieszył się, że jakiś czas temu zamówił prenumeratę gazety. Sowy najwyraźniej nie miały problemu ze znalezieniem otwartego okna, przy którym zawsze zostawiał świeżą wodę i trochę ich ulubionego przysmaku. Przejrzał gazety i nie wyczytał z nich wiele więcej o morderstwie Potterów, niż dowiedział się chwilę wcześniej od barmana w Dolinie Godryka.

***
Następnego dnia Remus założył swój najmniej zniszczony garnitur i koszulę. Transmutował ich kolor z jasnego brązu w czarny. Wiedział, że zaklęcie utrzyma się tylko przez kilka godzin, wystarczająco długo, by pogrzeb zdążył się skończyć. Około godziny dziesiątej trzydzieści użył sieci Fiuu, by przejść do Dziurawego Kotła, który tego ranka był znacznie cichszy niż zazwyczaj o tej porze, mimo że było w nim wiele osób, noszących szaty w ciemnych kolorach. Znajdujący się tam czarodzieje i czarownice nie wyglądali na szczególnie szczęśliwych z zakończenia wojny. Remus przelotnie zastanowił się, ile jeszcze osób zginęło tej nocy, z rąk śmierciożerców, którzy przecież byli znani z masowych ataków na wiele miejsc jednocześnie. Tak naprawdę nie przeglądał „Proroka" zbyt dokładnie; przeczytał jedynie artykuły, które wspominały o Dolinie Godryka. Kiwnął Tomowi i ruszył na zaplecze, by stamtąd dostać się na Pokątną. Szybko dotarł do kwiaciarni „Orchidea" i poprosił o skomponowanie wiązanki na grób Lily i Jamesa. Mógłby oczywiście wyczarować jakieś kwiaty, będąc na cmentarzu, ale byłyby tam tylko przez kilka godzin, a prawdziwe kwiaty pozostaną tam dłużej. Zapłacił należność i wyszedł z lokalu.

Rzucił Tempus, by zorientować się, że pogrzeb powinien zacząć się za niecałe dwadzieścia minut. Deportował się z cichym trzaskiem. Wylądował w małym lasku, za wioską. Idąc w stronę cmentarza, przechodził przez centrum wioski. Na głównym placu dostrzegł pomnik wojenny, który stał tutaj od co najmniej roku. Gdy przechodził obok, rzeźba zaczęła się zmieniać. Pojawiły się trzy postacie: mężczyzna, kobieta i dziecko, a Remus rozpoznał w nich Potterów. Zrozumiał, że tutejsi czarodzieje chcieli w ten sposób oddać im hołd. Pomyślał, że to piękny gest. Rozejrzał się dookoła, czy w pobliżu nie ma jakiegoś mugola, a potem posłał w stronę posągu własną magię, by połączyła się z tą krążącą już wokół posągu i chroniła go przed zniszczeniem, ale też wzrokiem mugoli. Później ruszył dalej.

Ceremonia była krótka. Remus obserwował, jak Albus Dumbledore rzuca na płytę nagrobną zaklęcie. Domyślił się, że dyrektor zapisuje w kamieniu datę ich śmierci. Większość czarownic i czarodziejów zostawiło kwiaty, a później każdy szedł w swoją stronę. Remusowi udało się w końcu dotrzeć do grobu przyjaciół. Odczytał cytat, który umieszczono pod ich danymi. Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie pokonany(1). Był ciekaw, co to może oznaczać i dlaczego jest tak ważne. Wzruszył ramionami, dochodząc do wniosku, że być może kiedyś osoba, dla której powstała ta wiadomość, będzie w stanie ją zrozumieć. Odwrócił się i już miał odejść, ale zauważył odzianą na czarno postać stojącą w pewnym oddaleniu, w cieniu drzew rosnących za cmentarzem. Rozpoznał w niej Severusa Snape'a i zawrzał w nim gniew. Ruszył w jego stronę, starając się nad sobą zapanować.

— Po co tutaj przyszedłeś? — zapytał zjadliwie. — Pewnie chcesz się nacieszyć, że James nie żyje? Po to przyszedłeś na cmentarz w dniu ich pogrzebu?
— To nie twoja sprawa, wilkołaku. Nie przyszedłem tutaj dla Pottera. Nie obchodzi mnie jego śmierć, podobnie jak to, że Black zgnije w Azkabanie — szydził Snape.

Patrząc na Remusa, cofnął się o krok. Wpatrywały się w niego lśniące złotem oczy, wyglądające bardziej na zwierzęce niż na ludzkie. Dopiero wtedy zrozumiał, że powinien się zamknąć zamiast drażnić wilkołaka tuż po pełni.

— Mam wrażenie, że w pewnym sensie jest moją sprawą, po co śmierciożerca przychodzi na grób moich przyjaciół. — Jego głos przypominał warczenie — Ty przecież żadnego z nich nie możesz nazywać przyjacielem. Obaj dobrze wiemy, że odkąd nazwałeś Lily szlamą, przestała uważać cię za przyjaciela.
Widząc grymas bólu i wściekłości wymalowanej na twarzy, zrozumiał, że powiedział kilka słów za dużo, ale nie czuł się z tym źle.

— Dobrze wiesz, że to przez twoje przymykanie oczu na wybryki Pottera i Blacka ją straciłem — wysyczał Snape ze wściekłością.
— Nie wszystko było winą Huncwotów. Straciłeś ją przez ciągoty do czarnej magii i towarzystwo, którego nie tolerowała — zauważył rzeczowo Remus. — Z tego, co wiem, to nie raz prosiła cię, żebyś się opamiętał i skończył z tym, ale nigdy jej nie słuchałeś. To była według ciebie przyjaźń? — Widział grymas bólu na jego twarzy, ale bezlitośnie kontynuował: — Gdybyś kiedykolwiek uważał ją za przyjaciółkę, to przynajmniej byś spróbował się od tego odciąć. Ale po co? Teraz powinieneś stąd odejść. Nie masz tutaj czego szukać.

Severus przez moment rozważał to, co usłyszał, a potem deportował się bez słowa, najwidoczniej uznając, że lepiej nie spierać się z rozwścieczonym wilkołakiem. Remus odetchnął ciężko, starając się uspokoić. Wilkołak wewnątrz niego zawył, mając do niego pretensje, że pozwolił Snape'owi ujść z życiem. Remus zignorował wilczą część swojej natury i powoli wyszedł z cmentarza. Chciał jeszcze raz zobaczyć dom przyjaciół. Wybrał tym razem boczną uliczkę. Dom Potterów wyglądał dokładnie tak jak wczoraj. Jedyną zmianą była umieszczona przed bramą drewniana tablica ze złotym napisem: W tym miejscu, nocą 31 października 1981, roku stracili życie Lily i James Potterowie. Ich syn Harry jest jedynym czarodziejem, który przeżył Mordercze Zaklęcie. Ten Dom, niewidzialny dla mugoli, pozostawiono w ruinach jako pomnik pamięci po Potterach i aby przypominał o przemocy, która rozdarła ich rodzinę.(2) Bardzo podobało mu się, że ktoś ją tutaj postawił. Sam myślał o czymś podobnym, ale ktoś go ubiegł. Remus ledwie powstrzymał warknięcie, gdy podchodząc bliżej, wyczuł na niej magiczną sygnaturę Snape'a. Uparty Ślizgon wchodził oknem, kiedy wyrzuciło się go drzwiami. Pomimo irytacji Remus postanowił zostawić znak tam, gdzie został umieszczony. Być może Harry kiedyś się tutaj pojawi i zobaczy ją. Wyciągnął różdżkę i przy pomocy zaklęcia, dopisał od siebie: Zawsze znajdą się ludzie, na których możesz liczyć. Remus czuł się zbyt przygnębiony by ponownie wchodzić na posesję, więc ruszył w stronę pobliskiego lasu, by deportować się do domu.

***
Od pogrzebu Jamesa i Lily minął już prawie tydzień, a w gazetach nie było nawet wzmianki o terminie procesu Syriusza Blacka. Dlaczego Ministerstwo tak długo z tym zwlekało? Przecież aurorzy chyba mieli zeznania świadków i obciążające dowody, więc na co czekali? Dla Remusa nie miało to sensu. Wydawało mu się, że proces Syriusza będzie nagłośniony, a tymczasem nic takiego się nie działo. W ciągu ostatnich dni zatrzymano i przesłuchano paru innych śmierciożerców, w tym Malfoya, który wyłgał się od Azkabanu twierdzeniem, że rzekomo działał pod Imperiusem. Remus w to nie wierzył, tak samo jak w to, że Severus Snape współpracował z Albusem Dumbledore'em. Z sobie tylko znanego powodu dyrektor oczyścił byłego śmierciożercę z zarzutów. Remus chciałby wiedzieć, co siedzi w jego głowie i dlaczego zdecydował się na taką decyzję. Znużony, odłożył „Proroka", w którym relacjonowano procesy innych śmierciożerców, i dopił chłodną herbatę, a potem wyczyścił kubek machnięciem różdżki. Szybkie Tempus podpowiedziało mu, że jest prawie dziewiąta, więc postanowił wybrać się na Pokątną i załatwić kilka rzeczy.

Przeszedł do małego pokoju obok i założył na siebie zaprasowane w kant ciemne spodnie jasnobrązową koszulę i sweter. Wychodząc z domu, dodatkowo włożył płaszcz, a mimo tego zadrżał z zimna, kiedy wyszedł na zewnątrz. Jednak nie zrezygnował ze spaceru do punktu aportacyjnego za wioską. Mógłby się aportować prosto na Pokątną lub użyć Fiuu, ale jego mieszkanie znajdowało się w mugolskiej dzielnicy, toteż od czasu do czasu, dla zachowania pozorów, musiał wyjść z domu i zachowywać się zwyczajnie. W Dziurawym Kotle jak zwykle było pełno ludzi. Gdy wszedł, wiele par oczu zwróciło się w jego stronę, kilka osób kiwnęło mu głowami; odpowiedział tym samym i ruszył w stronę przejścia na Pokątną. Rozejrzał się dyskretnie, a gdy upewnił się, że nikt nie zwraca na niego uwagi, skręcił w boczną uliczkę, tuż za Gringottem, która łączyła Pokątną i Nokturn. Wszedł do małej apteki w nadziei, że będą mieli na stanie eliksiry i maść, których będzie potrzebował po kolejnej pełni. Kilka lat temu trafił do niej przypadkiem, ale później często do niej wracał, bo sprzedawane tutaj eliksiry były niemal o połowę tańsze, co osobie z ograniczonym budżetem było jak najbardziej na rękę.

Wchodząc do budynku, niemal zderzył się z wychodzącym Severusem Snape'em, zastanawiając się, jak dużego musi mieć pecha, że znowu się na niego natknął. Rzut okiem na bladą twarz podpowiedział mu, że Snape musiał myśleć coś bardzo podobnego, co rozbawiło Remusa, ale nie dał tego po sobie poznać. Przez długą chwilę mierzyli się wzrokiem bez słowa, potem minęli się w drzwiach i każdy zajął się swoimi sprawami. Remus uprzejmie zapytał, o potrzebne mikstury, które ku jego zadowoleniu, znajdowały się na stanie. Aptekarz gorąco zapewniał go, że towar jest świeżo dostarczony. Remus nie był na tyle biegły w eliksirach, by ocenić, na ile była to prawda, więc nie miał innego wyjścia, niż mu uwierzyć. Dopiero gdy szedł z powrotem w stronę Pokątnej, zastanowił się, ile wspólnego z dostawą eliksirów mógł mieć Snape, po czym wzruszył ramionami. Tak naprawdę niespecjalnie go obchodziło, kto je przygotowywał, dopóki łagodziły skutki przemian. Raz jeszcze tego dnia wszedł do Dziurawego Kotła, lecz tym razem usiadł przy jednym z niewielu wolnych stolików, w pobliżu przejścia na Pokątną, i zamówił dla siebie śniadanie, na które składało się kilka tostów, jajka na bekonie i sok dyniowy. Stracił apetyt, gdy usłyszał urywek rozmowy dwojga czarodziejów, którzy przed momentem wyszli z kominka i przechodzili przez pub.

— …że Malfoy i Snape wyłgali się od Azkabanu, ale tyle dobrze, że przynajmniej Black grzeje celę obok swojej szalonej kuzynki — stwierdził niski mężczyzna, w ciemnym płaszczu.
— Ojcze, chcesz powiedzieć, że ministerstwu udało się przeprowadzić jego proces w całkowitej tajemnicy przed prasą? — zapytał z zaciekawieniem towarzyszący mu młody chłopak, Michael, jeśli Remus dobrze pamiętał.
— Cóż. — Mężczyzna zawahał się, po czym pochylił się w stronę syna i zniżył głos do szeptu, ale Remus dzięki swoim wyostrzonym zmysłom i tak słyszał go bardzo dobrze. — Przez moje ręce nie przeszedł zapis jego rozprawy ani nie dostałem do zarchwizowania wspomnienia z myślodsiewni, więc nie mam pewności, że jakikolwiek proces się odbył…

Reszta ich rozmowy nie dotarła już do Remusa, w szumie przesuwających się cegieł, w wejściu na Pokątną. A więc jeśli to była prawda, to Syriusz nie dostał nawet uczciwego procesu. Remus nie wiedział, co ma o tym myśleć, ale wydawało mu się to dość podejrzane, chociaż nie miał pomysłu dlaczego.

***
Remus nie mógł znaleźć sobie miejsca, odkąd dowiedział się, że Syriusz najprawdopodobniej nie miał procesu. Cóż nie miał wątpliwości, że Syriusz dopuścił się zdrady i jakaś część niego cieszyła się, że czarodziejskie społeczeństwo nie musi się go już obawiać, ale nie dawało mu spokoju, że nie było żadnego przesłuchania. Nie rozumiał, dlaczego Albus Dumbledore nie nalegał na dochodzenie w tej sprawie. Na jego miejscu chciałby poznać motywy Syriusza i dowiedzieć się, od jak dawna mącił w Zakonie. Kilkakrotnie próbował skontaktować się z dyrektorem, ale był on nieosiągalny, co zaczynało coraz bardziej irytować Remusa. Postanowił podjąć jeszcze jedną próbę i zafiukał do Kwatery Głównej w nadziei, że zastanie tam Albusa lub kogoś, kto będzie w stanie powiedzieć mu, gdzie szukać mężczyzny. Po przejściu otrzepał ubranie z sadzy i rozejrzał się. Albusa nie było, a zamiast niego o ścianę naprzeciwko opierał się Severus Snape, który z pogardą mierzył go wzrokiem. Remus zawarczał cicho. Na Merlina, czy Snape nie miał nic lepszego do roboty niż pojawiać się wszędzie, tam gdzie akurat przebywał Remus? Czy nawet jako dorosły nie potrafił nie wtykać swojego krzywego nosa w cudze sprawy?

— Lupin, wiele osób wie, że jesteś zwierzęciem, nie musisz nikomu przypominać tego na każdym kroku — zadrwił.

Remus na moment zamknął oczy i wziął kilka głębokich wdechów, starając się nad sobą zapanować. Zachowanie Snape'a i fakt, że znowu musi się z nim użerać, ani trochę nie pomagały mu się uspokoić. Spojrzał na niego, a strach na bladej twarzy Ślizgona podpowiedział mu, że jego oczy znowu są bardziej złote niż zielone. Pomyślał, że taka reakcja zaczyna mu wchodzić w nawyk na widok Snape'a. Remus westchnął cicho, błagając Merlina o cierpliwość, której zdecydowanie brakowało mu ostatnio w towarzystwie Severusa.

— A jednak sam Albus Dumbledore wyraził zgodę, żebym dołączył do Zakonu i brał czynny udział w wojnie, więc najwyraźniej mam w sobie też trochę z człowieka. — Uśmiechnął się złośliwie, widząc na jego bladej twarzy zaskoczenie, nadal zmieszane z lekkim strachem.

Wiedział, do czego Ślizgon dążył — chciał go sprowokować do jakiegoś niedorzecznego działania, ale Remus nie był Syriuszem ani Jamesem i w przeciwieństwie do nich z reguły znacznie trudniej było wyprowadzić go z równowagi. Poza ostatnimi dniami bardzo rzadko zdarzało mu się reagować agresją na docinki skierowane pod swoim adresem. Poza tym w ignorowaniu Severusa miał kilka lat praktyki.

— A skoro już mówimy o Albusie, to może wiesz, gdzie mogę go znaleźć? Bo chcę porozmawiać z nim o Syriuszu — zapytał, zmieniając temat.
— Czy myślisz, że gdybym wiedział, gdzie on jest, to sterczałbym tutaj jak ostatni idiota? — zadrwił Severus. Remus pokręcił głową. — Skąd w ogóle pomysł, że Dumbledore będzie chciał rozmawiać z tobą o Blacku, skoro jest mu na rękę, że ten kundel gnije w Azkabanie.
Remus patrzył na Severusa z dezorientacją.

— O czym ty, na Merlina, mówisz?
— Wysil ten swój ptasi móżdżek i zastanów się, dlaczego Dumbledore nie chciał, by członek Zakonu został przesłuchany pod Veritaserum — zaczął Snape drwiąco. — Pomyśl jak wiele Black mógłby nieświadomie wypaplać o waszej działalności. Chyba nie jesteś aż tak naiwny, żeby zakładać, że jakaś szuja z Ministerstwa nie wykorzystałaby takiej okazji do zadania paru zbyt szczegółowych pytań?

Snape patrzył na niego z uniesioną brwią i złośliwym uśmiechem.

Remus otworzył usta, by zaprotestować, ale zamknął je z powrotem, bo nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Rozumiał, co sugerował Snape. Syriusz mógłby być niewygodnym świadkiem, dlatego nie został przesłuchany. Mimo to jakaś jego część nadal pragnęła, by proces jednak miał miejsce. Wiedział, że to irracjonalne, bo naprawdę rozumiał argument Ślizgona, a Albus prawdopodobnie myślał o tej sytuacji w taki sam sposób, ale mimo to jego gryfońskie serce pragnęło sprawiedliwości.

— Pewnie masz rację — westchnął i przygarbił się lekko. — W takim razie nic tu po mnie, skoro Albus prawdopodobnie nie powie mi nic innego niż ty. Nie wspominając o tym, że i tak nie wniesie do Wizengamotu prośby o proces dla Syriusza. Cóż, do zobaczenia.

Kiwnął Severusowi i odwrócił się w stronę kominka. Już miał rzucić w płomienie proszek Fiuu, by wrócić do domu, ale powstrzymało go ciche i niepewne:

— Lupin.

Remus zatrzymał się i spojrzał na niego przez ramię. Zaintrygowało go zachowanie Ślizgona, bo jeszcze nie miał okazji widzieć go tak zakłopotanego i niepewnego, więc odwrócił się ponownie w jego kierunku i czekał na rozwój wydarzeń.

— Czy wiesz może... — Urwał. Wahał się przez chwilę, ale dokończył: — Czy Albus powiedział ci, co stało się z synem Lily?

Remus poczuł, że znowu wzbiera w nim gniew. Jak śmiał pytać o Harry'ego, skoro gardził Lily i Jamesem? Z kolei Lily zarzekała się, że to właśnie on ją ostrzegł i zasugerował Fideliusa. Remus nie rozumiał, dlaczego miałby to zrobić, skoro był lojalnym śmierciożercą.

— Dlaczego w ogóle cię to obchodzi? — zapytał.

— Moje motywy nie są twoją sprawą, Lupin — wysyczał ze złością i miał zamiar dodać coś jeszcze, ale Remus mu przerwał.
— Mówiłeś to już w Dolinie Godryka. Moje zdanie też się nie zmieniło, więc ta rozmowa do nikąd nie prowadzi — stwierdził dobitnie. — Czy ty naprawdę myślisz, że od tak zdradziłbym ci miejsce pobytu Harry'ego? Albus może zapewniać, że byłeś szpiegiem Zakonu, ale ja w to nie wierzę. Przekonaj mnie, jeśli jesteś w stanie.

Severus przez długą chwilę przeszywał go wzrokiem, rozważając, co powinien zrobić. Remus natomiast zastanawiał się, jak wybrnie z sytuacji, jeśli Severus faktycznie powie mu coś więcej swoich motywach, bo kiedy pytał o to Albusa, jeszcze przed pogrzebem, to dostał jedynie lakoniczną odpowiedź, że Harry znajduje się w bezpiecznym miejscu. Remus cały czas zastanawiał się, gdzie owo bezpieczne miejsce jest, ale nic nie przychodziło mu do głowy, bo Harry mógł zostać ukryty wśród wielu czarodziejskich rodzin.

— Tuż po tym, jak dowiedziałem się, że Czarny Pan zamierza zaatakować Potterów, poszedłem do Albusa i błagałem, by chronił Lily — powiedział cicho Snape, z rezygnacją i smutkiem w głosie. — Złożyłem przed Przysięgę Wieczystą, że będę chronił jej syna. W zamian za to Albus miał dopilnować, by nic jej się nie stało. Lily zginęła, ale moja przysięga nadal obowiązuje i muszę chronić tego cholernego bachora.

Remus był zszokowany, tego zupełnie się nie spodziewał. Złamanie Przysięgi Wieczystej, kończyło się śmiercią. Otrząsnął się i postanowił grać na zwłokę.

— Może będziesz musiał go chronić dopiero, jak pojawi się w Hogwarcie? Aktualnie Harry przebywa w bezpiecznym miejscu, a im mniej osób zna dokładną lokalizację, tym lepiej.

Severus patrzył na niego podejrzliwie. Po chwili zmrużył oczy, a magia wokół Remusa zawirowała niebezpiecznie, pozbawiając go na moment oddechu. Bezróżdżkowe zaklęcie przygwoździło do go najbliższej ściany. Severus zbliżył się do niego, ledwie panując nad wściekłością.

— Nic nie wiesz, prawda, Lupin? — warknął oskarżycielsko. — Mogłem się tego spodziewać. Teraz widzę jak bardzo byliście wszyscy siebie warci, ty, Potter i Black — wypluł.

Magia znowu zawirowała i uspokoiła się, więc Remus podszedł krok w stronę Severusa.

— Masz rację, nie wiem, gdzie jest Harry — odpowiedział szczerze. — Co nie znaczy, że nie próbuję się tego dowiedzieć, ale nikt nie potrafi mi odpowiedzieć. Albus zapewniał mnie, że jest bezpieczny, ale nie mam jak tego sprawdzić. — Odwrócił wzrok — Nie wiem nawet, gdzie szukać, bo Harry może być dosłownie w każdej czarodziejskiej rodzinie, o ile Albus nie zdecydował się na ukrycie go wśród mugoli — dodał z rezygnacją.

Mimo wściekłości Severus słuchał go uważnie i używając ćwiczeń stosowanych przy oklumencji, powoli się uspokajał. Wiedział, że jeśli chce dowiedzieć się czegokolwiek, to będzie musiał współpracować z Lupinem, bo wspólnymi siłami mają szansę osiągnąć więcej niż osobno. Końcówka jego wypowiedzi przykuła uwagę Severusa. Czy to mogło być takie proste? Czy Dumbledore postanowił schować Pottera u mugolskiej siostry Lily? Jego ojciec często mawiał, że najciemniej pod latarnią czy coś takiego. Większość czarodziejów nie ma przecież pojęcia, że Lily ma jakiekolwiek rodzeństwo, bo mało komu o tym powiedziała, podobnie jak Petunia wśród własnych znajomych udaje, że nie ma siostry. Jedna drugiej warta, pomyślał z przekąsem.

— Właściwie, gdyby Albus tak zrobił, to znalezienie tego bachora byłoby znacznie prostsze — urwał i czekał na reakcję rozmówcy.

Remus spojrzał na niego z zaciekawieniem, zastanawiając się o czym mówi. Dlaczego Snape uważał, że to miałoby być prostsze, niż gdyby mieli szukać wśród czarodziejów? Owszem mogliby wejść bez przeszkód do każdego domu, ale to nadal szukanie igły w stogu siana.

— Do czego zmierzasz?
— Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że Lily miała siostrę — zaczął Snape spokojnie, ale Remus nie dał mu dokończyć.
— Chyba nie sugerujesz, że Harry miałby zostać umieszczony u tej okropnej kobiety?
— Czyżbyś ją znał? — Snape uniósł brew.
— Z opowieści Lily i Jamesa. Nie wiem, czy chciałbym poznać ją osobiście — przyznał Remus.

Severus pokiwał głową.

— Nie chciałbyś — stwierdził z przekonaniem.

Remus wzruszył ramionami.

— Wydaje mi się, że nie uniknę spotkania z nią, skoro zamierzam odszukać Harry'ego i sprawdzić, co z nim.
— Nie ty jeden masz zamiar go znaleźć — oznajmił ze spokojem Snape, szokując Remusa.

Na widok jego miny uśmiechnął się ironicznie. Remus nie potrafił znaleźć na to odpowiedzi. Wiedział, że gdyby połączyli siły, to mieliby jakąś szansę znaleźć Harry'ego, ale nie sądził, że to będzie łatwe. Owszem, nigdy nie traktował go tak źle jak James i Syriusz, ale dobrze też nie, dlatego nie sądził, że to będzie łatwe. Może jednak wypadałoby spróbować?

***
Remus siedział na fotelu w niewielkim, skromnie urządzonym salonie i czytał Kompendium popularnych zaklęć i przeciwzaklęć, gdy ogień w kominku zmienił się na zielony, oznajmując, że za chwilę będzie miał gościa. Nie spodziewał się dzisiaj nikogo. Odłożył książkę i zerknął na kominek dokładnie w momencie, w którym pojawił się w nim Severus Snape. Remus przyjrzał mu się uważnie. Severus był bledszy niż zazwyczaj i przy okazji wyglądał, jakby ktoś go skonfundował.

— Nie wyglądasz zbyt dobrze. Co się stało, Severusie? — zapytał zmartwiony, podchodząc do stolika pod oknem, by przygotować herbatę — czarną bez cukru dla Severusa, a dla siebie z odrobiną mleka.

Severus w tym czasie usiadł na kanapie. Gdy Remus wrócił na fotel, lewitując za sobą dwie filiżanki, Severus wziął do ręki naczynie i upił łyk, zanim się odezwał.

— Dumbledore całkiem oszalał. Chce, żebym od września zaczął uczyć eliksirów w Hogwarcie — oznajmił, wyglądając na przerażonego.

Remusowi nie udało się powstrzymać parsknięcia śmiechem. Severus zgromił go spojrzeniem, przez co Remus roześmiał się jeszcze bardziej.

— Wybacz, Severusie, ale nie jestem pewien, czy powinienem ci pogratulować, czy raczej zacząć współczuć twoim przyszłym uczniom.
— Bardzo śmieszne — zirytował się Severus, marszcząc groźnie brwi.

Remus nie przestawał się śmiać, nic sobie nie robiąc z jego morderczego spojrzenia. Uspokoił się dopiero po dłuższej chwili, ale na jego ustach błąkał się złośliwy uśmiech.

— Mówię poważnie, te dzieciaki będą w znacznie gorszej sytuacji niż ty. Wyobraź sobie, co sobie pomyślą, kiedy wpadniesz do przyciemnionej klasy, w tych swoich okropnych czarnych szatach, wyglądając jak przerośnięty nietoperz, a potem zaczniesz jakąś pompatyczną przemowę o eliksirach. — Urwał, widząc uniesioną brew przyjaciela.

Severus przyglądał mu się uważnie. Nie widział go w tak dobrym humorze od co najmniej dwóch miesięcy, kiedy dowiedział się, że jego rodzice zginęli, potrąceni przez mugolski samochód. Spodobała mu się wizja, którą roztoczył przed nim wilkołak. Chciał, by dobry humor Remusa dalej trwał, więc dopytał, udając oburzenie:

— I niby jak ta przemowa miałaby według ciebie wyglądać?

Remus upił łyk herbaty i posłał mu rozbawione spojrzenie znad kubka. Odstawił go na stół i oznajmił:

— Myślę, że coś w stylu — wyprostował się i spojrzał Severusowi w oczy, następnie odchrząknął i zaczął głosem trochę niższym niż zazwyczaj: — Jesteście tutaj, żeby się nauczyć subtelnej, a jednocześnie ścisłej sztuki przyrządzania eliksirów. Nie ma tutaj głupiego wymachiwania różdżkami, więc być może wielu z was uważa, że to w ogóle nie jest magia. Nie oczekuję od was, że naprawdę docenicie piękno kipiącego kotła i unoszącej się z niego roziskrzonej pary, delikatną moc płynów, które pełzną poprzez żyły człowieka, aby oczarować umysł i usidlić zmysły… — Przerwał, starając się nie roześmiać. Potem kontynuował: — Mogę was nauczyć, jak uwięzić w butelce sławę, uwarzyć chwałę, a nawet powstrzymać śmierć, jeśli tylko nie okażecie się bandą bałwanów(3) — dokończył z grobową miną.
— Idiota — parsknął Severus. — Końcówką zepsułeś kawał dobrej przemowy. — Kąciki jego ust drżały, gdy starał się nie uśmiechnąć.
— Och, jasne. Wybacz mi pomyłkę, ty nazwałbyś ich głupimi bachorami, lub uciążliwymi idiotami. — Remus wyszczerzył się, a Severus przewrócił oczami. — Poza tym jeszcze nie skończyłem. Po przemowie spojrzałbyś na nich z drwiną, a potem by przerazić ich jeszcze bardziej, zadałbyś jakieś pytanie, na które prawdopodobnie nie znaliby odpowiedzi. Ja wiem? Coś głupiego, jak chociażby: Jaka jest różnica między mordownikiem a tojadem żółtym?

Severus ponownie uniósł brew, zaskoczony, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy Lupin zdążył go tak dobrze poznać.

— Chyba każdy głupiec wie, że to jeden pies. Raczej zapytałbym co otrzymam, jeśli dodam sproszkowanego korzenia asfodelusa do nalewki z piołunu?

Remus patrzył na niego zdezorientowany, bo eliksiry nie należały do jego ulubionych przedmiotów i nie był w nich zbyt dobry w czasie nauki.

— Co? Naprawdę jest eliksir, który łączy te dwa składniki?
— Jesteś takim idiotą czy tylko udajesz? Asfodelus i piołun to podstawa Wywaru Żywej Śmierci. — Severus patrzył na niego ze zgorszeniem.
— Chyba miałem rację z tymi idiotami — oznajmił wesoło Remus.

Severus prychnął, ale nie powstrzymał małego uśmiechu, który wkradł się na jego usta. Nigdy by nie podejrzewał, że będzie się tak dobrze dogadywał z Huncwotem, ale w ciągu ostatnich kilku miesięcy mieli trochę czasu, żeby lepiej się poznać i dogadać. Chociaż Merlin wie, jak trudne były początki ich przyjaźni. Jednak Severus rozumiał teraz, dlaczego Lily doceniała towarzystwo Remusa. Chcąc nie chcąc, Severus musiał przyznać, że Lupin był inteligentny i miał ciekawe poczucie humoru. Severus postanowił mu nie mówić, że jeśli przyjmie posadę nauczyciela, to zamierza wykorzystać jego żartobliwe docinki, żeby zyskać respekt przyszłych uczniów.


(1) Harry Potter i Insygnia Śmierci
(2) Harry Potter i Insygnia Śmierci
(3) Harry Potter i Kamień Filozoficzny