Rozdział 3

Nad wysuszonym, pokrytym kurzem zakątkiem Fiore rozlała się niepokojąca, nerwowa cisza. Zastęp oczu zamarł utkwiony w Ashoce. Plejada rozmaitych gałek ocznych śledziła jej ruchy. Wyłupiastych, głęboko osadzonych, czy tych o pionowych źrenicach. Głodnych, spragnionych kredytek oczu. Togrutanka zacisnęła palce na obu wibroostrzach przytroczonych do jej pasa. Jakie ma szanse? Ile potrwa zanim szumowiny i męty zgromadzone na targu rzucą się na nią żądne imperialnych kredytek? Na razie nic się nie działo, trwała pełna napięcia i wyczekiwania cisza. Wzrok Ashoki zatrzymał się na wysuszonej, pobrużdzonej twarzy Hondo i ponurych facjatach jego kompanów.

- To co, jak myślisz ile zapłaci za ciebie Imperium?

Dźwięk blastera. Strzał trafił tuż obok Hondo, zmuszając pirata do wycofania się o kilka kroków. Następny strzał kazał Weequayowi znowu się cofnąć. Ashoka zobaczyła sylwetkę wkraczającą między nią, a Hondo, oddzielającą od siebie byłą padawankę i pirata niczym zapora bezpieczeństwa. Mężczyznę o krótko obciętych blond włosach, mającego na sobie strój przypominający wojskowy uniform, dzierżącego w dłoniach dwa pistolety. Nagle i niespodziewanie z jego ramienia poderwała się mała, biała, puszysta sylwetka. Szarobiały kłębek futra zatrzymał się tuż przed Ashoką, tocząc dookoła spojrzeniem wielkich oczu o płomiennej barwie, jakby starając się zatrzymać wzrokiem Hondo i jego ludzi.

Kushiban. Ten mały kłębek futra o żarzących się oczach to z pewnością był Kushiban. A mężczyzna z dwoma pistoletami w dłoniach... Ashoka znała tylko jednego żołnierza, który potrafił z taką wprawą strzelać dzierżąc broń w obu rękach.

Rex. Kapitan Rex. CT-7567.

Upływ czasu go nie ominął. Ashoka dostrzegła nowe blizny na twarzy kapitana i o parę więcej zmarszczek. Ale przecież klony powinny starzeć się kilka razy szybciej niż zwykli ludzie. A Rex wyglądał na starszego co najwyżej o parę lat, od momentu kiedy widziała go ostatni raz, tuż przed opuszczeniem Zakonu. Zaraz, Rex nie był już kapitanem. Armia Republiki przestała istnieć. Sama Republika przestała istnieć. Czy Rex nie powinien był przyłączyć się do pozostałych klonów i wraz z nimi wykonywać wyroki śmierci na Jedi? Ashoka słyszała plotki o klonach, które odmówiły wykonania rozkazu nakazującego eliminację rycerzy Republiki. Imperium rozprawiło się z nimi równie bezlitośnie, jak z pozostałymi przy życiu Jedi.

Ashoka prześlizgnęła się spojrzeniem po swoim dawnym towarzyszu broni, ale nie zobaczyła w jego oczach wrogości, tylko znajome, czujne skupienie.

Wielkouchy Kushiban nadal wrogo łypał na Hondo parą płomiennych oczu. Rex zrobił kilka kroków w stronę Ashoki, oddzielając swoją byłą komandor od pirata, niczym żywa tarcza. Zebrany na targu tłum milczał, kierował tylko pożądliwe, spragnione kredytek spojrzenia w stronę Togrutanki. Ashoka zacisnęła mocniej dłonie na rękojeŚciach przytroczonych do pasa wibroostrzy.

- Rex, prawda? - w pełną napięcia ciszę wdarł się ochrypły głos Hondo Ohnaki. - Pamiętam cię, służyłeś pod Anakinem Skywalkerem... - Nie powinieneś czasem zabijać tych Jedi, którzy jakimś cudem przeszli przez wasze sito?

- Masz tu jakiś lądownik, ścigacz, cokolwiek...? - Rex ziGnorował strumień słów płynący z ust pirata. Nachylił się w stronę Ashoki. Znajomy, ciepły głos rozbrzmiał w jej uchu. Jego oddech owionął jej policzek.

- Jest na lądowisku.

- Jak się nazywa?

- Sheerburg.

Ashoka, Rex i biały kłębek futra cofali się w stronę pokrytych pyłem klockowatych zabudowań o małych oknach, ozdobionych brudnymi, spranymi firankami. Załoga Hondo, pakiet wyjętych spod prawa typków spod ciemnej gwiazdy odprowadzała ich wzrokiem i kroczyła za nimi powolnymi, przepojonymi groźbą ruchami.

- Co ty wyprawiasz Rex? Kiedy wydamy ją Imperium kredytek starczy dla wszystkich...- odezwał się pirat niespodziewanie słodkim głosem. Nie spuszczał wzroku z kapitana i dwóch pistoletów w jego dłoniach.

Rex nie odpowiedział na lepkie próby wyłudzenia Ashoki. Nagle, spomiędzy zakurzonych zabudowań, zza pleców kapitana wyłoniła się metalowa puszka, o czterech rękach, na patykowatych nogach, osadzonych na przypominających wrotki stopach wyposażonych w zestaw kółek. W dłoniach ściskała broń: kuszę i miotacz ognia. Droid przywitał strumieniem płomieni zgromadzonych na placu opryszków, chcących wypruć Ashoce flaki za mglistą obietnicę imperialnych kredytek. Robot odpalił silnik zamontowany w jego metalowym, pudełkowym ciele i nieoczekiwanie wzbił się w powietrze. Jednym skokiem Rex rzucił się w stronę Ashoki i złapał ją w pasie. Biały, puszysty Kushiban w sekundzie wspiął się na ramię Rexa. Droid sięgnął po kapitana swoimi patykowatymi kończynami. Przy wtórze chmury pyłu zostawianego przez zamontowanee w dole metalowych pleców silniki, robot poderwał wszystkich pasażerów w powietrze. Ashoka, wleczona bezwładnie, kilka metrów nad gruntem, zostawiając za sobą nieprzyjazny tłum Fiore usłyszała jak Rex mówi do kogoś przez nadajnik.

- Startujcie. Złapiemy was po drodze. MDMA, statek nazywa się Sheerburg. Poderwij go.

Uszy Ashoki zaatakował pakiet elektronicznych szczeknięć i komend wydawanych w języku droidów. Nie potrafiła ich zrozumieć, zlewały się w jej uszach w cyfrowy jazgot. Nieoczekiwanie zobaczyła kątem oka znajomy, srebrny kształt. Sheerburg. Poderwał się do lotu, mimo, że nikt nie siedział za sterami. Statek zawisł w powietrzu, lawirując między piętrowymi, klockowatymi domami i otworzył właz. Czteroręki droid, razem ze swoim ładunkiem zniknął w środku.

Ashoka wskoczyła za stery Sheerburga. Zanim zdążyła wykonać jakikolwiek ruch jej uszy zalała fala oburzonych, elektronicznych piśnięć. Czteroręki astro-mech patrzył na Togrutankę z wyrzutem. Zdążył już podpiąć się do konsolety maleńkiego statku Ashoki.

- Zabierz nas na Potwora. - Rex nachylił się nad droidem. Z kieszeni wojskowej kamizelki znowu wyjął komunikator. Odezwał się do kogoś po drugiej stronie łącza, ale Ashoka nie słyszała słów tego, z kim rozmawiał kapitan.:- Spadamy stąd. Odlatujcie, złapiemy was po drodze.

Ashoka przez chwilę wpatrywał się w Rexa, pod naporem szoku. Wieloręki astro-mech przejął kontrolę nad Sheerburgiem. Stateczek Ashoki kierował się w górę, ciągle w górę, ku niebu. Była padawanka wyzwoliła się z okowów zaskoczenia odbierających jej władzę w mięśniach. Zerwała się na równe nogi i doskoczyła do byłego towarzysza brni.

- Rex, o co tu chodzi?- Togrutanka w gniewnym skurczu zacisnęła palce na ramieniu klona. Kushiban przyczajony na ramieniu Rexa gniewnie obnazył drobne, białe zęby i zmierzył Ashokę gniewnym spojrzeniem pary bursztynowych oczu. Z jego gardła wydobył się zdumiewająco głęboki warkot.

- Zwijamy się stąd, zanim Hondo sprowadzi tu armię swoich pomagierów.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, wykonać jakikolwiek ruch nad Sheerburgiem zawisł cień. Ashoka posłała Rexowi wzrok przepojony niepewnością i gniewem. Były kapitan armii Republiki odpowiedział jej znajomym, spokojnym spojrzeniem.

- Zaufaj mi. Nie zrobię ci krzywdy. Nie jestem jak ci niewolnicy Imperium z wypranymi mózgami.

Nad Sheerburgiem niby głodne usta otworzył się właz większego statku. Promień ściągający o ciepłej barwie dotknął metalowej powłoki. Mniejszy pojazd zniknął pochłonięty przez czeluście powietrznego okrętu.

Na chwilę wszystko się zatrzęsło, gdy za Sheerburgiem zamknęła sie klapa włazu. Ashoka rozejrzała się nerwowo. Instynktownie chciała sięgnąć dłońmi do rekojeści wibroostrzy, ale powstrzymał ja przed tym wzrok Rexa.

Przecież klony zdradziły, zwróciły się przeciw rycerzom Jedi, swoim niegdysiejszym sprzymierzeńcom. Ale nie on. Nie Rex. Nie, Rex nie mógł być niewlnikiem Imperium.

Droid na patykowatych nogach osadzonych na zakończonych kołami stopach pisnął znowu kakofonią elektronicznych sygnałów. Właz Sheerburga uchylił się, odsłaniając to, co rozpościerało się za statkiem Ashoki.

Drugi statek. Znacznie większy. We czwórkę tkwili w jego magazynie, czy ładowni. Okalały ich metalowe ściany. Nagle, z wolna po rampie schodów, ku zebranej przypadkowo załodze Sheerburga zbliżały się dwie postacie.

Wysoka Kaminonianka o bladej skórze, dookoła jej bioder rozpościerały się długie suknie, szumiące szelestem materiału. Mierzyła przybyłych spojrzeniem idealnie czarnych, błyszczących oczu. Na jej posępnej, arystokratycznej twarzy nie malował się żaden wyraz.

Obok, o ponad połowę mniejsza od swojej towarzyszki kroczyła postać o twarzy jakby wymazanej z rysów, mierzącej świat spojrzeniem czarnych punktów, które zapewne służyły jej za oczy. Nie miała nosa, ust, ani śladu mimiki. Jej głowę okrywał rodzaj skórzanego hełmu, lub czapki, nogi miała obute w zdawało się, zbyt masywne buty na jej drobne stopy. Postać potarła podbródek czteropalczastą dłonią. Nie powiedziała ani słowa. Kallidahin. Ashoka znała tę rasę, uchodzącą za jedną z najlepszych lekarzy w Galaktyce.

- Kupiliście, co trzeba?- zapytała Kaminonianka, oschłym, surowym tonnem, nieudolnie maskującym zniecierpliwienie.

- Nie było czasu. - odpowiedział Rex. Objął wzrokiem Ashokę i nieco niezdarnie zatoczył krąg ramieniem, najpierw wskazując na była padawankę, a później na nieznaną jej kompanię.

- To Ashoka Tano, służyłem pod jej rozkazami podczas Wojen Klonów. To są... - tu Rex kolejno kierował dłoń na swoich towarzyszy. - Sere Senisti... – tu wzrok kapitana klonów spoczął na drobnym Kallidahinie. - MDMA. - Rex skierował dłoń w stronę czterorękiego astro-mecha, cały czas piszczącego elektronicznym oburzeniem. - Momo...- wzrok Rexa na moment stał się przepojony ciepłem, a jego głos niemal czułością, gdy pogładził Kushibana tkwiącego mu na ramieniu po białym futrze. Futrzasty towarzysz kapitana otarł się łebkiem o jego ramię. - A to...

- Kirin Sezu, potrafię się sama przedstawić. - Kaminoanka wyprostowała się na całą swoja imponującą wysokość, w pozie pełnej urażonej godności.W spojrzeniu Rexa malowało się cień irytacji.

- To my ...- Rex zdobył się na wymuszony, ale jednak uśmiech. -...załoga Potwora.