Rozdział 4

Potwór sunął przez międzygwiezdną pustkę, rozgwieżdżoną i milczącą. Oddalali się już od Parsonz, teraz zmierzali wprost w galaktyczną ciemność, coraz dalej i dalej w nieznane.

Wewnątrz łupiny utkanej z metalu i elektrycznych zwojów kipiało od nie wypowiedzianych emocji. Ashoka oparła się o ścianę i utkwiła wzrok w niegdysiejszym towarzyszu broni. Jej twarz cały czas wyrażała ostrożną rezerwę. Reszta załogi Potwora przypatrywała się byłej padawance z mieszaniną ciekawości i nieufności.

- Nie możesz wrócić na Parsonz. - Rex stał nad Ashoką, mierzył spojrzeniem swoją niegdysiejszą komandor. Drugą parą, płomiennych oczu mierzył ją Momo z wysokości ramienia Rexa.- Hondo jest zbyt chciwy, żeby dzielić się nagrodą, ale ktoś z targu mógł już zawiadomić władze. To zbyt niebezpieczne.

Ashoka wiedziała, że Rex ma rację. Parsonz było już dla niej spalone. Orphi też. Co, jesli pogłoski się rozniosą i siepacze Imperium przyjdą szukac jej do kopalni? Co, jeśli zaczną przesłuchiwać Cole'a? Co, jeśli będą go torturować? Pospiesznie zamknęła umysł przed takimi myślami.

- Zostawiłam... kogoś na Orphi. - słowa przychodziły Ashoce z takim trudem, jakby w ogóle nie chciały wydostać się z jej ust.

- Chcesz po niego wrócić?

Rex znowu mierzył Ashokę czujnym, skupionym spojrzeniem. Znała ten poważny wzrok, od czasu Wojen Klonów.

- Nie... - Cole ofiarował Ashoce dom, bezpieczną przystań w morzu zamętu, ale teraz nie mogła już wrócić na Orphi. Nie mogła ryzykować. - Ale jestem mu winna pieniądze. - Togrutance zaciązyły w kieszeni kredytki, przeznaczone na zakup astro-mecha.

- Jeśli pamiętasz numer konta MDMA może przelać kredytki szyfrowanym połączeniem.- odparł Rex. Astro-mech natychmiast odpowiedział rozgniewanym, elektronicznym buczeniem.

- Uciekajmy po prostu jak najdalej od Parsonz. - odparła. Na razie to było najważniejsze.

- Potwór jest na autopilocie. - wyjaśnił Rex. - Leciny na Diprimę. - dodał.- Zaraz wejdziemy w nadświetlną.

Diprima. W mógu Ashoki znowu odskoczyła odpowiednia klapka. Lesista planeta, na której podczas wojen Klonów znalazło schronienie wielu uchodźców powiązanych z Separatystami.

Cała załoga Potwora szybkimi krokami kierowała się na mostek. Momo znowu otarł się parą ogromnych uszu o podbródek kapitana. Rex pogładził włochatego towarzysza po łebku. Usiadł za sterami pilota. Drugi fotel zajęła arystkratyczna i wiecznie urażona Kirin Seizu. Momo sprężył cialo w gniewnym skurczu, obnażył zęby i wpatrywał się płomiennymi oczami w gwiezdną przestrzeń widoczną z mostka usianą plamami gwiazd i planet.

Ashoka nie miała czasu już dłużej myśleć, bo nagle poczuła znajome szarpnięcie, a potem pasmo turbulencji przyprawiających jej żołądek o skurcze. Gwiazdy przed oczami Ashoki rozmazały się w ciąg jasnych smug. Weszli w nadprzestrzeń. Za moment turbulencje ustały, a oni znaleźli się w kompletnie innym zakątku Galaktyki. Rex obrócił się w fotelu, zmierzył wzrokiem stojąca za nim załogę i przetarł kark dłonią ze znużonym uśmiechem. Kirin wstała ze swojego miejsca, otrzepując spódnicę z urażoną gracją.

- Gotowe. Niedługo będziemy na miejscu. - Rex wypiął się z pasów.

- Co... co się z tobą działo? - Ashoka tkwiła niczym żywy znak zapytania przed byłym kapitanem armii klonów. Rozłożyła bezradnie dłonie.

W oczach Rexa pojawił się cień znużonego uśmiechu. Przesunął dłonią po swoich, utlenionych niemal na biało włosach. Ashoka nigdy nie widziała żeby były aż tak długie, tak, żeby można je przeczesać zawsze nosił bardzo krótką, żołnierską fryzurę.

- Przeżyłem. - odpowiedział.

- Dobrze, miło było cię poznać, ale...- słowom Kaminoanki towarzyszyły pełne gracji gesty jej bladych dłoni. - ... sama rozumiesz, obowiązki wzywają. Mam nadzieję, że nie zagadacie się tak, żebyśmy rozbili się o jakąś przypadkową asteroidę. - Kirin - wysoka, chuda, blada i bezwłosa zmierzyła Rexa i Ashokę spojrzeniem pełnym dezaprobaty. - Nie zabieram wam czasu, wy też nie marnujcie mojego. - Kaminoanka objęła grupkę tkwiącą na mostku chłodnym spojrzeniem swoich idealnie czarnych oczu. - Żegnam.

W ślad za Kirin podązył wzrok reszty załogi. Zniknęła za wejściem do ładowni. Rex manipulował przy kokpicie sterującym. MDMA nadal buczał oburzeniem. Gniewnie wymachiwał czterema ramionami, z których dwa były obciążone kuszą i miotaczem płomieni. Przy akopaniamencie gniewnych elektronicznych skrzeków i urażonych piśnięć też zniknął w przejściu między pomieszczeniami. Ashoka i Rex mierzyli się niepewnymi spojrzeniami, nie wiedzac czego po sobie wzajemnie oczekiwać. Momo też wpił swoje żażące się płomienną barwą oczy w Ashokę. Mocniej wczepił się w ramię Rexa i prychnął gniewnie. Drobny Kallidahin, Sere Senisti wpatrywał się na przemian w tę dwójkę, nie spuszczając z nich czarnych, podobnych punkcikom oczu. Mimo braku rysów na twarzy, z których można by wyczytać jego emocje zdawała się go otaczać atmosfera zakłopotania.

- Rex, na pewno macie wiele spraw do omówienia... Może zabierz swoją... przyjaciółkę do kajuty, ja i MDMA wszystkim się zajmiemy. Na pewno potrzebujecie... porozmawiać.

Ashoka dopiero po chwili zorientowała się, że Sere nie wypowiedział na głos ani słowa, zdania wymówione śpiewnym głosem rozbrzmiewały wyłącznie w jej umyśle. W umyśle Rexa z pewnością także. No tak. Telepatia. Tak przecież porozumiewali się Kallidahinie.

Wzrok Rexa napotkał spojrzenie Ashoki. Rzeczywiście, mieli o czym rozmawiać. Kapitan skinął na swoją byłą komandor.

- Chodźmy.

Momo prychnął urażony, ale zeskoczył z ramienia Rexa i zwinął się w biały, futrzany kłębek na jednym z foteli ulokowanych na mostku.

Najpierw Ashoka wysłała pospieszną wiadomośc do Cole'a. Uciekłam. Nie próbuj się ze mną kontaktować. Żegnaj. Miała nadzieję, że Besalisk zrozumie. Teraz Ashoka przemierzała wnętrzności Potwora idąc w ślad za jej byłym podwładnym. Otaczały ich tunele utkane z metalu, gdzie niegdzie przetykane oknami, zza których można było spojrzeć prosto w niezgłębioną ciemność kosmosu usianą świetlnymi kroplami gwiazd.

Szli obok siebie w milczeniu. Wzajemne zaufanie, jakim darzyli się w ogniu walki Wojen Klonów wygasło, stłuminone przez to co od tamtego czasu oboje przeszli. Rex otworzył drzwi i przed oczami Ashoki otworzyła się przytulna, mała kajuta. Mieściła minimum przedmiotów, potrzebnych podróżującemu przez galaktyczną pustke. Koję, stolik i niewielką szafkę.

- Masz może ochotę na coś do picia?- zapytał Rex wskazując na kilka puszek z napojami, zaludniających stolik. - Mam sok z Juri...

Wpatrywali się w siebie oboje, przez krótką chwilę ciągnącą się przez całą wieczność. Nagle Rex odgarnął włosy i zaśmiał się, krótko, chrapliwie i nerwowo. Ashoka zobaczyła ulgę na twarzy kapitana, maskowaną przez codzienną maskę obojętności i znajome ciepło w jego oczach. Pod naporem emocji oczy jej samej na moment się zaszkliły.

- Co ja wygaduję... Sok z Juri... Przeżyłaś. Jesteś. Dobrze cię widzieć.

Ashoce zabrakło słów. Czuła się niczym rozbitek na bezludnej wyspie, który wieki marzył o kontakcie z inną inteligentną istotą. Kiedy wreszcie spotkał innego rozbitka tak zupełnie nie wie jak ubrać swoje myśli w słowa. To był Rex, jej kapitan, jej towarzysz broni na którym zawsze mogła polegać. Czy na pewno? Chciała powiedzieć zbyt dużo, za szybko, wszystko na raz. Słowa rozpadały się w jej ustach, nie klejąc się w zdania.

- Jak... jak ty...? Przecież klony się zbuntowały... Jak...?

Na twarzy Rexa zagościło znużenie tak wielkie, jakby kapitan nigdy nie odpoczywał.

- Zdradzono nas. Wszystkich.

Ashoka słuchała w milczeniu, czując jak przygniata ją gorycz bijąca z tonu kapitana.

- Wiesz, czemu klony zaatakowały Jedi?-zapytał.

- Nie...

- Bo od początku, już na Kamino wszystkim klonom wszczepiono implant. Sprawiał, że musiały posłuchać rozkazu o eksterminacji Rycerzy Jedi. Zrobiono z nas niewolników Imperum. Zdradzono nas, wmawiano nam, że jesteśmy armią żołnierzy Republiki, że walczymy o lepsze jutro, a w rzeczywistości już od samego początku należeliśmy do Imperium.

- Ty ty... ty nie posłuchałeś rozkazu... - Ashoka podeszła do Rexa coraz bliżej i bliżej w ścisku ciasnej kajuty i plątaninie sprzecznych emocji. Rex przesunął dłonią po karku. Ashoka dostrzegła bliznę, zaczynającą się u nasady włosów kapitana.

- Wyciąłem go. Wyjąłem implant.

Ashoka cofnęła sie o krok, tak makabryczna wydała jej się wizja usuwania z własnego ciała czegoś obcego, czegoś przejmującego nad tobą kontrolę.

- Skąd wiedziałeś?

Fives mi powiedział. CT 5555. Ale jego też zabili.

Rex mówił i mówił, jakby chciał wyrzucić z siebie nagromadzone przez lata emocje. Przemierzał w kółko zbyt ciasną kajutę, nie zatrzymywał wzroku na Ashoce, jakby się bał, że kiedy przerwie strumień słów to nie starczy mu sił i już nigdy nie dokończy tej opowieści.

- Ja i jeszcze kilku chłopaków... Wyjęliśmy implanty. Zmusiliśmy droidy medyczne do współpracy. Zdążyliśmy w sama porę. A potem... Rozkaz 66.

Rex opuścił bezwładnie ramiona, jakby opuściła go cala energia i wola życia. Znowu dotknął spojrzeniem Ashoki. W jego wzroku malował się gniew i bezbrzeżny smutek.

- Rozkaz o eksterminacji Jedi.- dokończył.

- Nie mogliście pójść po pomoc do któregoś z Jedi... do Anakina? Powiedzieć mu o implancie...?- Ashoka zbierała argumenty przeciwko swojemu byłemu towarzyszowi broni, który był świadkiem zagłady jej świata. Jak to możliwe, że zamiast próbować uratować ten świat, świat Rycerzy Jedi i ich kodeksu pozwolił mu stoczyć się w ciemność? Dlaczego nic nie zrobił? Dlaczego? Rex odpowiedział jej spojrzeniem, tak pełnym bólu, że Ashoce na moment odebrało mowę.

- Anakin postradał zmysły. Przeszedł na Ciemną Stronę. Anakin to... teraz Darth Vader.

Grunt usunął się Ashoce spod nóg. Nie, to nie może być prawda. Rex kłamie. Zaraz... Nigdy jej nie okłamał. Po co miałby kłamać?

Darth Vader. Mimo, że Ashoka odeszła z Zakonu znała tę obleczoną w czerń postać siejąca grozę w całej Galaktyce. Ale to niemożliwe. To nieprawda. To niemożliwe, żeby jej Mistrz stał sie czymś takim. Lordem Sith, niewolnikiem Imperatora. Nie Anakin. Uniosła dłonie do czoła i spojrzała bezradnie na Rexa, bo pod naporem słów kapitana waliły się resztki świata Republiki, który jeszcze został w jej pamięci.

- Próbowaliśmy mu tłumaczyć, rozmawiać... Anakin był przeciez naszym generałem. Ale Ciemna Strona zasnuła mu umysł. Nie słuchał już nikogo poza Kanclerzem... Imperatorem.- Rex wymówił te słowa z taką goryczą, jakby chciał czym predzej wypluć je z ust. - W końcu sami musieliśmy uciekać, wydano na nas wyrok śmierci za niesubordynację. A potem... Przyszedł Rozkaz 66.

Rex wsparł się łokciem o ścianę, zwiesił głowę, wbił wzrok w podłogę. Wydawał się teraz starszy, poszarzały na twarzy, czoło poznaczyły mu kropeli potu.

- Nasi bracia, razem z którymi razem przelewaliśmy krew posłuchali Rozkazu 66 jak roboty, jak cholerne blaszaki... jak droidy z którymi walczyliśmy. A gdybyśmy sobie nie wyjeli tego implantu... Też bylibyśmy jak roboty. Też mordowali byśmy Jedi.

Złość Ashoki opadła, teraz wiedziała już, że Rex nie mógł uratować resztek jej świata i że nowa rzeczywistośc o mało nie pochłoneła ich obojga. Wbiła wzrok w kapitana.

- Gdzie są twoi towarzysze... inne klony, które wycięły sobie implant?- Ashoka bała sie odpowiedzi. Przeczuwała, jak będzie.

- Wszyscy zginęli.

Rex oparł się o ścianę, jakby był już bardzo znużony. Ashoka nadal dręczyła go pytaniami, bo to co powiedział kapitan do reszty obróciło w popiół resztki jej świata.

- Anakin to... naprawdę Darth Vader?- to imię nie chaiało przejść Ashoce przez usta. - Jak to możliwe? Jesteś pewien?

- Tak. Ciemna Strona go pochłonęła.

Ashoka przytrzymała się ściany, próbując zachować równowagę. Jej umysł nie chciał przyswoić tego, co przed chwilą usłyszała... Ale czy na pewno to było az tak nieprawdopodobne? Ashoka wiedziała, że w jej Mistrzu tkwią pokłady ciemności, ale nigdy nie sądziła, że Anakin mógłby zupełnie się w niej zatracić Wiedziała, o skrywanym w tajemnicy uczuciu do Padme. Znała pomysły Anakina, że Republiką powinien władać ktoś silną reką, ukrócić dyskusje Senatorów, opanowac korupcję, przywrócić ład i porządek. Ale nigdy by nie pomyslała... nigdy nie przypuszczała... nigdy.

Ta fala bólu, która poczuła wtedy od swojego dawnego Mistrza... Ashoka sądziła, że Anakin zginął, że został ranny, stało mu się coś złego. A tymczasem jej Mistrza pochłonęła Ciemna Strona, zabierając go Ashoce już na zawsze.

- Klony, które nie posłuchały Rozkazu 66 były ścigane, pod karą śmierci. Wszyscy moi towarzysze... Zginęli. Jedi zostali wycięci w pień. - Rex mówił i mówił, jakby musiał wyrzucić z siebie cały strumień bólu, gromadzony przez lata. - A ty... jak udalo ci się uciec? Ścigali wszystkich. Byłych padawanów, byłych Jedi, którzy odeszli z Zakonu.

- Ukrywałam się.- Ashoka oparła się o łóżko. Poczuła, jak schodzi z niej napięcie, stres, emocje. Z ostatnich kilku godzin. A może nawet miesięcy. Albo lat.

- Przeżyłaś. - Wzrok Rexa objął sylwetkę Ashoki i zatrzymał się w jej oczach. Przez moment poczuła wewnątrz ciepło, otworzyła usta chcąc coś powiedzieć ale tak bardzo nie potrafiła znaleźć słów.

Rex opierał się o ścianę i nagle zachwiał się, jakby jego ciało opadło z sił i przestało go słuchać. Ashoka doskoczyła do kapitana i podtrzymała go.

- Rex, co ci jest?- Ashoka trzymała byłego towarzysza w ramionach. Czuła jak przyspiesza mu puls. Na czoło kapitana wystąpiły krople potu. Oddech miał krótki, urywany. Nagle usłyszała delikatne pukanie do drzwi. Stuk, stuk, stuk.

- Proszę... - głos Rexa był słaby niczym szept.

Drzwi drgnęły, wzrok Ashoki i Rexa jednoczesnie powędrował w to samo miejsce i napotkał pustą przestrzeń. Oboje spojrzeli niżej. Za drzwiami, mimo braku mimiki nieodmiennie zakłopotany stał Sere. Drobny, zwinny i szybki natychmiast doskoczył do Rexa. We dwójkę, razem z Ashoką położyli kapitana na łóżku.

- Rex, co ci jest?... - krzyczała Ashoka. Leciał jej przez ręce. Strasznie pobladł. Obejmowała dłońmi jego twarz, zanurzyła palce w jego włosach, gdy nagle drogę do kapitana zagrodził jej Sere.

Ashoka nie usłyszała słów, wyczuła tylko bijący od drobnego Kallidahina sprzeciw.

- Proszę cię, idź do siebie, daj mi się zająć Rexem.

- Rex...!

- Proszę, daj mi mu pomóc. Teraz tylko przeszkadzasz.

Ashoka broniła się przed wyjściem za drzwi, przed zostawieniem Rexa z tą nieznaną, drobną istotą. Kapitan leżał na łóżku, tracąc siły w spazmach potu występujących mu na czoło. Na chwilę otworzył oczy i jego wzrok znów stał się przytomny.

- Ashoka, prosze, idź na mostek. Momo znajdzie ci kwaterę. Później ci wszystko wyjaśnię...

- Rex!

- Ashoka, proszę zaufaj mi...

Kapitan ścisnął jej dłonie w palącym uścisku człowieka walczacego ze szturmem gorączki. Sere grzecznie, ale nieustepliwie wyprosił Ashokę za drzwi. Wzrok Ashoki skrzyżował się ze spojrzeniem Rexa i zobaczyła, jak w ostatnim błysku przytomności jej były kapitan wypowiada bezgłośnie:

- Zaufaj mi...

Drzwi zamknęły się z trzaskiem, Ashoka została na zewnątrz ze stosem palących pytań i brakiem odpowiedzi. Nieoczekiwanie poczuła szturchnięcie w łydkę. U jej stóp stał biały kłebek sierści o ogromnych, płomiennych oczach. Zatopił wzrok w Ashoce z wyrazem bezbrzeżnego smutku w ślepiach i była padawanka już wiedziała, że Momo czuje, że coś złego dzieję się z Rexem.

- Ciii, Momo, nie możemy tam teraz wejść. Ja też się bardzo o niego martwię...- Ashoka ukucnęła przy Kushibanie. Momo wspiął sie po jej ramieniu, jak po ramieniu Rexa, a ona zanurzyła twarz w jego sierści i mocno przytuliła się do tego kłębka futra. Obecność Momo w ramionach, ciepła i pocieszająca przynosiła ukojenie.

Ashoka tkwiła tak, na obcym statku, sunącym przez galaktyczną ciemność. Bojąc się, że dopiero co znalazła dawno nie widzianego przyjaciela, a teraz znowu może go stracić.