Przyszli od strony ogrodu, zaraz po komplecie, kiedy Cadfael opatrywał na noc swój torfowy piecyk, żegnając nie bez żalu ten pełny wrażeń dzień. Jutro spokojnie i z chętnym poddaniem wróci do powszedniej rutyny, i znowu dni staną się podobne jeden do drugiego, przerywane najwyżej rzadkimi wizytami Hugona – dzisiaj jednak chciał jeszcze chwilę porozmyślać o ostatnich zdarzeniach i nacieszyć się szczęśliwym rozwiązaniem. Właśnie przykrywał drewnianym deklem rondel ze stygnącą maścią z gęsiego ziela, gdy usłyszał za drzwiami cichy szelest.
Weszli oboje, Tutilo wciąż w benedyktyńskim habicie z kapturem naciągniętym na czoło, Daalny w płaszczu i sukni z rozciętym rękawem. Cadfael widząc ich załamał ręce.
- Dzieci, czy wyście powariowali? Myślałem, że już jesteście pięć mil za walijską granicą!
- Będziemy, bracie, jeszcze tej nocy – Tutilo uspokajająco poklepał go po ręce. - Przyszliśmy ci podziękować... a tu jest bezpiecznie. Bezpieczniej niż kiedykolwiek.
To była prawda. Zarówno przeor Herluin jak i Remy znajdowali się teraz daleko stąd w drodze do Leicesteru, wścibski brat Hieronim opłakiwał swoje grzechy w celi pokutników, a Przeor Robert wciąż zdegustowany postępowaniem swego totumfackiego leczył zranione ambicje w zaciszu dormitorium.
- Poza tym spodziewamy się tutaj... - zaczęła Daalny, ale przerwała, słysząc szybkie kroki na żwirowej ścieżce – o, już jest.
- Jestem – Hugo Beringar zrzucił z ramienia worek wypchany czymś miękkim. - Nie gniewaj się, Cadfaelu, ale twoja chatka wydała mi się najlepszym miejscem na spotkanie. Poza tym chodzi o dzieło miłosierdzia – dodał z obłudnym uśmieszkiem, wyciągając z worka piękny niebieski kaftan, ozdobiony czerwonymi naszyciami. - Tutilo, okażesz mi miłosierdzie, jeśli go sobie weźmiesz. Nie znoszę takiej pstrokacizny.
- Za to dla wędrownego trubadura nada się w sam raz – zgodził się Cadfael. - Daalny, za tobą na półce jest igła i nici. Siadaj i zeszyj sobie rękaw.
- Powinnam odesłać tę suknię Remy'emu, ale chyba jednak ją zatrzymam – Daalny sprawnie nawlokła nitkę i zabrała się do szycia, podczas gdy Tutilo zrzuciwszy habit wbijał się w przyciasne nogawice Hugona.
- Kaftan jest szerszy – pocieszył go ofiarodawca. - Na szczęście nie szyła go moja żona i mogę się z nim rozstać bez żalu. Nie wiem, czy go dwa razy miałem na sobie.
- Jest wspaniały – Tutilo, który przez ostatni rok nosił czarny habit zrudziały od deszczu i wypłowiały od słońca, był oczarowany. - Pokornie dziękuję waszej łaskawości – skłonił się dwornie, jak przystało na wykwintnego trubadura, którego właśnie zaczął przypominać. - Za wszystko, a było tego niemało.
- Też mam wobec ciebie dług wdzięczności – Beringar wręczył mu worek, który zawierał jeszcze bochenek chleba i wełniany koc. - Za twoją sprawą poznałem Roberta Beaumonta. Mimo to bądź łaskaw pamiętać, że jak cię tu jeszcze kiedyś zobaczę...
- Już ci nie sprawię kłopotu, panie – Tutilonowi najwyraźniej spodobała się możliwość składania dworskich ukłonów. - Będziemy omijać zarówno Shropshire, jak i ziemie earla Roberta.
- Idźcie do Trewern po walijskiej stronie, tam obecnie stacjonuje dwór Owaina Gwynneda – poradził Hugo. - Przyjmie was dobrze, lubi muzykę. Kłaniajcie mu się ode mnie.
- Dziękuję, panie – ten podarunek był bodaj czy nie cenniejszy od nogawic i kaftana, dawał wstęp na książęcy dwór. Mając psalterion i Daalny przy boku, Tutilo czuł się na siłach rywalizować choćby ze wszystkimi bardami Walii naraz.
- Ten strój zdecydowanie lepiej ci pasuje, niż habit – Cadfael obrócił go jak lalkę, przyglądając się jego nowemu ubraniu. - Jak by powiedziała świętej pamięci lady Donata, instrument i damę już masz. Co zaś się tyczy konia... - odciągnął Tutilona w kąt izby i zaczął mu szeptem tłumaczyć coś, czego Beringar usilnie starał się nie słyszeć. Zamiast tego przyglądał się Daalny, która właśnie kończyła szyć swój rozcięty sztyletem Benezeta rękaw.
- Ten, kto ci to zrobił, będzie wisiał – powiedział. - Przyznał się do zabójstwa Aldheima, zdradziły go ślady krwi na koszuli. Z takimi dowodami wolno mi powiesić go bez sądu, ale nigdy tego nie robię. Poczekamy.
- I dobrze – zgodziła się Daalny. - Sąd powinien być – chciała coś jeszcze dodać, gdy przerwał jej podniesiony głos Cadfaela:
- Chłopcze, tyś oszalał do reszty! Wiesz, która jest godzina? Wszyscy porządni mnisi tego klasztoru śpią już snem sprawiedliwego, tylko ja jeden sam nie wiem po co się tu z wami użeram. Byłeś nowicjuszem, to wiesz - po komplecie panuje święte milczenie. W Walii spotkacie całe mnóstwo księży!
- Ale nie znamy walijskiego – Daalny odłożyła na półkę igłę i nici i stanęła obok swego ukochanego na znak, że go popiera. - Jeżeli mamy wziąć ślub, to teraz.
- Na szczęście nie jestem księdzem – sapnął z pasją Cadfael. - U nas w klasztorze wielu braci ma święcenia, ale teraz wszyscy śpią! Zresztą nie wolno im udzielać sakramentów bez nakazu opata.
- Brat Haluin w drodze o mało nie udzielił ślubu własnej córce – przypomniał Hugo. - Sam mi opowiadałeś.
- Ale tam nie było kogo zapytać.
- Teraz też nie ma, opat na pewno chrapie jak zabity. A do rana czekać niepodobna – Beringar świadomie bawił się w earla Roberta z upodobaniem wtykając nos w cudze sprawy. - Rano ci młodzi ludzie powinni już być daleko za naszą granicą. A tam, jak słusznie zauważyła Daalny, trudno będzie znaleźć księdza, który by umiał po angielsku. To jest moim zdaniem stan wyższej konieczności, którego na pewno nie było w przypadku brata Haluina.
- Brata Haluina, powiadasz... - Cadfael znieruchomiał jakby tknięty jakąś myślą. - Jest mi winien przysługę. Idźcie do kościoła i zaczekajcie na mnie. Ty też, Hugonie. Jeśli zdołam go przekonać, będziesz świadkiem.
- Idźcie, muszę skoczyć do stajni – polecił Beringar narzeczonym, gdy ostrożnie stąpając aby nie robić hałasu wyszli na klasztorny dziedziniec. Delikatnie, powoli naciskając klamkę by nie skrzypnęła weszli do kościoła, pozostawiając uchylone drzwi.
Mrok kościoła rozświetlała tylko mała oliwna lampka płonąca przed ołtarzem świętej Winifredy. Tutilo i Daalny uklękli na najniższym stopniu – Daalny z twarzą ukrytą w dłoniach, Tutilo ze wzrokiem utkwionym w relikwiarzu shrewsburskiej panienki. Czy ją prosił o pomoc w ucieczce, czy może przepraszał, że po tym co zrobił ośmiela się jej pokazywać na oczy, nie wiadomo. Wreszcie schylił się i wziął to, co ze sobą przyniósł – swoją czarną zakonną szatę. Nie wstając z kolan rozpostarł ją na stopniu, poskładał starannie i złożył u stóp ołtarza.
- I bardzo dobrze – usłyszał za sobą. Odwrócił się i zobaczył Hugona Beringara, który podawał mu na dłoni małe, srebrne kółko, mogące udawać pierścionek. - Masz, to ci się bardziej przyda. Jeżeli Cadfaelowi się uda...
- Udało się – przerwała mu Daalny, wskazując dwie ciemne postacie nadchodzące od strony oratorium. Jedna z nich wyraźnie kulała, wspierając się na solidnym szczudle.
- Zapalcie świece – polecił Cadfael. - Czy potrzebujesz czegoś jeszcze, Haluinie?
- Państwa młodych i świadka – brat Haluin odstawił kulę i wsparł się mocno na ramieniu Cadfaela.
I tak Tutilo i Daalny zostali sobie poślubieni w marcową noc, przed ołtarzem świętej Winifredy. Za obrączkę posłużyło srebrne kółko odcięte od uprzęży Beringarowego siwka, prezentem ślubnym była sakiewka zawierająca kilkanaście pensów, bo tyle miał przy sobie świadek, a ucztą weselną bochenek chleba popity kubkiem gruszkowego wina. Dopiero następnego dnia, kiedy nowożeńcy byli już daleko za walijską granicą, brat Rhun, który przyszedł zapalić świece na ołtarzu świętej Winifredy znalazł habit Tutilona i czym prędzej zawiadomił o tym opata.
- Gdzie to, mówisz, znalazłeś? - opat dwoma palcami uniósł brzeg czarnego materiału. - U stóp ołtarza świętej Winifredy? Złożone?
- Tak, ojcze. Starannie poskładane.
- I żadnych białych kwiatów?
- Żadnych – Rhun przyjmował pytania opata z właściwą sobie prostotą. - Ja w każdym razie nic takiego nie widziałem. Zresztą, mało się znam na kwiatach. Trzeba by zapytać brata Cadfaela.
- A tak, masz rację. Zapytam brata Cadfaela. Albo może lepiej nie.
