Okrakiem na barykadzie
...Zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych
których zdradzono o świcie
– Z. Herbert
Nagranie ze sklepowego CCTV było beznadziejne: czarno-białe, nieme, w niskiej rozdzielczości, skompresowane jakby siekierą rąbał, a na dodatek było w tempie chyba pięciu klatek na sekundę, oczy wykręcało. Ale śledztwo jest jak wojna – musimy walczyć tym, co mamy.
Przewinęłam do odpowiedniego momentu i dałam PAUSE. Oto mamy widok na wnętrze sklepu fotograficznego, widziane nieco z ptasiej perspektywy: po lewej, po prawej i u dołu widać oszklone gabloty z towarem, na wprost szklane drzwi, u dołu po prawej ladę, za ladą sklepikarza w jasnej koszuli (z góry i od tyłu). Sklepikarz to był borsuk, poznałam po czarnych pręgach na potylicy. Więcej nikogo. Na timerze dzisiejsza data i godzina: 08:05:41 ZT.
Kliknęłam PLAY. Czas-start.
Drzwi się otworzyły, wpadła do środka jakaś postać w ciemnej kurtce i w kapturze na głowie. Pokonała dystans do lady w kilku długich susach, w biegu wyjęła spluwę i z bliska strzeliła borsukowi w pierś – ten cofnął się o krok, zachwiał się i padł bezwładnie, jak Związek Sowiecki odłączony od rurki z petrodolarami. Napastnik zaś przeskoczył zwinnie przez ladę – na plecach miał sportowy plecak – i zniknął w lewym dolnym rogu ekranu; na moment mignął jeszcze wyciągany spod kurtki łom. Potem obraz zatrząsł się i zgasł. Wszystko trwało koło siedmiu sekund.
Odtworzyłam nagranie jeszcze parę razy w zwolnionym tempie, ale pełny scenariusz wydarzeń zrekonstruowałam dopiero wtedy, gdy przejrzałam je frame by frame. To znaczy niby wiedziałam, co tu zaszło, ale i tak chciałam się upewnić. Przewinęłam do momentu, w którym bandzior biegnie ku ladzie, mierząc z broni w borsuka. Klatka do przodu, klatka do przodu, pistolet ciągle wymierzony, jeszcze kilka klatek do przodu... i ręka opada. Nic. Jakby ten strzał nie padł. Żadnego błysku, żadnego odrzutu – cóż, przy tej jakości to w sumie nic dziwnego. Ale przewinęłam jeszcze trochę, do momentu, w którym borsuk leciał na glebę – w pewnym momencie opuścił rękę, obracając się przy tym lekko w lewo – i na jednej klatce zobaczyłam czarną, długą na trzy-cztery piksele plamkę, która pojawiła mu się na koszuli, plamkę, której, gdyby nosił coś ciemniejszego, na pewno bym nie spostrzegła. Krew? Nie, to nie krew – to strzałka. Sterczała na sztorc jakoś z okolic śledziony. Bo to nie była broń palna, to pneumatyczny pistolet na naboje usypiające. A borsuk nie został zastrzelony, tylko odleciał sobie do krainy snów. Zresztą mało brakowało, by trup faktycznie się na scenie pojawił, bo borsuk, zanim jeszcze oberwał, zdołał złapać za coś leżącego na półce pod kasą fiskalną; ale zrobić z tego użytku nie dał już rady, strzelba wymsknęła mu się z rąk i upadła obok niego. I to byłby w zasadzie koniec występów. O ustaleniu tożsamości głównego bohatera nie było co marzyć i to nawet nie kwestia kaptura – po prostu jakość nagrania mordowała wszystkie szczegóły. Na podstawie kształtu twarzy, proporcji w budowie ciała i sposobie poruszania się wyszło mi tylko, że to jakiś kotowaty, a na jednej z końcowych stop-klatek wypatrzyłam krótki, gruby ogon: to był ryś. Nic więcej już z nagrania nie wycisnęłam – masakra, kaszana, zupa z pikseli.
Zadzwonił Nick.
– Tak?
– I jak, masz coś? Co tam ciekawego w kinie grają?
– A kto to wie? Jakiś ryś. Zawodowiec. Na dzień dobry stuknął sklepikarza, bez bawienia się w „Ręce do góry, to jest napad". Obstawiam STG-1 i etorfinę iniekcyjną, i to w końskiej dawce, bo gościa ścięło momentalnie. Też niezły agent, swoją drogą. Trzymać pod ladą odbezpieczonego pump-guna? Gdyby facet zareagował trochę przytomniej, zamiast „Rysia zawodowca" mielibyśmy „Pana Kleksa".
– I kupę papierkowej roboty. Może to i lepiej.
– Taa. A potem od razu łubudu w kamerę. Najwyraźniej nie lubi, jak ktoś patrzy mu na ręce.
– Wnioski, Karotka, wnioski.
– Więc tak. Po pierwsze, facet jest niezły, ogarnął się z tym wszystkim szybko i sprawnie. Po drugie, musiał zrobić wcześniej rekonesans, wiedział, gdzie jest kamera, i wiedział, że jest tylko jedna. Miał plan i go zrealizował.
– Coś jeszcze? Rozumiem, że jego buźki to nie widać?
– Proszę cię! Tutaj nic nie widać! Film z mojej komunii to przy tym full HD. Powiedz mi lepiej, jak monitoring.
– Średnio. Zgubiłem go na Podbiegunowej w Tundrówce, koło warsztatu lodoszkła, wjechał w martwe pole i nie wyjechał. Przeglądam teraz nagrania z wylotówek, ale nic tu nie widzę. Albo się skitrał gdzieś na dzielnicy, albo przeładował na inną furę. Już dałem alert na blachy.
– Sprawdziłeś ten wóz?
– Taa, rąbnięty dziś w nocy. Dzwonili z Czterdziestego, mam tu papiery. Odzywali się może ze szpitala? I co z Houndsem? Wyniuchał coś?
– A, nie wiem. Robi te swoje czary-mary.
– A łapiduchy? Odzywały się?
– Do mnie nie. Ogarnij ten samochód, jak możesz. Jadę do ciebie.
– Się robi – powiedział i się rozłączył.
Znowu zostałam sam na sam z nagraniem. Podkasałam rękawy kombinezonu i cofnęłam jeszcze raz do czterdziestej pierwszej sekundy, klnąc pod nosem swój nikczemny wzrost, przez który musiałam stać na palcach, by manewrować myszą. Nie było tu bowiem krzesła.
Zresztą i bez tego było ciasno. Sklepowe zaplecze było ślepą kanciapą o wymiarach szopy na narzędzia, w dodatku zastawioną kartonowymi pudłami po sufit. W jaki, u diabła, sposób właściciele zdołali wcisnąć tu jeszcze komputer, pozostawało dla mnie nierozwiązalną zagadką. Zresztą ten komputer... no dobra, nazwijmy go przez grzeczność komputerem, ale blaszak był tak badziewny, że sprawiał wrażenie wyszabrowanego z wysypiska elektrozłomu. Był dość oporny we współpracy. Warczał, piszczał, mrugał światełkami, a grzał się, jakby w tle ktoś przeprowadzał symulację zderzenia galaktyk. Nagranie było równie żałosne. Przeleciałam je jeszcze raz, już na normalnej prędkości, już nie po to, żeby coś tu znaleźć, tylko żeby zostawić sobie w mózgu powidok zdarzenia. Drzwi się otwierają, wpada ryś, hop, hop, hop, jest przy ladzie, strzela, borsuk bęc, kurtyna. Porządna robota, ryś to fachowiec, nie ma co do tego wątpliwości. W odróżnieniu od tych wszystkich hucpiarzy przekonanych, że napad nie jest napadem, jeżeli gromkim tonem nie poinformuje się o tym otoczenia, a broni używających tylko po to, żeby efekciarsko powymachiwać nią ofierze przed nosem, nasz delikwent tutaj był wyjątkowo pod tym względem powściągliwy. A może nieśmiały taki? Ale mięczakiem bynajmniej nie był, przecież w ogóle nie przestraszył się tej wielkokalibrowej armaty w rękach sklepikarza. To nie byle oprych z faweli.
Stop. Cofnęłam nagranie o kilka minut, do punkt ósmej. Chciałam sprawdzić, jak to wyglądało przed napadem. Może działo się coś ciekawego.
Oczywiście nie działo się nic ciekawego. Można się było spodziewać. To samo sklepowe wnętrze, ten sam stojący za ladą borsuk. Film przywodził na myśl kino moralnego niepokoju, i to wcale nie dlatego, że wszystko było czarno-białe, tylko dlatego, że fabułę można podsumować krótkim Nic Się Nie Dzieje. Borsuk tylko stał i wypełniał jakieś papiery, z rzadka licząc coś na kalkulatorze, a za drzwiami migały kontury samochodów, i tak aż do feralnej minuty – ryś był pierwszym klientem. Odpuściłam więc i skupiłam się na jedynym, co miałam, na siedmiosekundowym fragmencie z napadem – pomyślałam sobie, że fajnie by go było skopiować, no bo to jest jednak, panie kierowniku, dowód przestępstwa, i trzeba go jakoś zabezpieczyć. Kliknęłam w playerze OPEN LOG DIR i wylądowałam w folderze main, pełnym podkatalogów opatrzonych nazwami odbitymi od sztancy YYYYMMDD. Program, jakiś toporny, prehistoryczny freeware, najwyraźniej zapisywał je w tychże podfolderach. Weszłam do dzisiejszego – podfolderów było czternaście, nagrania z ostatnich dwóch tygodni – i moim oczom ukazał się szereg plików avi, każdy z nazwą odbitą od datownika, każdy z przedpotopową ikoną klapsa filmowego. Wszystkie trwały po sześćdziesiąt minut; program musiał zapisywać je w cyklach godzinowych. Wyjątkiem był ostatni, z ósmej rano – ten trwał minut pięć. Ściślej: pięć minut i czterdzieści osiem sekund. Najwyraźniej kiedy ryś przyfasolił w kamerę, zapis się urwał. To będzie ten mój. Jęłam więc macać po kieszeniach w poszukiwaniu pendrive'a, znalazłam klucze, gumę do żucia, rachunek ze spożywczaka, talon na stołówkę, jakiś pendrive, kojarzyło mi się, też chyba miałam – ale zaraz dałam sobie spokój, kapnąwszy się, że ten rzęch nie ma wyjścia USB. Prychnęłam z rezygnacją pod nosem. To by chyba było na tyle, jeśli chodzi o nagranie. Z niewesołą miną patrzyłam w ekran: plik siedział gdzie siedział, podświetlony na granatowo, obciachowa ikonka reprezentująca trzysta czterdzieści osiem sekund festiwalu czarno-białej pikselozy w pięciu efpeesach, amen. Będzie musiało poczekać. Potem się to jakoś wyłuska. Swoją drogą ciekawe, czy będzie to w ogóle mogło stanowić jakiś dowód w sprawie. Już widzę tę rozprawę: „Wysoki sądzie, napastnik z nagrania zdecydowanie nie przypomina mojego klienta, między nami mówiąc, to to równie dobrze może być jeden z sobowtórów Michaela Jagsona". Fajnie się śledztwo zaczyna, nie ma co.
Nic tu po mnie. Zapuściłam żurawia do sklepu: tam wciąż wrzała praca, chłopaki Houndsa, cali na biało, krzątali się wśród strzaskanych w kaszę gablot. Nie chciałam pałętać się pod nogami, więc wybrałam tylne wyjście. Sforsowałam zasieki z żółtej taśmy ostrzegawczej i znalazłam się na wewnętrznym podwórku kamienicy. Nareszcie mogłam z siebie zrzucić ten przeklęty polipropylenowy kombinezon; dali mi najmniejszy rozmiar jaki mieli, a i tak leżał na mnie jak worek po granulacie nawozowym.
Padało. Kombinezon zmięłam w kulkę i wraz z rękawiczkami ciepnęłam do stojącego u drzwi kontenera, wyładowanego po brzegi folią i kartonami. Zapiąwszy kurtkę pod szyję, popatrzyłam krytycznie w niebo. Na przejaśnienie się nie zanosiło, podpowiadał mi instynkt wieśniaka. Zresztą padało już od dłuższego czasu i podwórko – plac dziesięć na dziesięć zabudowany ze wszech stron ścianami kamienicy, taka typowa studnia, jakich pełno w Śródmieściu – całe było w kałużach. Jedynym jako tako wolnym od wilgoci rejonem było osłonięte daszkiem wejście na klatkę schodową, w rogu po lewej. Stał tam, oparty plecami o ścianę, borsuk, krępy okularnik w burej marynarce z tweedu. Patrzył w ziemię, ręce trzymał w kieszeniach. Podeszłam doń.
– Jak tam? Trzyma się pan?
Spojrzał na mnie ponuro, wzruszył ramionami.
– Powiedzmy, że bywało lepiej – mruknął.
– Dobra. Przelećmy to jeszcze raz, na spokojnie. W chwili zdarzenia był pan – gdzie?
Wskazał głową drzwi obok.
– Na piętrze, w biurze. Mamy tam lokal.
– W biurze. I co pan tam robił?
– Ogarniałem faktury. Papierkową robotę, w sensie.
– Okay. Żeby była jasność: pan tutaj pracuje, tak?
Ponowne wzruszenie.
– Pracuje, nie pracuje... To skomplikowane. Wie pani, jak to jest, gdy rodzice prowadzą interes: sprawy prywatne stają nieodróżnialne od zawodowych.
– Rozumiem, rozumiem. I co było potem?
– Mhm. Zszedłem po coś do sklepu, nie pamiętam już, po co. Patrzę, tata... tata leży... nieprzytomny... prz-prszm. – Złapał się za usta i poleciał za kontener.
Poszłam za nim. Stał, zgięty wpół, i wymiotował w kałużę. Poratowałam go chusteczką.
– Dziękuję. Uch.
– Słabo panu? Wezwać lekarza?
– Co? Nie, nie trzeba. Po prostu... Mhm. Wie pani, w pierwszej chwili, jak go zobaczyłem, pomyślałem, że to zawał. A potem, jak do mnie dotarło, co się stało, że... że nie żyje. Że ktoś go zabił.
– Nic mu nie będzie – powiedziałam dziarsko. – Podejrzewam, że lada moment dojdzie do siebie, jeżeli jeszcze nie doszedł. Nie ma się pan co przejmować.
Tak naprawdę to od etorfiny – jeśli to była etorfina, bo cholera wie – w skrajnych przypadkach można zapaść w komę albo się nawet przekręcić, ale tej wiedzy już mu oszczędziłam. Po co chłopinę stresować jeszcze bardziej?
Borsuk tymczasem doszedł chyba do stanu jakiej takiej używalności. Wziął parę głębszych oddechów i spojrzał mi w oczy; wyglądał już trochę przytomniej. Przypomniałam sobie nazwisko: Peltney, Christopher Peltney. Był młody, ledwie kilka lat starszy ode mnie (przynajmniej tak miał w papierach), ale miał już w sobie to coś, co u mężczyzn pojawia się z reguły dopiero po czterdziestce, jeśli w ogóle. To spojrzenie, na przykład; nawet wziąwszy poprawkę na traumę i szok, czuło się, że jest to spojrzenie faceta, któremu życie dało w tyłek mocniej niż w tym wieku przysługuje, i który jest tym już trochę zmęczony. A spoglądał borsuk na świat zza szkieł o wymiarach okrętowych bulajów. Ruchy wykonywał niezbornie, niegramotnie, jak emeryt po wylewie. W poprzecieranej na łokciach marynarce, w swetrze, który wyszedł z mody we wczesnym oligocenie, prezentował się jako parodia stereotypowego pana od historii – patrzysz na niego i aż zaczynasz sobie przypominać daty bitew wojny peloponeskiej. Na barkach pstrzyły mu się białe kropki łupieżu.
– Nie stójmy tak – mruknęłam.
Ujęłam go pod ramię i zaprowadziłam pod daszek. Nie opierał się. Pomogłam mu usiąść na murku; stęknął ciężko, oparłszy się plecami o ścianę. U stóp pety, ponad głową krzywy herb jakiegoś klubu piłkarskiego i MICK + SALLY = WNM: pan Peltney na włościach.
– Dobra. Zszedł pan na dół, zobaczył pan leżącego ojca – i co wtedy?
– Mhm. Zobaczyłem, że z piersi sterczy mu taka jakby strzałka. Nie wiem, może powinienem ją wyrwać, czy coś... Ale bałem się, że jeszcze pogorszę. A gdyby... gdyby w tętnicę...
– I dobrze pan zrobił – pokiwałam głową. – Na pewno by pan nie pomógł. Cokolwiek tam było – puf!, trafiło do krwiobiegu. Usuwaniem na własną rękę mógłby pan tylko zaszkodzić.
– Aha... – Przymknął oczy. – Czyli niekoniecznie... Szczęście w nieszczęściu...
– Co było dalej?
– Tak... Sprawdziłem mu puls i oddech. Żył. Ułożyłem go w pozycji bezpiecznej, jak mnie uczyli na kursach, i zadzwoniłem na sto dwanaście. Pogotowie przyjechało po jakichś, ja wiem, może piętnastu minutach, przyjechali i go zabrali, no a potem przyjechaliście wy. Resztę pani zna. Nic tam nie ruszałem, niczego nie dotykałem.
– A widział pan może kogoś? W sklepie? Albo na ulicy?
– Nikogo, pani oficer. Pobojowisko.
– Sierżant. Taka, o, jodełka to je sierżant.
– Pani sierżant. Przepraszam.
– Nie szkodzi. A czy... A jak pan był na górze, nie słyszał pan nic? Jak ktoś obrabia sklep?
– Pani chyba żartuje – żachnął się. – Tutaj są ściany jak w schronie przeciwlotniczym. Podejrzewam, że koncertu na bębny by nie było słychać. Takie tam, uroki starego budownictwa.
Nie da się ukryć. Budynek pochodził jeszcze z czasów, w których słowo „blok" oznaczało kawał drewna albo porcję chałwy, zaś w architekturze dominował pogląd, że najfajniej będzie, gdy wszyscy będziemy mieszkać w małych, ciemnych i trudnych do wietrzenia klitkach. Powiodłam wzrokiem po podwórku: zarządca kamienicy ewidentnie oszczędzał na czym mógł, elewacja, nie tknięta wałkiem na oko od dekady, łuszczyła się i odpadała. Cztery piętra. Kwiatki w donicach. Najwyższa kondygnacja po lewej – okna zabite dyktami. Gapiów niewielu, tylko kilka par oczu dostrzegłam za szybami; czatowali cierpliwie, jak strzelcy wyborowi, dzielnie wyczekując momentu, w którym wreszcie wyciągniemy z zaplecza te poćwiartowane zwłoki, co je tam trzymamy. Jedno okno było otwarte: wyglądała stamtąd jakaś babina, antylopa, obdarzając mnie śmiertelnie znudzoną miną cesarza oglądającego od niechcenia kolejną rzeź gladiatorów.
– Niech mi pan powie... – mruknęłam, patrząc jak Peltney pomału gramoli się na nogi. – Zna pan może jakiegoś rysia?
– Rysia?
– Na nagraniu widać, że sprawcą napadu jest ryś. Kojarzy pan jakiegoś? Nie kręcił się tu może jakiś w okolicy? Mógł robić rozpoznanie przed skokiem, oni często tak robią. Nie rzucił się panu w oczy?
Borsuk otrzepał sobie spodnie na tyłku i uśmiechnął się kwaśno.
– Pani sierżant, choćby i batalion rysiów przedefilował mi przez przez biuro, nie spostrzegłbym. Tak jestem zawalony robotą.
– A pracował tu może jakiś? W ogóle zatrudniacie kogoś?
– Nikogo. A przynajmniej... Zaraz, jak pani powiedziała?! Rysia?
– Tak. Pracował tutaj jakiś?
Nie odpowiedział. Odwróciwszy wzrok, nerwowym ruchem przeczesał palcami sierść na czubku głowy; minę miał, jakby przypomniał sobie o niewyłączonym żelazku.
– Cholera. Cholera, cholera, cholera.
– Panie Peltney? – spytałam. – Czy pracował u pana jakiś ryś?
– Eee... Tak. To znaczy: chyba tak. Nie wiem. Ale wydaje mi się, że tak.
– Hę? Nie wie pan? A jakim cudem?
– Ano takim, że to było wtedy, kiedy się stąd wyprowadziłem. Już po tym wypadku, co miała babcia, w sensie.
Obdarzyłam go spojrzeniem zarezerwowanym dla Nicka, gdy ten usiłuje nazywać mnie słodziakiem. Borsuk musiał zobaczyć, że tego nie kupuję. Zamachał rękami.
– Dobra. Od początku.
Wyjął z kieszeni kraciastą chustkę, zdjął pingle, przetarł szkła. W odpowiedzi wyjęłam notes.
– Mhm, tak. Rodzice – rodzice wystartowali z tym biznesem jakoś niedługo po moich narodzinach. („Tukidydes za przyczynę jej wybuchu uważał wzrost potęgi Aten i strach, jaki wzbudziło to u Spartan..."). I ja im pomagałem przez... no, przez ładnych parę lat. Potem skończyłem studia, znalazłem robotę i się wyprowadziłem. A rodzice zostali na gospodarstwie we dwójkę. I jakoś sobie radzili, lepiej lub gorzej, aż do tego wypadku, bo jakoś ze trzy miesiące temu babcia złamała miednicę. I mama z nią siedzi, a sklepem zajmuje się ojciec.
– Sam? – Notowałam.
– Ano sam. Bo wie pani, mój ojciec jest facetem bardzo, hmm... dumnym. Niezależnym. I trochę skąpym, co tu dużo mówić. Wszystko zawsze sam i sam. Nigdy nikogo nie zatrudniał. Mówił, że to byłaby dla niego osobista zniewaga. Pewnie zna pani ten typ? Mhm. No, ale w końcu jednak poszedł po rozum do głowy, w końcu, bo z początku ja tutaj przychodziłem i mu pomagałem, jak za dawnych lat, no ale ja mam swoją pracę, mam inne obowiązki na głowie. Nie umiałem się rozdwoić. W końcu przekonałem go, w sensie tatę, przekonałem go, żeby skołował sobie kogoś do pomocy. I tak też zrobił. Ale zaraz go wylał. Potem zatrudnił kolejnego – i powtórka z rozrywki. I tak parę razy. Nie wiem, ilu ich było, koniec końców. Ale teraz, jak pani widzi, nie zatrudniamy nikogo.
– Mhm. A pan?
Wzruszył ramionami.
– A ja, jak pani widzi, jestem. Życie.
– Rozumiem. A widział ich pan kiedykolwiek? Tych pracowników?
– Nie, nigdy. W końcu po to tata ich zatrudniał. Żebym ja nie musiał tu przychodzić.
– Mhm. I mówi pan, że przewinął się tu między innymi jakiś ryś?
– Coś tam kojarzę piąte przez dziesiąte, że tata napomykał coś o jakimś rysiu, tak. Albo może o żbiku? Nie wiem, naprawdę. Wiem tylko, że na pewno była tu jakaś gazela. Ojciec strasznie się na nią skarżył. Podobno zachowywała się dość dziwnie.
– Gazela, mówi pan? No dobra. Będę chciała rzucić okiem na jakieś dokumenty po tych pracownikach. Umowy, wnioski ubezpieczeniowe, druki skarbowe, cokolwiek.
– Myśli pani? Że tata zatrudnił przestępcę?
– Nie wiem, zobaczymy. Chciałabym zamienić z nimi parę słów. To co? Znajdzie pan te papiery?
Zasępił się, wsadził ręce w kieszenie. Milczał dłuższą chwilę.
– Szczerze powiedziawszy, nie widziałem tu niczego takiego – powiedział w końcu. – A przynajmniej nie w biurze. Może są w domu, nie wiem. Będę musiał porządnie poszukać. Znajdę je, oczywiście, ale potrzebuję trochę czasu.
– Okay, nie musi być w tym momencie.
Peltney westchnął i pokiwał głową. I zamilkł. Stał, bidula, z nosem spuszczonym na kwintę, najwyraźniej wsłuchany w bulgoczącą w rynnie wodę. To chyba byłoby na tyle, jeśli chodzi o przesłuchanie... Popatrzyłam krytycznie w notatki. Większość strony zajmował skrót z borsuka zeznań, zamaszyście nagryzmolony galimatias słów-kluczy, upstrzony mnóstwem strzałek, skrótów i piktogramów. Wyglądało to jak plan sytuacyjny bitwy nad Sommą autorstwa pijanej stenotypistki, ale nic na to nie poradzę, tak mi się po prostu najlepiej notuje. U góry strony zaś widniało parę linijek w miarę starannego pisma. To Peltneya dane osobowe: numer ID, adres, DoB i tak dalej; spisałam je sobie z jego Z-Karty już wcześniej. Dziwna rzecz: niby od dawien dawna robią te karty plastikowe, a i tak wszyscy mówią „papiery"... Stukałam w zamyśleniu długopisem o krawędź okładki. „RYŚ", szczerzyło się do mnie ze środka bałaganu. „RYŚ" – to słowo było w centrum, grubo podkreślone, gdyby otworzyć notes na tej stronie, to to uderzyłoby w oczy jako pierwsze. Reszta notatek była porozrzucana dokoła, jak bośniackie dziecko po spotkaniu z miną przeciwpiechotną. Pytajniki i wykrzykniki znakowały interesujące punkty, a tu i tam biegły zamaszyście wytyczone strzałki. Jedna celowała w: „GAZELA? ZACH. SIĘ DZIWNIE", widniejące u dołu. Ciekawe, co to miało znaczyć... Czy ta gazela ma jakiś związek z rysiem? Trzeba to będzie wyjaśnić... Wzięłam sobie tę gazelę w kółeczko, jakby pieczętując tym swoją pisaninę. Niechcący wjechałam przy tym na margines – a tam siedział jeszcze jeden krzywy Hoppsograf, widniało tam: „17009NV451". To numer seryjny – numer seryjny vanguarda R60, tej strzelby, co ją Peltney Starszy trzymał pod ladą; obmacałam ją jeszcze przed obejrzeniem nagrania z biedamonitoringu.
– Pana ojciec... – mruknęłam. – Pana ojciec ma broń...
Ha, i to nie byle jaką! Vanguarda sześćdziesiątkę – ta „R" to od „Rozpierducha", jak głosi branżowy dowcip – ręczną, dwustrzałową armatę ładowaną nabojami „Gruba Berta", co na bliską odległość robi w celu dziury wielkości talerza. Jak dla mnie kiepski wybór: to broń ciężka i nieporęczna, dobra może do ataków na konwoje tudzież do wykurzania mudżahedinów z nor w afgańskich górach, lecz do obrony mienia przed rabusiami, jeżeli rabusie nie poruszają się opancerzonym transporterem, nadająca się jak młot pneumatyczny do szydełkowania. Nasz sklepikarz wychodzi najwyraźniej z założenia, że jeżeli mieć broń, to, kuźwa, największą jaka jest – w trakcie swojej kariery spotkałam już paru takich gości i niespecjalnie ich lubię. Ale prawo jest po ich stronie, trzymanie czegoś takiego jest legalne: ustawa o broni do ochrony miru domowego, jej najnowsza nowelizacja, nakłada wprawdzie surowe kary za, na przykład, wynoszenie naładowanej broni poza dom, ale nie dość, że pod „dom" podciąga również lokal, w którym prowadzi się działalność gospodarczą, to jeszcze w żaden sposób nie określa dopuszczalnego kalibru czy energii kinetycznej pocisku. Typowy legislacyjny kwiatek – w kraju z prawicowym prezydentem i lewicowym parlamentem takie kwiatki to rzecz na porządku dziennym.
– Ano, ma.
– Legalną? Pan wybaczy, że tak głupio pytam, ale dla pewności...
– Legalną, legalną. Mamy pozwolenie. To znaczy tata ma, ja nie mam. Przynieść?
– Mhm, tak, będę chciała rzucić okiem. Ale to potem. Niech się pan tym na razie nie przejmuje.
Spojrzałam na zegarek. Dziewiąta piętnaście.
– Dobra, to by na razie było na tyle – mruknęłam. – Gdyby pan sobie coś przypomniał albo gdyby pan znalazł te dokumenty – proszę dać mi znać. Moment, zapiszę panu mój numer... Proszę. Rozczyta mnie pan? No, proszę, proszę. Śmiało.
Borsuk miał jakieś opory. Popatrywał na mnie niepewnie, aż końcu przemógł się i sięgnął. Minę miał skonsternowaną, jakby nie mógł uwierzyć, że daję mu numer telefonu na wyrwanym z notesu świstku. Co on, spodziewał się, że państwowy urzędnik poczęstuje go wizytówką? Studiował tę karteczkę dłuższą chwilę, trzymając oburącz, aż w końcu złożył ją wpół i schował do kieszeni. Spojrzał mi w oczy – a w oczach miał starość i lód. Gdybym na własne oczy nie zobaczyła jego dokumentów, spokojnie dałabym mu dziesięć lat więcej niż ma. Christopher Peltney. Syn właściciela sklepu. Borsuk. Drapieżnik. Taaak... Ten ostatni fakt był mi, przyznaję, ciut niewygodny. Obcowanie z drapieżnymi, tymi, których nie znam, nie jest dla mnie rzeczą prostą, w szczególności w takich jak ta sytuacjach, kiedy każą mi prowadzić ich sprawy. Zawsze czuję wtedy pełzające mi pod skórą mdłe poczucie winy i lekki ucisk gdzieś z tyłu głowy, tam, gdzie siedzą, niedbale skompresowane, wspomnienia po starych dziejach. I niepewność – bo nigdy nie wiesz, co ci się trafi. Nie, nie ma to nic wspólnego z pudełkiem czekoladek, prędzej z wizytą u dentysty: być może wszystko pójdzie gładko, a być może okaże się, że trzeba będzie tu i tam co nieco powiercić, i to trochę poboli. Chociaż w tym przypadku wszystko odbyło się bezboleśnie. Peltney nawet słowem nie poruszył Tego Tematu i nawet przez chwilę nie dał mi odczuć, że coś do mnie ma, co generalnie bardzo dobrze o nim świadczyło. A może po prostu mnie nie poznał? Nie no, bzdura, musiał poznać, choćby dlatego, że przez cały czas miał przed oczami naszywkę z moim nazwiskiem. Czyli albo ma wyrobiony na sprawę trochę inny pogląd niż reszta, albo najzwyczajniej w świecie ma to wszystko w tyłku. Zachował się bardzo ładnie, tak czy inaczej; miło z jego strony. Chodzą jeszcze dżentelmeni po tym świecie.
W bramie kamienicy unosił się milutki zapaszek moczu, syfu i wymiocin. Po bukiecie, dzięki bogatemu doświadczeniu z rajdów po śródmiejskich patomelinach, rozpoznawałam etykiety winiaczy, adresy met, nazwy spelun. A czekało tutaj tych dwóch zuchów z agencji ochroniarskiej: stali sobie w przejściu i gawędzili beztrosko, jak gdyby nigdy nic. Jeden to był podstarzały guziec z wielkim bandziochem, a drugi łoś z zezem, zupełny smarkacz – już chyba sam ten obrazek powinien wam podpowiedzieć, z jakim rodzajem agencji ochrony mamy tu do czynienia. Z punktem osobliwym rynku pracy. Westchnęłam w duchu. Nic dziwnego, że napad się powiódł, skoro to właśnie takim gierojom powierzono ten sklep pod opiekę. Żadnego rysia oczywiście ani nie złapali, ani nawet nie widzieli, ale akurat na to nie liczyłam. Jeżeli firma ochroniarska gwarantuje, że w razie czego zjawia się w pięć minut, to znaczy, że włamanie trwa poniżej pięciu minut; ale te asy tutaj, jak już zdążyłam ustalić, przyjechały sobie po półgodzinie. „To i tak szybko", mruknął flegmatycznie guziec. Co za amatorka. Typowa firma-krzak, co istnieje tylko dzięki walącemu się w gruzy systemowi emerytalnemu. Nikt, kto ma odrobinę oleju w głowie, nie powierzyłby im ochrony piaskownicy, a co dopiero nafaszerowanego drogą elektroniką sklepu. (Pomyślałam o nocnej zadymie na stadionie: czy to właśnie tacy mistrzowie tam pracowali i tak pokpili sprawę?). Minęłam ich bez słowa, przyglądając się ich czarnym, worowatym bojówkom i całkowicie nieprzepisowym pałkom teleskopowym, dyndającym u pasków. Guziec nie zwrócił nawet na mnie uwagi; perorował coś towarzyszowi, łapiąc przy tym zadyszkę i raz po raz ocierając pot z czoła. Łoś słuchał tego ze zblazowaną miną starego wiarusa, co to już wszystko widział i wszystkiego doświadczył, mimo że przychodził na świat jakoś wtedy, kiedy ja dowiadywałam się, co to jest okres. Zawołał coś za mną – nie odpowiedziałam, byłam już na ulicy.
A na ulicy, niedaleko wejścia do sklepu, na strategicznym spłachetku suchego chodnika pod drzewem, stał Hounds – szef ekipy techników, pan na labie, nasz nadworny czarodziej – i jakiś jego kumpel, też wilk. Tego drugiego nie kojarzyłam i nie widziałam tu wcześniej, musiał przyjechać niedawno. Popijali kawę ze styropianowych kubków.
– ...Ammo domowej roboty, nie masówka – gadał ten drugi – więc z balistyki kicha. Ale może ATF, oni mają rejestr broni szturmowej –
– Jak tam? Macie coś?
Hounds upił łyk kawy i popatrzył na mnie w sposób, w jaki zawodowy morderca z elitarnej szkoły asasynów patrzy na wywijającego sztachetą nieletniego chuligana.
– Jak: czy mamy coś? No przecież widzisz, że praca wre. – Siorbnął. – Trzeba czasu. To nie badanie szczyn do okresowych.
– Pomyślałam, że może macie coś na szybko?
– Gdybym miał, to bym ci powiedział... Znacie się? Robert Growler, Judy Hopps.
Uścisnęliśmy sobie dłonie.
– Nędzny pomagier Houndsa, bardzo mi miło.
– Największa maruda w firmie. Cała przyjemność.
Hounds zerknął na komórkę i spytał Growlera:
– Odzywał się do ciebie Lynch? Albo Schafler? Mówili, na kiedy będzie profilowanie?
– A na kiedy będzie moje? – wcięłam się.
– A, nie wiem. – Hounds machnął ręką. – Będzie, jak się zrobi. Co z tym profilowaniem, cholera?
– To znaczy? Dzisiaj jeszcze?
Westchnął z irytacją.
– Może wczoraj od razu? Ty naprawdę sądzisz, że to jest minuta osiem? Weź numerek i poczekaj grzecznie na swoją kolej.
– Tylko spytałam. Chciałam sobie rozplanować jakoś dzień.
– Dla niej badania laboratoryjne to to samo, co opylanie kartofliska – poskarżył się Growlerowi zbolałym głosem. – Tu chemia i tam chemia, więc co za różnica? Z wyobrażeń na temat tej roboty to ja chyba mógłbym habilitację machnąć...
– Wystarczyłyby wyniki analizy.
– Weź się odwieś, Hopps, co? Mamy ważniejsze rzeczy do roboty niż jakiś tam sklep foto. Na przykład Las Padas. Bo nie wiem, czy wiesz, ale tam, w Las Padas... – Nie odwracając głowy, wskazał w stronę skrzyżowania; już-już chciałam się wymądrzyć, że Las Padas to w drugą stronę, ale przypomniało mi się, że rozmawiam z kimś, kto się trochę zna na sposobach zacierania śladów morderstwa, i ugryzłam się w język – ...tam, w Las Padas, mieliśmy w nocy strzelaninę. Taką prawdziwą strzelaninę, z prawdziwą bronią, która robi pif-paf i którą naprawdę można komuś zrobić kuku. Powinienem być tam, a nie tutaj. Mamy huk roboty...
– Już widać koniec – mruknął Growler, zezując do wnętrza kubka.
– ...mamy huk roboty, a ty mnie pytasz, na kiedy będzie jakiś tam sklep. Litości! Będzie, jak znajdziemy trochę czasu, żeby go ogarnąć. Są priorytety, twoje aparaciki mogą zaczekać. A jestem na nogach od drugiej. Robię ci grzeczność, więc nie przeciągaj struny.
Pokazałam mu wnętrza dłoni.
– Dobrze, już dobrze, nie złość się. No. Potrzebuję wozu.
– A ja potrzebuję urlopu. I to tak z tydzień. Zobacz, jak mi powieka drży, o!
– Więcej magnezu a mniej kawy, serdeńko. Ten i tamten. To nasze, nie? No. Co najmniej dwa tylko stoją sobie i rdzewieją. To jak będzie?
– Dobry zwyczaj... A gdzie jest Wilde, swoją drogą? Wydawało mi się, że go tu widziałem.
– Pojechał na komendę, ogarnia monitoring i resztę dupereli. Słuchaj –
– Jak go spotkasz, to mu przypomnij, że wisi mi stówę.
– Chcesz na komendę? – wtrącił Growler. – To mogę cię podrzucić, bo też jadę. Mam trochę roboty w labie.
– Pięknie dziękuję. Z nieba mi spadłeś.
– To za pięć minut.
W sam raz. Korzystając z chwili, wyjęłam z kieszeni kurtki zawiniętą w papier kanapkę z dżemem marchewkowym i zabrałam się za konsumpcję. W sumie to i dobrze, że padało, bo przynajmniej gapiów nie było, a ci, co byli, kisili się pod daszkiem u wejścia do spożywczaka po drugiej stronie uliczki i wspaniałomyślnie nie przeszkadzali w robocie. Tylko jakiś młody bóbr w bluzie z kapturem robił sobie selfie na tle żółtych taśm, pozując z uniesionymi dwoma palcami w geście V; przypomniał mi się stary kawał o sierżancie. W międzyczasie Growler dopił kawę i wyczarowawszy skądś tablet, jął z Houndsem omawiać jakiś niuans dokumentacji tej tam strzelaniny, jak się domyśliłam. Dyskutowali po cichu, wpatrzeni w ekran. Naukowo-techniczny slang jajogłowych, który w ustach bohaterów seriali kryminalnych zawsze był dla mnie doskonale zrozumiały, teraz brzmiał mi jak bełkot szalonego profesorka. Przeniosłam wzrok na kamienicę. Frontowa ściana prezentowała się nawet całkiem przyzwoicie, elewacja była odnowiona i w ogóle – za mało to było jednak, by zabić mi skojarzenia z przemocą domową, zbieraczami śmieci, trupami samotnych starców i imigrantami z Europy Wschodniej kiszącymi się po dwudziestu na metrze kwadratowym. Na rogu budynku wisiała lekko pordzewiała tabliczka z nazwą ulicy: Steinbuck Street. Ulica Steinbucka, słynne Zagłębie Wierszokletów... Fotosklep Peltneyów zajmował cały parter pod numerem siedem. W środku, za szybą witryny, snuły się sylwetki w białych kombinezonach i odprawiały tajemne rytuały naukowego misterium. Wejście zaklejono żółtymi taśmami, by oddzielić strefę sacrum od profanum; z rzadka błyskał flesz.
Tamci chyba w końcu skończyli to swoje konsylium. Growler schował ustrojstwo pod kurtkę.
– Dobra, jedźmy, bo samo się nie zrobi. A jeszcze Góra mnie męczy te o statystyki. Od miesiąca nad tym siedzę, to będzie dzieło nikomu niepotrzebnej sztuki. – I do Houndsa: – Będę w czwórce, jak coś.
Ten tylko wzruszył ramionami.
Wsiedliśmy do radiowozu, Growler usiadł za kółkiem, ja wgramoliłam się na fotel pasażera.
– Nie przejmuj się, on po prostu musi sobie trochę pomarudzić – powiedział wilk wesoło, zapuszczając silnik. – Trochę się już na nim poznałem. Będziesz mieć te wyniki jeszcze dzisiaj, jak go znam.
– Mówisz?
– Pewnie. To obsesjonat. Urlop, dobre sobie! Ten facet nawet na pokój hotelowy patrzyłby jak na miejsce zbrodni. Wybacz bałagan.
I pojechaliśmy. Jeżeli to można tak nazwać, bo wydostanie się z osiedla zabrało nam żenująco dużo czasu. Pierwsze sto-sto pięćdziesiąt metrów to przejechaliśmy jeszcze jak cię mogę, ale zaraz potem utknęliśmy w korku. Wąsko było straszliwie. Śródmieście-Zachód, dzielnica, w której Peltneyowie zainstalowali swój geszeft, to gęsto zamieszkana zona mieszkalna, zwarta i ciasno zabudowana: kamienice, kamienice, kamienice. Wzniesiono je jeszcze w czasach, kiedy przeciętna rodzina posiadała jakieś 0,2 samochodu, toteż planiści nie musieli zaprzątać sobie głów takimi błahostkami jak przepustowość ruchu ulicznego. To nie wielopasmowe aleje City – to krzyżówka jednokierunkowych uliczek, wąskich jak tętnice sklerotyka, teraz jeszcze zastawionych po obu stronach rzędami zaparkowanych aut. Policyjna fura – bydlę o rozmiarach lodołamacza – mieściła się tu dosłownie na styk, jeden nieostrożny ruch kierownicą i po lusterku. A co gorsza tliły się jeszcze resztki porannego szczytu, więc turlaliśmy się tymi uliczkami jakąś żałosną prędkością, często zwalniając albo zatrzymując się, i raz po raz ustępując pierwszeństwa na równorzędnych. Aż pożałowałam, że nie poszłam na tramwaj, byłoby szybciej. Prosto na skrzyżowaniu, prosto, prosto... W końcu zdałam sobie sprawę, że jedziemy nie najkrótszą trasą, ale niejako naokoło, na południe, pewnie przez plac koło dworca kolejowego. Czyżby przez nocne wydarzenia zablokowana była Czternasta? Tamtędy na stadion najbliżej... Gapiłam się na uzbrojonych w parasole przechodniów i przeliczałam w myślach czasy i odległości; deszcz bębnił w karoserię.
– Co to za strzelanina? – spytałam w końcu.
– Hmm?
– Las Padas. Co się stało? Jakiś odprysk tej tam rozróby, poszło na broń ostrą? Ja wiem, że to drugi koniec miasta, ale...
– Co? Aaa, nie, nic z tych rzeczy. Cholera wie, o co tam poszło, w sumie. Ale sądząc po liczbie łusek, było cholernie gorąco. Samochody na żyletki.
– Porachunki jakieś? Las Padas... Fawela? Rio? Mała Bogota? Kubańczycy?
– Gorzej. Nasi.
– Co?!
Telefon. Nie mój, Growlera. Wilk zaklął, sięgnął do kieszeni, odebrał. Jechał dalej, mrucząc do komórki czarnoksięskie zaklęcia i inkantacje. – Skaningowa nic nie dała, ona jest lead-free, tak, chałupnicza robota, ale niezła... Nitroguanidyna, bo trójbazowy, na spektrometrze wyskoczyły jakieś dziwne piki na trzech tysiącach, to może być niezły trop... Nie wiem, nie moja działka, uderzaj do Lyncha albo do Schaflera, oni powinni wiedzieć... – Siedziałam i gapiłam się tępo w szybę, czując, jak mi cukier paruje z krwiobiegu. I słuchając, jak Growler pomału traci cierpliwość.
– ...Dobra, dobra, będzie zrobione. Na dzisiaj. Tak. – I się rozłączył.
Rozmowa zdechła. Przez kilka przecznic żadne z nas się nie odezwało. Wlekliśmy się dalej, z prędkością dryfu kontynentalnego, wsłuchani w odgłosy silnika i deszczu; wilk wzdychał raz po raz, bębniąc palcami po kierownicy. Usiłowałam jakoś zebrać myśli.
– Aha – mruknęłam w końcu. – Aha. Więc to tak.
– Ano.
– Ofiary?
Pokręcił głową.
– Nie. Nie śmiertelne, w każdym razie.
– Nie śmiertelne...
– Jeden z naszych oberwał, tak. Ale słyszałem, że się wyliże.
– Chwała Bogu.
– Chwała Bogu, tak. Albo mieli zeza.
– Kto to jest? Ten, co oberwał? Od nas w ogóle?
– A, nie wiem. Nie kojarzę, kto tu jest skąd. Ja nie jestem gliniarzem, ja jestem, o, szczurem laboratoryjnym. Wy macie swoją robotę, ja swoją.
– Mhm. Ale i tak coś za długo był spokój... Kiedy ostatni raz?
– Ha. Ty mi powiedz.
– Nie pamiętam już... ale z pół roku to będzie. Chyba. Uch. Znowu się zaczyna Dziki Zachód...
– Taa. A jeszcze Bullins się odgrażała, że broń palna będzie w każdym gospodarstwie domowym. Wtedy to się dopiero będzie działo. Czytałaś wczorajszego „Observera"?
– Jak to wygląda? Las Padas, w sensie. Co tam się stało?
Zasępił się.
– Dobre pytanie – mruknął.
– Proszę?
Nie odpowiedział. Gapił się na drogę. Milczał przez jakieś trzy przecznice; chyba niechcący trafiłam go w miękkie.
– Dziwna sprawa – powiedział w końcu. – Nie wiem do końca, o co tam poszło. Nie chcieli mówić.
– O. Jak to?
Wzruszył ramionami.
– Normalnie. My nie dochodzeniówka, my jesteśmy tylko serwis sprzątający. Nie mówią nam takich rzeczy.
Nie skomentowałam. Patrzyłam na niego tak długo, aż spojrzał na mnie. Przewrócił oczami i westchnął.
– Ja nic nie wiem, słowo daję – mruknął. – Jak przyjechaliśmy... Dziwnie to wszystko wyglądało. Totalnie w lesie, z dala od zabudowań – wiesz, jedna z tych dróg w dżungli, co to wiodą znikąd donikąd. Za Jivaro jakoś. Cholerne Las Padas... Mhm. Karetka, dwa auta, jedno jakby poczęstowane z gatlinga, drugie w niewiele lepszym stanie – tak to wyglądało. W pierwszej chwili pomyślałem to samo, co ty, że to jacyś muchachos pokłócili się o zabawki. Ale tam byli chłopaki od nas. Tak z siedmiu czy ośmiu, po cywilnemu. Zabezpieczyć teren, mówi szefu. Bez żadnych wyjaśnień. Pytam go, co tu zaszło, a ten każe mi spadać na drzewo. Reszta to samo, próbowałem zasięgnąć języka, ale mnie zbyli. Tajemnicę, cholera, z tego robią, myślałby kto.
– Podejrzenia?
– Cóż, mnie to wygląda na to, że chcieli zatrzymać jakiś samochód do kontroli, a tamci niespecjalnie chcieli dać się zatrzymać. Ale możliwe – no jedźżeż, dziadek, nie stój tak... Mhm. Ale możliwe też, że to tamci zaczęli. A mieli w zanadrzu, cholera, prawdziwy arsenał, urządzili naszym drugą bitwę pod Gettysburgiem. Cud, że nikomu więcej nic się nie stało.
– Jezu Chryste. W mediach ani słowa.
– Dziwisz się? Dzisiaj co innego jest medialne. I pewnie cały tydzień będzie.
Jakbym nie wiedziała. To rozróba na stadionie była leitmotivem tego dnia, nie jakaś tam strzelanina na wygwizdowie, ani tym bardziej napad na sklep fotograficzny. Zeszłego wieczoru West Ram United dość niespodziewanie pokonał drugi w tabeli Liverbull, swojego arcywroga, po wątpliwym karnym w doliczonym czasie. Kibicom nie spodobało się to do tego stopnia, że postanowili przerobić stadion na krater wulkaniczny. Przy okazji trochę ucierpiała okolica. Noc była kolorowa i pełna wrażeń.
– Jak sytuacja na froncie? – spytałam. – Prosto z domu jestem – dodałam, bo wilk posłał mi dziwne spojrzenie. – Nic nie wiem, tyle, co w radiu słyszałam.
– O. Nie wezwali cię? Nie wyciągnęli z betów? Myślałem, że wszystkich ściągnęli.
– Ano. Najwyraźniej uznali, że będę raczej przeszkadzać niż pomagać... A w ogóle to ja mam dzisiaj wolne. Nie widać?
– Ty też? He, he. Już to gdzieś dzisiaj słyszałem... A jednego gościa to ściągnęli wprost z klubu, w garniturze przyszedł. Mhm. Jeszcze się tli. Jeszcze nie koniec.
– Jeszcze się tli? Do tej pory?
– Aha. Katastrofa jak ta lala. Spodoba ci się.
– Straty?
– Jakie? Wizerunkowe czy –
– Raczej „czy".
– Eee, chyba nieduże. Paru naszych w szpitalach, ale nic poważnego. Przynajmniej ja nic nie wiem. Trochę guzów i połamanych zębów, ot co.
– Ja pierniczę. Co się dzieje w tym mieście?
– Friday, bloody Friday – mruknął Growler. Po czym pstryknął radio.
– ...Poseł opozycyjnej Partii Lasów Deszczowych John Armadillo stanowczo zdementował doniesienia, jakoby partyjne fundusze miały trafiać do organizacji powiązanych ze Świetlistym Szlakiem / ...a twoja sierść będzie gęsta, lśniąca i puszysta, nie czekaj, kup już dziś / ...w czasie zamieszek, które wybuchły tuż po zakończeniu meczu derbowego / ...podnośniki i wózki widłowe zabierają nam, dużym ssakom, pracę, ile jeszcze słoni i nosorożców musi trafić na bruk, żeby ktoś dostrzegł problem, nasze związki zawodowe / ...w rajonie Tundratauna wies dień dawolna tiopla, tolka minus wosiemnadcat' gradusow, baromietry pakażut...
W końcu namierzył jakąś stację z muzyką. Akurat leciała Gazelle i jej „Where Has Everybody Gone", cover hiciora grupy The Predators z 1987 roku. Znam na pamięć: Clawhauser katuje to bez przerwy, połowa firmy ma ten kawałek wypalony już na zawsze w płatach ciemieniowych. Ale Growler nie miał jeszcze dosyć; nucił pod nosem, wybijając rytm na kierownicy. Jakoś w połowie drugiej zwrotki dojechaliśmy nareszcie do trzypasmówki. Od razu się poluzowało, przyspieszyliśmy. Mijaliśmy kolejne przecznice: Josepha Conrata, Virginii Wolf, George'a Oxwella... Miałam rację, jedziemy przez dworzec kolejowy. Z lewej minęliśmy Plac Tysiąca Dwustu Pięćdziesięciorga, Growler przeżegnał się odprowadzając pomnik spojrzeniem, ucałował palce; odwróciłam wzrok. Za szybą przewijał się poranny Zwierzogród, zmokły i zmarznięty, i mimo że już od dawna na nogach, po kawie albo i dwóch, to wciąż jeszcze dyskretnie poziewujący i wciąż tęskniący za ciepłym łóżkiem. Wysoko, ponad budynkami, przebijało zza chmur mrugające światełko – to samolot podchodził do lądowania, zapewne na lotnisko Carnnedy'ego. Westchnęłam w duchu. Mogłam być teraz zupełnie gdzie indziej. Mogłam być teraz gdzie indziej, a muszę iść do roboty. Plany pokrzyżował mi złodziej aparatów. Nie, żeby coś; lubię swoją pracę i w ogóle, ale są pewne granice. Takie coś jest w stanie zniechęcić nawet najzatwardzialszego pracoholika. Ale cóż, takie już są uroki tego zawodu – zostaje zacisnąć zęby i zabrać się za odrabianie swojej pańszczyzny... Zmiana warty w radiu: Gazelle weszła w repeat to fade i się skończyła, a na antenę wskoczył Steven Moley reklamujący batoniki dla owadożernych BugBit, teraz w nowej, niższej cenie, spróbuj smaku mrówkowego i świerszczowego; Growler zaklął i wyłączył to w diabły. Jechaliśmy.
Śródmieście, dziewiąta dwadzieścia osiem, pada jesienny deszcz, wiatr z północnego wschodu, godzina dwadzieścia trzy od zdarzenia, przestępca wciąż na wolności. Panie, miej w opiece grzeszników, którzy łamią prawo i krzywdzą moich braci i siostry moje, i zmiłuj się nad ich duszami – bo u mnie ni miłosierdzia, ni litości na pewno nie znajdą. Amen.
