Nie znoszę biur. Nie znoszę i już. Dostaję w nich nerwicy, depresji, epilepsji, tachykardii nadkomorowej i rozdwojonych końcówek. Drażni mnie bezustanny stukot klawiatur, trzaskanie drzwiami, drażnią mnie głośne rozmowy, dzwoniące telefony i piszczące faksy. A nade wszystko – siedzenie na tyłku. To właśnie w biurze przeżywam najgorsze ataki weltschmerzu, to właśnie tu, przyspawana do monitora i zawalona papierami, od kawy do kawy wypełniając kolejne raporty, w pełni odczuwam, że mimo munduru, blachy, spluwy i przysięgi, jestem nikim więcej jak tylko tym: Dobrym Urzędnikiem Państwowej Administracji. Na szczęście gdzieś na mieście wciąż grasował niebezpieczny, uzbrojony bandyta, co odrobinkę poprawiało mi humor.

Zresztą wiara też nie była dziś w zbyt dobrych nastrojach, to było widać na pierwszy rzut oka. Zza biurek wystawały ponure, sfatygowane mordy rodem z podmiejskiego pociągu wiozącego pierwszą zmianę. Biomet: niekorzystny. Unosiły się tu opary potu, zmęczenia i zarwanej nocy. Znam ja dobrze te fluidy, to się nazywa „nagłe wezwanie" – zna je każdy, kto ma pecha pracować w zawodzie, w którym nie ma etatów, tylko jest służba. Jednak sytuacja była cokolwiek niecodzienna. My, dochodzeniówka, takimi rzeczami jak pranie kiboli po pyskach się raczej nie zajmujemy, od tego jest prewencja, żeby nas zaprzęgli do takiej roboty, to okoliczności muszą być naprawdę wyjątkowe. I najwyraźniej były naprawdę wyjątkowe, bo nocna zmiana urządziła istne pospolite ruszenie i postawiła na nogi praktycznie całą sekcję. A to sporo mówi. Musieli być ciężko przyparci do muru, skoro i mój wydział wezwali do bitki. Autentycznie wyobrażam sobie, jak spanikowany dyspozytor jedzie „Leonem Zawodowcem" i wrzeszczy do radiostacji: „WSZYYYSTKIIICH‼!". Bo rzeczywiście byli wszyscy, nawet ci, których nijak być nie powinno. Frankie Bufford, co to niedawno reklamował się, że bierze wolny piątek i na trzy dni jedzie moczyć kija w Jeziorze Michigan, teraz siedział za biurkiem i z miną cierpiętnika siorbał kawę, wgapiony w leżącego przedeń rozbebeszonego sandwicza. Koło automatu ze snackami dostrzegłam zaś Toma Sharpe'a – po raz pierwszy od dwóch tygodni, kiedy zniknął był na ojcowskim; stał doklejony do grupki drapieżnych i wymieniał się z nimi opowieściami z pola bitwy. Docierały do mnie strzępy rozmów, ktoś mówił o butelkach i kawałkach bruku świszczących nad głową, ktoś wspominał studenckie strajki z młodości, ktoś przyznał się, że miał na sobie pancerz po raz pierwszy od szkolenia i dobrze, że na tych nowych tarczach jest napis „POLICJA", bo mógłby mieć problem z ogarnięciem, gdzie jest góra. Tylko pewien królik pałętał się po biurze bez kombatanckich wspomnień, jak się okazuje, uznany za tak głupiego, że niezdolnego nawet do machania pałą. Dobra, rozumiem, że do tłumienia zadymy przydałoby się jednak mieć chociaż z metr sześćdziesiąt i chodzić w wadze ciut wyższej niż piórkowa, no ale za szofera mogłabym przecież robić... Po raz kolejny pożałowałam, że jednak nie wyciągnięto mnie w nocy z wyra. Czułam się jak dezerter, uciekinier z frontu: towarzysze broni odmrażali sobie tyłki w okopach kuląc się pod wrażym ostrzałem, a ja w tym czasie smacznie sobie spałam na tyłach. Potem będą mnie pytać: „A gdzie ty byłaś Tamtej Nocy?", a ja będę tylko robić „Eeee..." i odwracać wzrok, drapiąc się po karku. Ale z drugiej strony, mi też zepsuto wolny dzień, więc w sumie nie mam się czego wstydzić. Otrzymałam, jak reszta, swoją porcję bonusowej pańszczyzny do odrobienia – cierpię więc solidarnie ze wszystkimi i pokornie przyjmuję na plecy siermiężne ciosy firmowego batoga; mogę więc bez kompleksów pojawić się dzisiaj w robocie. Przeszłam przez biuro rzucając do wszystkich zdawkowe „Cześć", to znaczy do wszystkich potrafiących zogniskować wzrok w jednym punkcie, minęłam Buckleya i de Leeuwa grających w „Jaka to melodia?" w wersji ziewanej, i w końcu dotarłam do mojego miejsca kaźni, to jest, pardon, miejsca pracy, po czym cisnęłam kurtkę na oparcie krzesła. Ale biurko obok było puste.

– Gdzie Nick? Hę? Jake? – spytałam wilka, który siedział biurko dalej.

Jake Hackles nie odpowiedział. Nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w jakiś tylko sobie znany punkt na ekranie komputera, oparłszy podbródek o wierzch dłoni; nie od razu zorientowałam się, że facet poszedł lulu. Położywszy telefon i notes na biurku, wlazłam na krzesło, capnęłam pierwszą z brzegu teczkę z aktami i – łups! – walnęłam o blat tuż pod wilka nosem, aż się monitor zakolebał, a łyżeczka zagrzechotała w pustym kubku. Wilk zaciągnął się gwałtownie powietrzem, po czym zazezował na mnie upartym, półprzytomnym spojrzeniem kogoś, komu bezczelnie popsuto zegar dobowy.

– Pobudka! Ojczyzna wzywa!

– Żeby cię – mruknął. Miałby problem, żeby zdać teraz test Turinga.

– Grubo było, co?

– A weź, nic mi nie mów. Od jedenastej jestem na nogach. W dodatku zepsuli mi randkę. Całą noc wyobrażałem sobie, że rozjeżdżam tę swołocz czołgiem.

– Masz moje błogosławieństwo. Nie wiesz, gdzie jest Nick?

– Mhm. Może jutro, jeszcze nie wiem.

Dałam mu spokój. Popatrzyłam po biurku Nicka, po pobojowisku akt, dokumentów, puszek po energetykach i notatek na karteczkach samoprzylepnych. Dokądkolwiek lis poszedł, musiało się to stać już jakiś czas temu, bo na ekran komputera zdążył wskoczyć wygaszacz: fotka rozwalonej na sofie, ubranej w dwa skrawki materiału lisicy. Pokiwałam z politowaniem głową. No tak, oswoić Nicka to jedno, a ucywilizować go – to coś zupełnie innego. Pstryknęłam peceta.

Podczas gdy się uruchamiał, poczłapałam do soc-kuchni po kawę. Chciałam sobie zrobić siekierę z trzech łyżeczek, ale do soc-czajnika ustawiła się kolejka jak do stacji benzynowej w czasie kryzysu naftowego, machnęłam więc ręką i pełna pogardy do samej siebie zniżyłam się do skorzystania z automatu. Automat ten nie produkuje kawy. Automat ten produkuje jakiś syntetyczny, kawopodobny destylat, który kolorem podejrzanie przypomina coś, co znajdziecie w Praktikerze na dziale z depresatorami do diesli. Ma to w sobie tyle kofeiny ile enerdowska sportsmenka seksapilu, ale przynajmniej pozwala oszukać organizm na jakiś czas. Wróciłam do biurka i rozparłszy się na krześle, wypiłam parę łyków, bezmyślnie wodząc słuchem po biurowej krzątaninie.

– ...No dramat, no kryminał po prostu, no! Fuszera jak stąd na Księżyc! Czy ten debil może choć raz w życiu zrobić coś jak trzeba?!

– Kto ogarnia zabójstwo inżyniera z Żyrafiej? Mam tu kolejnego chętnego na kupno mieszkania!

– Widział ktoś Pronghorna? Szukam go i szukam!

– Pronghorn? To się naszukasz, bo zabrali go na szycie, dostał w łeb czymś ostrym.

– ...Już było koło trzeciej, przyjechałem z tą dziczą na Dwunasty, a oni mi mówią, że mam jechać na Piąty, bo cele są pełne. To ja mu mówię, że właśnie jadę z Piątego! Ogarniasz to?

– Co za burdel. Ktoś powinien polecieć.

– Co? Przecież to nie nasza wina, tylko tych kretynów z ochrony! Gdyby nie dali tak dupy, to w ogóle by nie było tematu.

– To wszystko przez ten remont! Ochrona na Hornfield jest ogarnięta, a ci z Farkása to banda leśnych dziadów...

– W nocy była jakaś strzelanina w Las Padas, słyszeliście? Podobno jeden z naszych oberwał.

– Taa, oberwał i to porządnie oberwał. Leży na intensywnej, zdaje się, podobno średnio to wygląda. Ale przeżył, tyle dobrego.

– Kto to jest, tak w ogóle? Zna go ktoś?

– Jakiś dzieciak podobno, nie od nas, zupełny szczyl, pierwszy miesiąc na służbie, czy coś takiego.

– Jezus Maria. Ma chłopak cholernego pecha.

– Wyliże się. Tacy zawsze się wylizują.

– Witamy w firmie, co? Nie ma to jak gorące powitanie.

– A pamięta ktoś jeszcze zadymę na Zodiac Park? Prali się maczetami.

– Taa, byłem wtedy w liceum...

Upiłam jeszcze trochę i popatrzyłam po swoim biurku, po piętrzących się papierach, stercie policyjnej biurokracji; od biurka Nicka różniło się tylko tym, że nie było puszek, a w notatkach na karteczkach nie było błędów ortograficznych. Siorbnęłam jeszcze łyk i westchnęłam ciężko. To nie fair. Supergliniarze z ekranu, bohatery mojego dzieciństwa, nigdy się papierkową robotą nie kalali, a do biur zachodzili co najwyżej po to, by uczcić pomyślne zakończenie śledztwa Cygarem Zwycięstwa, albo by przy szkockiej celebrować swoje kombatanckie kompleksy i snuć opowiastki zaczynające się od: „A pamiętasz, Mickey, sprawę Krwawego Johna z sześćdziesiątego siódmego...?". To dużo gorsze przekłamywanie rzeczywistości niż te filmowe strzelaniny, w których każdy uczestnik ma w magazynku więcej amunicji niż Zwierzogrodzkie Zakłady Zbrojeniowe produkują w ciągu roku. Hola, panie Jackalhan! Raporty same się nie wypełnią, a i jakiś protokół wypadałoby czasem sporządzić!

Telefon. SIM2, służbowy.

– Tak, słucham?

– Dzień dobry, Chris Peltney z tej strony. Mógłbym, eee, zająć tak z pół minuty?

– Jasne, oczywiście. – Odstawiłam kubek na biurko. – Jak się pan czuje? Lepiej już?

– Co? A, tak, tak, dziękuję, lepiej. Dużo lepiej. Kamień spadł mi z serca, można powiedzieć.

– W sensie?

– W sensie, że tata doszedł do siebie! I jest cały i zdrowy. Dzwonili ze szpitala –

– O! Kiedy, teraz?

– No, jakiś czas temu. Jakieś, ja wiem, może pięć minut po tym, jak pani poszła.

– I co?

– I nic. Podobno jest okay. Ale nie chcą go jeszcze wypisać. Nie wiem, o co chodzi. Badania jakieś, czy coś. Rozmawiałem z nim chwilę... Mówi, że czuje się dobrze. W ogóle to mama z nim tam teraz siedzi. Nie jest tam sam. Dobrze jest.

– Rozumiem...

To wszystko mnie, przyznam, lekko ujęło. W głosie borsuka pobrzmiewała autentyczna ulga i autentyczna troska o bliską mu osobę. Dopiero teraz dotarło do mnie, że to naprawdę bardzo wrażliwy facet.

– No. Tak więc w porządku. A już się gotowałem na najgorsze. Jezu, co za dzień...

– Cieszę się, że wszystko dobrze. A... szukał pan może papierów po tych pracownikach? Tych, co rozmawialiśmy? Wie pan, gdyby je pan znalazł, to by mi to znacząco ułatwiło śledztwo.

– Umm, no, ja właśnie w tej sprawie. Coś mam. Ale niespecjalnie mi się to podoba.

– Mhm. A bardziej szczegółowo?

– Dobrze. Więc tak. Jak się dowiedziałem, że z tatą okay, jak się dowiedziałem – to w końcu mogłem zacząć przytomnie myśleć. I zabrałem się za szukanie. Ale, jak już mówiłem, nigdy w biurze czegoś takiego nie widziałem. Żadnych śladów po pracownikach, których tata zatrudniał. Dla porządku, mhm, dla porządku jeszcze przejrzałem raz wszystkie szuflady, przetrząsnąłem nawet faktury i zlecenia za ostatnie pół roku, a nuż gdzieś tam siedziały. Oczywiście pudło. Więc pomyślałem o miejscach, do których zaglądam od święta, albo nie zaglądam w ogóle.

– Rozumiem, że się znalazły?

– W załączniku do deklaracji podatkowej na przyszły rok. Kopie umów, świadectwa pracy, wsjo. Zaraz, gdzie ja to... O, jest. Więc tak. Paul Ewers, baran, zatrudniony od piątego sierpnia do pierwszego września... – Przerzuciłam telefon do drugiej ręki i złapałam za długopis. – ...I jeszcze Savannah Swift, gazela, dziewiąty, dwudziesty drugi września.

– Mhm. – Notowałam. – A ryś?

– Nic więcej nie ma.

– O. Ale przecież mówił pan –

– No właśnie to mi nie pasuje! No bo – tak na logikę, gdyby tu pracował, to papiery po nim też powinny być, prawda? A tymczasem – nic.

– A jest pan pewien, że pracował?

– Jak teraz grzebię w pamięci, to jestem prawie pewien, że tak. Jakiś cholerny ryś tutaj był. Ryś albo żbik, jak Boga kocham, no. Ale papierów nie ma. Musiał tata gdzieś przełożyć, no bo nie ma innego wytłumaczenia... Może gdzieś w domu...

– Mhm. Mhm. Rozumiem. A proszę mi powiedzieć, czy... – urwałam, bo oto nad krzesłem obok zmaterializował się jakiś lisi łeb.

– Tak?

– Eee... To znaczy...

– Halo?

– Jestem, jestem. – Czułam, jak uśmiech wypełza mi na wargi, gdy patrzyliśmy sobie w oczy. – Te papiery. Poszukałby pan jeszcze? To dość ważne.

– Tak, tak. Szukam dalej. Znajdę. Dam znać.

– Dziękuję. – I rozłączyłam się.

– Jak tam? Karota?

Był po cywilnemu, jakże inaczej, w tym swoim nieśmiertelnym komplecie Wilde Casual, który nosił tak często, że sprawiał wrażenie, jakby chodził w nim jeszcze w fazie prenatalnej. Patrzył na mnie znad krzesła; nie usiadł, stał sobie tylko, oparłszy się o zagłówek przedramionami. Jak na kogoś, komu zrujnowano wolny dzień i barbarzyńsko wygoniono z domu bez śniadania, wyglądał wcale rześko: to pewnie zasługa tych kilku kaw, które, jak go znałam, zdążył już wytrąbić. Ale jednak widać było, że jego sierść ze szczotką się dziś rano nie przywitała. Tak, poranne wstawanie to zdecydowanie nie jest jego domena, on, jak może, wyleguje się do południa, zostało mu to po czasach ulicznego dolce vita. Patrzył na mnie – a do pycha miał przylutowany wyraz wesołej i pogodnej rezygnacji.

– Przypomnij mi – powiedział – że mam zamordować Clawhausera przy najbliższej okazji. W jakiś krwawy i widowiskowy sposób.

– Zostaw Bena w spokoju, nie jego wina! – żachnęłam się. – Winni są ci intelektualiści z nocnej zmiany. To ich dzieło.

Prychnął.

– Może. Ale to jego głos obudził mnie o jakiejś pogańskiej godzinie i wyciągnął z betów. A to dużo gorsze przestępstwo.

– Gdzie byłeś?

– Ech – burknął, po czym zwalił się na krzesło, podrapał po tyłku i pierdnął. – Wpadłem na moment do Hoggarty'ego, na szóste piętro. Chciałem coś sprawdzić.

– Do Hoggarty'ego? – zdziwiłam się. – A po co?

(Kapitan Dwight Hoggarty jest szefem podsekcji zajmującej się kradzieżami samochodów).

– Powiedzmy, że miałem pewien pomysł i chciałem pójść na skróty – mruknął, przeciągając się. – Ale oczywiście w życiu nie ma tak łaaaaatwo! Kurde. Co to ma być. Najpierw dają wolny piątek za dyżur w weekend, a potem go zabierają. Tak się nie robi. Co na to Inspekcja Pracy?

– Inspekcja Pracy? Inspekcja Pracy odsyła cię, oficerze Wilde, do ustawy o policji, artykuł –

– Dobra, dobra, daruj sobie. Mhm. Mamy coś z zeznań świadków?

– A masz świadków?

– Aż tak?

– Ano. No, chyba że świadkiem nazwiemy kogoś, kto nic nie widział, ani nie słyszał...

– Kto?

– Synu. Ten w marynarce po dziadku, widziałeś.

– A, ten. I co? Gadałaś z nim?

– Gadałaś! Dobre sobie. Chłopina wydygany, że litość bierze. O mało mi nie odleciał... Ale jak już się ogarnął, skojarzył – skojarzył, że w sklepie pracował kiedyś jakiś ryś.

Nick uniósł brwi.

– O.

Wzruszyłam ramionami.

– Tak mi zeznał, nie patrz tak na mnie. W ogóle to mówił też parę innych rzeczy... A, zresztą. Mhm. Trzeba chyba będzie z nim porozmawiać jeszcze raz, jak już ochłonie, bo w tym stanie...

– Co jeszcze mówił?

Westchnęłam i sięgnęłam po notes. Powtórzyłam Nickowi moją rozmowę z Peltneyem: pracowałem tu z rodzicami, potem się wyprowadziłem, potem babcia się połamała, potem wróciłem, potem znowu poszedłem, potem tata kogoś zatrudnił, potem go wylał, zatrudnił innego, jego też wylał, w sumie było ich kilku, był baran, gazela i cholera wie kto jeszcze, rotacja większa niż w resorcie republiki bananowej. Ale chyba był tu jakiś ryś.

– ...Ryś, czy tam żbik, whatever, on sam już nie wie. Mówił, że nigdy go nie widział. Ale powiedział, że powinien gdzieś mieć papiery po nim.

– Mhm. A dzisiaj rano –

– To był ryś, tak, na sto procent. Jestem pewna.

– Myślisz? Że to ten sam?

– No właśnie nie wiem... – mruknęłam. – Nadzieja matką głupich, co? Jak tak teraz myślę... Chcesz, możemy pojechać go sprawdzić, ale chyba jednak nie tędy droga.

– Dlaczego?

Pytanie było jak na Nicka tak durne, że byłam nieco zdezorientowana.

– No jak: dlaczego? Dlatego, że jest do namierzenia w dziesięć minut! Boże kochany! Dlaczego! Równie dobrze mógłby się pod tym podpisać. Naprawdę myślisz, że mamy do czynienia ze skończonym kretynem?

Nick wzruszył ramionami.

– Mógł jechać na podrobionej tożsamości.

– Eee, zalewasz – żachnęłam się. – Tyle zachodu dla paru aparacików? Nie widzę tego. Za dużo roboty w stosunku do zysku. Ile na tym wszystkim zarobił – pięć patyków, dziesięć?

Zmrużył chytrze oczy.

– Myślę, że spokojnie z dziesięć razy więcej.

– Co?! A niby jak?

– Normalnie. Czekaj chwilę, gdzieś tu miałem... O! Trzymaj. Pożyczyłem sobie, jeszcze zanim odjechałem. – I dodał: – To nie jest tandeta z marketu, Karotka, borsuk miał tam fajne, drogie cacka.

Katalogi są zazwyczaj bardzo napastliwe. „Okazja!", „Przecena!", „Tanio!" – krzyczą, zaledwie się je otworzy. Przy okazji gratisowo fundują wam oczopląs i zapalenie spojówek: zewsząd atakują was chmarą obrazków-miniaturek, poupychanych na stronie jak wieśniacy w ruskiej marszrutce – cena każdego produktu z łaski ucięta o symbolicznego centa – a wszystko w agresywnej, czerwono-żółtej tonacji, żeby trochę pobudzić wam ślinianki. Ich twórcy najwyraźniej wierzą, że właśnie tak podnosi się sprzedaż, przez zmolestowanie czytelnikowi ośrodka wzroku na śmierć (pewnie drukowaliby i gołe baby, gdyby zostało trochę miejsca). Ten zaś tutaj był zdumiewająco pod tym względem łagodny. Oszczędna kompozycja. Przyjemna, stonowana szata graficzna. Miły w dotyku, czasopismowy papier, żadna tam srajtaśma z odzysku, na jakiej drukują się markety. Zero nachalnych ofert ani przecen. Zamiast tego: „Doceniony przez profesjonalistów" albo: „Najlepszy w swojej kategorii". Ceny były różne, ale robiły wrażenie.

– Okay, cofam tamto – powiedziałam, przewracając strony. Mój mózg wiejskiej baby z warzywniaka, ewolucyjnie przystosowany do przeliczania kwintali na dolary, automatycznie wyświetlał mi ceny w Ekwiwalencie Marchewki: cztery tony, pięć ton, sześć i pół tony... – W mordę. Nie wiedziałam, że aż tak...

– Ładne zabawki, co? Nie są to może brylanty, ale jak masz na coś takiego kupca, wzbogacisz się nie najgorzej.

– Na ile byś oszacował?

Odchylił się na krześle, założył nogę na nogę, splótł dłonie za karkiem. Milczał dłuższą chwilę, przymknąwszy oczy.

– Mhm. Przyjmijmy, że jeden aparat kosztuje pięć tysięcy. Z grubsza. Ryś, widziałem na monitoringu, wyniósł ze sklepu dwie wypakowane torby sportowe. Ile zmieściłabyś w jedną?

– Dziesięć sztuk? Dwanaście? Piętnaście?

– No, pewnie jakoś tak. Razy dwa?

– Sto, sto pięćdziesiąt tysięcy.

– Bardzo grubo szacując. Powiedziałbym, że nawet więcej, bo przecież są jeszcze obiektywy, też sporo warte, a zajmują mniej miejsca. A jeszcze miał plecak.

– Sporo, psiakrew.

Westchnął melancholijnie.

– Fotografia to drogie hobby, co chcesz. A skoro drogie, to znajdą się i tacy, którzy dadzą się skusić. Tak to już jest –

– O, jestem w TV! – krzyknął nagle ktoś w drugim końcu biura; obejrzeliśmy się odruchowo. – Chcecie to włączcie sobie, lecą migawki z zadymy!

– Który kanał?

– ZNN!

Nick skrzywił się z niesmakiem.

– Zawsze mówiłem, że futbol to sport dla bezmózgów – mruknął. – Prawie jak wrestling. Dwudziestu chłopa lata se za piłką, myślałby kto...

Zwinęłam katalog w trąbkę i – plask! – walnęłam w łażącą mi po biurku muchę.

– Ale się czasy pozmieniały, co? – mruknęłam, podziwiając dzieło zniszczenia. – Sklep z aparatami. Gdzie się podziały stare, dobre napady na banki i jubilerów...

– A co się niby miało z nimi stać? Istnieją i mają się dobrze.

– Taa. Tylko jakoś zawsze omijają nas szerokim łukiem.

– Oj, nie marudź, Karotka. To może być fajna zabawa.

– Mhm, szampańska. W sam raz na nasz poziom umysłowy.

Westchnęłam ciężko i ciepnęłam katalog na biurko, między papiery. Spojrzałam na Nicka: niby to się uśmiechał, ale dało się wyczuć, że to tylko poza, że też nie jest dziś w nastroju na zabawę w policjantów i złodziei. Sięgnęłam po kubek.

– Gnojek zepsuł mi wolny dzień – mruknęłam. – To osobista zniewaga. Nie daruję. Jak go znajdę, gorzko tego pożałuje.

– Śmierć złodziejom aparatów.

– Śmierć.

Spojrzałam na zegarek.

– Dobra. Co wiemy na pewno? Zbierzmy to jakoś do kupy.

– A co tu niby zbierać? – Lis wzruszył ramionami. – Faceta okradł były pracownik, ot, cała filozofia. Stara sztuczka. Nie on pierwszy i nie ostatni.

– Pomału, pomału. To tylko hipoteza.

– Ale prawdziwa. Zresztą wierzysz w nią, prawda?

– Sama już nie wiem – mruknęłam. – Jakoś tak... Za mało danych, żeby –

– Jak: za mało? Przecież tu wszystko pasuje! Zobacz. Gość chciał zrobić rekonesans. No to zrobił, najlepszy z możliwych. Dowiedział się, co borsuk ma na składzie. Co warto buchnąć, a co można odpuścić. Jakie właściciel ma zwyczaje. O której otwiera i zamyka. Plan obiektu. Grafik dostaw. Tylne drzwi, monitoring, wszystko. Sama mówiłaś. Że wiedział, gdzie są kamery.

– Kamera. Tak.

– I że zamiast ochrony jest drużyna paintballa. A właściciel jest uzbrojony. Dlatego rozegrał to tak, a nie inaczej. Wiedział, co robi. To nie jest byle bandziorek, Karotka, to jest cwana, zmyślna bestia. Wcale nie będzie tak łatwo go przyskrzynić.

Spojrzałam podejrzliwie.

– A co ty jesteś, kierownik jego fanklubu? Co to za gadanie ma być?

Nick westchnął, sięgnął na biurko i wręczył mi jakiś papier, wyłowiony wprost ze środka bałaganu.

– Powiedz mi, co widzisz.

– Hmm... protokół zgłoszenia kradzieży samochodu.

– Chcesz Blitza?

– Dzięki, obejdzie się. Jak rozumiem, to jest ten samochód, którego nasz ryś użył do dokonania napadu?

– Przefaksowali z Czterdziestego. Nic ciekawego nie rzuca ci się w oczy?

Przeleciałam wzrokiem po tekście w poszukiwaniu czegoś w rodzaju „trup w bagażniku", „kontrabanda w zagłówkach" albo chociaż „złote alufelgi", ale musiałam obejść się smakiem. Wszystko wyglądało normalnie, jak to w takich wypadkach bywa. Samochód, według zeznania, wyparował gdzieś między dwudziestą drugą wczoraj a piątą dzisiaj rano, zgłoszenie wpłynęło o szóstej dwadzieścia sześć. Właścicielką pojazdu była niejaka Elizabeth Doe, ulica Mojave dziesięć na dwanaście.

– Skradziony na Starej Saharze...

– Niżej, niżej. Patrz na model.

– Nazca B4. I jeszcze turkusowa! Fuj. Co za brak gustu...

– Nazca B4. Fajna, nie?

– No. Całkiem niezła maszyna. To znaczy, dopóki nie porównywać jej z samochodami.

– Taki był kawał... Jak podwoić wartość nazki? Zatankować do pełna.

– Taa. Cudo motoryzacji.

– W każdym aspekcie. Skopany układ kierowniczy... skopane zawieszenie... – wyliczał na palcach – zużycie paliwa jak w ruskim czołgu... strefa zgniotu kończąca się na bagażniku... Hmm, coś pominąłem?

– Mhm, może na przykład to, że czasami szczęki rozrusznika blokują się na amen i żeby ją odpalić, trzeba przyłożyć młotkiem – powiedziałam. – Albo jak się jedzie po wiejskiej drodze, to raz po raz wali się łbem o sufit, a potem zbiera z podłogi porozrzucane warzywa. – Wzruszyłam ramionami. – Do czego zmierzasz? Znam ten samochód, jeździłam nim, wujek takiego miał. To katastrofa na kółkach. Nic w tym samochodzie nie działa dobrze, nic. Nawet klima.

– Tak. Nic. Oprócz jednego.

Żachnęłam się.

– No nie mów, że wierzysz w tę legendę miejską...

– To nie jest legenda miejska! Zabezpieczenia w nazkach –

– Znam wszystkie dowcipy. Naprawdę.

Nick westchnął i popatrzył na mnie bez słowa. Nie uśmiechał się. A ja usiłowałam rozgryźć, czy mnie nabiera, czy nie. Nick jest ściemniacz nad ściemniacze, fakt – kiedy on chce komuś coś wcisnąć, to nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Trochę już jednak nauczyłam się go czytać, już zazwyczaj czuję, kiedy usiłuje wcisnąć mi kit, a kiedy mówi prawdę. Ale teraz? Mówi serio czy żartuje?

Chrząknął.

– Powiem tak – zniżył głos. – Różne rzeczy kiedyś robiłem. Różne. Ale w tym nie robiłem nigdy. I się na tym za bardzo nie znam. Ale niejedno piwo się wypiło z tym i z tamtym, i to i owo wiem.

– Czyżby?

– Czyżby. I wiem, że zabezpieczenia – zabezpieczenia, jakie montują w nazkach, nie mają sobie równych. Serio. To info z pierwszej ręki. To mi mówili goście, dla których świsnąć samochód to jak splunąć. To nie tylko legenda miejska i reklama. Te auta naprawdę bardzo ciężko jest gwizdnąć.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam mu w oczy. Mój wariograf milczał.

– Oczywiście są sposoby na wszystko – ciągnął. – To jest wykonalne, fakt. Jakoś się daje. Nie ma systemów nie do obejścia. Ale nikt tego nie robi – bo się nie opłaca. Te auta są gówniane, a w połączeniu z tymi ich zabezpieczeniami... Tych aut się po prostu nie kradnie, i tyle. Nie ma sensu. – I dodał: – Oczywiście mówimy tu o kradzieży po cichu.

– Mhm. A nie po cichu?

– A to żaden problem. Na chama można. Tak się daje. Ale na nagraniu – na nagraniu nasze autko miało wszystkie szyby.

– A to oznacza –

– A to oznacza, że nasz delikwent jest cholernie dobry w samochody.

Trawiłam to przez chwilę.

– Mhm – podsumowałam inteligentnie. – Mhm. Cholernie dobry w samochody, mówisz. Ale w takim razie... – Pacnęłam się w czoło. – Ach! No jasne! Hoggarty.

– Ano, Hoggarty – mruknął Nick. – Wpadłem na chwilę. Pomyślałem sobie, że skoro to taki zdolniacha, to może znają go tu z imienia i nazwiska, szybciej niż przekopywać się przez bazę danych...

– Szczwany lis. Ja bym nie pomyślała. A przynajmniej nie tak szybko.

Skrzywił się lekko i machnął ręką.

– Może i szczwany... ale co z tego, skoro Hoggarty nie miał tego, czego chciałem. Trochę się łudziłem, że wrócę z jego imieniem i nazwiskiem. A tak...

– Więc? Co mówił?

Nick westchnął, zrezygnowany. Nie odpowiedział.

– Nie zna nikogo, kto mógłby ukraść taki samochód? Tak?

– Coś w tym stylu. Mhm. Najpierw go spytałem prosto z mostu, czy nie kojarzy jakiegoś amatora nazek, najlepiej rysia. On mi na to, czy spadłem z komina, czy z Księżyca. No to spytałem, czy nie miał jakichś innych spraw z nazkami w roli głównej, spraw, które skończyły się aresztowaniem. I z ostatnich dwunastu miesięcy znalazł – aż jedną.

– I...?

– Iii nie dość, że gość jest lisem, nie rysiem, to jeszcze, kiedy go ostatni raz widziałem, przyzwyczajał się do wózka inwalidzkiego. – Westchnął. – Tak stoją sprawy. Nie mamy nic.

Nie odpowiedziałam. Ze skwaszoną miną rozparłam się na krześle. Przez dłuższą chwilę bawiłam się protokołem, gryząc wargę, usiłując to wszystko jakoś przetrawić.

O zabezpieczeniach w nazkach można by gadać długo. Sama znam je z pierwszej ręki, przecież to właśnie w wujkowej nazce stawiałam swoje pierwsze kroki za kółkiem, ze szkodą dla pewnej grządki maminych nasturcji i pewnego ogrodowego krasnala, świeć Panie nad jego duszą. Czego to ja się nie nasłuchałam. Że zamki najwyższej klasy, że nie idzie ukraść, bla bla bla. Owszem, ten samochód naprawdę zabezpieczenia ma zdumiewająco solidne. W testach zawsze dostawał w tej kategorii pięć gwiazdek. Więc faktycznie coś w tych opowieściach było. Zawsze jednak miałam to za reklamę i stereotyp, coś jak rzekome superbezpieczeństwo aut z Japonii czy rzekomą bezawaryjność różnych szwabwagenów. Tym bardziej, że sama nazca B4 – ekonomiczne jeździdełko z silnikiem 1,6 litra – nigdy nie wydawała mi się warta montowania takich überzabezpieczeń. Ileż to kawałów o tym krąży... A tutaj Nick mi wyskakuje, że to wszystko prawda. Czy rzeczywiście? Jeżeli nie usiłuje mi wcisnąć teraz kitu, a coś mi mówi, że jednak nie, to wychodzi na to, że mamy piękne, warte toastu „Myth Confirmed" – co dla mnie jest lekkim zaskoczeniem, porównywalnym z tym, jakie przeżyłam, gdy oszukali czujnik ruchu prześcieradłem. Cóż, dobrze wiedzieć. I dobrze też wiedzieć, z kim tu mamy do czynienia.

Przypomniałam sobie nagranie z CCTV: wpada ryś do sklepu, rusza szturmem na sklepikarza i traktuje go z bliska usypiaczem. Jeżeli on faktycznie tam pracował, jeżeli zrobił razwiedkę i wiedział, że właściciel jest uzbrojony...

– Abstrahując od tego, czy jest sprytny, czy nie – mruknęłam – musisz przyznać, że nasz delikwent ma jaja jak smok.

– Hmm?

– Wyskoczyć jeden na jeden na faceta zbrojnego w vanguarda sześćdziesiątkę? Toż to mało czym różni się od samobójstwa. A gdyby chybił? Albo źle dobrał dawkę? Krew, krew, flaki i śmierć.

– Eee. – Nick machnął ręką. – Oni tak już mają. Nie biorą takich rzeczy pod uwagę. Adrenaline addicted. Znam ten typ.

– Dziwne, że nic z nią nie zrobił. Z giwerą, w sensie. Zostawił, jak była.

– No, to akurat było bardzo mądre. Gdyby ją zwinął, mielibyśmy 10-60 i imprezę na pół dzielnicy. I specjalne uprawnienia: najpierw strzelać, potem pytać... Albo miał własną, też możliwe.

Znowu nie odpowiedziałam. Położyłam protokół na biurku, na stosie papierów obok napoczętego paperbacku Lee Kita. Humor skwasił mi się na amen. Dopiero teraz zaczęłam sobie zdawać sprawę, w co mnie wpakowano. W quest z pięciopoziomowym dungeonem z czerwonym smokiem. Diabli nadali. Akurat dzisiaj musiało się trafić takie coś. To nie jest dzień na wyzwania... Spojrzałam ponad monitorami w najdalszy róg biura: tam, pod przywiędłą diffenbachią, zebrało się spragnione rozrywki towarzycho i oglądało coś na komputerze, coś, co wyglądało jak fragment filmu akcji, wnioskując po nagłych rozbłyskach z ekranu, raz po raz rozświetlających im twarze.

– Te nowe pancerze pogrubiają uda. – Chyba jakiś parkinson kręcił, tak się trzęsie... – Czy tłumienie zamieszek liczy się jako nadgodziny, czy jako praca w godzinach nocnych? – Hej, to chyba Snarley z Osiemnastego! – Który? – O, ten, co właśnie zarobił butelką. Możesz dać riplej?

– Słuchaj, nie wiesz może, co się dzisiaj dzieje? – spytał Nick. Nie patrzył na mnie, patrzył, zamyślony, gdzieś w kierunku drzwi. Musiałam mieć naprawdę zdezorientowaną minę, bo gdy odwrócił się ku mnie, przewrócił oczami i machnął ręką.

– Nie, nie derby – mruknął. – Na czwartym. I na piątym, u Oxwalda. Tam wrze jak w ulu, widziałem po drodze. Istne wariatkowo.

Wzruszyłam ramionami.

– Narkotykowy zawsze miał pełne ręce roboty.

– Tak, ale dzisiaj tam jest ze sto razy gorzej. A nikt nie chce nic powiedzieć. Wiesz... – podrapał się po brodzie – przy kiblach wpadłem na Herdy'ego. Spróbowałem pociągnąć go za język, ale mnie zbył. Dziwne, to do niego niepodobne...

– Hmm? A może by tak, zamiast chodzić na ploteczki –

Telefon, tym razem ten na biurku. Capnęłam słuchawkę.

– Hopps.

– Dzień dobry – kobiecy głos. – Doktor Rebecca Fawning, dzwonię ze Szpitala Klinicznego Świętego Franciszka, w sprawie pana Peltneya. Przekierowano mnie do pani.

Przysunęłam się do Nicka i skinęłam nań, żeby się zbliżył; nachylił twarz ku mojej, nadstawił ucha. Teraz słyszeliśmy oboje.

– Co mogę dla pani zrobić, pani doktor?

– Najlepiej to przyjechać. Pan Peltney bardzo chciałby porozmawiać z kimś z policji.

– Znaczy, doszedł już do siebie.

– Och, i to aż za bardzo. Zaledwie się ocknął, zaczął się rzucać, że koniecznie musi iść złożyć zeznania, bo mu obrabowali sklep. A ja nie chcę go wypisać w takim stanie.

– Jest ranny?

– Gorzej. Jest wściekły. Boję się, że jakiś przechodzień może dostać po gębie.

Dopiero teraz kapnęłam się, co robił Nick. Łajdak wykorzystywał okazję. Zamiast słuchać, gapił się na mnie w Ten Sposób i myślał ewidentnie nie o tym, co trzeba. W odpowiedzi spiorunowałam go moim Scarface'em – przez moment toczyliśmy pojedynek na spojrzenia – ale jakże niby mogłabym wygrać z tym rozbrajającym, łobuzerskim uśmiechem? Jak mogłabym oprzeć się sile tego chłopięcego, lisiego uroku? Nie wytrzymałam, pękłam i spuściłam wzrok, czując, jak mimowolnie się uśmiecham; twarz mi płonęła.

– Halo?

– Eee... Tak, tak, rozumiem. Mmm... Szprycowaliście go czymś?

– Proszę?

– W sensie, czy podawaliście mu jakieś leki. Wie pani... – Czułam, jak Nick delektuje się moim wstydem.

– A! Tak, daliśmy mu parę kresek relanium, nic szczególnego. Nawet pomogło, ale tylko na trochę. Bardzo proszę, żeby ktoś od was tu przyjechał i go ogarnął, bo mi dręczy pielęgniarki.

– Niech mu pani powie, że sklepem już się zajęliśmy. Będziemy za... pół godziny.

– Nie dałoby się szybciej? Proszę.

– Dwadzieścia minut.

– Bardzo dziękuję.

Odłożyłam słuchawkę. Przymknęłam powieki i westchnęłam ciężko.

– Dobra – mruknęłam. – Chodź, pojedziemy i ogarniemy te zeznania –

– Myślałem, że obudzę się z tobą w ramionach...

– Nick! – wzdrygnęłam się.

– ...Że popatrzę sobie na ciebie – szeptał mi do ucha – jak leżysz przy mnie, rozespana i rozczochrana...

Łup-łup, łup-łup, coś zasuwało mi w piersi, gdy gorączkowo rozglądałam się dokoła. Biuro było pełne. Hackles. Buckley. De Leeuw. I inni. Jezu.

– ...A potem, kiedy ty byś chciała już wstać, ja nakręciłbym cię na jeszcze...

– Zamknij się, idioto! – syknęłam przez zęby. Nie patrzą. Bez paniki. Act normal, act normal.

– Taa? – mruczał. – I co się stanie, zjedzą nas? Mmm... Potem jeszcze raz pokazałbym ci numer z Lisim Języczkiem, bardzo ci się podobał...

Nie wytrzymałam i sprzedałam mu pstryczka w nos – ale bez agresji, tylko tak, o, żeby się ogarnął. Podziałało. Odstąpił. A ja, wciąż z tętnem zawałowca, rozglądałam się po biurze. Byłam pewna, że nas spalił. Kto się kapnął? Hackles? Nie, on nie. Dyktował coś komuś przez telefon usiłując zogniskować wzrok na ekranie peceta. Buckley – kimał nad raportem. De Leeuw stukał w klawiaturę kiwając grzywą w rytm muzyki ze słuchawek. Okay. A reszta? Jak reszta? Czyżby... nie, chyba nie. O dziwo. Chyba nikt się nie zorientował. Wszystko wyglądało normalnie. Siedzieli przy komputerach, przy telefonach, rozmawiali, podrzemywali, pili kawę, jedli kanapki... Ale nikt się nie gapił. Uspokoiłam się trochę. Spojrzałam na Nicka: siedział rozwalony na krześle i masował sobie nochala, uśmiechając się łobuzersko. Zacisnęłam wargi i spiorunowałam go wzrokiem; ale on sic sobie z tego nie robił, przybrał minę niewiniątka i przeniósł wzrok na sufit. Przymknęłam oczy. Raz, dwa, trzy, wdech, wydech, wdech, wydech... Dobrze. Nic się nie stało. Przynajmniej tym razem. Rozejrzałam się jeszcze raz, kontrolnie: wszystko było okay. Alles in Ordnung, biurowa sielanka. Spojrzałam na Nicka jeszcze raz. Uśmiechał się lekko, choć już bez tej sztubackiej wesołości. Ale ja nie odwzajemniłam uśmiechu; zastanawiałam się, kiedy w końcu nadejdzie ten dzień, że się weźmie i wyda. I co się wtedy stanie. Oraz jak wielkie będą straty uboczne. Wcale nie pali mi się, żeby się tego dowiedzieć... Będę miała z kimś tutaj do pogadania. O tym, co o tym sądzę na temat szeptania mi czułych słówek na uszko. Nie żeby coś; lubię, jak Nick mi szepcze do ucha różne rzeczy, bardzo lubię. Wodzić na pokuszenie to on umie, nie ma co. Jak się zasłucham, to jestem gotowa puszczać nosem bańki z feromonów. Ale, kurde, nie w pracy. Przecież była mowa tyle razy... Ktoś tu wprowadza rozprężenie dyscypliny i trzeba mu zapodać gadkę mobilizującą. Tak, po robocie trzeba tu będzie kogoś przywołać do porządku. Chociaż trzeba mu przyznać – trzeba mu przyznać, że trafił w sedno. Z tym porankiem. Bo też czułam zawód. Westchnęłam ciężko. Tak, też czułam zawód, też mi się nie podobało to wszystko. Nie podobało mi się, że nie dano nam się wyspać, że odwołano nam poranne kiziu-miziu i rytualną bitwę na łaskotki, i bezceremonialnie wykopano do roboty. Przypomniałam sobie wszystko. Ten telefon od Clawhausera – zadzwonił o jakiejś pogańskiej godzinie i zaczął coś gadać o jakimś sklepie foto, a zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować, usłyszałam: „Bierzesz to, Hopps, nie ma nikogo innego". Tak dowiedziałam się, że zostałam dokoptowana do dzisiejszego składu osobowego. A skoro ja, to i Nick również. Obudził się, ale oczu nie otworzył. – Czy to ten, co myślę? – Mhm. – Zabiję go... Za oknem straszył ponury, deszczowy poranek, a najlepszy lek na jesienną deprechę leżał w łóżku obok – a tu klops, bo akurat na dzisiaj ktoś musiał wpisać sobie w kalendarz dokonanie napadu na sklep. A przecież mieliśmy wielkie plany na dziś dzień. Wprawdzie pomysł Nicka, żeby pożyczyć furę i pojechać pod miasto nad rzekę upadł z w miarę oczywistych względów, ale przecież jest tyle innych możliwości spędzenia czasu we dwoje... Nieczęsto mamy okazję mieć dla siebie cały dzień razem, więc miałam nadzieję, że jakoś to wykorzystamy. Na przykład na kręglach albo lodowisku; był też pomysł wyskoczenia do aquaparku, bo w sumie czemu by nie? Kolację zaś mieliśmy zjeść w eleganckiej restauracji. Kolację jeszcze może da się uratować – fajnie by było, Nick strasznie się na nią napalił, rezerwację zrobił już z tydzień temu, teraz nic tylko przypomina mi o operacji „Królik z grilla". Tak to miało wyglądać. A do południa – beztroskie walanie się. Zdecydowanie inaczej wolałabym zacząć ten dzień – na pewno nie szybkim prysznicem, cukierkiem z kawą i telefonem po taryfę, wysłuchując zrzędzeń Nicka oraz lecącej w tle radiowej mamałygi: słów „stadion", „kibice" i „zamieszki" odmienianych przez wszystkie przypadki. Westchnęłam ponownie i z żalem sięgnęłam na biurko po kluczyki do naszego glinowozu.

– Chodź, zobaczymy, co pan starszy ma nam do powiedzenia – burknęłam i zeskoczyłam z krzesła.

Raz jeszcze się upewniłam, czy wszystko w porządku: ale nie, chyba nic się nie stało. Nikt nie gapił się ze zgorszeniem, nikt nie odpluwał, nikt się nie żegnał, nikt nie latał z krucyfiksem, nikt nie szykował wiader ze smołą czy worów z pierzem. Biurowy bałagan ma swoje zalety.

A tego cholernego lisa, Bóg mi świadkiem, kiedyś zamorduję.

– No, co tak siedzisz? Chcesz, żeby sprawa nam się przedawniła? Służba nie drużba, oficerze Wilde, bandyta sam się nie złapie!

Nick westchnął i podźwignął się z krzesła.

– Idę, ma'am. Idę.

Poszliśmy.

Jak tak patrzę z perspektywy czasu, to to, że nasza znajomość rozwinie się w tym kierunku, było chyba do przewidzenia. Od początku coś ciągnęło nas ku sobie. Niby na pierwszy rzut oka nie łączyło nas zgoła nic – zupełnie inne gatunki, zupełnie inne historie, zupełnie inne wartości i priorytety, on cynik, ja idealistka, ja wierząca, on tak średnio, i tak dalej, pewnie można by całą tabelkę zrobić – ale ja mówię inaczej: byliśmy do siebie niemożliwe wręcz podobni. Oboje byliśmy samotni. Oboje byliśmy trochę niedopasowani do świata. Ja dla swoich byłam zbyt narwana i zbyt świrnięta, on dla swoich – zbyt uczciwy i zbyt przyzwoity. Tak, taka jest prawda o Nicku: on w głębi serca jest przyzwoity facet, jakkolwiek to brzmi. Ma wprawdzie nieco pokręconą przeszłość, ale nie jest zły. Tylko życie mu się ułożyło trochę na opak. Nie chciał żyć w półświatku – to społeczeństwo go tam wykopało. Zaadaptował się wprawdzie do życia tam, zaadaptował się idealnie, ale nie była to droga, jaką sobie świadomie wybrał. I mimo że chyba nie zdawał sobie z tego do końca sprawy, to miał już takiego życia dosyć; miał dosyć życia jak Cygan i chciał się z tego cygaństwa wydostać. Ja, kisząc się w tym swoim pegieerze, czułam coś podobnego, więc świetnie go rozumiałam. Oboje się rozumieliśmy. Oboje mieliśmy też trudne charaktery. Oj, tak, nie da się ukryć. Mieliśmy trudne charaktery, ale żeby było śmieszniej: na tyle ze sobą kompatybilne, że byliśmy w stanie ze sobą wytrzymać i się przy tym nie pozabijać. Przynajmniej przez większość czasu.

A przede wszystkim, co się wkrótce okazało: oboje byliśmy też rozpaczliwie wręcz spragnieni.

Kiedy zaczęła się ta nasza fascynacja? Kiedy przestałam widzieć w nim kumpla, kolegę z pracy czy choćby towarzysza broni, a zaczęłam – mężczyznę? Kiedy pierwszy raz zwróciłam uwagę na to, że koszula munduru układa mu się na brzuchu i klatce piersiowej w bardzo intrygujący sposób? Że w jego głosie poukrywane są różne interesujące harmoniczne, w sam raz dostrojone do mojego ośrodka przyjemności? Że te jego godne doliniarza palce są z pewnością niezwykle zręczne i delikatne, i że ciekawie byłoby się przekonać o tym na własnej skórze? Teraz już pewnie nie dojdę, kiedy mi się to zaczęło, a i zresztą ciężko tu mówić o jakiejś konkretnej chwili, bo nie wydarzyło się to przecież nagle. Nie było żadnego momentu, który mogłabym wskazać palcem: „o, właśnie wtedy-a-wtedy zabujałam się w Nicku", momentu, w którym pyzaty kurdupel ze skrzydełkami wyskoczył na mnie zza winkla i zamalował mi w łeb bejsbolem. Po prostu tak się jakoś stało, że ten przesympatyczny lis o zielonych oczach i czarującym uśmiechu zaczął zajmować w mojej głowie coraz to więcej miejsca i pomału, niepostrzeżenie, kawałek po kawałku, zdobywał coraz to głębiej położone obszary – a kiedy zorientowałam się, co jest grane, było już za późno... Miało to w sobie coś z wyrównywania potencjałów albo z płynem w naczyniach połączonych, bo wszystko odbyło się tak samo z siebie, naturalnie i spontanicznie. Nick nie zrobił przecież nic, żeby zmienić charakter naszej relacji, nie wychodził z inicjatywą i nie podrywał mnie. A może, cholera, poderwał – tak mistrzowsko, że sama się nie zorientowałam? Niewykluczone, ale wyjaśnienie jest najprawdopodobniej dużo banalniejsze: ot, samotna, spragniona bliskości dziewczyna skazana na codzienne przebywanie w towarzystwie fajnego faceta i Matka Natura robiąca resztę. Nie ma to w gruncie rzeczy znaczenia; po prostu tak jakoś wyszło, że zaczęłam zwracać uwagę na różne szczegóły, których wcześniej nie rejestrowałam. Na jego zapach chociażby. Tembr głosu. Zarysy ciała, widoczne pod ubraniem... W jego towarzystwie, w którym zawsze czułam się swobodnie i komfortowo, przestałam czuć się komfortowo. Nie mogłam skupić się na pracy, bo on zaprzątał mi głowę. Obserwowałam go ukradkiem; studiowałam architekturę jego ciała, w myślach rozpinałam mu koszulę i wyobrażałam sobie, co bym z nim zrobiła, gdybym go dostała w swoje ręce – a pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że on patrzy na mnie w podobny sposób... Dalej poszło z górki. Ani się obejrzałam, a już umawialiśmy się na randki, a wkrótce później, u mnie w mieszkaniu, na tym przeklętym, skrzypiącym tapczanie, przeżywaliśmy nasz pierwszy raz, łapczywy i nerwowy, o mało co zresztą nie zrujnowany przez tych dwóch mądrali zza ściany, męczących nas bez przerwy swoimi dobrymi radami. Na pierwszym razie, ani na drugim, ani na dziesiątym się nie skończyło; i tak to się kręci po dziś dzień.

Trochę jednak czasu zajęło mi oswojenie się z tym wszystkim; bo z początku byłam naszym romansem równie podekscytowana co przerażona. Miałam bowiem poczucie, że uczestniczę w czymś nie do końca legalnym. Wprawdzie nie było za to żadnego paragrafu, nikt za mieszanie związki nie kamieniował ani nie posyłał przed pluton, ale jest przecież prawo paragrafów i jest prawo obyczaju, a pewnych rzeczy się nie robi – bo się nie robi. Tak już jest ten świat poukładany. Związek, małżeństwo, rodzina – to zawsze jest więź między kobietą a mężczyzną, to jasne, ale nie byle jaką kobietą i byle jakim mężczyzną, a kobietą i mężczyzną tego samego gatunku. Tak samo jak akumulator w traktorze ma styki na +12 i -12 woltów, a nie, dajmy na to, +12 i -500. Takie, nie inne nauki wyniosłam z domu: prawdziwy związek to więź między kobietą i mężczyzną tego samego gatunku, a co nadto jest, od Złego pochodzi – to jest proste, jasne i oczywiste, równie oczywiste jak to, że marchewkę przed wschodami pryska się chlomazonem a po wschodach metrybuzyną, a nie na odwrót. Króliki łączą się w pary z królikami, a nie z lisami – tak już jest i koniec. Gdyby Pan Bóg chciał, żeby ciągnęło je do lisów, stworzyłby je rude, z kitami i pazurami. Mój umysł, od dzieciństwa faszerowany różnymi takimi konserwatywno-zaściankowymi bredniami, został postawiony przed niebywałym dysonansem poznawczym: romans, w który się wplątałam, jawił mi się jako coś nienaturalnego, a skoro nienaturalnego – to i nieetycznego. Podoba mi się lis. Mi się podoba lis. Co jest ze mną nie tak? Zasypiałam w ramionach Nicka, wsłuchana w jego chrapanie, dręczona ciężkim moralnym kacem. W dusznych koszmarach nawiedzał mnie ksiądz proboszcz z rodzimej wiochy i cytował co smakowitsze kawałki z Pisma Świętego; przeważały te z Exodusu, oczywiście. Nie będziesz cudzołożyć, nie będziesz cudzołożyć... Kto obcuje cieleśnie z obcym, tak jak obcuje się ze swoim, popełnia obrzydliwość... Uch. Im głębiej w to brnęłam, tym gorzej to wyglądało. Miałam poczucie, że w którymś momencie skręciłam w jakąś życiową boczną uliczkę, ciemną, niebezpieczną i już-już za następnym rogiem kończącą się dead endem. Do jednego ucha szeptał mi diabełek i wodził na pokuszenie, a do drugiego szeptał aniołek i surowym, starotestamentowym tonem powtarzał ojcowskie rady i mądrości. A jedna z nich brzmiała: „Jeżeli nie masz pewności, czy coś jest okay, to znaczy, że to nie jest okay". I coś mi podpowiadało, że to, co robię, wcale nie jest okay. Więcej: że jest cholernie daleko od okay.

Na szczęście wtedy do akcji wkroczył Nick. I przemówił mi do rozsądku. Bo on na żadne konserwatywne kompleksy nie cierpiał i z naszym związkiem nie miał najmniejszych problemów. Popisał się podziwu godną mądrością i dojrzałością – dwiema ostatnimi cechami, jakich bym u niego szukała. Gdy w końcu pękłam i mu się zwierzyłam – nie szydził i nie dokuczał mi. Po prostu wytłumaczył mi to i owo. Że czasy się zmieniły, a my tam, na wsi, zostaliśmy w tyle. Takie myślenie to prehistoria, mówił. Co to ma być, dziewiętnasty wiek? To twoja prywatna sprawa, z kim chodzisz do łóżka, a z kim nie, i jeżeli nikomu nie robisz krzywdy, to nikt nie ma prawa ci tego zabronić. Nie komplikuj sobie życia, Karotka, i bądź wolna!... Cóż, od jednej rozmowy ani od drugiej mi się nie zmieniło, pewnie, że nie; wiochowa mentalność zbyt głęboko zapuściła korzenie w mojej głowie. Niemniej czułam, że z każdym kolejnym dniem, z każdą chwilą spędzoną z Nickiem, coraz bardziej przesiąkam jego myśleniem i coraz mniej się tym wszystkim przejmuję. Najwyraźniej lisi urok, pokusa cielesnych rozkoszy (pierwszych takich doświadczeń w moim życiu, było nie było) i parę złotych myśli z Poradnika Młodego Hippisa okazały się silniejsze od wartości, które starzy wpajali mi przez lata. Tanio się dałam kupić, nie ma co. Bo ja się dałam kupić; nie broniłam się przed tym, chciałam dać się przekonać, chciałam czuć się szczęśliwa bez odczuwania wyrzutów sumienia. Potrzebowałam tylko jakiejś wymówki, którą mogłabym się usprawiedliwić, przynajmniej we własnych oczach – a tych Nick mi dał i to w nadmiarze. Oczywiście kryły się za tym ogromne pokłady hipokryzji, ale w tym, co mówił, rzeczywiście było sporo racji, a ja już naprawdę miałam tego ciemnogrodu powyżej uszu; nie bez powodu dałam nogę z tego domu wariatów.

Ale jednak w pewnym momencie kosa trafiła na kamień. Konkretnie to w tym momencie, w którym trzeba było zrobić krok naprzód, czyli pochwalić się związkiem otoczeniu: zabrać drugą połówkę na obiadek do mamusi, zmienić Furbookowy status na „zajęty" i odfajkować resztę tych obrzydliwych zwyczajów, które odstawiają zakochane pary, gdy odkryją, że jednak łączy ich coś więcej niż tylko łóżko. I jakoś, kurczę, nie mogłam się zebrać na odwagę, żeby to zrobić. Żeby wstać i wszem i wobec oznajmić: „To jest Nick, mój chłopak". Cóż, czym innym jest wmówić sobie, że nie robi się nic złego, a czym innym jest wzięcie tego na klatę i obwieszczenie tego światu – i na to drugie jaj mi już nie starczyło... Już nawet nie chodziło o staruszków – pal licho, jakoś by to przełknęli, ot, jeszcze jeden durny pomysł ich szurniętej córki. Tu chodziło o coś innego – o firmę. O znajomych z pracy. Bo coś mi, kurczę, podpowiadało, że nasz coming out niekoniecznie zostałby ciepło przyjęty, przynajmniej przez niektórych. Na Boga, przecież ja pracuję w służbach mundurowych! W ostoi obrońców ładu społecznego, strażników Tradycyjnych Wartości, w niezdobytym bastionie prawicowców! Wszyscy tu są rodzinni, wszyscy konserwatywni, wszyscy za karą śmierci i zakazem handlu w święty Marcin. Nikt tu nie głosuje na lewicę, a ci, co, głosują, robią to potajemnie i bardzo się tego wstydzą. Ale nawet oni twierdzą, że wspakseksualizm to choroba i grzech śmiertelny. Jak by zareagowali, gdyby się dowiedzieli, że my z Nickiem jesteśmy – jak to się teraz mówi? inter? queer? Czy może raczej stare, dobre faggot? Dobre pytanie... Cóż, ci, z którymi trzymam najmocniej – o nich akurat mogłam być spokojna. Z ich strony czekałaby mnie co najwyżej solidna porcja ciężkich, świńskich dowcipów, ale nic poważniejszego. Ale bynajmniej nie ze wszystkimi się tu kumpluję; a przecież jest jeszcze Góra, a Góra lubi mnie niespecjalnie. Co by się stało, gdyby nasz romans wyszedł na jaw? W głowie roiły mi się różne czarne scenariusze, od wyklęcia i ostracyzmu przez odseparowanie od Nicka i karne zesłanie do drogówki na zwolnieniu dyscyplinarnym kończąc. Dziwne miejsce, ten Zwierzogród. Niby można tu być, kim się chce, ale spać z kim się chce – o, to już nie do końca... Przynajmniej ja takie wrażenie odnosiłam. Cóż, zapewne przesadzałam i to ostro; to nie są lata pięćdziesiąte, kiedy homoseksualizm był przestępstwem, a winnych przymusowo leczono koktajlami z hormonów, od których rosły im cycki. Tym bardziej, że zdecydowana większość znajomych z pracy jest wobec mnie jak najbardziej w porządku, wrogów – o których wiem – mogę policzyć na palcach jednej ręki. Ale jednak jakieś draństwo w mojej głowie raz po raz powtarzało, że to kiepski pomysł – i żeby się z tym nie odkrywać.

No to wymyśliłam, że zejdziemy z naszym romansem do podziemia i utrzymamy go w sekrecie. Cicho-sza, nikt nic nie wie, tajemnica państwowa. Gdyby ktoś pytał – jesteśmy tylko kumplami, spotykamy się po pracy na piwo i kręgle, ale nic więcej między nami nie ma. A kiedyś (jakoś w epoce lotów na Wenus, czy coś koło tego) może się w końcu przyznamy. Tak to sobie wymyśliłam. Nickowi jednak taki pomysł niezbyt się spodobał. Z jakiegoś powodu strasznie się zaczął zżymać, gdy coś takiego zaproponowałam. Gadał coś o paranoi i odwadze cywilnej. Uważał, że przeginam. Że przeginam, że nic nam nie grozi, że nikt nikogo nie wyrzuca z roboty za romans; Górę takie rzeczy guzik obchodzą, mówił. A najlepszym na to dowodem miałby być fakt, że do firmy przyjęli również i jego – lisa, chuchro bez masy mięśniowej, bez szkoły, bez matury, za to z paroma smrodkami w kartotece. Skoro na moje stare grzeszki przymknęli oko, mówił Nick, to i coś takiego tym bardziej nie będzie ich interesować. Wytknęłam mu, że w tych wszystkich starych sprawkach figurował wyłącznie jako podejrzany, nigdy skazany, wtedy rzeczy wyglądałyby inaczej... Wy pewnie czytacie to teraz i macie oczy kwadratowe ze zdumienia. Jakże to, ta słynna Judy Hopps, ta cholerna nonkonformistka, co to całe życie miała różne społeczne konwenanse głęboko w płucach, nagle zaczęła przejmować się, co o niej za plecami mówią? Ta Judy Hopps od „Try Everything", ta, co od kiedy skończyła siedem lat, idzie życiu pod prąd, zaczęła się interesować opinią otoczenia? Domyślam się, że dziwnie to wygląda... Ale cóż, tak, stchórzyłam, pewnie, że stchórzyłam. Możecie się nade mną znęcać, jeśli musicie, taka jest prawda: nie miałam odwagi się z tym odkryć, po prostu. Ale w przeciwieństwie do większości z was, jak sobie wyobrażam, wiem, co to znaczy zostać główną bohaterką skandalu; wiem, co to znaczy i niekoniecznie mam ochotę przechodzić przez tę kołomyję po raz kolejny. Taką to naukę wyniosłam z tego szajsu ze skowyjcami: pomyśl dwa razy, zanim zrobisz coś kontrowersyjnego. No to pomyślałam dwa razy. I trzymam gębę na kłódkę.

A zatem – spisek. Konspiracja. Sekretne porozumienie, pakt Wilde-Hopps z tajnym protokołem dodatkowym: takie są teraz reguły. Żadnego flirtu w pracy, żadnych podtekstów, żadnego buzi-buzi, niczego, po czym otoczenie mogłoby odkryć, co nas łączy. Po fajrancie – do oporu. Ale nie w pracy. Nick zrzędził i marudził; ale do spisku dołączył. I się z czasem nawet w niego wkręcił. Nie ze strachu jednak, nie, nie on. Podejrzewam raczej, że znalazł sobie w tym rozrywkę – ot, lekki nielegal dodający temu wszystkiemu odrobinę pikanterii, bonusowe punkty w grze erotycznej. I to się tak kręciło przez jakiś czas, i to nawet jako tako funkcjonowało. Katastrofa się, w każdym razie, nie wydarzyła. A teraz – o, sami widzieliście. O mały włos, a by się wydało. Zresztą to nie pierwszy taki przypadek. Nickowi już z raz czy dwa udało się zafundować mi miniaturowy zawał serca. Ja wiem, co się dzieje: on ma dosyć. Ma dosyć tej konspiry, ma dosyć życia w psychozie i paranoi. Cóż, rozumiem go i nie winię. Ale ja nie jestem jeszcze gotowa, żeby się ujawnić; jeszcze nie. Co mu zresztą mówiłam. A skoro nie jestem, to trzeba mnie przekonać... Domyślam się, że taki to właśnie plan narodził się w lisiej głowie: przygotować grunt pod nasz coming out i przy okazji dodać mi odwagi. Zupełnie jakby chciał mi przekazać: „Patrz, Karotka, flirtuję z tobą na oczach wszystkich i nie się nie dzieje!" („Patrz, mamo, bez trzymanki!"). Był bardzo pewny siebie w tym wszystkim. Aż za bardzo – to mnie niepokoiło. Zastanawiam się, z czego ta pewność siebie wynikała. Czy był stuprocentowo pewien, że nic nam nie grozi? Aż takie miał rozeznanie, aż tak dobrze znał się na życiu? Czy może to raczej nic innego jak tylko słynna Nickowa beztroska i hurraoptymizm, hulaj dusza, a co będzie, to będzie? W końcu horyzont czasowy Nicka rzadko kiedy sięga dalej niż do hitu najbliższej kolejki ligi bejsbolowej. Nick ma w sobie coś z dużego dziecka, co czasem bywa trochę irytujące. Momentami naprawdę nieźle podnosi mi ciśnienie, tym swoim nieogarnięciem i maniem wszystkiego głęboko. Ale z drugiej strony – czyż to nie właśnie to sprawiło, że na niego poleciałam? Ten jego chłopięcy, łobuzerski urok – czyż to nie on mnie tak ujął? Uśmiech, humor, błysk w oku, brak poszanowania dla reguł życia w społeczeństwie, do tego przyjemne usposobienie i fajne ciałko. Tudzież różne pierdółki dnia codziennego, które funduje mi w ilościach hurtowych – jak na przykład ten numer z wywieszaniem jęzora na wiatr, kiedy prowadzę radiowóz. Nie ma co – taki już po prostu jest Nick: nie do końca dorosły, nie do końca poważny, uroczy w swojej beztroskiej urwisowatości, a przy tym doskonale się znający na ssaczej naturze, imponujący życiowym sprytem i doświadczeniem, opinię gapiów zawsze mający głęboko w czterech literach. Taki już jest, i tyle. Ale nawet on, kiedy napomykam, że moja mama piecze najlepszego cholesterolowca w tej części ramienia galaktyki, i robię przy tym porozumiewawcze mrug-mrug, to on nagle markotnieje i zaczyna mamrotać coś o gazach na lisy, po czym zmienia temat na jakiś bezpieczniejszy. Czyli ani wte, ani wewte. Nieźle się dobraliśmy – pewnie po IQ, nie ma co...

A więc siedzimy w tym po uszy, oboje, jak w oblężonej twierdzy, trochę nie wiedząc, co z tym wszystkim zrobić. Pewnego dnia to się weźmie i wyda, pewnie, że tak się stanie, nie ma innej opcji; w końcu nasze otoczenie nie składa się ze skończonych kretynów. Pytanie tylko, jakie będą konsekwencje. Jak wielkie będą straty uboczne? Nie wiem i wcale mi się nie pali, żeby to sprawdzić... Ale – jedno jest pewne. To, że można. Że królik z lisem może. Na przekór Matce Naturze, na przekór tradycji, religii, na przekór księżom, rabinom i imamom – daje się. Królik może się związać z lisem i końca świata to nie wywołuje. Co sugerowali różnoracy kaznodzieje i ewangeliści, wspominając coś o Sodomie. Nie wywołuje to też jednak dzieci, jeżeli Darwin się nie mylił... ale to już rzecz na inną dyskusję. Nieważne. Jest fajnie. I niech tak będzie.

– Przyszła mi do głowy jeszcze jedna rzecz – powiedziałam, gdy szliśmy korytarzem ku schodom, ja z prawej, Nick z lewej.

– Hmmmmm? – odmruknął. Chyba wciąż jeszcze marzył.

– W kwestii napadu, no. Skup się.

– Ach, napad. I co z nim?

– O ten usypiacz mi chodzi. Wydaje mi się, że... wydaje mi się, że to był STG-1. To znaczy tak mi się wydaje, bo na tym monitoringu nic nie było widać. Nie wiem, dlaczego. Ale tak bym obstawiała.

– Super. I co w związku – aua! Dobra, dobra, okay, już będę grzeczny. No.

– Świetnie! No to teraz pytanie za sto punktów: skąd ten facet go, u licha, wytrzasnął?

– W sensie, tego usypiacza?

– Aha. Przecież to rzecz egzotyczna, droga i trudno dostępna. Dużo trudniej niż zwykła broń palna.

– Czekaj, czekaj... – Nick podrapał się po podbródku. – Do czego zmierzasz?

– Gdybyś chciał skołować coś takiego, to gdzie byś poszedł?

Wzruszył ramionami.

– Do naszego arsenału. Mamy na składzie.

– Otóż to – pokiwałam głową. – Otóż to.

Skręciliśmy w lewo.

– Ty tak poważnie? – spytał z niedowierzaniem. – Myślisz, że to ktoś od nas?

– Eee, że od nas, to raczej nie – powiedziałam i skinęłam głową mijającej nas Patti Dingovitz, dziewczyna odwzajemniła gest zrywając w pośpiechu rzepy pancerza (rany, rzucili na front nawet tych z Gospodarczego?); obejrzałam się za nią. – Przynajmniej mam nadzieję, że nie... – mruknęłam. – Ale broń – broń może jest nasza, kto wie.

– Hmm... Myślisz, że ktoś dorabia sobie sprzedając firmowy sprzęt na bazarze?

– Nie, pomyślałam o tej zadymie. Na dole mignął mi jakiś dryblas z ZSPF, oni używają takich giwer. Może komuś się jakaś w nocy, mhm, zapodziała? Wprawdzie oni używają głównie strzałek z serum, nie usypiających, ale jednak... Trzeba to będzie sprawdzić, jak już wszystko się uspokoi.

– Mam nadzieję, że pamiętasz, co jest dzisiaj wieczorem?

– Hmm? Ach, no tak, operacja „Królik z grilla". O której to było?

– O dwudziestej.

– Spoko. Myślisz, że się wyrobimy?

– Czemu nie? Jeżeli liczymy standardowe osiem godzin, to powinniśmy spokojnie zdążyć. A ja nadgodzin dzisiaj robić nie zamierzam. To już by było po prostu –

– Wilde!

Jak grom z jasnego nieba. Odwróciliśmy się w mgnieniu oka, a ja o mały włos a stanęłabym w postawie zasadniczej. Gdybym usłyszała swoje nazwisko, zrobiłabym to z pewnością – zawsze tak reaguję na ten głos. Są tacy goście, co mają moc samym głosem spiąć wam system nerwowy na krótko, i to był właśnie był jeden z takich przypadków. Oto i on: deputy chief Daniel Antlerson, jeleń, zastępca Bogo i druga figura w całej firmie. Stał na korytarzu. Wychynął ze swojej plugawej nory, w przepasce biodrowej, z maczugą w ręce i z kością kazuara w nosie, zionąc żądzą mordu i zniszczenia. Gapił się na Nicka, a jego dzikie, nabiegłe krwią ślepia płonęły piekielną wściekłością. Strużka śliny ciekła mu z pyska i kapała na wzdęty, włochaty bandzioch. Zaryczał ochryple, zamachnął się maczugą i –

– Tak, sir?

Sir nie odpowiedział. Wydął tylko mocniej wargi. Stał w drzwiach swojego gabinetu, odstawiony że hej, w garniturze bez marynarki, pod krawatem i ze spluwą na szelkach, stał i laserował Nicka spojrzeniem. Tak morderczym, że aż się powietrze zjonizowało. Nagle na korytarzu zrobiło się tak jakby trochę goręcej, goręcej i ciaśniej... Umilkły rozmowy, zaś ci, co akurat przechodzili, włączyli tryb kroku defiladowego, ze wzrokiem wbitym sztywno przed siebie i z kręgosłupami wyprostowanymi tak idealnie, że można by ich użyć do projektowania luf karabinów snajperskich. Takie to cuda czyni obecność Antlersona. Nickowi też się udzieliło: mina mu zrzedła, a uszy klapnęły lekko. A ja stałam jak ten kołek, zbita z tropu, i skakałam wzrokiem od jednego do drugiego, z lisa na jelenia i z powrotem, jak widz na meczu tenisowym, i usiłowałam zrozumieć, o co tu, kurde, chodzi. Czego on chce? Antlerson nie znosił Nicka, żadna to tajemnica, ale teraz patrzył na niego, jakby ten spalił mu wieś, wymordował krewnych, wykąpał się w ich krwi i ponabijał ich głowy na płot. Antlerson wyraźnie coś do lisa miał, coś dużego i osobistego, ale nie rozumiałam, co. Zresztą Nick, wnioskując po tej minie, „lichej i durnowatej", też nie. Antlerson... Antlerson jest w firmie Numerem Dwa, ale w obejściu, w co pewnie ciężko uwierzyć, w obejściu jest od Numeru Jeden stokroć gorszy. A fakt, że posiada tu uprawnienia praktycznie nieograniczone, nie ułatwia wcale sprawy. Jest on dla Bogo tym, kim Darth Vader był dla Palpatine'a: prawą ręką i typem od załatwiania brudnej roboty. Nie, nie żadnej tam papierkologii stosowanej czy nadętego mędrkowania do kamery – facet naprawdę ogarnia cały ten cyrk, jakim jest Zootopia Police Department, ogarnia go, pilnuje, żeby trzymał się w kupie i jako tako funkcjonował. Na szczęście my tu z Nickiem jesteśmy tylko parą statystycznych szturmowców, więc nasze kontakty służbowe z nim – jak zresztą z Górą w ogóle – ograniczają się do niezbędnego minimum. I całe szczęście. Wezwanie z Góry nigdy nie jest niczym przyjemnym, z definicji: jeżeli Góra osobiście czegoś od ciebie chce, to wiedz, kolego, że masz przerąbane; bo widać nabroiłeś, i to zdrowo.

– Słówko – warknął Antlerson. – Pozwól no.

Antlerson. Mówiący „Słówko". To coś jak dowódca plutonu egzekucyjnego mówiący: „Cel!". Spróbowałam przyjść mojemu lisowi z odsieczą:

– Sir, z całym szacunkiem, ale aktualnie... – tu urwałam, bo Antlerson przeniósł wzrok na mnie i tym jednym, krótkim spojrzeniem w aż nadto dobitny sposób wyraził swoją opinię na temat tego, co aktualnie. Aha, zapomniałam powiedzieć: mnie też Antlerson nie znosi.

– Mówiłem do ciebie, Hopps? – spytał (i łup! maczugą). – Nie mówiłem. Więc się przymknij, z łaski swojej. – (Łup! Łup!). – Co tak stoisz, Wilde, czerwonego dywanu się spodziewasz? Raz-dwa, nie mam całego dnia.

Nick ciężko wypuścił z płuc powietrze. Zdążył mi jeszcze posłać niepewne spojrzenie, zanim wreszcie się przemógł i wszedł do środka. Poznałam: też nie wiedział, o co chodziło.

– Pojadę i ogarnę te zeznania! – zawołałam za nim. Pokazał mi wyprostowany kciuk, nie oglądając się, po czym zniknął w gabinecie, dzielnie wytrzymując mordercze spojrzenie Antlersona. Chwilę później trzasnęły drzwi. Trzasnęły – a Nick został po niewłaściwej stronie.

Odetchnęłam ostrożnie. Nigdy nie byłam w Tym Gabinecie, ale wiedziałam, co się tam teraz dzieje. Widziałam to oczami wyobraźni: jak Antlerson prowadzi Nicka po schodach do znajdującego się poniżej lochu. Ma tam madejowe łoże, żelazną dziewicę, haki, kleszcze, kolekcję płyt Justina Beavera i jeszcze parę innych w tym guście, i zaraz urządzi mojemu lisowi takie wash and go, że średniowieczni inkwizytorzy spaliliby się ze wstydu nad swoją amatorszczyzną. Niewykluczone też, że podda go dużo gorszej torturze: zechce sobie z nim porozmawiać. Tylko o co niby mogło –

I wtem poczułam, jak w żołądku powstaje mi obrzydliwe uczucie spadania w przepaść, a błędnik wywija podwójnego axla z półśrubą. Zrozumiałam: to chodziło o nasz romans! Wydało się! Ktoś nas podpatrzył – dodał dwa do dwóch – i doniósł! Wszystkie moje paranoiczne scenariusze wypełniły się co do joty, to koniec naszej... Ale zaraz się opamiętałam: to nie może chodzić o nasz romans, bo wtedy Antlerson wezwałby na dywanik nas oboje. Albo nawet w pierwszej kolejności mnie, jako starszą stopniem. Więc to nie to. To coś z innej kartoteki.

Zstąpiłam na ziemię. Już się uspokoiłam. Nagle cała rzecz wydała mi się błaha i niewarta splunięcia, ot, Antlerson ma jakąś sprawę do Nicka, i tyle. Aż się zawstydziłam, że tak zareagowałam: przełożony jest nie w humorze, a ja już sobie wyobrażam, że mnie wywalą, dobre sobie. Ten romans zrobił ze mnie narwaną panikarę. Rozejrzałam się po korytarzu: wszyscy patrzyli na mnie jak na wdowę po bohaterze wojennym. Westchnęłam ciężko, patrząc z frustracją na drzwi – wciąż były zamknięte, zamknięte na amen, i ani myślały się otworzyć. Coś mi podpowiadało, że Nick nieprędko stamtąd wyjdzie. To chyba byłoby na tyle, jeśli chodzi o nasze dzisiejsze występy.

– Fajno – mruknęłam pod nosem. – Bardzo fajno.

Zostałam na placu boju sama, bez sojuszników, bez sprzymierzeńców, z partnerem wziętym do niewoli. Co teraz? Czekać czy jechać? Jechać czy czekać? Kusiło mnie, żeby poczekać. Przecież zawsze raźniej pracuje się we dwójkę. Kłopot w tym, że nie wiadomo, jak długo Nick będzie uziemiony. W języku Antlersona „słówko" potrafi oznaczać długie, męczące przesłuchanie rodem z kazamatów NKWD, pod koniec którego maltretowany nieszczęśnik słania się na nogach, gotów przyznać się do wszystkiego, byleby już nie patrzeć na tę wredną gębę. Postanowiłam, że dam mu trzy minuty. Jak do tego czasu nie wypuści mojego lisa – cześć i czołem, jadę sama.

Odmierzałam na zegarku. Minuta, półtorej... a Nick ciągle nie wychodził. O co mogło Antlersonowi chodzić? Cokolwiek to było, musiało być dość dużego kalibru, bo gość był wściekły jak nigdy. W takim stanie nie widziałam go naprawdę dawno. Nadstawiłam uszu, ale jakoś nie mogłam usłyszeć o czym gadają. Czy Ten Gabinet jest wyciszony? Gdzieś w zakamarkach mojej głowy czaiła się myśl, że to jednak chodzi o nasz romans, że Nick jest maltretowany właśnie na tę okoliczność – ale zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że zastępca szefa policji w wielomilionowej Stolicy Wolnego Świata ma ciekawsze rzeczy na głowie niż roztrząsanie relacji łączących dwójkę gliniarzy z samego dołu służbowej piramidy. Byłam zła na siebie, że w ogóle tak myślałam. Ta cała konspiracja... Z niechęcią uświadomiłam sobie, że sytuacja zaczęła pomału wymykać się spod kontroli. Że sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, i że to ja sama do tego dopuściłam. Trzeba będzie sobie przemyśleć parę spraw. Czeka mnie długa i ciężka rozmowa z Nickiem... ale to kiedy indziej. Nick ma teraz inne zmartwienia. Dwie i pół minuty, trzy: koniec. Spojrzałam jeszcze raz na drzwi, prychnęłam przez zęby – i poszłam precz. Nie ma co czekać.

W sumie to rozsądna decyzja. Zostałam policjantką nie po to, żeby miło spędzać sobie czas, tylko po to, żeby pomagać, szefie, obywatelom. Jak długo mój lis będzie uziemiony, nie wiadomo – ale na przesłuchanie jednej ofiary napadu powinno od biedy wystarczyć. A ja jestem już na tyle duża, że dam radę sama to zrobić, Nick nie jest mi niezbędny. Tym bardziej, że obiecałam, że się pospieszę... Ale o co chodziło Antlersonowi? Tego jakoś odgadnąć nie mogłam. Szłam korytarzem ku wyjściu robiąc ekspresowy rachunek sumienia i starając się przypomnieć sobie wszystkie służbowe grzeszki, jakie mogliśmy ostatnio z Nickiem popełnić. I jakoś z ostatnich paru tygodni nic nie było! A przecież gdybyśmy odwalili jakąś fuszerę, to ja bym została wezwana w pierwszej kolejności, zgodnie z prastarą zasadą mówiącą, że gdy coś się spieprzy, to potem wciry zbiera dowódca. Czyżby Nick zmalował coś, o czymś nie wiedziałam? Ale nie, widziałam to w jego oczach, też nic nie rozumiał. Jezus Maria, przecież nie może chodzić o te gołe baby w komputerze ani o błędy ortograficzne w raportach! O co zatem –

Nagle zatrzymałam się. U szczytu schodów. Nie od razu zorientowałam się, co jest grane, po prostu coś ukłuło mnie w oczy, coś mi nie pasowało.

Po chwili zrozumiałam, co.

W dole, w głównej hali, wciąż kłębiły się tłumy, jak na dworcu kolejowym, gdy maszyniści urządzają strajk włoski. Horda gliniarzy i nie-gliniarzy skondensowana na powierzchni porównywalnej z boiskiem do bejsbola, zachowująca się jak rój dronów Borg opuszczonych przez Królową – fajny obrazek, wart pokazania w Akademii Policyjnej z komentarzem „Co się dzieje, gdy impreza masowa wymyka się spod kontroli: materiał poglądowy". Ale teraz balanga wzbogaciła się o nowy czynnik, dość niecodzienny – na pierwszy rzut oka wyglądało to jak rozlewający się u drzwi wielki, czarny kleks. Ale nie, to żyło: to drużyna ogarniturzonych dżentelmenów ładowała się do środka. Zamieszanie spotęgowało się jeszcze bardziej, jeśli to możliwe; teraz to tam znalazło się centrum uwagi, kto mógł, patrzył w tamtą stronę, zaś ci, co stali najbliżej, rozstępowali się na boki, jakby porażeni polem siłowym. A tamci rozrośli się już w jakąś mini-armię, kolejni wchodzili do środka, jeden za drugim – każdy o gabarytach rozgrywającego z Rugby Premier League, każdy w pięknym garniturze modelu „rządowy spisek": przysłowiowi faceci w czerni wyjęci wprost z koszmarnego snu anarchisty. Zwaliło się ich tylu, że daliby radę bez wspomagania odtworzyć finałową bijatykę z trzeciej części „Matriksa", gdyby się postarali. Eskortowali najwyraźniej Kogoś Bardzo Ważnego, ale kogo, nie mogłam jakoś dojrzeć – ale wtem jeden z nich, nosorożec w okularach przeciwsłonecznych o wymiarach przedniej szyby cadillaca, wystartował do przodu, ku dyspozytorni, a moim oczom ukazała się postać do tej pory skryta w centrum roju. Coś różowego z rogami. Czułam, jak wargi same z siebie układają mi się w zdumione „O". To była gnu. Wielka gnu w niedorzecznym, różowym kostiumiku. Poznałam ten kostium, poznałabym obudzona w środku nocy.

Przybyła pani na Zwierzogrodzie.