Plask! Od razu w kałużę. Wytrząsnęłam stopę, mieląc w ustach klątwy. W uszach mi lekko dzwoniło, jakby tam, skąd wyszłam, mieściły się hamownie silników odrzutowych, sala prób dętej orkiestry symfonicznej, kilka wrzeszczących na siebie manifestacji i wybieg dla tyranozaurów. Spojrzałam przez ramię: za drzwiami kłębiły się tłumy, przelewały się i kotłowały migając na czarno i granatowo, jak korporacja wrzucona do pralki. Droga do wyjścia stanowiła w istny tor przeszkód, gdyby nie bogate doświadczenia z rockowych koncertów, zostałby ze mnie placuszek. Zapięłam kurtkę. Przede mną rozpościerał się policyjny parking, wypchany policyjną flotą pod korek. Radiowozy z połowy miasta i powyciągany z garaży ciężki sprzęt: opancerzone transportery, bojowe autobusy, mobilne armatki wodne i co tam jeszcze mieliśmy na składzie – wszystko poobijane i ubłocone jak po zawodach NASCAR, stało sobie i rdzewiało radośnie na deszczu. Lekko żałośnie to wyglądało... chociaż pewnie i tak potencjał militarny tej kupy złomu przewyższał potencjał militarny takiej, dajmy na to, Nikaragui. Gdzieś tam, w tym szrotowisku, stał również mój wierny Hoppsomobil, a przynajmniej miałam nadzieję, że stał, bo w sumie kto wie, czy w nocy nie lampartował się gdzieś na mieście. Już-już miałam iść to sprawdzić, ale coś kazało mi się odwrócić jeszcze raz – i kawałek od wejścia, pod daszkiem dla palaczy, spostrzegłam odziane w nieprzemakalną kurtkę, szerokie niedźwiedzie plecy. I niemal od razu poczułam, jak banan wypełza mi na wargi, a endorfinki w żyłach zaczynają radośnie buzować. Znam posiadacza tych pleców.

I bardzo lubię z nim obcować.

Panie i panowie, pozwólcie, że przedstawię: Theodore Bearnes. Dla przyjaciół Ted. Czyli dla wszystkich, bo niedźwiedź przyjaźnie zadzierzga łatwo i naturalnie, w czym nie ma nic dziwnego – chłopina jest przesympatyczny i po prostu nie daje się go nie lubić. Ma on w sobie coś z Nicka: też zawsze uśmiechnięty, też zawsze wyluzowany, też zawsze w świetnym nastroju, nawet gdy sprawy idą nie po jego myśli (rzecz, która mi się w nich szalenie podoba i której im trochę zazdroszczę). Za to figurę ma po Clawhauserze. Spośród wszystkich znajomych z firmy to chyba właśnie Teda lubię najbardziej, mimo że nie pracujemy razem ani nawet nie widujemy się codziennie – niedźwiedź siedzi kilka pięter wyżej, rzucony na wyjątkowo wredny i paskudny odcinek frontu, jakim są narkotyki. Tak, on pracuje w sekcji narkotykowej, serio. Ten poczciwina zarabia na życie rozpracowując gangi handlarzy śmiercią. Gdybym nie wiedziała, w życiu bym nie odgadła. Z charakteru pasowałby raczej na przewodnika wycieczek po Disneylandzie. Dzieci zresztą też uwielbia; ma ich dwójkę. Rubaszny i jowialny, głęboko rodzinny, wiedzie leniwy i niezbyt skomplikowany żywot w duchu filozofii, którą nazwałam sobie „4B": Baseball, Burger, Browar, Barbecue. Mieszanka ta, zwłaszcza w połączeniu z Nikotyną, nie jest zbyt zdrowa i wiedzie szeroką autostradą wprost do Miażdżycy, Raka i Chorób Serca – no, ale to jest na różne literki i chyba niedźwiedzia przerasta, więc muszę mu to tłumaczyć łopatologicznie. Regularnie dobieram mu się do tyłka o papierosy i żarcie grillowej smażeliny. Zwłaszcza o papierosy, bo Ted palił w naprawdę przerażających ilościach. Palił – czas przeszły – bo dzięki mnie trochę się ograniczył. Najwyraźniej uznał moje ględzenie za bardziej szkodzące zdrowiu niż trucie się dymem. Wprawdzie nie rzucił, ale przynajmniej zszedł z morderczej dawki, jaką ładował sobie wcześniej; cóż, dobre i to. Z tłustego żarcia to go już raczej nie wyleczę, ale palenie chyba faktycznie ma zamiar rzucić całkowicie, bo od dłuższego czasu naprawdę widuję go pod tym daszkiem coraz rzadziej, co mnie bardzo cieszy. No, ale skoro już go tu przyuważyłam, to nie mogłam nie skorzystać z okazji – liczyłam na jakiś cięty polityczny komentarz do rzeczywistości, niedźwiedź uwielbia wyzłośliwiać się na firmowe absurdy i bizantyzmy; i na żadne narodowo-prawicowe odchylenie zdecydowanie nie cierpi.

– Ale impreza, co? – rzuciłam wesoło, zachodząc go od tyłu. – Lepsze niż marchewkowe dożynki! Może jeszcze Gazelle by tu wpadła... – urwałam, bo ten się odwrócił, a ja zrozumiałam, że palnęłam gafę; już otworzyłam usta by powiedzieć: „O, przepraszam, pomyliłam pana z kimś" – ale nie, to był Bearnes, to on, tak. Ale ust nie zamknęłam. Bo mnie zatkało. Niedźwiedź wyglądał... Jezu, jak on wyglądał. Masakrycznie. Jak... no nie wiem. Jak koroner, co właśnie wrócił z oględzin masowego rytualnego samobójstwa. Jak żołnierz wyzwalający obóz koncentracyjny. Jak ofiara porwania przez UFO. Takie to skojarzenia plątały mi się pod łepetyną, gdy patrzyłam na to coś, co stało przede mną. Mój Ted gdzieś przepadł. Zastąpił go jakiś jego brat bliźniak, poturbowany i głęboko wstrząśnięty. Twarz niedźwiedzia, zawsze przyozdobiona niezniszczalnym uśmiechem, teraz promieniowała cierpieniem głębokiej traumy. Jego oczy, zazwyczaj wesołe i pogodne, teraz patrzyły dziko i niepewnie. Z ust sterczał mu papieros; zaciągał się nim z jakąś taką żarłoczną żądzą, jakby to była kwestia życia i śmierci. To nie był dymek w przerwie w pracy – tak zaciąga się żołnierz na froncie, kiedy pocisk moździerzowy, który właśnie wpadł mu do okopu, zamiast wybuchnąć zaskwierczy, zadymi i zrobi przepraszające „puf!". I odniosłam nawet wrażenie, że na skroniach niedźwiedziowi pojawiło się trochę siwych włosów. Nigdy, przenigdy nie widziałam go w takim stanie.

– Ted? – spytałam ostrożnie. – Eee... wszystko gra?

Jeszcze nie skończyłam mówić, a już pożałowałam, że nie ugryzłam się w język. Najgłupsze, co mogłam powiedzieć: „Wszystko gra?" – ten żałosny, fałszywy greps, którym posługują się zwierzogrodzianie, kiedy chcą komuś okazać swoje niezbyt zaangażowane zainteresowanie, bez specjalnego wnikania w niuanse; ot, uniwersalny, grzecznościowy tekst, którym by poczęstowali zarówno zmartwioną koleżankę, jak i wykrwawiającą się ofiarę wypadku. Naprawdę to palnęłam. Ale nic innego nie przyszło mi do głowy. Nie jestem oprogramowana na taki widok; a w takich przypadkach włączają się automatyzmy. Zresztą pytanie było podwójnie głupie, bo gołym okiem było widać, że wcale nie grało. Wcale a wcale.

Bearnes odwrócił wzrok, wyjął papierosa, westchnął, strzepnął popiół. Milczał dłuższą chwilę.

– Wróciłem ze szpitala – mruknął w końcu. – Tigburne jest po zabiegu. I rokowania... rokowania są takie sobie.

O. Teraz mnie zaskoczył. Tigburne? A kto to jest Tigburne? Pierwszy raz słyszałam to nazwisko. Tigburne, Tigburne... Pogrzebałam w pamięci, ale nic mi to nijak nie mówiło. Kto to jest, to ktoś z Narkotykowego? Ktoś z pracy w ogóle? Nigdy o nim nie słyszałam. Jeżeli pracuje tu gdzie ja, to powinnam go znać, albo przynajmniej o nim słyszeć – jak przystało na kogoś wychowanego w rodzinie modelu 2+250, mam nieźle wyćwiczoną pamięć do takich rzeczy. Ale nie. Jakoś nic nie przychodziło mi do głowy. To jakiś nowy? Albo nowy, albo służący w jakiejś egzotycznej sekcji, jedyne wyjaśnienie. Niemniej ktokolwiek to był, Bearnes – Bearnes go znał, znał go i dobrze mu życzył. A stan tegoż Tigburne'a musiał być naprawdę nie do pozazdroszczenia – niedźwiedź nie jest z tych, co wpadają w deprechę z byle powodu.

Niestety odezwała się moja natura przekupy ze straganu, która, zamiast go pocieszyć, powiedzieć, że mi przykro, czy co się tam w takich sytuacjach mówi, kazała mi palnąć:

– A co się stało?

A Bearnes tylko westchnął i obdarzył mnie zmęczonym, zirytowanym spojrzeniem. Zrobiło mi się bardzo głupio. Druga gafa do kompletu; to już nie rozkojarzanie, to wrodzony debilizm. Spróbowałam rozładować sytuację uśmiechem, ale się nie dało. Niedźwiedź patrzył na mnie, zdając się mówić: „A może, wiejski ćwoku, chcesz podzielić jego los?". Uciekłam wzrokiem – szyba, główna hala, tłumy...

– W sensie oberwał w tych zamieszkach? Przy tłumieniu...

– Jakich, cholera, zamieszkach! – krzyknął Bearnes. – Przecież to nie nasza działka! – I znowu się zaciągnął. – Dostał na akcji. W nocy. Nie słyszałaś?

– Rety! W sensie, że –

– W zamieszkach, mhm. Czy to w ogóle ogarniasz, co się wokół ciebie dzieje?

– Słyszałam, że była jakaś strzelanina, ale nic więcej –

– I nie zainteresowałaś się tym? Nie przyszło ci do głowy, żeby się dowiedzieć? W zamieszkach! Boże kochany!

Zaciągnął się po raz wtóry, chyba się uspokoił.

– Przepraszam – mruknął. – Nie powinienem...

Krople deszczu bębniły o daszek. Ciżba za szybą kłębiła się i kotłowała, fagasy Bullins migały na czarno. Drzwi się to otwierały, to zamykały, ktoś wchodził, ktoś wychodził. Powoli wciągnęłam do płuc powietrze i równie powoli wypuściłam. Byłam wytrącona z równowagi. Nigdy się nie zdarzyło, żeby Ted podniósł na mnie głos... Minął nas Hackles, w pośpiechu zakładając kurtkę; nawet nie spojrzał.

Szukałam słów.

– Co się tam stało? – spytałam cicho. – Ted?

Wzruszył ramionami, strzepnął popiół z papierosa.

– Strzelali do nas, co się niby mogło stać... Takie tam, mhm, dodatkowe atrakcje przy weekendzie...

– Oni? Oni, to znaczy kto?

Westchnął ciężko.

– Oni. Ci skowyjarze, nad którymi teraz siedzimy. Od trzech miesięcy. Od trzech miesięcy nie robimy nic innego, jak tylko rozpracowujemy tę bandę, zesrać się idzie. – Zaciągnął się. – A zresztą... zresztą mówiłem ci chyba, nie? Wtedy, na strzelnicy. We wtorek, czy tam w środę. Mówiłem. Zapomniałaś już?

A tak, już sobie przypominam. Sytuacja sprzed paru dni: wpadliśmy na siebie po godzinach i spontanicznie zorganizowaliśmy sobie zawody na dystansie dwunastu metrów. Przy okazji pogadaliśmy sobie o różnych głupotach, o wszystkim i o niczym, taka tam gadka-szmatka – ale wtedy, uważacie, wtedy niedźwiedziowi przypadkiem się wymsknęło, że na dniach mają w planach likwidację jakiegoś gangu w Las Padas. A to, jak się okazało, było tajne i miało nie wyjść poza sekcję. Nie zmyślam, tak było. W jaki, u diabła, sposób z obśmiewania najnowszej gafy prezydenta i obgadywania wspólnych znajomych można przeskoczyć do sypania informacjami opatrzonymi klauzulą tajności (najniższą, ale jednak) – nie wiem, ale jemu się udało. Mało w tym chyba było złej woli, raczej długi jęzor. Bearnes jest świetnym gliną, ale czasami zachowuje się gorzej niż baba z magla. Strasznie zły się na siebie zrobił i wymógł na mnie obietnicę, że nikomu nie powiem. Słowa dotrzymałam; zresztą zapomniałam o wszystkim raz-dwa. Coś chyba było o jakiejś stoczni. A może o porcie...? Nie pamiętam już, naprawdę. Ale cokolwiek tam się stało, i gdziekolwiek to było, najwyraźniej nie poszło zgodnie z planem.

– ...Siedzimy nad tym i siedzimy, masakra, robota idzie jak po grudzie. Sukinsyny są naprawdę dobre, nic na nich nie mieliśmy. Ale parę dni temu – parę dni temu uśmiechnęło się do nas szczęście. Wpadliśmy na trop ich kanału przerzutowego. Port towarowy w Dystrykcie Morskim. Dostaliśmy cynk, że będą tej nocy odbierać towar. No to zastawiliśmy kocioł. Czekaliśmy i czekaliśmy, chyba z sześć godzin, już chodziły zakłady, czy przyjadą, czy nie. Ale faktycznie przyjechali. Tylko że... że to nie my strzelaliśmy do nich – a oni do nas.

Uśmiechnął się krzywo.

– Do glin się nie strzela, co? – mruknął. – Dobre sobie.

– Ted, ja cię bardzo –

– Oni wiedzieli.

– Kto? W sensie ci skowyjarze?

Skinął głową. Nie patrzył na mnie, patrzył na koniuszek trzymanego w palcach papierosa.

– Herdy mi mówił, że to przypadek, zbieg okoliczności – ciągnął – ale ja tego nie kupuję. To nie była improwizacja, to było zaplanowane. Wiedzieli.

– Ted, posłuchaj –

– Walili do nas jak do kaczuszek – mówił cicho, ni to do mnie, ni do siebie. – Sukinsyny miały karabiny Taurus, pojęcia nie mam, skąd je wytrzasnęli. Przecież to broń oddziałów specjalnych. A my z pistolecikami. Nie mieliśmy szans.

Ja swoje, on swoje. Dałam sobie spokój i się przymknęłam. Bearnes też zamilkł i na powrót jął pompować w krwiobieg nikotynę. Staliśmy jak te kołki i bez słowa gapiliśmy się na skąpany w deszczu parking, z rzadka przenosząc spojrzenia na mijających nas mundurowych i cywili. Gdzieś niedaleko powinna stać fura Bullins, ale jakoś nie mogłam jej dostrzec; może przyjechała pieprzonym pociągiem pancernym.

Skowyjarze, o których mówił niedźwiedź, to gang handlarzy skowyjcami, jeden z kilku w mieście, powstały jako skutek uboczny imprezy, którą rozkręciła Bellwether. Podczas gdy jedni lizali rany, szacowali straty i sądzili winnych, drudzy smarowali biznesplany i kalkulowali potencjalne zyski. Okazało się, że tę obecną w roślinie substancję psychoaktywną – ciągle nie mogę się nauczyć, jak się to-to nazywa – można wyekstrahować, zaś po przefiltrowaniu i rozcieńczeniu... Dobra, krótko: ze skowyjców robią narkotyki. Nie, nie żartuję. Serio. Na bazie zielska sporządzają pewien specyfik – ulica mówi „smok", „dżungla", „viagra" albo „niebieskie" – który działa pobudzająco i przy tym nie wyłącza delikwentowi świadomości. Przyjmowany w odpowiednich dawkach daje kopa, wrzuca metabolizm na wyższy bieg i mobilizuje energetyczne rezerwy organizmu, czyli generalnie daje podobny efekt co stara, dobra amfetamina. Różnica jest taka, że smok nie wywołuje fizycznego uzależnienia i nie rujnuje tak zdrowia jak amfa i jej pochodne; paskudztwo zdążyło zdobyć sporą grupę adoratorów i praktycznie wymiotło już swoją białą kuzynkę z rynku. Oprócz miłośników trucia się dla samej frajdy po narkotyk potrafią sięgnąć piloci jumbo jetów, kierowcy ciężarówek, pracownicy umysłowi na wielogodzinnych szychtach czy nawet zakuwający do egzaminów studenci, że już nie zliczę, ilu sportowców przyłapano na stosowaniu tego na zawodach. A żeby daleko nie szukać: byłam gotowa się założyć, że spory odsetek chuliganów z dzisiejszej nocy ruszył w bój odurzywszy się właśnie skowyjcami. Ssacza pomysłowość w dziedzinie robienia sobie krzywdy nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.

Problem polega na tym, że smoka bardzo łatwo jest przedawkować, a czym się takie przedawkowanie kończy, wszyscy mieli okazję przekonać się na własne oczy. Od czasów Stu Dni odnotowaliśmy już kilkadziesiąt przypadków zdziczeń – w większości krwawych, medialnych i widowiskowych – spowodowanych właśnie tym, że jakiś matoł błędnie ocenił swoją odporność na narkotyki. Zaczęło się na jakimś heavymetalowym koncercie w Tundrówce; wybuchła panika, były ofiary. Potem to samo na jakiejś imprezie na Sawannie. Potem jeszcze w paru innych miejscach. Zrobiło się nieciekawie. Miasto na powrót zaczęło się cofać do wczesnego paleozoiku, a my nie wiedzieliśmy dlaczego. Nie wiedzieliśmy, że źródłem kłopotów wcale nie była – jak z początku podejrzewaliśmy – kolejna nawiedzona terrorystka z kompleksem niższości, a najzwyklejsi pod słońcem handlarze narkotyków i mała, niebieska pigułka, trochę podobna do tej na problemy w sypialni. Gdyby nie to, że mieliśmy w arsenale uwarzone przez jajogłowych serum, miasto pewnie na powrót stanęłoby na krawędzi stanu wyjątkowego. Minęło trochę czasu, zanim przejęliśmy kontrolę nad sytuacją. Ale nie udało się zdusić pożaru w zarodku – smok stał się numerem jeden na liście przebojów, narkotykowe podziemie w mieście zostało wywrócone na nice, a nam doszło nowe zmartwienie do kolekcji, czyli konieczność pacyfikowania zdziczałych narkomanów, którzy co jakiś czas pojawiają się w różnych regionach miasta (mamy teraz specjalnych macherów od tego, Zootopia Savage Prevention Force, w slangu znanych jako Uspokajacze). I tak to się kręci. Na nic sponsorowane przez Ratusz uświadamiające kampanie społeczne, na nic edukacyjne pogadanki w szkołach, na nic uchwalona przez parlament ustawa umieszczająca mindicampum holicithias na liście substancji psychotropowych i zakazująca jej posiadania i obrotu pod karą ciężkiego więzienia – dzięki Bellwether Wydział Narkotykowy w firmie rozrósł się o jedno piętro. Jego nowym dyrektorem został bizon, William Oxwald. Poprzednik w niczym mu nie ustępował, ale ostatecznie zadecydowała polityka i naciski rogatego lobby: uznano, że teka szefa sekcji nie powinna się znajdować w rękach drapieżnika.

– Ten Tigburne – spytałam w końcu – to jakiś nowy? Kto to jest?

Bearnes strzepnął popiół.

– Taa, nowy – mruknął. – Miesiąc po przysiędze, czy coś koło tego. W zeszłym tygodniu do nas przyszedł.

– A on skąd? Jakiś były marine, że tak od razu go –

– Jaki znowu marine! O czym ty gadasz! – wykrzyknął Bearnes, zirytowawszy się na powrót. – Żaden marine! Świeżak, prosto po Akademii! Szczyl totalny. Chyba jeszcze młodszy niż ty. Mówiłem ci przecież.

– Hę?

– No wtedy, na strzelnicy. Mówiłem ci. Przypomnij sobie. – Zassał kolejny hektolitr dymu. – Mówiłem ci o nowym na sekcji. Że pracuje ze mną. Może nie padło no nazwisko, ale... Przypomnij sobie. No.

Wytężyłam pamięć. Mówił? Kurde. Nic nie pamiętam. Uwagę miałam wtedy skupioną na dziesiątce w tarczy, a nie na tym, cośmy tam do siebie gadali. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, jak się ma słuchawki na uszach, a wokół raz po raz rozlega się takie bam! bam! bam! na sto czterdzieści decybeli, to ciężko jest skupić się na rozmowie. Pamiętam, że w międzyczasie pastwiliśmy się prezydentem i jego najnowszą gafą (aż wstyd wspominać: pomylił był Antarktydę z Atlantydą). To pamiętam, bo utkwiło mi w głowie przez ciąg skojarzeniowy „strzelać – gafa – prezydent", no a „prezydent" łączy się teraz w naturalny sposób z „Atlantydą" dzięki spontanicznemu wysypowi kawałów i memów, i będzie się łączył co najmniej do czasu kolejnego geopolitycznego bon-motu (czyli pewnie przez jakieś dwa tygodnie). No i teraz Bearnes mi przypomniał, że sam też powiedział coś, czego nie powinien był mówić. To było na sto procent. Ale czy wspominał o jakimś nowym gliniarzu w sekcji? Dobre pytanie... Obrobiliśmy tyłki paru znajomym, fakt, ale czy o nim też była mowa...?

– „Zarozumiały szczeniak" – powiedziałam w końcu. – „Wyżej sra niż dupę ma". Coś takiego było... Tak? Ten?

Skinął głową.

– Ten właśnie. Thomas Tigburne. Przyszedł, dostał i leży w szpitalu. Już? Zadowolona? Wszystko jasne?

– Oprócz jednego. Jak to się stało, że taki żółtodziób znalazł się tam, gdzie się znalazł? Że tak od razu rzucili go na głęboką wodę?

– A kojarzysz Earla Tigburne'a? Tego tygrysa z ministerstwa?

– Pierwsze słyszę, szczerze powiedziawszy.

Uśmiechnął się krzywo.

– Też nie słyszałem. Ale okazuje się, że ktoś tak istnieje i bardzo chce, żeby jego synuś został gliną z prawdziwego zdarzenia, najlepiej po linii najmniejszego oporu. A Oxwald się ugiął. Skandal i kryminał, gdyby ktoś mnie pytał o zdanie. Tak się kończą, o, kariery z klucza politycznego. Pierwsza akcja i takie coś.

– Bardzo?

Dotknął się w okolicy lewego biodra.

– Gdzieś tu, tuż poniżej kamizelki. Jak pech to pech. Stracił sporo krwi. Średnio to wygląda... Ale doktorek mi mówił – mówił, że jeżeli ma chłopak farta, to się wyliże. – Westchnął. – Jeżeli.

Sztachnął się po raz ostatni i cisnął niedopałek na ziemię. (Leżało tam już kilka petów, z taką samą złotą obwódką). Chyba się uspokoił.

– Już mi lepiej – mruknął. – Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałem. Musiałem wygadać się komuś.

Wszedł do środka, nie oglądając się; odprowadziłam go wzrokiem. Przepadł w tłumie. Przez dłuższą chwilę stałam tylko jak ten dzięcioł i patrzyłam za nim, usiłując to wszystko jakoś przetrawić. Humor skwasił mi się doszczętnie. Co jeszcze mnie dzisiaj czeka? Zamach na prezydenta? Masowa ucieczka z więzienia? Terroryści biorący zakładników? A jest ledwo po dziesiątej. Wspaniały dzień się zapowiada, nie ma co...