Pięćdziesiątka na liczniku, deszcz łomocze w karoserię, woda bryzga pod kołami – jedzie, jedzie głupi królik.

Jedzie, dziarsko i dzielnie, radośnie zasmradzając okolicę tlenkami azotu, paląc beztrosko rządowe pieniądze, pieniądze, które można by przeznaczyć na przykład na interwencję w Somalii, na lusterko do ministerialnej limuzyny, leczenie narkomanów z Greenpointu tudzież inny zbożny cel. Radiostacja papla monotonnie, na minimalnej głośności. Kszt! – Dziesięć-pięćdziesiąt róg Lemingwaya i Siedemnastej, jeden ranny, dajcie ambulans. Kszt! – Przyjąłem, Toby, już wysyłam. Pokerek dziś wieczór? – i tak, dalej, i tak dalej, lecą przez eter głosy towarzyszy broni. Nad radiostacją, na desce rozdzielczej, wisi przyczepiony telefon z apką do monitorowania korków: to must-have każdego zwierzogrodzkiego kierowcy, miasto przez większość czasu jest zapchane gorzej niż zatoki alergika podczas sezonu na leszczynę. Ale na szczęście chwilowo nie była niezbędna, bo wszędzie było zieloniutko, szczyt zdążył wypalić się już na dobre. Olbrzymia zwierzogrodzka siła robocza najwyraźniej dotarła już, gdzie miała dotrzeć, i teraz siedziała po biurach i sklepach, elegancko wypracowując PKB, a ja mogłam jechać sobie na luzie przez skąpane w deszczu ulice. Za szybami przewijała się toporna, grubo ciosana zabudowa City: klocowate biurowce i wielkie bloczydła mieszkalne, obowiązkowo z ulokowanymi na parterach knajpami i zakładami rzemieślników, obwieszone billboardami jak Nowy Ruski biżuterią. Sponad zabudowań strzelały ku niebu drapacze chmur, jeden ze znaków rozpoznawczych stolicy: behemoty ze stali i betonu znane zbiorczo pod nazwą „Dwudziestu Sióstr". Oczywiście od dawna już nie było ich dwadzieścia, ciągle dobudowują nowe, nazwa się jednak utarła i nie zmienia się, gdy powstaje kolejna, n-ta Siostra, nie zmieniła się też, gdy pewnego dnia ich liczba spadła do n – 2. Wierzchołki najwyższych ginęły w chmurach. Widać było niektóre loga: Hirschberg AG, Zootechnics, Lotka&Volterra, Ursus International... Turyści z zagranicy (tudzież świeżaczki z prowincji) są zazwyczaj pod wrażeniem. Zadzierają głowy i gapią się z rozdziawionymi gębami, zapewne wyobrażając sobie, że mają przed oczami fabryki niewyobrażalnych pieniędzy, że każda z tych firm to agresywny Napoleon kapitalizmu notujący gigantyczne zyski i bijący krzywą notowań giełdowych w sufit, nieświadomi, pod jak wieloma spośród tych bombastycznych nazw kryją się w rzeczywistości tłuste, państwowe karaczany, nierentowne pijawki budżetowe zarządzane przez nieudaczników z partyjnego błogosławieństwa, rokrocznie kosztujące podatników ciężkie miliardy. Cóż, nie wszystko złoto co się świeci. Pstryknęłam radio: trafiła mi się jakaś piosenka Mink Floydów, jedna z tych ich smętnych rockowych balladokołysanek do machania zapalniczkami. Chwilę później się skończyła, a na antenę wskoczył Tom Ratcliff i jął zachwalać mi środek na pchły o zapachu lawendy. Przełączyłam.

– ...Odmówił komentarza w sprawie. Przechodzimy do wiadomości z zagranicy... – o, to „Z kraju i ze świata", informacyjna ekspresówka Evo FM! Podgłosiłam; nie ma nic lepszego do strzelenia w żyłę o tej porze. Na mikrofonie siedziała B.B. Roark. Powitała mnie newsem o krwawej łaźni gdzieś w amazońskiej dżungli, o starciu oddziału brazylijskiej Guarda Civil z plemieniem kiplingistów – kiplingistów, czyli dzikusów z wyboru, nowożytnych jaskiniowców, neohippisów XXI wieku. Kiplingiści cywilizację uważają za zło, wszelaką kulturę za zboczenie, zaś za styl życia najlepiej odpowiadający ssaczej naturze: chodzenie na golasa, spanie na gałęzi i odżywianie się pędami bambusa. Coś ich ciągnie w dzicz, po prostu. Niestety dla nich, w krajach pierwszego świata o taką coraz trudniej, więc ci bardziej twardogłowi nierzadko decydują się na emigrację gdzieś, gdzie cywilizacja jeszcze nie dotarła – tam, w dziewiczych, nietkniętych ostępach Ameryki Południowej odnaleźli swoją mekkę, walą tam z całego świata, ideologiczni uciekinierzy z rozmaitych krajów i kultur, wyrzekają się dóbr doczesnych i wtapiają się w dżunglę, i żyją tam, z pokolenia na pokolenie coraz bardziej dziczejąc i prymitywniejąc; Amisze na dopalaczach. Do reszty świata nie są jednak nastawieni pokojowo, słyszy się czasem o atakach na drwali tudzież o porywaniu niemowląt z wiosek. Tak jak i teraz: jedno z plemion (czy może stad?) miało w nocy napaść na obóz budowniczych Via Amazonii, transkontynentalnej autostrady do Limy; a robiące za obstawę siły rządowe odpowiedziały ogniem. Czy rzeczywiście tak było? Nie wiadomo. Niemniej rezultat „starcia" pazurów z karabinami był z góry przesądzony, bilans: tuzin zabitych, dwakroć tyle rannych. Wot, prawo dżungli.

Reszta newsów nie była już tak widowiskowa.

– ...Masowe protesty przed zwierzogrodzkim konsulatem w Gaborone. Tysiące Rodezyjczyków, głównie hipopotamów, słoni i nosorożców, domagało się od konsorcjum Quicksand Drilling zaprzestania prac nad budową kopalni niklu w kotlinie Kalahari, eksploatacja złóż naturalnych w regionie może, jak obawiają się protestujący, doprowadzić do skażenia wód delty Okawango, która to delta jest dla wielu mieszkańców Rodezji ważnym miejscem wypoczynku... Kolejny śmiertelny przypadek parwowiwozy na Zakaukaziu, pięćdziesięcioletni wilk, który zmarł wieczorem w szpitalu w Erewaniu, jest już jedenastą ofiarą epidemii, minister zdrowia Kaukaskiej Republiki Federacyjnej, Tamara Baranidze, zapowiedziała wdrożenie nadzwyczajnych środków do walki z chorobą, parwowiwoza, przypominamy, zagraża tylko psowatym... W Bazylei ruszył kolejny proces karny szakala Carlosa, terrorysty odpowiedzialnego za przeprowadzenie w latach 1975-83 przeszło dwudziestu zamachów bombowych na terenie Bliskiego Wschodu, Europy, a także w byłych republikach sowieckich i w Kalifacie Maghrebu, Carlos, trzykrotnie już skazany na dożywocie, tym razem będzie odpowiadał za zabójstwo greckiego pogranicznika z czerwca 1981 roku... Zmarł Antoine Cheval, wybitny francuski paleontolog, badacz fauny mezozoiku, najbardziej znany z odkrycia i opisania skamielin zwierzęcia, które uznaje się za ostatniego wspólnego przodka drapieżnika i ofiary, prassaka sprzed stu sześćdziesięciu milionów lat, nazwanego na jego cześć juramaia chevali, uczony miał osiemdziesiąt dwa lata...

Dojechałam do świateł, stanęłam. Bębniłam sobie palcami po kierownicy, słuchając bezmyślnie tej mamałygi i patrząc na różnokolorowe parasole, paradujące mi przed maską. I wtem telefon: Nick. Nareszcie! Pstryknęłam radio i dałam głośnomówiący.

– Tak, mój lisie –

– Cholera, co za pieprzony cyrk! Kurwa. Już się bałem, że będę musiał udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Wiedziałem, że Antlerson to dupek, ale nie wiedziałem, że aż taki.

Lekko mnie przytkało. Nick był wściekły, co mu się nigdy nie zdarza. W dodatku użył słowa na „k". To też mu się nigdy nie zdarza. Jeżeli on przeklina, to znaczy, że sytuacja jest naprawdę kiepska. Żeby go doprowadzić do takiego stanu, to trzeba się nieźle postarać.

– To znaczy? – spytałam ostrożnie. – Czego chciał?

– Nie uwierzysz. Urządził mi, cholera, komisję weryfikacyjną.

– Co?!

– No dobra, może trochę przeginam. Niemniej chodziło o moje Dawne Życie, tak. Ale, chwała Bogu, rozeszło się po kościach.

Zbaraniałam. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W życiu się z czymś takim nie spotkałam. Zerknęłam, sprawdziłam datę: uff, ciągle byłam w XXI wieku, nie cofnęłam się w czasie do lat pięćdziesiątych i komisji McClawthy'ego.

Zielone. Ruszyłam dalej.

– Zaraz, zaraz, pomału – powiedziałam. – Przecież już kiedyś cię prześwietlali, prawda? I nic nie znaleźli.

– Cóż, gdyby znaleźli, raczej nie dostałbym tej roboty. Ale tak.

– Nie powiesz mi chyba –

– Z początku, owszem, myślałem, że chodzi o jakieś moje stare grzeszki, że odgrzali jakąś zimną sprawą, znaleźli nowe dowody czy coś. Ale nie. Chociaż, przyznaję, napędzili mi stracha.

– Oni, to znaczy kto? Antlerson?

– Antlerson i jeszcze jakichś dwóch fagasów po cywilnemu. Nie znam, ale raczej od nas, nie z prokuratury. Albo może jakieś fedzie, cholera wie.

– Może opowiedziałbyś to w jakimś porządku, co? Ciągnę z ciebie jak z jeńca.

– Mhm. No więc zaczął Antlerson. Facet był na mnie niemożliwie wręcz wnerwiony. Na dzień dobry na mnie naskoczył, że on już wszystko wie i najlepiej, żebym się od razu przyznał, to może uznają to za okoliczność łagodzącą, ble ble ble. Ja mu na to, że może by łaskawie powiedział, o jaką sprawę chodzi, to ułatwiłoby to sprawę. A on tylko podetknął mi pod nos fotki jakichś typków, co ich w życiu na oczy na widziałem, i spytał, co mnie z nimi łączy, kiedy ostatni raz się widzieliśmy, te rzeczy. Wtedy zrozumiałem, że to pomyłka, i mi ulżyło.

– A tamci? Co mówili?

– Nic. Tylko stali i się przyglądali.

– I Antlerson to kupił?

– Chyba tak. Ale czekaj, czekaj, bo to jeszcze nie koniec! Bo potem, uważasz, zaczął mnie wypytywać o powiązania z sekcją narkotykową. Dasz wiarę?

– W jakim sensie: powiązania?

– No wiesz, czy utrzymujemy kontakty, czy spotykamy się po pracy, te rzeczy.

To było tak debilne, że nie wiedziałam, od której strony to ugryźć.

– Przecież to idiotyzm! – parsknęłam. – Pracujemy razem, w tym samym budynku, widujemy się codziennie –

– Toteż właśnie! Absurd do kwadratu. Pytać gliniarza o kontakty z innymi gliniarzami, też coś. Kabaret. Ale na szczęście wtedy jeden z tamtych przerwał w końcu tę farsę, machnął ręką i powiedział: „On nic nie wie". A Antlerson, o dziwo, spuścił parę, westchnął i kazał mi spieprzać. I tyle. Kurde. Byłem w życiu przesłuchiwany nie raz i nie dwa, ale tym razem to naprawdę byłem niewinny. Dziwne uczucie.

Znowu czerwone. Zwolniłam, dojechałam, zatrzymałam się. We łbie miałam kaszę. Usiłowałam jakoś upchnąć sobie w głowie to, co powiedział mi Nick. Ale niespecjalnie mi się to udawało; nie chciało się zgrabnie zmieścić, uwierało, wrzynało się kantami w szare komórki. Przerzucałam sobie w myślach różne urzędowe absurdy i bizantyzmy, które ostatnio krążyły po firmie, ale nie znalazłam nic, co by chodziło w porównywalnej wadze.

– Jak myślisz... – bąknęłam, patrząc na przechodniów na zebrze. – Jak myślisz, o co w tym wszystkim chodziło?

– O to, że Antlerson to dupek... O Narkotykowy, jak to o co. To chyba oczywiste. Ostatniej nocy musieli mieć jakieś występy na mieście, a ktoś dał ciała i zawalił akcję. Ktoś coś schrzanił z bezpieczeństwem. A Antlerson wymyślił sobie, że to wszystko robota tego cwaniaczka i krętacza, Nicka Wilde'a.

– Byłego cwaniaczka – mruknęłam. Ale myślami byłam przy Bearnesie i tym, co mi powiedział. Oni wiedzieli...

– Kłóć się z tym złamasem.

Przykre nuty brzmiały głosie Nicka. Był rozgoryczony i nie usiłował tego ukrywać. I ciężko mu się dziwić.

– No. Tak więc jest fajnie – ciągnął. – Możesz sobie skończyć Akademię, możesz złożyć przysięgę jak wszyscy inni, ale jak coś idzie nie tak, to jesteś podejrzany w pierwszej kolejności. Traktują cię jak kapusia i urządzają ci przesłuchanie. Policjantowi.

– Procedury w ogóle na coś takiego zezwalają?

– Kiedy jesteś zastępcą szefa firmy, procedury mało cię obchodzą.

– Ale tak nie może być! To przekroczenie uprawnień. Może złóż skargę do Bogo?

Nick parsknięciem zbył temat skargi do Bogo.

– No co? Zostawisz to tak?

– A co niby mam zrobić? Nie ma co z tym walczyć. Taka to już moja lisia dola i już. Pewne rzeczy nie zmienią się nigdy. Cholera. Już chyba rozumiem, o co chodziło Herdy'emu...

Zielone. Pojechałam dalej.

– Bardzo ci współczuję, Nick. Ale nie zostawię tego tak, obiecuję ci. Pójdę i narobię dymu.

– Taa. Jeszcze jedno. Antlerson... Antlerson pytał mnie, co robiłem zeszłego wieczoru. I czy jest ktoś, kto mógłby to potwierdzić.

Łup-łup, łup-łup, znowu to parszywe uczucie, gdy coś w klatce piersiowej bez ostrzeżenia wskakuje na wysokie obroty i zaczyna zasuwać jak spalinowa młockarnia. Twarz, czułam, rozgrzała mi się do temperatury wystarczającej do zespawania szyn kolejowych. Zacisnęłam dłonie na kierownicy, aż skrzypnęło.

– Powiedziałeś... powiedziałeś im...

– Nie.

– Nick...

– Karotka, spokojnie. Nic im nie mówiłem. Słowo.

– Nic? Na pewno?

– Na pewno.

– Więc?

– Więc powiedziałem, że siedziałem razem z Feńkiem w „Lornecie z Meduzą" do wpół do pierwszej, że oglądaliśmy mecz i chlaliśmy. I tyle. Ani słowa o tobie.

– I ku-kupili to?

– Chyba tak. Zresztą mam to gdzieś. Są, cholera, granice.

– A Feniek? Wie, że pił z tobą?

– Zaraz się dowie.

Tak się zdenerwowałam, że przegapiłam skręt na skrzyżowaniu.

– Wiem, co mi chcesz teraz wytknąć – ciągnął Nick. – Wiem, o co mnie zamierzasz spytać. I odpowiedź brzmi: „Ponieważ kij mu w oko". Oto, dlaczego.

– Nick...

– Sto razy o tym rozmawialiśmy. I zdania nie zmieniam. Ciągle uważam, że przeginasz. Ale – ale nie będę się z tego spowiadał Antlersonowi. Ani nikomu innemu. Nikt nie będzie mi grzebał w pamiętniczku. A już na pewno nie ten buc. Więc: „Kij mu w oko". Nic mu nie powiedziałem i nie powiem. Też mam swoją godność.

– Gdyby to się wydało –

– A niech się wydaje, proszę bardzo. Ale nie w takich okolicznościach. Zresztą – zresztą prędzej czy później wyda się tak czy siak. To tylko kwestia czasu. Oboje doskonale to wiemy.

Westchnęłam.

– Nie mam siły teraz, naprawdę. Nie chcę się teraz o to kłócić.

– Ja też nie. Innym razem.

– Okay. Dzięki, że mi powiedziałeś...

– Pomyślałem, że powinnaś wiedzieć.

– Mądry lis. Bardzo mądry.

– Dobra. Muszę ochłonąć. Antlerson mnie wku... zdenerwował mnie. Ogarniesz te zeznania?

– Ogarnę, ogarnę. Dam sobie radę.

– Dzięki.

I się rozłączył. Zniknęła jego fotka z ekranu. Parę następnych przecznic pokonałam ze wzrokiem przyklejonym do szyby, słysząc tylko brrum brrum brrum silnika. Czułam, jak naczynia krwionośne w policzkach gotują mi się i bulgoczą. Coś ciasno się zrobiło w wozie – to upokorzenie miało problem, żeby się zmieścić... Gdzie ja jadę w ogóle? Navi na czerwono, wypadłam z trasy. Dojechałam do najbliższego skrzyżowania, skręciłam w lewo i od razu wpadłam na przejście dla pieszych – myślałam, że zdążę na późnym żółtym, nie zdążyłam i zatrzymałam się gwałtownie, wywołując niechcący miniaturową falę tsunami, która o mały włos nie zmyła czekającej na światłach mysiej rodzinki do studzienki kanalizacyjnej. Zaraz też zostałam obrzucona wiąchą bluzgów na wysokich częstotliwościach, słyszalną nawet przez szybę. I w pełni zasłużoną.

Oparłam łokcie na kierownicy i ukryłam twarz w dłoniach. Pod palcami czułam, jak krew łomocze mi w skroniach. Czułam ulgę wymieszaną pa pałam z zażenowaniem. Takie coś... Taki cyrk... Rany. Spróbowałam jakoś wyobrazić sobie tę sytuację, ale była tak porąbana i tak nierealna, że aż nie wiedziałam, od której strony ją ugryźć. Herr Kafka, jeśli to widzi, uśmiecha się cierpko z wysokości... Jak ja bym się zachowała na miejscu Nicka? Czy dałabym sobie urządzić takie przesłuchanie? Czy bym kazała Antlersonowi się wypchać? Antlerson... Czy on wie o tej śmierdzącej części życiorysu Nicka, czy tylko się jej domyśla? Bo jeśli nie, to to był niebywały tupet z jego strony, że sobie na coś takiego pozwolił. Musiał być naprawdę ciężko przyparty do muru. A może on chciał go wrobić? Wrobić Nicka w coś, czego nie popełnił? Taka to już moja lisia dola... Zmroziło mnie.

Uniosłam wzrok. Skrzyżowanie, światła, przejście dla pieszych – to miałam przed oczami. Ulica, chodnik, przechodnie... Nic ciekawego, ot, wycinek z życia miasta – ale z jakiegoś powodu widok ten pochłonął całą moją uwagę; siedziałam i gapiłam się żarłocznie, nagle złakniona przejawów normalności i codzienności. Z prawej: siwy wilk w łachmanach i czapce z foliowej torby grzebie w śmietniku. Dziany baran z parasolem patrzy na to i odpluwa, kręcąc głową. Wyżej billboard, wielbłąd reklamuje papierosy. Na murze nabazgrane sprejem na czerwono: „NIECH BĘDZIE POCHWALONY DUCH REWOLUCJI". Niżej, na biało: „NA WIEKI WIEKÓW LENIN". Po drugiej stronie skrzyżowania, pod gmachem banku, kręcił się jakiś jak w płaszczu przeciwdeszczowym, z zarzuconą na brzuch ogromną dyktą, jak chodząca reklama z lat dwudziestych, podbijał do przechodniów i ich zaczepiał; ci tylko uciekali spojrzeniem i przyspieszali kroku. Przedefilowało mi przed maską komando zakonnic różnych gatunków, idących gęsiego, jak Bracia Daltonowie: od najniższej do najwyższej. Gryzonie też już przeszły; mężulek spojrzał przez ramię i upewniwszy się, że go widzę, przekazał mi międzynarodowy znak pokoju. Przełknęłam to z godnością i nawet się nie gniewałam. Przeniosłam wzrok: za skrzyżowaniem ciągle stał ten jak, stał i poprawiał sobie kaptur, a że był teraz obrócony w moją stronę, mogłam dojrzeć nabazgrany na dykcie napis.

DZIEŃ SĄDU JEST BLISKI.
CZY JESTEŚ GOTOWY NA PRZYJĘCIE BARANKA?

Deszcz walił w karoserię, wycieraczki szurały o szybę, sygnalizacja dla niewidomych terkotała jak licznik Geigera – a jak gapił się na mnie i szczerzył zęby.

Niech szlag trafi to miasto.