W końcu się jakoś doturlałam do tego szpitala. Zaparkowałam i poszłam na recepcję spytać o Peltneya. Trafiła mi się jakaś słonica, zażywna babka wyglądająca, jakby siedziała na tym stanowisku od kilkunastu ministrów zdrowia. Wzrok miała wlepiony w monitor o wymiarach ekranu z bazy NASA. Nie odwracając głowy spytała, czy jestem spokrewniona, a jeśli nie jestem, to muszę mieć upoważnienie, poświadczone notarialnie, bo ochrona danych osobowych, bo Czwarta Poprawka, bo prawo do tajemnicy lekarskiej i coś tam jeszcze innego. Westchnęłam w duchu. Znowu, znowu to samo. Czemu wszyscy duzi mnie olewają? Odchrząknęłam i powiedziałam, że jestem z policji; a żeby jeszcze podkręcić efekt, wypięłam dumnie chudą klatę i pochwaliłam się blachą. Baba odwróciła się ku mnie, nachyliła się nad blatem i zmierzyła mnie wzrokiem z wysokości – okazało się, że pośrodku czoła miała hinduską czerwoną kropkę, na którą zboczenie zawodowe kazało mi patrzeć jak na ślad po pocałunku snajpera – a minę miała, jakbym powiedziała, że pijam wodę z kałuży. Na szczęście nie pytała już o nic więcej. Obróciła się do ekranu i wystukała coś na klawiaturze, po czym oznajmiła, że pan Peltney jest w sali 505, na piątym piętrze, na oddziale czegoś tam z „urazowo" w nazwie. No to poszłam.
Ale wcześniej musiałam jeszcze skoczyć do automatu z jednorazowymi fartuchami ochronnymi. Tak przynajmniej głosił napis na recepcji, zakazujący wstępu bez odzieży BHP pod karą ścięcia – wiadomo, żebym nie przywlokła ze sobą pałeczek tężca albo innych morderców. Ktoś w fabryce, tyle dobrego, ruszył głową i wyprodukował te wdzianka w kilku różnych rozmiarach. Dla takich gnomów jak ja był przewidziany XXS, który kosztował mnie całe dziesięć centów – nic nie ma za darmo dla dzielnych stróżów prawa.
Znowu Nick.
– Tak? – Przycisnęłam telefon barkiem do policzka, wojując z tym cholernym fartuchem. Gdzie tu, kurde, jest góra?
– Znalazł się nasz samochodzik. Stoi i się hajcuje, chyba nasz solenizant postanowił zatrzeć ślady. Parking koło zakładów tekstylnych „Buran", Tundrówka, Arktyczna sto jedenaście.
Kojarzyłam te zakłady. Są nieduże, ale dość niecodzienne, bo obok masówki z akrylu produkują również rzeczy drogie i ekskluzywne, czyli fara-rara ciuchy z prawdziwej wełny z prawdziwych owiec (którym za ogolenie się płacą ponoć całkiem ładne sumki). Chyba tylko dlatego dały jakoś radę uniknąć czystek, jakie krajowemu przemysłowi tekstylnemu zafundował import taniochy z krajów mchu i paproci.
– Świetnie. Nie dość, że złodziej, to jeszcze podpalacz. Chociaż można się było spodziewać, że ta nazka tak skończy. Skoro była kradziona...
– Co robimy? Ja bym pojechał i to sprawdził. Może coś znajdziemy.
– Hę? Co niby znajdziemy? Spalone opony? Drzewko Wunderbaum?
– Jakiś ślad po rysiu, a niby co? Może nie uciekł daleko.
– Eee, wątpię. Ile to tam minęło? Dwie godziny jak obszył. O tej porze to on może być już wszędzie, szukaj teraz wiatru w polu.
– Pewnie tak. Ale może znajdzie się jakiś świadek? Albo kamera? A może w pośpiechu zostawił gdzieś jakiś drobiazg? A na razie nic nie mamy, każdy szczegół się przyda.
– Właśnie przyjechałam. Mam teraz wracać po ciebie? Daj znać chłopakom z Tundrówki, niech to zabezpieczą. A potem załatwi się to na luzie. A póki co możesz –
– Spokojnie, sam to załatwię. Ogarnij lepiej borsuka.
– Hę?
– Załatwię to sam. Co niby w tym trudnego? A będzie jedna rzecz z głowy.
Przestałam na moment mocować się z fartuchem. Nick umie łgać słodko i pięknie, fakt – w końcu żeby przez dwadzieścia lat utrzymywać się z wciskania wody z cukrem jako lekarstwa na migrenę, to trzeba mieć gadane. Ale ja też nie jestem taka głupia, no i szybko się uczę – zdążyłam rozszyfrować już chyba większość Nickowych chwytów i nauczyłam się wyczuwać, kiedy chce mi wcisnąć kit; teraz to przez moje emocjonalne wariografy już naprawdę mało co się prześliźnie. Ale ta ściema teraz była równie subtelna co przelatująca przed nosem Gwiazda Śmierci.
– Dobra. O co ci chodzi?
– Hę? Jak: o co mi chodzi? O nic mi nie chodzi. Chcę pomóc w śledztwie... No co, mam tu siedzieć i czekać na ciebie? Przydam się na coś.
– Ten samochód to strata czasu. Sprawdź lepiej nasz cekhauz i zobacz, czy nie brakuje jakiegoś usypiacza, może to nasza broń.
– Wspaniale. I co zrobię? Nawet jak jednej sztuki będzie brakować? Pójdę i powiem: „Słuchaj, stary, broń, której ostatnio używałeś, zaginęła, nie wystawiłeś jej czasem na craigslist?"? Daj spokój. Nic z tego nie wyciśniemy. A tak może uda się złapać jakiś punkt zaczepienia.
– Po prostu powiedz, że nie chce ci się siedzieć w biurze.
– No dobra, powiedzmy, że to też...
Wtedy zrozumiałam: to o Antlersona mu chodziło. Ciągle to przeżywał, ciągle przeżywał, jak ten dupek go potraktował. I ciągle było mu źle. Stąd pomysł na ten wypad po auto: chciał się czymś zająć, po prostu, żeby o tym nie myśleć. Nie przyzna się, to nie w jego stylu – ale nawet taka upośledzona emocjonalnie zołza jak ja powinna wyczuć, o co tu chodzi.
– To tylko jeden głupi wrak. Daj mi zielone i jadę.
– No dobrze, a jak niby pojedziesz, ciekawam? Metrem? Na miotle?
– Proszę cię... Tu stoi tyle aut, że można by w nich przebierać.
– Już widzę, jak ci ktoś pożycza.
– Spoko wodza, Karotka. My, lisy, mamy swoje sposoby.
Spróbowałam sobie wyobrazić te lisie sposoby i przed oczami stanęła mi wizja, w której Nick otwiera cudzy radiowóz przy pomocy kawałka drutu i pęsety, odpala go na krótko, po czym zakłada te swoje szpanerskie patrolówki i wystawiwszy łokieć za szybę, z piskiem opon odjeżdża w siną dal, przy dźwiękach grającego na cały regulator rock'n'rolla.
– I tak trzeba to ogarnąć – drążył. – A może się okazać, że marnujemy dobrą okazję. W razie czego: nie lekceważyłem, byłem na miejscu.
Pokręciłam głową. Czułam rezygnację zmieszaną pół na pół z jakimś takim gorzkim rozbawieniem. Ten chłopak jest niesamowity. Jak się uprze, to przegada cię na śmierć. Ze ściemniania miałby jakiś szósty dan. Umiałby pewnie wykarmić pięcioosobową rodzinę sprzedając łodzie tubylcom z pustyni Atacama. No, przynajmniej dopóki klienci nie zaczęliby się orientować, że łodzie mają dziurawe dna.
– Okay, jedź. Ale uważaj na siebie. Pamiętaj, że gnojek ma usypiacza. I może coś ostrzejszego, cholera wie.
– Dobra, dobra, nie matkuj mi tutaj. Przywiozę ci go w kajdanach. Ciao.
Rozłączył się. Westchnęłam głęboko, oparłszy się plecami o automat. Już zaczęłam żałować swojej decyzji. Czułam się jak matka, co dała się ubłagać nastoletniemu synowi o pozwolenie na wyjście na koncert rockowy. Przez parę chwil gapiłam się na zataczającą ósemki pod sufitem muchę i rozkoszowałam się przewijającymi mi się w głowie scenariuszami przyszłych wydarzeń, scenariuszami będącymi następstwem zostawienia Nicka bez opieki. Najbardziej malowniczy był ten, w którym Nick rzeczywiście dopada tego rysia, goni go po opłotkach Tundrówki, a w którymś momencie dostaje w dziób strzałką z etorfiną, pada nosem w śnieg i idzie lulu. Następnie nadciąga śnieżna zamieć (w Tundrówce to rzecz normalna, gigantyczne różnice temperatur między Tundrówką a Saharą tworzą na styku dzielnic skomplikowany supeł lokalnych wyżów i niżów, czego skutkiem jest istny meteorologiczny totolotek, tam wiatr to zmienna losowa, prognozy mają ważność kilkugodzinną, a miniaturowych zamieci i blizzardów można się spodziewać każdego dnia), przykrywa go grubą warstwą śniegu i zamienia w coś, czego niezłym przybliżeniem jest ekspedycja antarktyczna kapitana Scotta. Były też inne – na przykład takie, w których ryś, spotkawszy Nicka, wyjmuje zza pleców gigantycznych rozmiarów granatnik i zamienia mojego lisa w dymiącą dziurę w ziemi. Taak... Problem z takimi scenariuszami jest taki, że poziom ich efekciarstwa jest zwykle odwrotnie proporcjonalny do prawdopodobieństwa ich zaistnienia. O której to był ten napad? Po ósmej. Potem ucieczka do Tundrówki, niech będzie trzydzieści do pięćdziesięciu minut w zależności od korków, co daje nam jakieś półtorej do dwóch godzin od kiedy ślad się urwał, zaś prędkość, jaką rozwija zdrowy ryś na otwartym terenie wynosi... eee... no, wystarczająco dużo, by narysować kółko o powierzchni porównywalnej z księstwem San Marino, Nick jedzie na próżno, będzie mógł sobie co najwyżej odtańczyć indiański Taniec Ognia albo upiec na zgliszczach wozu rakotwórcze marshmallow. Ale skoro tak bardzo chce mieć przebieżkę, to niech ma. W życiu tego rysia nie zobaczy, nie ma takiej opcji; a wraczysko i tak trzeba będzie prędzej czy później ogarnąć, tu się nie mylił. Uśmiechałam się krzywo pod nosem, zapinając guziki. Wspaniale. Nick urządza sobie wycieczkę krajoznawczą, a mnie przypadł Peltney Pogromca Pielęgniarek. Nie ma to jak sprawiedliwy podział obowiązków...
Fartuch leżał na mnie jak plandeka na kamazie. Przejrzałam się w szybie automatu: reprezentantki Władzy Państwowej to za specjalnie nie przypominałam. Blacha, naramiennik, jodełka – wszystkie te fetysze wskazujące, że pracuję dla, jak twierdzą liberałowie, bandy bezwzględnych zamordystów i ciemiężycieli tudzież, jak twierdzą konserwatyści, gwaranta rozwoju cywilizacyjnego, bez którego nadal siedzielibyśmy w jaskiniach, a te wszystkie wojny to taki tam, bezpiecznik chroniący przed przerostem populacji – zniknęły pod bezpłciowym, zielonym wdziankiem z polipropylenu, projektowanym na kogoś o wzroście ogrodowego krasnala i figurze pontonu ratowniczego. Lubię paradować w mundurku, nie ukrywam. Raz, że jakoś muszę leczyć swoje kompleksy, a dwa – społeczeństwo się cieszy, bo wie, z kim ma do czynienia. Kiedy Bozia rozdawała wzrost, ja stałam na straganie i sprzedawałam kolejkowiczom marchewkę – i bęc, efekty są, jakie są. Mundur i blacha to jedyny sposób, by długouche, konusowate coś o przewymiarowanych siekaczach mogło wzbudzać zaufanie; przypominać obywatelom, że aparat państwowy tu jest, pomoże im i ich obroni przed niebezpieczeństwem. Bez munduru i naszywek czuję się wykastrowana i spauperyzowana.
Nawet jeżeli oznacza to, że od czasu do czasu ktoś mnie rozpozna.
Wyszczerzyłam się do swojego odbicia. Dobra. Raz-dwa i miejmy to z głowy. Ściągnęłam pasek, podkasałam rękawy, wydłubałam fragment śniadania spomiędzy zębów – i zstąpiłam do piekieł.
I oczywiście stało się to, co stać się musiało. To, co się dzieje, gdy dać królikowi coś o stopniu skomplikowania minimalnie wyższym niż cep. Tak, proszę państwa: oto wzięłam i się zgubiłam. W szpitalu! Brawo ja! Niby poszłam grzecznie jak strzałki przykazały i wydawałoby się, że raz-dwa będę na miejscu, a tu nagle się zorientowałam, że wywiało mnie w jakieś boczne skrzydło, gdzie na piątym piętrze zamiast urazowego mieścił się oddział... chorób skóry. W którym miejscu zbłądziłam? Stałam, zdezorientowana, i patrzyłam na snujące się po korytarzu szlafroki, z których wystawały wyliniałe, bezwłose głowy. Gdzie, u diabła, jest ten przeklęty urazowy? Spytałam jeża-sprzątacza zgarniającego kłaki sierści na szufelkę; wyburczał tylko coś w jakiejś wschodnioeuropejskiej Czarnej Mowie. Po szybkim przegrupowaniu sił do sąsiedniego pionu trafiłam zaś na okulistykę. Klnąc pod nosem i złorzecząc, krążyłam po szpitalnych bebechach, słuchając odtwarzanej mi gdzieś w głowie muzyczki z „Benny Hill Show". Zewsząd krzyczano na mnie: „ZASZCZEP SIĘ NA ŚWIŃSKĄ GRYPĘ!" albo coś o kocim katarze. Przyszło mi odstawić istną robinsonadę przez neurologię, kardiologię i parę innych -logii, zaliczając nawet specjalistyczny oddział laryngologiczny, gdzie wszyscy pacjenci byli nietoperzami; pląsali po korytarzu nieporadnym krokiem, jak astronauci wypluci z wirówki przeciążeniowej. W końcu drogę wskazała mi pewna sympatycznie wyglądająca wilczyca w laboratoryjnym kitlu. Po plakietce na piersi poznałam, że jest niuchaczką, diagnostką onkologiczną – nie od dziś przecież wiadomo, że jeśli chodzi o wykrywanie komórek rakowych, to najczulszym i najdokładniejszym przyrządem analitycznym ever jest psi nos.
I tak oto, po czterdziestu dniach i czterdziestu nocach, dotarłam do tego 505. Zatrzymałam się na progu i omiotłam wzrokiem wnętrze: leżał tu jakiś dzik, jakiś ocelot i jeszcze paru innych pechowców, wszyscy pokaleczeni, połamani, w gipsie, w bandażach. Wspiąwszy się na wyżyny swych intelektualnych możliwości, wywnioskowałam, że jedyny powypadkowy borsuk na sali to właśnie Peltney, a ta pani borsukowa w zielonym fartuchu jak mój, co siedzi na stołku obok łóżka, to pewnie jego żona. Pogratulowałam sobie wyśmienitej dedukcji.
– Dzień dobry. Sierżant –
– No, nareszcie! – warknął Jaśnie Wyelmożny Pan Peltney podciągając się na wyrku. – Już myślałem, że tu zdechnę, zanim ktoś łaskawie przyjedzie! Gdzie oficer?
Trochę mi nakłamali przez telefon – facet jednak był ranny, głowę miał przewiązaną opatrunkiem. Ale z tym, że był wnerwiony, to mówili prawdę. Minę miał jak związkowiec, któremu zlikwidowali związek zawodowy.
– Widzę, że doszedł pan do siebie – powiedziałam wesoło; na furiatów najlepszą bronią jest stoicki spokój i dobry humor. – To się świetnie składa. Możemy przystąpić? Czuje się pan na siłach?
– Hę? Przystąpić? Przystąpić do czego?
– Do składania zeznań, jak to do czego? Przydzielono mnie do sprawy. Zaczynamy czy potrzebuje pan jeszcze trochę czasu?
– Zaraz, chwila – panią? Panią przydzielono?
– Aha. To co, jedziemy? Wie pan, im szybciej –
– Ale-ale... – Zazezował na korytarz, jakby spodziewał się ujrzeć kogoś jeszcze.
– Co?
– Pani tu sama jest? – spytał tonem, jakby mu oznajmiono, że jest w ciąży.
– Ano, sama. Bo co?
– Bo... ten – bąknął. – Myślałem, że... Eee... Że przepisy...
Że przepisy, dokończyłam cierpko w myślach, że przepisy pozwalają królikom co najwyżej na jeżdżenie ciągnikiem i rozpylanie pestycydów, no, ewentualnie na pracę na chłodni, zrywanie azbestu z dachów czy coś w tym guście. Oczywiście. Co można odpowiedzieć coś takiego? Postanowiłam rżnąć głupa:
– No tak, przepisy, przepisy – pokiwałam z frasunkiem głową. – Ma pan rację, troszeczkę je naginamy. Bo przesłuchanie powinno odbyć się na komisariacie, a nie tutaj. To prawda. Ale sytuacja jest, jaka jest. Nie chcieli pana wypuścić. Góra musiała przyjść do Mahometa. Warunki nie są najlepsze, ale od biedy powinny się jakoś nadać. Chyba że się pan uprze, żeby przesłuchanie zrobić na komisariacie, to oczywiście zrobimy. Ale to może trochę potrwać.
Borsuk nie odpowiedział. Minę miał, jakby zastanawiał się, czy jestem kretynką z natury czy po kursach. Prychnął coś pod nosem, po czym zwalił się bezwładnie na poduszkę. Znowu skierował wzrok na mnie – ale nic nie powiedział; i tak leżał, bez słowa, patrząc spode łba. Dyszał ciężko przez nos.
– A pani nie jest aby za mała na policjantkę?
Wzruszyłam ramionami.
– Nie sądź bliźniego po wzroście jego. Taka się urodziłam. Nic nie poradzę.
– A w ogóle... – zmrużył oczy – a w ogóle to my się czasem nie znamy? Jakbym już gdzieś panią widział...
– Hmm... Może na przedstawieniu na Marchewkowym Festynie w dziewięćdziesiątym siódmym? Grałam główną rolę!
Ale nie. Borsuka jakoś ta wiadomość nie olśniła. Westchnął głęboko i przeniósł wzrok na sufit. Posmutniałam. Pewnie uznał mój wykon za trącący egzystencjalizmem, zaś w sztuce dopatrzył się wpływów marksizmu i postmodernizmu, a w ogóle to w mojej roli raczej by widział Alexa z IIIc. Krytyków nigdy nie zadowolisz. Zerknęłam na panią Peltney... i w mig spoważniałam. Bo pani Peltney, w przeciwieństwie do męża, rozpoznała mnie. I nie była z tego tytułu zbytnio szczęśliwa. Patrzyła na mnie w ten charakterystyczny sposób, który znam na wylot – tak patrzą sądzeni gangsterzy na zeznającego świadka koronnego albo więźniowie na pedofila przekraczającego próg ich celi; tak patrzą na siebie bandziory Cripsów i Bloodsów mijający się w getcie, tak pewnie patrzył był Kain na Abla na moment przed przetrąceniem mu karku. Widziałam to spojrzenie dziesiątki, setki razy... Cóż mogłam zrobić? Uśmiechnęłam się najśliczniej jak umiałam i wzruszyłam ramionami. Zacisnęła usta jeszcze mocniej. Nie wiedziałam jednak, czy z gniewu, czy po prostu gryzła się w język. Jej mężu tymczasem najwyraźniej podjął jakąś decyzję, bo zrzucił z siebie kołdrę, usiadł, po czym spróbował wstać, ale chyba za gwałtownie, bo nagle złapał się kurczowo za łepetynę i opadł ciężko na wyro, jęcząc i postękując.
– Uuuużebyciękhhuuurwazgięło...
Ponownie wymieniłam spojrzenia z panią Peltney. Słowa były zbędne, sekunda, dwie, trzy – i już wszystko było jasne, ustaliły się role i hierarchie: ja byłam Królikiem-od-Skowyjców, ona była Zdradzoną-o-Świcie. Czułam, jak siedzące mi gdzieś z tyłu głowy wspomnienia po Stu Dniach budzą się i wgryzają w płaty potyliczne. Patrzyłam tej kobiecie w oczy i czekałam, co zrobi. Czy wywoła mnie do odpowiedzi? Czy wykopie mnie bezceremonialnie w przeszłość? Czuło się, że miała coś na końcu języka, coś dużego kalibru, i że bardzo ją kusiło, by mi tym czymś przygrzać. Przełknęłam ślinę. Wiedziałam, co się zaraz stanie, widziałam to oczami wyobraźni. Zaraz padnie pierwszy strzał – jedno niewinne pytanie, jedna naładowana pretensją aluzja. I to wystarczy: otworzą się wrota do piekła. Otworzą się ze zgrzytem, przy jazgocie surm i trąb, i powyłażą na światło dzienne stare koszmary, a smród przeszłości rozbryźnie się po okolicy jak radioaktywny szajs z czernobylskiego reaktora. Wtedy zacznie się na całego: atmosfera zetnie się na galaretę, tym bardziej, że Peltney wreszcie zatrybi i kapnie się, kto stoi przed nim. Totalnie go widzę, jak wzdryga się, spięty na krótko, po czym patrzy na mnie z niedowierzaniem, a wtem głowa robi mu się czerwona. I z ogniem w oczach odpala jakąś bombę: „Ach, to pani od skowyjców! Cała nieprzyjemność po mojej stronie...", czy coś w tym stylu. Albo coś o mojej matce. Tak, tak się pewnie stanie – on to już na pewno nie będzie brał jeńców. Ja rękawicę podniosę, nie będę mogła nie podnieść; rzucę jakimś nędznym, dwa-na-dziesięć tekstem – na co padnie kolejny strzał, i tak dalej, a potem to już pójdzie samo, jak strzelanina w faweli. Zamiast przesłuchania czeka mnie długa, przykra bójka na słowa, którą będę potem rozpamiętywać cały wieczór, a w najgorszym razie będę musiała zaleczyć dawką czekolady i całonocnym maratonem seriali. Nie pierwszy to raz, gdy... Ale wtem stało się coś dziwnego. Pani Peltney bowiem, zamiast rozpętać awanturę, nagle wzięła głębszy oddech, po czym rozluźniła się i opadła o kilka poziomów energetycznych. Cały czas gapiła się na mnie, ale nic nie powiedziała – a ja, bezbrzeżnie zdumiona, zrozumiałam, że mi odpuściła. Cokolwiek miała do powiedzenia, przełknęła to i zachowała dla siebie. Czym bardzo przyjemnie mnie zaskoczyła. Odetchnęłam z ulgą i przybiłam jej w myślach piątkę, uznawszy ją za równą babkę – ale nie odwzajemniła jej; a do mnie dotarło, że znowu straszliwie się pomyliłam. Bo ona wcale nie była równą babką. W oczach miała nienawiść i gorycz. I darowała mi bynajmniej nie z wielkoduszności, nie: z litości. Teraz to zrozumiałam. I zrozumiałam też, co ona sobie na mój temat uważa. Ona ma mnie za zero, za całkowite, skończone zero. I dlatego mi odpuściła: miała o mnie mniemanie tak niskie, że już nie chciało się jej bardziej mi dokopywać. A to z jakiegoś powodu bolało dużo mocniej, niż gdyby plunęła mi oskarżeniami prosto w pysk. Patrzyłyśmy sobie w oczy, a ja czułam, jak z upokorzenia pieką mnie policzki. Pani Peltney samym spojrzeniem dotarła do najgłębszych zakamarków mojego mózgu, tam, gdzie siedzą, dobrze zabunkrowane, widokówki ze Stu Dni, a wraz z nimi mały, złośliwy krasnal, co się zwie Poczucie Winy. Ja też, swoim pojawieniem się, musiałam obudzić w niej niezbyt przyjemne wspomnienia... To chyba byłoby na tyle, jeśli chodzi o pierwsze wrażenie. Po dziewczyńsku, bez jednego słowa, rozdrapałyśmy sobie nawzajem stare rany i zafundowałyśmy po milutkim wewnętrznym krwotoku. Peltney zaś, wciąż skręcony z bólu, nagle postanowił się odezwać i ulepił długie, piętrowe coś, co strukturą przypominało haiku: najpierw stek bluzgów, potem seria różnych „uch" i „ugh", i znowu stek bluzgów. Dłonie wciąż trzymał przyciśnięte do skroni, jakby się bał, że mózg wytryśnie mu uszami. Spojrzał na mnie z wysiłkiem, mrużąc oczy, jakbym mu przylutowała ze szperacza. On mnie nie skojarzył. Nie skojarzył, że ja to ja. W przeciwnym razie, idę o zakład, inaczej byśmy rozmawiali. Coś musiało mu strzelić w ośrodku pamięci długotrwałej. Najwyraźniej końska dawka środka usypiającego, ryms głową o podłogę, potem smakowity koktajl z leków, trauma, szok i ogólna kołomyja – najwyraźniej to wszystko przepaliło mu jakiś bezpiecznik, który chwilowo odłączył podzespół odpowiedzialny za skowyjce i Sto Dni, i dlatego nie poznał, kim jestem. Nadto fartuch zasłania mi przecież naszywkę z nazwiskiem. Cholera, zasłania cały mundur. To już prawie to samo, co być w cywilu – a w cywilu nie jestem żadną tam Judy Hopps, tylko zwykłym, szeregowym królikiem, anonimowym szarakiem nieodróżnialnym od rzeszy innych gnieżdżących się w Zwierzogrodzie królików, co to pracę na farmie zamienili na czyszczenie dworcowych kibli, jazdę na śmieciarce, produkcję barowej smażeliny, czy do czego tam te tanie, długouche robole się nadają. Tak, w sumie to nic dziwnego, że mnie nie skojarzył.
– Gryzoń – jęknął. – Przysłali gryzonia. Ja chyba śnię. Nie wierzę. Skąd oni go wytrzasnęli, z Chomiczówki? Na kołowrotku mu zapierdalać, a nie...
– Bardzo panią przepraszam za męża – odezwała się wtem pani Peltney, nie odrywając ode mnie wzroku. – Proszę nie brać do siebie tego, co mówi. Ten bandzior go poturbował. Trochę jest zdenerwowany...
– A jak mam nie być zdenerwowany?! – zawył borsuk, aż jakaś pielęgniarka zajrzała do sali, ale zobaczyła, że to tylko Peltney, i sobie poszła. – Ktoś okradł mój sklep, do jasnej cholery! Dorobek mojego życia! A oni przysyłają mi tu –
– Panie Peltney – powiedziałam. – Chciał pan policję, tak? No to proszę bardzo: jest policja. I co? Zrobi mi pan na złość i odmówi składania zeznań?
– Ale –
– Pan się spodziewałeś Harry'ego Jackalhana? Theo Kojota? Kapitana Żbika? No cóż, nie ma. Wyszli. Jestem ja. Bierze pan czy nie?
