Wziął. Z 505 przeszliśmy do znajdującej się za windami niewielkiej świetlicy, sali odwiedzin, pokoju socjalnego, czy jak tam się, kurde, nazywa w szpitalu pokój, gdzie se można usiąść i pogadać. Wolnych stolików było więcej niż połowa – to się świetnie składa, bo zaraz pójdą w ruch zeznania i dane osobowe, którymi operowanie wymaga odrobiny prywatności. Już-już mieliśmy się tu instalować, ale wtem koło nas zmaterializowała się pielęgniarka i oznajmiła, że pan Peltney musi udać się na RTG. „To zajmie dosłownie moment", powiedziała, chyba bardziej do mnie niż do niego. Ten spojrzał na mnie i tylko wyburczał coś pod nosem. I poszedł. Wykorzystałam więc tych parę bonusowych chwil na zorganizowanie sobie kawy.

Maszyna robiła „bziuuu" i przerabiała moją ciężko zarobioną dwudolarówkę z Abe'em Lioncolnem na kubek wyrobu kawopodobnego, a ja stałam z założonymi rękami i czekałam bezczynnie, wodząc wzrokiem po wnętrzu salki. Jasno oświetlona, pomalowana w przyjemne pastelowo-sraczkowate kolorki, oferowała pacjentom namiastkę wytchnienia od szpitalnej kołomyi, rozkopanego barłogu, od pielęgniarek, strzykawek i jęczących towarzyszy niedoli. Jakiś jeleń z odłamanym kawałkiem poroża kimał nad postrzępioną książką. Bóbr w pasiastej piżamie bawił się komórką. Dzik na wózku inwalidzkim grał w szachy z karakalem zakutym w ortopedyczny kołnierz. Starszawa lisica w różowym szlafroku robiła na drutach. Więcej nikogo. No, nie licząc Leodore'a Lionhearta, byłego burmistrza – siedział z nogą założoną na nogę i perorował coś, ale nie wiem co, bo fonia w telewizorze była wyłączona. Pewnie coś na temat dzisiejszego priorytetu numer jeden, od czasu do czasu puszczali przebitki wyglądające na gameplay jakiejś gry komputerowej, w której ucieka się przed hordą zombie, z tym że te tutaj były w szalikach. Deszcz bębnił o szyby.

Zabrałam kawę i usiadłam do stolika – wybrałam ten w rogu, pod tablicą z dziecięcymi pracami plastycznymi, wyglądającymi na narysowane pod temat: „Ja i moja rodzina po spotkaniu z walcem drogowym". Rękawem zgarnęłam walające się po ceracie okruszki. Wyjęłam notes i przerzuciłam parę kartek w poszukiwaniu kawałka wolnego miejsca; mignęły mi dane Christophera Peltneya i zapiski z jego zeznań, obok widniał numer seryjny nieszczęsnego vanguarda. Na następnej stronie, obok listy zakupów z wczoraj, straszyła nieukończona karykatura Bogo: napakowany bawół we wdzianku baletnicy. Po chwili namysłu przedłużyłam mu rogi o jedną trzecią. Czy w tym szpitalu oszczędzają na klimatyzacji?

Telefon. Clawhauser.

– Cześć, Ben, co tam?

– Cześć, Góra wzywa! – powiedział wesoło. – Szykuj się. Zebranie o trzeciej, sala odpraw. Najwyższy priorytet.

Stęknęłam ciężko, czując, jak mi neurony w płacie czołowym buzują i skwierczą. Nastrój zepsuł mi się momentalnie. Zebranie, Góra, priorytet... Uch. Te słowa aktywują chyba te same ośrodki w mózgu, co przychrzanienie się małym palcem o szafkę nocną. Przynajmniej w piątki. A Clawhauser mówił to tonem, jakby zapraszał mnie na wieczorek filmowy. Coś jakby wziął młotek i radośnie walił mnie nim po głowie.

– Mhm, okay, przyjęłam. Dzięki. Poprawiłeś mi humor.

– Ależ proszę cię bardzo! Wliczone w rachunek. Baw się dobrze, czuję, że impreza będzie fantastyczna.

– Coś jeszcze?

– Hę?

– No, jakieś inne hiobowe wieści do kompletu. Wiesz, atak kosmitów, krach na giełdzie, te rzeczy.

– Eee, chyba nie. Najgorsze minęło, tak mi się zdaje. Aha, bezpłatna rada: nie spóźnij się. Jest w wyjątkowo podłym nastroju.

– Wiem, widziałam, już zdążył wezwać Nicka na dywanik. Mówił coś może?

– W sensie?

– Jakieś konkrety, no. Z tym zebraniem.

– Nic a nic. Przynajmniej ja nic nie wiem.

– A jakieś podejrzenia? Na co mam się przygotować?

– Cóż, medali i awansów to bym się raczej nie spodziewał...

– Chodzi o tę strzelaninę? Czy o stadion, o kibiców?

– Rany Julek! Dziewczyno! Nie wiem i już! Przecież wiesz, jak wygląda rozmowa z Bogo. On jest gorszy niż Godzilla na PMS-ie. To już moja teściowa jest przyjemniejsza w obejściu, a to niełatwe osiągnięcie.

– Bogo? – zbaraniałam.

Nieoczekiwanie stanęłam oko w oko z potężnym problemem z czasoprzestrzenią. Odruchowo spojrzałam na telewizor.

– Muszę kończyć, trzymaj się.

– Poczekaj chwilę.

– Co?

– Od kogo to wyszło?

– Co?

– To zebranie – powiedziałam, patrząc, jak wymute'owany Lionheart kłapie dziobem do kamery. – „Góra wzywa". Góra, czyli kto? Bogo? Antlerson? Czy ktoś jeszcze inny?

– Hę? Bogo, bo co?

– A to on nie jest teraz na konferencji? Co się tam u was dzieje?

– Iii, może z dziesięć minut tam siedział. Bullins też. Więcej efekciarstwa niż pożytku z całą tą konferencją, żeby ich zgięło.

– Już się skończyło?

– Jeszcze się kręci, tyle że bez nich. Teraz Becky nawija.

– Becky? Która?

– Chapman. Znasz ją, ta zebra z Biura Prasowego, Bogo rzucił ją pismakom na pożarcie. Chcesz, to wejdź sobie na sajt ZNN, mają stream na żywo. Oglądam jednym okiem.

– I jak to wygląda? Bardzo źle?

– Coś ty! Babka jest niesamowita! W mowę-trawę ma chyba czarny pas. Ględzi i ględzi, a konkretów zero. Nic się nie bój, konferencja jest w dobrych rękach.

– A powiedz mi, czy Antlerson... – urwałam.

– Czy Antlerson: co?

– Hopps?

– Nieważne, pogadamy potem – mruknęłam, widząc, co się święci. – Dzięki.

Dum, dum, dummm, nadchodził Peltney. Nie, nie nadchodził: nadciągał. Zawzięty i wnerwiony. Najwyraźniej od faszerowania promieniami X jeszcze mu się pogorszyło. Z zaciśniętymi pięściami, z miną klienta przychodzącego do działu reklamacji, parł ku mojemu stolikowi, łopocząc połami szlafroka. Pioruny biły z nieba, kruki krakały złowieszczo, a chóry anielskie piały „Dies Irae", kiedy szedł przez świetlicę – a chwilę później szurnęło krzesło, a ja już siedziałam z nim twarzą w twarz. Z facetem tak nabuzowanym, że aż podnoszącym temperaturę w pokoju o kilka stopni.

Nic nie powiedział. Gapił się tylko na mnie spode łba. Brwi zmarszczone. Warga wydęta. Dłonie splecione przed sobą. Siedział i w milczeniu ogniskował na mnie całą swoją złość. Że go okradli i poturbowali – nie, to za mało. On był na mnie wściekły. I w mig domyśliłam się, dlaczego.

Westchnęłam w duchu. Długo i żałośnie. Znowu. Znowu będę musiała przez to przechodzić, znowu czeka mnie wspominkowa wycieczka do czasów Stu Dni. Bo oto Peltney mnie wziął i rozpoznał. Podczas tego krótkiego wypadu na rentgen szare komórki spięły mu się jak trzeba i uświadomiły, z kim ma do czynienia. Już myślałam, że mi się upiekło, a tu okazuje się, że otrzymałam tylko odroczenie, w dodatku niezbyt długie; nieubłagane są demony przeszłości. Mózg odruchowo postawił gardę i podsunął standardowy arsenał wykrętów, ripost i wymówek. Ten furiat... Chociaż... Chociaż – nie. Nie, facet mnie nie skojarzył. Nagle to sobie uświadomiłam, gdy tak na niego patrzyłam, taksowana tym jego nawiedzonym spojrzeniem. Że gość jednak nie zajarzył, z kim ma do czynienia. Nazwijcie to sobie jak chcecie: telepatią, prekognicją, kobiecą intuicją, whatever, ale po namyśle byłam jednak pewna, że on mnie mimo wszystko nie rozpoznał. Ale był na mnie wkurzony, fakt. O co mu chodziło? O mój plugawy wzrost i rodowód, po prostu? Tak, to chyba to mu się nie podobało. To, że to królik prowadzi jego sprawę. Teraz zrozumiałam: on naprawdę spodziewał się, że przyślą mu tu Harry'ego Jackalhana z Theo Kojotem do kompletu. Spodziewał się duetu twardych zabijaków w opancerzonym transporterze. A zamiast tego przysłali mu takie, o, małe, pokurczowate coś z przerośniętymi uszami – to musiała być dla niego osobista zniewaga, policzek wymierzony przez władzę, której za ochronę płaci całą masę danin i podatków. Ile miał lat? Na skroniach siwizna... Musiałam być dla niego nieopierzoną siksą, żałosną szczeniarą, co to ledwo-ledwo wyrosła z lalek i teraz bawi się w policjanty. Nic dziwnego, że chłop był nie w humorze. Uśmiechnęłam się ślicznie, chcąc rozładować atmosferę; burknął tylko coś w odpowiedzi. Trzymaj się, Judy, czeka cię ciężka przeprawa.

No to jedziemy. Najpierw dane osobowe, czyli dokumenty prosimy, panie Peltney. Na to borsuk prychnął coś pod nosem i przewrócił oczami. Niechętnie sięgnął do kieszeni po portfel, wydobył zeń Z-Kartę i położył mi przed nosem. Zabrałam się więc za notowanie: Henry Peltney, gatunek borsuk, urodzony w pięćdziesiątym ósmym, zamieszkały tu-i-tu, i tak dalej, biurokracja stosowana. Ja zdaję sobie sprawę, że są to rzeczy szalenie upierdliwe i irytujące, ale taka jest niestety procedura: muszę te rzeczy sobie spisać i nic na to nie poradzę. Większość społeczeństwa to rozumie. Peltney nie rozumiał. Facet był na mnie obrażony. Siedział z zaciśniętymi zębami i bębnił palcami po stole, wpatrzony gdzieś w okno. Upokarzał go fakt, że potrzebuję jego daty urodzenia. Notowałam, a on popatrywał na mnie, ewidentnie nie mogąc się doczekać, aż przejdę do rzeczy. Wytrzymał do momentu, w którym dojechałam do daty ważności.

– My tu się opieprzamy, a ten bandzior wciąż jest na wolności – warknął.

Siorbnęłam kawy – co za świństwo tu serwują – i skrzywiłam się w duchu. Facet zaraz się ugotuje, jak mu nie dam dojść do głosu. Założyłam nogę na nogę i zdusiłam pierdnięcie.

– Dobrze. To niech mi pan opowie, co pamięta.

A Peltney jakby tylko na to czekał. Od razu zalał mnie potokiem informacji. Przy okazji trochę mu spadła temperatura rdzenia, ku mojej uldze, bo już miałam tej jego bucery potąd. A może to było relanium z opóźnionym zapłonem...? W każdym razie opisał mi tego rysia i to dość dokładnie, ze szczegółami, co było trochę nietypowe. Ofiara napaści, nawet jak się już uspokoi, zazwyczaj jest w stanie wykrztusić z siebie co najwyżej: „Tygrys, wysoki taki!" albo: „W dresie był!" albo: „No taka typowa gęba z Las Padas!", czy coś w tym guście. A Peltney referował mi tu detale godne raportu sierżanta sztabowego.

– Zna go pan? Wie pan, jak się nazywa?

– Nie.

– On pracował u pana?

– Nie.

– Nie?

– Nie.

– Ale... Hmm...

– Co?

– Nie, nic, nieważne. No dobra. W każdym razie: zobaczył go pan – i co wtedy?

– Co wtedy?! – wrzasnął Peltney. – Wtedy on wyjął gnata i we mnie strzelił! Oto, co wtedy!

– Przepraszam, ale –

– Zostałem postrzelony! W biały dzień! W Śródmieściu! W samym centrum miasta! Jak w jakiejś, kurwa, dzielnicy gangów! Co to ma być, Zwierzogród czy Guadalajara?!

Nie odpowiedziałam. Westchnęłam sobie tylko, bardzo głęboko, i zmusiłam się do uśmiechu. Powiodłam wzrokiem po salce: wszyscy patrzyli na nas z zaciekawieniem, nawet ta babina przerwała na moment robótkę. Pewnie zastanawiali się, czy potraktuję borsuka gazem, zastrzelę, aresztuję, spałuję, czy zrobię mu coś jeszcze innego, co ląduje na LiveLeak pod tagiem „Police Brutality". I pewnie niejeden by się ucieszył, gdyby tak naprawdę się stało; jest w móżdżku ssaka coś, co ciągnie go do widoku fajnej awanturki i rozlewu krwi. Ni z tego, ni z owego, nagle poczułam się jak gwiazda wieczoru w „Jerry Springer Show".

– Panie Peltney – powiedziałam spokojnie. – To, co się stało, się nie odstanie. I już. Czasu panu nie cofnę. Jedyne, co mogę zrobić, to doprowadzić tego rysia przed oblicze sprawiedliwości. Ale żeby go schwytać, potrzebuję pańskiej pomocy. To co, jak będzie?

Sapnął. Spuścił parę.

– Dobrze – burknął.

– Super. I co było potem?

– A co miało być? Nic. Obudziłem się tutaj, z guzem na głowie. Powiedzieli mi – powiedzieli mi, że dostałem jakimś środkiem usypiającym. Środkiem usypiającym, kurwa jego mać.

– Mówili, jakim?

– Nie pamiętam. Chyba coś na „t". Albo na „r".

– Etorfina?

– O, właśnie.

– Mhm. Coś jeszcze?

– Co: coś jeszcze?

– Czy coś jeszcze chciałby pan dodać. Wie pan, każdy szczegół –

– Tak. Chciałbym dodać, że jestem bardzo, ale to bardzo wkurwiony. I mam nadzieję, że moja własność się odnajdzie. Chociaż, jak tak na panią patrzę...

Obdarzyłam go spojrzeniem, które miało mu przypomnieć, że mimo wszystko jestem przedstawicielką Prawa, Władzy i Takich Tam, i żeby, kurczę, odnosił się do mnie z szacunkiem. Gdybym urodziła się takim na przykład tygrysem, może by zadziałało. Ale Pan, w swojej nieskończonej mądrości (tudzież w przypływie ciężkiego poczucia humoru), postanowił uczynić mnie jeno królikiem – więc musiałam wyłożyć to łopatologicznie.

– Panie Peltney, jestem tu, żeby panu pomóc. Ale nie będę tego robić na siłę. Albo będziemy współpracować, albo się pożegnamy.

– Hmpf! Dobrze, współpracujmy. Co jeszcze chce pani wiedzieć?

– No cóż, gdyby był pan tak miły –

– A wie pani – już go prawie miałem! O, tyle brakowało! Cholera. Będzie mi się śnić po nocach...

– Hę? Ach, ta pańska armata...

Spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Coś z nią nie tak?

– Co? Nie, dlaczego?

– Po to się ma broń, nie? Żeby się bronić przed bandytami. Nie mam racji?

– Ma pan rację, oczywiście – tłumaczyłam cierpliwie. – Ma pan pełne prawo do obrony swojego życia, zdrowia i mienia. Nikt nie twierdzi, że jest inaczej. Okay?

– Mhm. Okay.

– Super. A swoją drogą, pan wybaczy, że spytam – ta broń jest legalna? Wie pan, tak tylko dla formalności...

– A gdyby nie była legalna – to co? To by mi pani zrobiła problem? Tak?

Uch. To Nick powinien tu siedzieć i go przesłuchiwać. Ten Peltney to jakaś jego daleka rodzina.

– Tylko pytam. Legalna czy nie?

– Legalna. Tak.

– Dobrze. Miał pan już kiedyś okazję?

– Co?

– Zrobić z niej użytek. Zastrzelić kogoś.

Przytkało go na moment. Chociaż raz.

– Nie – mruknął. I zaraz dodał: – Raz, kiedyś, dobyłem z zamiarem użycia, tak. Ale się obeszło.

– Mhm, w porządku. Wróćmy może jeszcze na chwilę do tego rysia, dobrze?

– W życiu nie widziałem typa na oczy. Mówiłem to już trzy razy. Mam to narysować?

Ciągle miałam gdzieś z tyłu głowy, że rozmawiam z kimś, kto na śniadanie dostał końską dawkę etorfiny prosto w śledzionę, a gdy doszedł do siebie, zdał sobie sprawę, że jego majątek został uszczuplony o kwotę porównywalną z trzema niezłymi samochodami, i generalnie jest z tego powodu niezbyt szczęśliwy. Ale, przysięgam, jak facet się nie ogarnie, to zaraz mnie coś strzeli.

Popatrzyłam w notatki. Coś mi tu nie pasowało. Przypomniałam sobie nagranie z kamery: drzwi, ryś, pistolet, pif-paf i łup w obiektyw, wszystko w niecałe siedem sekund. A tu okazuje się, że sklepikarz, widząc uzbrojonego bandytę i sięgając pod ladę po giwerę, zapamiętał na przykład to, że napastnik miał zielone oczy – bo i takich szczegółów mi nie oszczędził. Co tu jest grane?

I wtedy odezwał się mój chłopski spryt i podpowiedział mi rozwiązanie.

– Panie Peltney... – powiedziałam powoli. – Żeby panu pomóc, muszę wiedzieć, co tam się wydarzyło. A coś czuję, że nie mówi mi pan całej prawdy.

Już otworzył usta, gotów zaprzeczyć, ale nie dałam mu dojść do głosu i przykręciłam mu wora:

– On pracował u pana... tylko że nielegalnie. I dlatego pan kręci. Mam rację?

Borsuk zacisnął zęby i odwrócił wzrok. Ach, więc tak to sobie wymyśliłeś, mój ty tytanie zbrodni! Dopisałam sobie w myślach dziesięć punktów.

– Oj, panie Peltney, panie Peltney – pokręciłam karcąco głową. – Zapewne pan wie, że zatrudnianie na czarno jest czynem karalnym? To podchodzi pod paragraf o oszustwach podatkowych! To bardzo nieładnie oszukiwać urząd skarbowy...

W nosie miałam jego podatki, tak samo jak niegdyś podatki Nicka. Ale gburowi należała się nauczka, a mojemu wewnętrznemu diabełkowi – trochę rozrywki.

– No cóż, obawiam się, że nie mogę tego tak zostawić – podjęłam, patrząc jak twarz borsuka staje się coraz bardziej czerwona. – Priorytety, sam pan rozumie! Tak się składa, że nielegalne zatrudnienie jest przestępstwem ściganym z urzędu, a Kodeks karny przewiduje... – i tu zaczęłam się popisywać wyliczanką paragrafów, artykułów i tym, co Kodeks karny przewiduje.

Strasznie szczeniackie to było, przyznaję. Ale Bóg mi świadkiem, że nie miałam złych intencji, chciałam go tylko trochę przytemperować, bo drażniła mnie ta jego bufonada. Już chciałam uciąć temat – „...Lecz zważywszy na niską szkodliwość społeczną czynu, poprzestanę tylko na słownym upomnieniu" – ale wtedy Peltney zrobił najgłupszą rzecz, jaką mógł zrobić.

– To ile to będzie? – przerwał mi, ciągle nie patrząc mi w oczy. – Proponuję dziesięć tysięcy. Tyle mogę mieć na już. Tylko znajdźcie gada i zwróćcie mi moją własność. I zapomnijmy o tych podatkach.

Zatkało mnie. Rety, moja pierwsza w życiu łapówka! Ja cię! A już myślałam, że to tylko legendy! I to od razu całe dziesięć patoli! Kupię staruszkom nowy rozrzutnik!

Szybko stłumiłam podniecenie. Postanowiłam trochę poodgrywać wiejskiego matołka.

– Ni bardzo rozumim. Dzisinć tysincy, ino czego? Gruszyk no wierzbie?

Borsuk tylko wyburczał coś pod nosem, zacisnąwszy pięści. Był już tak czerwony, że spokojnie mógłby robić za sztandar na pochodzie pierwszomajowym.

– Panie Peltney, musisz pan jaśniej. Bo wisz pan, ja trafiłam do milicji w ramach, eee, Programu Aktywizacji Zawodowej Ssaków Myślących Powoli. To co, spisujemy protokół?

Gdyby to było w pradziejach mojej kariery, kiedy byłam jeszcze narwanym żółtodziobem, pewnie bym go poczęstowała długą, męczącą tyradą o „szkodliwościach społecznych", „odpowiedzialności biznesowej" i innych takich, albo, gdybym była w wyjątkowo podłym humorze, aresztowała i odesłała na dołek, żeby przez cztery-osiem przemyślał swoje postępowanie. Ale przez ten czas uspokoiłam się i zmądrzałam. Teraz wolałam delektować się rozrywkową stroną zagadnienia.

Peltney w końcu zmusił się, żeby spojrzeć mi w oczy. Pokazał na palcach – a zrobił to tak nieporadnie, że aż litość brała. Nie miałam najmniejszych wątpliwości: ten biedny frajer robił to po raz pierwszy w życiu. I jak dobrze pójdzie, to ostatni.

– Ach. Rozumiem – podjęłam tonem złego gliny, z całych sił starając się nie parsknąć śmiechem. – Łapówka. Wie pan, że za próbę wręczenia łapówki grozi do dziesięciu lat więzienia?

Nie odpowiedział. Spuścił wzrok na zaciśnięte pięści.

– Tak, tak, na to jest paragraf – ciągnęłam nonszalancko. – Dwa-dwa-dziewięć. Mogę panu urządzić naprawdę duże nieprzyjemności. A ja wcale nie mam ochoty –

Nie dokończyłam, bo w kieszeni zadzwonił mi telefon i przerwał ten żenujący występ.

– Na pana szczęście muszę odebrać. Nigdzie pan się stąd nie rusza. Za chwilę sobie porozmawiamy.

Wyszłam na korytarz i stanęłam tak, żeby mieć Peltneya na oku. Niby nie dowierzałam, że był w stanie wymyślić coś jeszcze głupszego, ale nie zamierzałam wodzić go na pokuszenie.

Dopiero wtedy spojrzałam na telefon. I zrzedła mi mina. Myślałam, że to może Nick, albo może z firmy coś znowu chcą, ale nie; to nie był ani Nick, ani Clawhauser. To był niejaki „No Caller ID". Zastrzeżony.

A w prawym górnym rogu wyświetlało się coś, co mi się bardzo nie spodobało: niebieska ikonka z jedynką. Dzwonił na SIM1.

SIM1, mój prywatny numer.

Wydęłam wargi. Patrzyłam z obrzydzeniem na ekranik, wsłuchana w bzyczenie muzyczki z „Drużyny A", i zastanawiałam się, kto to, u diabła, jest. I czego ode mnie chce. Różne odpowiedzi poprzychodziły mi do głowy i żadna nie była specjalnie zachęcająca. Na gości, co wydzwaniają z zastrzeżonych, mam bowiem wyrobiony i ustabilizowany pogląd, niezbyt chyba zresztą oryginalny, no bo co niby można myśleć o kimś, kto do rozmowy zakłada kominiarę? Tchórz i frajer bezjajeczny, stalker, szantażysta albo jakiś palant z pogróżkami. Zwłaszcza to ostatnie – to chyba było najbardziej prawdopodobne. Przeleciałam sobie w głowie listę spraw kryminalnych, przy których ostatnio pracowałam, listę delikwentów, których niedawno posłałam za kraty, przez moment nawet pomyślałam o moim piekielnym landlordzie wzywającym do uregulowania opłat za ostatni miesiąc... ale jakoś nie mogłam odgadnąć, o co może chodzić, a rachunki przecież – uff! – opłaciłam. Odebrać czy nie odebrać, ACCEPT czy DECLINE? Hmm... DECLINE. Oczywiście, że DECLINE. Zastrzeżonych się nie odbiera. Kwestia zasad: tak samo jak nie negocjuje się z terrorystami i nie dodaje się do pizzy keczupu. Trzeba mieć szacunek do samego siebie. Niech spada na cztery strony świata, ktokolwiek to jest. Button z czerwoną słuchawką aż sam podchodził pod palec.

Oczywiście ciekawość zwyciężyła.

– Tak, słucham? – burknęłam.

– Pani Judy Hopps?

– Z kim rozmawiam?

– Muszę się z panią spotkać.

Nigdy nie słyszałam tego głosu. Mężczyzna, jakiś psowaty, wnioskując po nieco chrapliwym głosie i twardo wymawianych wargówkach.

– Ale w jakiej sprawie? I kto mówi?

– ...

– Halo?

– Przepraszam, nie mogę podać nazwiska. Ale bardzo zależy mi na spotkaniu z panią, w cztery oczy. Nie zajmę dużo czasu, obiecuję.

Średnio mi się spodobał ten typek i średnio mi się podobało, że ma na mnie namiar.

– Mhm, no cóż, ja... Dziękuję, eee, za zaproszenie, ale moje serce, tak się składa, należy już do pewnego przystojniaka... Ale proszę się nie martwić, pięknych kobiet –

– Nie, nic z tych rzeczy. Pani Hopps. Ja potrzebuję pani pomocy.

– Ale w czym? O co chodzi? Mógłby pan być tak odrobinę bardziej konkretny?

Tym razem pauza była tak długa, że już myślałam, że zerwało połączenie. Ale nie.

– Potrzebuję pomocy – padła odpowiedź – bo wpadłem na trop przestępstwa. Chodzi o pranie pieniędzy. Dziesiątki, może setki brudnych milionów. Mam na to dowody. Mam dowody i chcę je pani przekazać. Czy poświęci mi pani te dziesięć minut?

Pięć, sześć, siedem sekund, mniej więcej jakoś tyle stałam na blackoucie, bez funkcji życiowych i z płaskim EEG, dopóki mózg nie zaskoczył mi ponownie. Powoli wciągnęłam do płuc powietrze, głęboko, przez nos, i równie powoli wypuściłam. Przesłyszałam się, pomyślałam. Ktoś sobie robi jaja. Kawał, internetowy prank, będzie jutro na YouTube: „JAK WKRĘCIĆ GŁUPIEGO KRÓLIKA LOL OMG OWNED". Albo jakaś nowa sztuczka telemarketera. O, tak, na pewno. Zaraz zacznie mi wciskać zaproszenie na pokaz cudownej pościeli albo promocyjny zestaw kwantowych prostowników do bananów za jedyne dziewiętnaście dziewięćdziesiąt dziewięć. Różne takie wyjaśnienia obijały mi się pod czaszką, gdy trawiłam to, co usłyszałam. Wszystkie były wygodne i wszystkie były bardzo zdroworozsądkowe... ale jakoś żadnemu nie mogłam dać wiary.

Bo gość, kurde, nie brzmiał jak dowcipniś.

No i zadał sobie trud, żeby zdobyć mój numer.

Włączył mi się tryb konspiratora: rozejrzałam się po korytarzu, jakby spodziewając się ujrzeć faceta w czarnym prochowcu i fedorze, filującego zza rogu. Ale jak na złość widziałam tylko sylwetki w białych wdziankach, krzątające się tu i tam. Zerknęłam do świetlicy: Peltney nigdzie nie uciekł, siedział z łokciami opartymi o blat stolika przyciskając dłonie do skroni; widziałam go od tyłu i z prawej.

– Okay – mruknęłam. – Proszę mówić, ja pana słucham.

– Dobrze. Żeby była jasność: ta rozmowa nie miała miejsca. I oczekuję, że to, co pani powiem, zostanie między nami. Czy mogę liczyć na pani dyskrecję?

– Może pan liczyć.

– Dziękuję. Więc tak. To, co chciałem... Inaczej. Herds and Grazing. Zna pani?

– Eee... Herds and Grazing... – W pierwszej chwili pomyślałam o jakiejś marce płynu do mycia podłóg; ale na szczęście skojarzyłam, o co chodzi. – To bank. Jeden z tych małych, krajowych banczków. Dobrze mówię?

– Mhm, zależy, co pani ma na myśli mówiąc „małych". Jak dobrze ich pani zna?

– Uhm... Nijak, szczerze powiedziawszy. Nazwa obiła mi się o uszy, i tyle.

– Prawda? Jak niepozornie to wygląda? Ale tak, ma pani rację, to bank. Siedzą głównie w inwestycjach, udziałowcy to różne krajowe trusty inwestycyjne i hedgingowe, pakiet kontrolny ma ZZ Bank Group, akcje w wolnym obrocie trzydzieści trzy procent, skarb państwa osiem i pół procenta, aktywa rzędu ośmiuset giga. Oficjalnie.

– A... nieoficjalnie?

– Pani Hopps, to akurat wie każde dziecko. Czym tak naprawdę banki się zajmują. A zajmują się tym – dlaczego? Bo mogą. Istnieje na to pewnego rodzaju przyzwolenie, rodzaj politycznego consensusu. Ale nie jest to chyba argument, żeby ich nie ścigać, prawda? Tym bardziej, gdy złapało się złodzieja za rękę.

– A pan – złapał złodzieja za rękę? Bo wie pan, to jest cholernie mocne oskarżenie –

– Tak, już mówiłem. Mam dowody. Pracowałem tam, w H&G, od grudnia zeszłego roku. A że miałem dość szerokie uprawnienia dostępu, skopiowałem sobie to i owo. To było dwa... trzy tygodnie temu. Gdy tylko odkryłem, co jest grane. Nie sądzę, żeby im się to spodobało, gdyby się o tym dowiedzieli...

– Rozumiem. A bardziej precyzyjnie? Co pan tam odkrył?

– Ma pani jakieś pojęcie o smurfingu?

– Eee... Podejrzewam, że nie chodzi panu o tę dobranockę?

– Nie, nie, nie. Tak w żargonie bankowym nazywamy jeden ze sposobów prania forsy. Wie pani, jak to działa? Zaczyna się od rozbicia początkowej kwoty na drobnicę. Potem zaś...

Więcej nie trzeba było. Facet po prostu zaczął nawijać. Szybko i bez jąkania się. Wyczuwało się, że wkroczył na swoje poletko, że wie, o czym mówi. Wtedy uwierzyłam, że on mówił to wszystko całkowicie na serio, to w żadnym wypadku nie był kawał.

Przypomniało mi się, że mam na komórce apkę CallRecorder; raz-dwa tapnęłam REC, klnąc swoje gapiostwo.

Pakiet po pakiecie, kilobit po kilobicie, płynął na mój telefon strumień zero-jedynkowych tasiemców, które po zdekodowaniu i przepuszczeniu przez głośniczek wybrzmiewały nuty niskiego, męskiego głosu. Płynął jakimś niebywale pokręconym zygzakiem, przez bebechy sieci UMTS, przez labirynt gatewayów, switchy i routerów, a gdzieś tam po drugiej stronie, pod anonimowym adresem jakiejś równie anonimowej centralki, krył się ktoś, kto wierzył, że odkrył coś bardzo, ale to bardzo śmierdzącego. I tenże ktoś uznał za stosowne zwierzyć się na uszko – mnie. Przygłupiemu królikowi, co wciąż sypia z pluszakami. Mój rozmówca musiał mieć o mnie bardzo wysokie mniemanie. Miał w głosie coś ostrego, szorstkiego: twardo wymawiane spółgłoski wargowe i ciężkie, nieco warkliwe „r" – to psowaty, bez dwóch zdań.

– ...To zawsze są transakcje na niewielkie kwoty. Inaczej się chyba nie da: przelew miliona dolarów od razu zwraca uwagę, nieważne, skąd i dokąd – ale, na przykład, dziesięć tysięcy przelewów po sto dolarów każdy? Tym bardziej, gdyby każdy puścić inną drogą? Nie do wykrycia. Przynajmniej w dużym zbiorze danych. Oczywiście samo w sobie nielegalne to nie jest, ale budzi podejrzenia. Bo jeżeli ktoś – jeżeli ktoś chce przelać milion z konta A na konto B, to po prostu to robi, bez bawienia się w mikrotransakcje i pośredników. Chyba że ma coś do ukrycia. A jeżeli pieniądze wędrują do jakiegoś raju podatkowego... No cóż, nie trzeba być geniuszem, żeby zrozumieć, co jest grane. Ja sam natrafiłem na to całkowicie przypadkowo. Analizę robiłem pod zupełnie innym kątem. Z początku myślałem, że to po prostu fluktuacje statystyczne, ot, drobne odchyłki od normy. Pierwszy lepszy analityk pewnie nawet nie zwróciłby na to uwagi. Ale coś było w tych fluktuacjach, coś, co nie dawało mi spokoju. Nawet nie umiem powiedzieć, co. Może przeczucie po prostu. W każdym razie: na gruncie modelu danych, który przyjąłem, wygląda to tak, że transakcje poniżej pewnej kwoty progowej są po prostu szumem. A co za tym idzie, dane powinny być losowe – a one nie były losowe, nie były losowe tak do końca. Nie pasowały do rozkładu Benforda. Zupełnie jakby ktoś usiłował przy nich majstrować i potem zatrzeć ślady. W pierwszej chwili uznałem, że to defraudacja, że ktoś z banku wynosi cichcem pieniądze. Postanowiłem to wyjaśnić. W końcu za to mi płacą: za szukanie dziury w całym. Mhm. Dwa tygodnie nad tym ślęczałem, maglowałem dane na dziesiątki sposobów – a mówimy tu o naprawdę zaawansowanych narzędziach analitycznych, big data analysis... W końcu zaczęły wyłaniać się pewne prawidłowości. Nazwiska, adresy, numery kont. A gdy już zrozumiałem, co się święci... włos mi się zjeżył na głowie. Nawet nie tyle z powodu odkrycia, że moi przełożeni piorą pieniądze, co odkrycia, na jaką skalę to robią. Od stycznia do sierpnia, od stycznia do sierpnia tego roku, było tego prawie osiemnaście milionów. To znaczy tyle udało mi się ustalić. Wyobraża pani sobie? Osiemnaście milionów ZCU ukrytych po mikrotransakcjach! A kto zyskuje? Gangi. Mafia. Terroryści. Handlarze narkotyków. Cholera jedna wie. Przez H&G płynie rzeka brudnych pieniędzy – tak stoją sprawy.

– No dobrze, dobrze – mruknęłam, nieco zdezorientowana tym słowotokiem. – To świetnie, że pan dzwoni i w ogóle, ale... hmm... to żaden dowód. Sam pan przyzna. W tym, że ktoś przekłada sobie pieniądze z kieszonki do kieszonki, nie ma nic nielegalnego, żaden sąd tego nie kupi. To za mało.

– Jeżeli mamy do czynienia ze smurfingiem, a mamy, to na dziewięćdziesiąt dziewięć procent mamy do czynienia z praniem forsy, każdy, kto siedzi w branży, to pani powie. Nie istnieją żadne bankowe procedury, które by wymagały odstawiania takich cyrków. Jeżeli ktoś je jednak odstawia, to znaczy, że chce, by te pieniądze pozostały w cieniu. A dlaczego chce, wydaje mi się dość oczywiste. H&G jest skarbonką przestępców, stawiam na to swoją zawodową reputację. Handlarzy narkotyków, podejrzewam.

– Skąd taki wniosek?

– Z analizy danych. Prześledziłem, którędy te pieniądze płyną. Udało mi się wyodrębnić kilka, hmm, kilka ścieżek, że tak powiem. Te główne, największe... Nie będzie chyba zaskoczeniem, gdy powiem, że wskazują kraje Złotego Trójkąta? Syjam, Chiny, Zjednoczone Emiraty Malajskie, cały ten pieprzony opiumland. Przez H&G płynie brudny hajs ze wschodu, pani Hopps, takie są fakty. A ja mam na to dowody. Chciałbym je pani przekazać. Czy spotka się pani ze mną?

– No dobrze. Wspaniale. I oczekuje pan, że – że co ja z nimi zrobię?

– Jak to: co? Doprowadzi tych sukinsynów przed oblicze sądu, oto, co! Jestem pewien, że to, co zebrałem, wystarczy, żeby dobrać im się do dupy.

Milczałam, skołowana. Za dużo było tego wszystkiego, za dużo naraz. Coś mnie swędziało z tyłu głowy – to dysonans poznawczy uwierał.

– Przepraszam – padło. – Chyba nie najlepiej to rozegrałem. Powinienem był... Jest pani tam?

– Jestem, jestem. Myślę.

– Niech mnie pani posłucha. Ja zdaję sobie sprawę z tego, jak to brzmi. Sam usiłowałem znaleźć w tym błąd, ale... tu wszystko pasuje. Sprawdziłem wszystko po sto razy, proszę mi wierzyć. Nie zawracałbym pani głowy, gdybym nie miał absolutnej pewności.

– Mhm. Ale dlaczego właściwie –

– Bo nie wiem, co mam z tym zrobić! Pani Hopps, proszę popatrzeć na to z mojego punktu widzenia. Nie wiem, do kogo mógłbym z tym uderzyć. Nie mam znajomości w policji. Ani w prokuraturze. A muszę zagrać na sto procent. To jest grubsza sprawa, sama pani rozumie...

Nie o to chciałam spytać. Ale już trudno.

Na to pytanie akurat świetnie znałam odpowiedź.

– ...Bo nie mogę przecież pójść na pierwszy lepszy posterunek, gdzie rządzi porucznik Eddie „Władca Donutów", co nie rozróżnia dochodu od przychodu i salda od salta. Tym bardziej, że nie chcę występować pod własnym nazwiskiem. Nie mam złudzeń. To jest jedna z tych rzeczy, która w pierwszej kolejności szkodzą tym, którzy je ujawniają, a zaręczam panią, że rada nadzorcza H&G dostanie szału, gdy to wycieknie...

Pokiwałam smutno głową. Nie musiał nawet kończyć, świetnie wiedziałam, do czego zmierzał.

– ...Potem skojarzyłem sprawę Bellwether i pomyślałem o pani. Widziałem wywiad w telewizji, czytałem artykuł w „Zootopian". Moje gratulacje. To, co pani tam zrobiła... Nie jestem może znawcą, ale wyglądało to na kawał porządnej, policyjnej roboty.

Bellwether. Oczywiście, że Bellwether, bo niby co innego. Znowu. Ta sprawa wraca i wraca, jak niedoleczona infekcja dróg moczowych. Nigdy się to nie skończy. Najwyraźniej jestem do tej mendy przyspawana już na zawsze, czy mi się to podoba czy nie.

Nie żeby coś. To super, że facet przyszedł z tym do mnie, że uznał mnie za kogoś godnego zaufania. Ale ja świetnie pamiętam okoliczności, w jakich moje nazwisko wypłynęło na szerokie wody, i nie wspominam tych czasów za dobrze; w rzeczy samej to wspominam je źle i wolałabym o nich zapomnieć. A teraz znowu będę musiała rozdrapać stare rany. Z Peltneyami jakoś się udało – teraz się już nie wymigam.

Otrząsnęłam się i wzięłam się w garść. Bellwether czy nie, jest robota do zrobienia. Umartwiać się będę potem, teraz trzeba jakoś przejąć kontrolę na sytuacją.

– ...Postanowiłem się z panią skontaktować. Proszę się nie martwić, nie nagabywałem pani znajomych, nic z tych rzeczy. Numer dała mi osoba, której kiedyś pani pomogła. Była pani bardzo wdzięczna...

Przymknęłam oczy. Wsłuchałam się w ten szorstki, monotonny głos, starając się ignorować cieknącą z telefonu wazelinę. Facet lubił sobie posłodzić, oj, lubił.

– ...W pewnych kręgach jest pani dobrze znana, na pewno zdaje pani sobie z tego sprawę. Ona, w sensie ta osoba, ona była pod wrażeniem pani profesjonalizmu i tego, jak sprawnie poradziła sobie pani z jej problemem. Powiedziała, że gdy wszyscy zawiedli, to pani stanęła na wysokości zadania. No czyż może być istnieć lepsza rekomendacja? Nie wiem, czy mógłbym się z tym zwrócić do kogokolwiek innego, niż do pani właśnie...

Zacisnęłam wargi. Słuchałam – ale dysonans poznawczy nie znikał. Coś mi tu straszliwie nie grało.

I nawet ciężko powiedzieć, co. Niby wszystko brzmiało sensownie: ot, wierchuszka firmy jest umoczona w pranie pieniędzy, a zatroskany pracownik wykazuje się obywatelską postawą i daje cynk na policję. Pięknie. Aż za pięknie, jak na mój gust – to chyba to mi zgrzytało. Facet był zbyt chętny do współpracy. Pani Hopps, mam dowody przestępstwa, mrug-mrug, szturch-szturch, już pani wie, co z nimi zrobić. Taa. Nie przypadł mi do gustu ten typek, nie mogłam go przejrzeć. Czułam, że coś ukrywa.

– ...Pani Hopps?

– Pan chce ich zniszczyć – powiedziałam w końcu. – Tych banksterów.

– Tak. Dokładnie tak.

– Mhm. Proszę mi wybaczyć to pytanie, ale... jaki ma pan w tym interes?

– Słucham?

– Pan tam pracuje, tak? W H&G?

– Już nie. Zwolniłem się.

– Ach, taak. A to dlaczego?

– Nie mogłem patrzeć na to, co się tam wyprawia. Nie chciałem pracować dla przestępców.

– Nie chciał pan... A właśnie, jakie stanowisko pan zajmował?

– Hmm... Powiedzmy, że na tyle wysokie, żeby mieć dostęp do poufnych firmowych danych. Ale na tyle niskie, by nie mieć wpływu na konkretne biznesowe decyzje. Zadowala panią taka odpowiedź?

– A jeśli nie?

– To znaczy?

– Szczerze powiedziawszy, nie mogę odgadnąć, co panem kieruje. Ale chyba już rozumiem. Pan się nie zwolnił – pana stamtąd wywalili. A teraz chce się na nich mścić. Moimi rękami.

– Pani Hopps –

– Powiem więcej – drążyłam. – Pan wiedział o tych machlojkach już wcześniej. Pewnie nawet czerpał z nich korzyści. Ale coś poszło nie tak. Popadł pan w niełaskę u suwerena, wypadł z hierarchii dziobania. A teraz leci pan na skargę do mnie, żebym narobiła im koło pióra – a w tych dowodach, które chce mi pan przekazać, dziwnym trafem nie będzie nic, co mogłoby pana obciążać. Tak? Dobrze trafiłam?

Byłam pewna, że to będzie koniec. Że na taką gadkę facet się obrazi, odparuje: „Dzięki za rozmowę, Hopps, i cha ci w de", czy coś w tym stylu, i elegancko się rozłączy.

A on zamiast tego, ku mojemu niebywałemu zdumieniu, słyszalnie odetchnął z ulgą.

– Dopiero teraz się uspokoiłem. Po prostu: kamień spadł mi z serca. Już wiem, że trafiłem pod właściwy adres.

– Czyżby? – burknęłam. Nie wiedzieć czemu, nagle ta rozmowa zaczęła mnie strasznie irytować.

– Tak. Niech się pani zastanowi. Gdybym faktycznie maczał w tym palce, to jaki miałbym interes we współpracowaniu z panią? Miał bym sam siebie zaświetlić? Przecież to bez sensu. Zresztą nawet gdybym coś teraz wymazał, to przecież potem wyszłoby to na jaw. Pani Hopps. Cieszę się, że jest pani nieufna, że szuka dziury w całym. Ale w tym punkcie się pani myli. Ja jestem czysty.

Przygryzłam wargę. Touché.

– No dobrze, niech będzie, że panu wierzę. Zatem – gdzie zysk? Co pan z tego będzie miał?

– Och, to i tamto.

– Na przykład? Proszę wymienić.

– Hmm... Satysfakcję ze zrobienia paru gnidom na złość, żeby daleko nie szukać... – (To jeszcze kupiłam, mój emocjonalny wariograf w każdym razie milczał). – Podreperowanie budżetu państwa... – (Teraz drgnął i zaświecił się ostrzegawczo). – Spełnienie dobrego uczynku... – (A teraz to wywalił wskazówkę poza skalę). – Nie wszystko przecież da się przeliczyć na pieniądze, prawda? Jak to pani powiedziała? „Zmienianie świata na lepsze"? Proszę bardzo. Pasuje jak ulał.

Na dźwięk tych słów sierść na karku natychmiastowo zjeżyła mi się ze złości, a z nosa i uszu buchnęły kłęby pary. On chyba chciał mi się podlizać, a zamiast tego ubódł mnie, i to w czułe miejsce. Mój autorski greps w takim kontekście! Boże kochany! To miało w sobie coś ze świętokradztwa. Gość wyciera sobie gębę wzniosłymi frazesami, a zajeżdża od niego fałszywymi intencjami na kilometr. Nie, łajdaku, zmienianie świata na lepsze to coś zupełnie innego, a to są tylko zwykłe, brudne porachunki, i niech mnie kule biją, jeśli ty w życiu spełniłeś choć jeden dobry uczynek... Nie powiedziałam tego jednak na głos. Nic nie powiedziałam. Bo i w sumie nie wiedziałam, co. Odprowadziłam wzrokiem starą wilczycę człapiącą o balkoniku ku kaplicy, walcząc z przemożną chęcią, by tapnąć END CALL.

A że nie raczyłam odbić piłeczki, to w końcu odezwał się on. Spytał, czy wszystko okay. A kiedy wyburczanym „Mhm" potwierdziłam, odchrząknął i znowu zaczął gadać. Tym razem już nie o wrednych banksterach, jego byłych przełożonych, a o tym, co zdobył i co chce mi przekazać – najwyraźniej uznał, że nie mam większych obiekcji co do tamtego, i przeskoczył do kolejnego punktu. Więc mówił. Tak, żebym zrozumiała, na czym stoję. Mówił o tych dowodach, jakie to one są super, i co jestem w stanie z nimi zrobić. O bankowym systemie informatycznym, o śladach, jakie zostawia w nim każda transakcja. O tym, jak to on te dane bohatersko wziął i zaiwanił. (Zerknęłam do świetlicy: Peltney patrzył na mnie, wpółobrócony na krześle; przewróciłam oczami i usunęłam się za róg). Że to na pewno wystarczy, żeby tych sukinkotów z H&G powiązać z mafią albo terrorystami i wsadzić do pierdla na długie lata, że w myśl Dziesiątej Poprawki dowody przestępstwa zdobyte przez nie-gliniarza również mogą być wykorzystane w postępowaniach sądowych, nawet jeżeli zostały zdobyte nielegalnie, i tak dalej, i tak dalej. Nie wcinałam się. Ale im dłużej mówił, tym więcej miałam wątpliwości. Byłam skonsternowana.

Przy czym już nawet nie chodziło o to, że nie mogłam odgadnąć motywów, którymi się kierował – to tak naprawdę nieistotne. Jakieś miał, pal to sześć. Zemsta, prywata, coś w ten deseń. Kłopot był w czym innym – dziwne, ale dopiero teraz to sobie uświadomiłam. A im dłużej gadał, tym mocniej się w tym przekonaniu utwierdzałam. Otóż: on dodzwonił się nie tam, gdzie trzeba. Bo ja jestem za chuda w uszach na coś takiego. To nie jest robota na mój poziom. Zgoda, może i jestem trochę ambitniejsza i trochę mniej tępa od przeciętnego gliny, ale to zdecydowanie wykracza poza moje możliwości. Międzynarodowe grupy przestępcze – no dajcie spokój! Toż to robota dla Interpolu, dla Efbijajców, Siajejców czy inszych gierojów – nie dla prostego sierżanciny po technikum rolniczym.

– ...Osiemnaście milionów, tyle mogę na tę chwilę udowodnić, ale to sięga wyżej, znacznie wyżej, to jest wierzchołek góry lodowej, te skurwiele robią to od dawna, robią to od dawna i srają po gaciach na myśl, że ktoś taki jak pani się o tym dowie –

– Przepraszam, ale...

– Tak? Tak?

– Hmm... Proszę nie zrozumieć mnie źle. Ja... Cóż, nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą, z którą powinien pan rozmawiać...

– Hę? Nie tym się pani zajmuje, ściganiem przestępców?

– Tak, ale... Hmm... Obawiam się, że trochę przecenia pan moje możliwości...

– To znaczy: odmawia mi pani? Mam szukać innych dojść?

Westchnęłam.

– Dobrze, będę z panem szczera. Przestępczość gospodarcza to nie moja parafia. Nie wiem, czy dam radę coś tu zdziałać. To, co pan zebrał... Dobrze, przyjrzę się temu, ale nie obiecuję, że będą efekty. Zadowala pana taki układ?

– Mhm. Uczciwe postawienie sprawy.

– Okay. Teraz tak. Te dowody... Jak duże to jest?

– Chodzi o okres od stycznia do sierpnia tego roku.

– Gabarytowo, w sensie.

– Zgrałem na dysk SSD. Zmieści się do kieszeni.

– Dobrze. Czy byłby pan w stanie –

– Face to face.

– Proszę?

– W cztery oczy, na neutralnym gruncie. Tak i w żaden inny sposób.

– Uhm...

– Mówiłem: chcę pozostać anonimowy. To żelazny warunek. Dowody przekażę pani i tylko pani: do rąk własnych. Bez kurierów, bez pośredników. Nie mogę sobie pozwolić na ujawnienie się. Jeżeli się pani na to nie zgadza –

– Dobrze, dobrze, okay. Przyjęłam do wiadomości.

– Gwarantuje mi to pani? Anonimowość?

– Tak, tak. Gdzie i kiedy?

– Powiedzmy, wpół do ósmej. Może być?

– Może. Gdzie?

– Proszę wybrać. Byle gdzieś na uboczu. Gdzieś, gdzie nikt nie chodzi.

– No to może w miejskiej bibliotece? – burknęłam.

– Słucham?

– Nieważne. Nie wiem, nic mi nie przychodzi do głowy. Niech pan wybierze.

– Rozumiem. A co pani powie na okolice Mostu Moosevelta?

– Mostu Moosevelta? Czemu tam?

– W centrum i na uboczu. Co pani na to? Tam jest taka uliczka –

– Zaraz, pan chce się spotkać na moście? Dobrze zrozumiałam?

– Nie na moście, pod mostem. Jak się jedzie od strony obwodnicy, to tam pod spodem biegnie taka uliczka. Obok tych starych zakładów, widać je z góry. Pomyślałem sobie, że może właśnie tam, wygląda na zupełne pustkowie. Może być?

– Mhm. Pustkowie. Most. Wspaniale. Mam przyjechać czarnym sedanem?

Błyskawicznie pożałowałam sarkazmu.

– Pani Hopps, czemu pani drwi? Czyżbym jednak pomylił się co do pani? Nie zdaje sobie pani sprawy, o co tu idzie? Przecież jeżeli oni, jeżeli H&G dowie się o naszej rozmowie, jestem trupem! Korporacje nie raz i nie dwa posuwały się do zabójstw by chronić swoje sekrety, każdy o tym wiedział i wie!... – i tak dalej, i tak dalej, i zanim się obejrzałam, już byłam na wykładzie o bezpieczeństwie w spiskach przeciwko korporacjom. Długim i męczącym.

Zacisnęłam zęby. Znowu niechcący skierowałam rozmowę nie tam, gdzie trzeba. Słuchałam tego pierniczenia i kiwałam z irytacją głową. Znacie to uczucie, gdy ktoś zmusza was do słuchania oczywistości? No więc właśnie coś takiego czułam: facet wnosił drewno do lasu. Mówił o niebezpieczeństwie. O niebezpieczeństwie i o tym, że trzeba przedsięwziąć środki ostrożności. Że on ma pozostać anonimowy, że mamy się spotkać gdzieś, gdzie nikt nas nie przyuważy, bo jak to się wyda, to cyngle H&G go znajdą i poślą do piachu. Cóż, może trochę przeginał, ale ogólnie to mówił z sensem: to, że wystawiał się na niebezpieczeństwo, to fakt niepodważalny. I kto jak kto ale ja świetnie to rozumiałam – ale mówił to takim tonem, że miało się ochotę ugryźć się ze złości w tyłek. Byłam już zmęczona i poirytowana tą rozmową.

I to aż z kilku powodów. Po pierwsze, facet był ogólnie typem niesłychanie ciężkim w obejściu, niesympatycznym, z długim kijem wetkniętym w tyłek, tak długim, że aż miało się ochotę zabrać go na farmę i postawić na polu w charakterze stracha na wróble. Rozmowa z nim była istną katorgą. (Nagle zrozumiałam, na czym polegał jego problem: on nie mówił – on przemawiał). Po drugie, sprawiał wrażenie kogoś lekko kopniętego na punkcie spisków i bezpieczeństwa. To miejsce, które sobie wybrał... Cóż, wybrał je niby rozsądnie, bo na uboczu, z dala od wścibskich spojrzeń oczu i kamer – skoro chciał pełnej anonimowości, to nie ma rady, trzeba iść na całość, nie umówimy się przecież w McDonaldzie – niemniej odnosiło się wrażenie, że on czuje się trochę jak główny bohater filmu „Oni żyją!", wiecie, ten, co dzięki takim fancy okularkom widział kosmitów na ulicach, i teraz, osaczony i ścigany, zmuszony jest walczyć sam przeciwko całemu światu. Ale najgorsze było co innego: to, że facet chciał mnie wykorzystać! Miałam być jego Aniołem Zemsty, killerem do wynajęcia, który pośle jego byłych kolegów do diabła. Miałam za niego dokonać srogiej pomsty w zapalczywym gniewie, by poznało H&G, jak brzmi Imię Pana, gdy wymiar sprawiedliwości skaże ich z Money Laundering Control Act of 1986 na dwadzieścia pięć lat klejenia pompek do rowerów w kazamatach Clawshank. Nie podobało mi się to. Już raz użyto mnie jako narzędzia i trauma ciśnie mnie do dzisiaj. Wygarnianie za kogoś kasztanów z ognia nigdy nie kończy się dobrze.

Z drugiej strony – nic nie ma na tym świecie za darmo. Chcesz, głupi króliku, marchewkę, to weź no się wysil i na nią zarób. Tak samo w tym przypadku: ja tobie to, ty mnie tamto. Uczciwe zasady. Ja ci dam carte blanche do rozprawy z macherami z H&G, a ty w moim imieniu ponabijasz ich głowy na płot. Obustronny zysk. Informatorowi też trzeba zapłacić swoją dolę, a i świadkowie koronni też nie zeznają przecież za darmo... Tak, zasady były jasne i uczciwe – ale i tak czułam, że ktoś usiłuje mnie wydymać. Po Bellwether stałam się bardzo czuła na tym punkcie.

Inna rzecz, że nigdy wcześniej w takiej sytuacji jak teraz się nie znalazłam. A co gorsza nikt mnie na taką ewentualność nie oprogramował. Na studiach nic o takich rzeczach nie mówili. Uczyli mnie, jak kierować ruchem, jak wyswobodzić się z dźwigni duszącej, jak rozmawiać z kimś, kto zamierza przyozdobić sobą chodnik na czerwono, albo jak odróżnić crack od proszku do pieczenia. Ale co robić, gdy na horyzoncie pojawiają się tajemniczy banksterzy piorący pieniądze milionami i równie tajemniczy informatorzy? Tego jakoś w programie nauczania nie było...

– ...Face to face, żadnych świadków, neutralny grunt. To są moje warunki. Nie ustąpię. Jeżeli się pani nie zgadza, z umowy nici, będę musiał –

– Dobra, dobra, kumam. Odpuść już sobie, facet.

– Więc jak? Wpół do ósmej? Most Moosevelta?

– Tak. Widzimy się.

– Pięknie dziękuję. Do zobaczenia.

– Tylko proszę nie zapomnieć maski i peleryny! Pod mostem, Boże, pomiłuj...

Rozłączyłam się i z głębokim westchnieniem ulgi oparłam się o ścianę. Przez dłuższą chwilę kontemplowałam nabazgrany markerem na ścianie koło okna napis „WILKI LATAĆ BEDOM" i rozmyślałam, jakie to ja wiodę porąbane jak na królika życie. Zamiast jeździć ciągnikiem i opryskiwać pole, ganiam po szpitalach i tropię złodzieja aparatów. Zamiast dać się zeswatać z jakimś fajnym chłopakiem z gospodarstwa zza miedzy, wkręciłam się w międzygatunkowy romans z byłym menelem, starszym ode mnie o dwie kadencje parlamentu. Po pracy, zamiast pójść na potańcówkę do remizy, idę pod jakiś przeklęty most, spotkać się z tajemniczym informatorem. Zostałam matką chrzestną córki pewnego sympatycznego minigangstera, rządzącego całą Tundrówką. Ilekroć odwiedzam rodzinną wiochę, ciotki mi trują, że to już najwyższy czas na rodzenie dzieci.

Zawlokłam swoją umęczoną powłokę cielesną z powrotem do stolika i zwaliłam ciężko na krzesło. Sięgnęłam po resztkę kawy i wydoiłam ją jednym haustem, jak setkę wódki; chłodna lura. Dopiero teraz spojrzałam na Peltneya. W międzyczasie trochę mu się polepszyło, już nie usiłował wyrządzić mi krzywdy spojrzeniem ani nie świecił miną obrażonej Cioci Kloci. Wyglądał raczej na zażenowanego. Miła odmiana.

Przycisnęłam dłonie do skroni. We łbie – kaszana. Nie mogłam się skupić. Ciągle myślałam o tym telefonie, ciągle mimowolnie trawiłam, co usłyszałam, i jakoś nie mogłam zstąpić na ziemię. Czułam się jak po całonocnym maratonie sensacyjniaków. I w rzeczy samej, coś z filmów sensacyjnych w tym było: informatorzy, dzikie pustkowia, brudny szmal i spiski przemożnych banksterów – o, to jest to, pełny serwis! Tylko Doktora Blofelda brakowało. Z chęcią bym się wgryzła w tę sprawę jeszcze raz, na spokojnie, przemyślała ją na chłodno i bez emocji. Ale zaczęłam sobie coś nieśmiało przypominać. Coś o jakimś rysiu. O napadzie na sklep. O pracy na czarno i łapówce z dziesięciu patyków. Popatrzyłam na Peltneya: ciągle nic nie mówił, gapił się na mnie, najwyraźniej czekając, aż wykonam jakiś ruch. Przez ten czas na pewno zdążył wymyślić sobie scenariusz dalszej rozmowy i z tuzin sposobów, jak z tego szajsu wybrnąć. Pewnie równie durnych, co on sam.

Nagle ogarnęła mnie straszliwa ochota, żeby zrobić jedną rzecz. Mianowicie żeby wstać i po prostu stąd wyjść. Byle nie musieć patrzeć na tego buca, byle nie musieć z nim rozmawiać ani w ogóle z nim obcować. Ja jestem gliniarzem, moja robota to nieść pomoc, pewnie – ale nie będę pomagać tym, którzy są dla mnie chamscy. Będzie chciał Peltney pomocy – to niechże Peltney przyjdzie i ładnie poprosi. Tak to powinno wyglądać. Ale gdzieś na mieście ciągle grasował niebezpieczny, uzbrojony bandyta, a następny sklepikarz, któremu obrobi geszeft, może okazać się miły i sympatyczny. I to jest chyba jedyny powód, dla którego jeszcze tu byłam.

Westchnęłam ciężko. Dam radę. Wytropię gnoja i sprzedam do zakładów „Buran", żeby przerobili go na makatkę. A o tym telefonie będę myśleć później. Priorytety.

– Panie Peltney – podjęłam, zanim borsuk zdążył zdobyć kolejny szczyt głupoty. – Mam do pana wielką prośbę. Czy mógłby mi pan przypomnieć, na czym to stanęliśmy? Bo widzi pan – tu pozwoliłam sobie na przepraszający uśmiech – my, króliki, mamy strasznie słabą pamięć.

Zamrugał.

– Słabą pamięć – powtórzył bezmyślnie.

– Aha. I to jeszcze jak! A moje notatki urywają się na, niech no spojrzę: „lat około dwudziestu pięciu, trzydziestu". To co, byłby pan tak miły?

Milczał przez dłuższą chwilę, a potem pokiwał głową. Załapał.

I zaczął jeszcze raz. Mówił cicho, bez nerwów. (O, teraz to był spokojniutki!). Ale w oczy mi nie patrzył. W roztargnieniu tarł dłonią o dłoń. Rzucił mi się w oczy ciekawy detal: sygnet z masońskim cyrklem i węgielnicą.

– ...Sklep założyliśmy razem z Emily, to jest z żoną, jakoś w dziewięćdziesiątym roku, może w dziewięćdziesiątym pierwszym, jeszcze przed reformą walutową. Zaczynaliśmy oczywiście od analogów, od zodiaków, lloydów i radiantów, potem przerzuciliśmy się na cyfrowe. Taka firma rodzinna, można powiedzieć. Prowadziliśmy sklep we dwójkę, albo we trójkę, bo kiedyś pomagał nam jeszcze syn, ale on zdobył zawód i wyszedł już na swoje. Dawaliśmy sobie jakoś radę, ale przed paroma miesiącami wszystko się wzięło i posypało, bo jej matka, w sensie matka Emily, spadła ze stołka i złamała miednicę. No i Emily musi z nią siedzieć i się nią opiekować, a sklep siłą rzeczy został na moich barkach. Myślałem, że dam radę samemu, ale, wie pani, młody już nie jestem, a w dodatku jak się całe życie pracuje z kimś... Mhm. Nie wyrabiałem. Wprawdzie syn pomagał nam jak mógł, i w sklepie, i przy teściowej, ale to było za mało. No to wymyśliłem sobie, że zatrudnię sobie kogoś do pomocy. I to była jedna z najgorszych decyzji w moim życiu! Nie miałem pojęcia, że znaleźć w tym mieście kogoś, kto by miał chęć do pracy i nie miał dwóch lewych rąk to jak szukać, nie wiem, pacyfisty w wojsku. Zresztą nieważne. Krótko: była ich trójka. Pierwszy to był baran, studencina, totalny kretyn, co nie odróżniał brutto od netto. Wytrzymałem z nim miesiąc. Potem była jeszcze taka jedna gazela, co oprócz tego, że była jeszcze głupsza, miała też problemy psychiczne, jak się okazało. Z nią się pożegnałem jeszcze szybciej. Więc ciągnąłem to samemu. A żona ciągle była uziemiona, teściowa nie mogła ciągle wrócić do zdrowia, to złamanie zaczęło się paprać, potrzebna była operacja... Już zacząłem się nawet zastanawiać, czy by nie zamknąć w diabły tego interesu. I wtedy zjawił się ten ryś.

– Mhm. I co z tym rysiem? – spytałam, nie przerywając bazgrania w notesie.

Coś mi nie wychodził ten Bogo. Może morda za mało kanciasta? Spróbujmy...

– No i ten ryś zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Przyszedł ot tak, z ulicy, i powiedział, że szuka roboty. Bardzo grzeczny, bardzo skromny, miał gadane. Myślałem, że mi chłopak z nieba spadł. Zdecydowałem, że go zatrudnię. A on mnie spytał, czy może być bez umowy. Bo tamtą dwójkę to ja zatrudniłem legalnie, jak Boga kocham, z umową, ubezpieczeniem, i tak dalej, mam papiery gdzieś w sklepie. A on chciał bez.

– Przedstawił się może jakoś?

Peltney skrzywił się żałośnie i uciekł wzrokiem.

– Winters – mruknął.

– Proszę?

– Jim. To znaczy James, James Winters.

– No to: Jim czy James?

– W prawie jazdy miał James, ale powiedział, że mówią mu Jim. I żeby tak się do niego zwracać.

– Zaraz, chwila – w prawie jazdy?

Wzruszył ramionami.

– Dowodu mówił, że nie nosi. Ale miał prawo jazdy.

– I pan widział to prawo jazdy?

Westchnął i z miną męczennika wyłowił z kieszeni komórkę. Zrobił machu-machu po ekranie, przescrollował parę razy i podetknął mi pod nos.

– Zrobiłem sobie zdjęcie, na wszelki wypadek. Rewers też tam jest.

No, rzeczywiście: prawo jazdy, zwierzogrodzkie. Kategorii M2, czyli na pojazdy osobowe dla ssaków średnich. I zdjęcie rysia. A obok metryczka: James Winters. James Winters, drugiego imienia brak, urodzony 31 marca 1991. Zamieszkały w Tundrówce, ulica Ałtajska.

Potarłam w zamyśleniu podbródek. Aż takie proste miałoby to być? Przyjrzałam się uważnie fotce. Czy to jest ten gość, którego występy oglądałam dzisiaj rano? Dobre pytanie... Widziałam go tylko w kapturze, w dodatku ciężko rozpikselowanego. Na fotce zaś pan Winters wyglądał raczej niepozornie. Z twarzy podobny zupełnie do nikogo, ot, statystyczna rysia gęba, równie statystyczna co nazwisko; połowa Tundrówki nazywa się Winters (to znaczy ta, która nie nazywa się Moroz). Na zdjęciu w koszulce polo.

– Mhm. To jest ten pański ryś, tak? – Spisałam sobie numer dokumentu.

– Ano.

– I pan go zatrudnił. Bez umowy.

– A co miałem robić! Potrzebowałem pary rąk do pracy jak powietrza. Zlitowałem się nad biednym chłopakiem, bo przez tę jego chorobę... No tak, nie mówiłem wcześniej. On był chory. Był chory i to było widać.

– Chory?

– Bez przerwy ruszał twarzą. Ruszał twarzą, o tak. – Zademonstrował. – Mrugał oczami, podrygiwał ramionami, chrząkał, mruczał coś, miał te, no...

– Nerwowe tiki? – podpowiedziałam.

– O, właśnie.

Przymknęłam oczy i bardzo głęboko odetchnęłam.

– Panie Peltney... – powiedziałam, starając się nie wybuchnąć. – Czy ma pan do dorzucenia jeszcze coś, co pan uprzednio zataił? Wyskakuje mi pan nagle z czymś takim... Może coś jeszcze pan sobie przypomni? O tym rysiu? Jakiś detal? Może był jednooki? Albo jednoręki? Albo miał troje oczu, był zielony, składał jaja i strzelał piorunami z tyłka? To są dość ważne rzeczy, wie pan. To jak?

Borsuk zacisnął wargi. Patrzył na mnie dłuższą chwilę.

– Nie – burknął w końcu.

– Nie? Na pewno?

– Na pewno.

– Dobrze. Wspaniale. Zatem ryś, Jim Winters, facet z tikami nerwowymi, przyszedł do pana i powiedział, że szuka pracy. Tak?

– Tak.

– Kiedy to było?

– Jakoś... miesiąc temu.

– Okay. I ile u pana pracował?

– Koło tygodnia. Osiem dni, tak.

– Mhm. Bez umowy.

– Ano. Mówił, że inaczej mu rentę zabiorą. Rentę, cholera jasna, rentę! Nabrał mnie. Stary dureń... Miałem nóż na gardle, zgodziłem się. Ale nie żałowałem, bo wszystko było dobrze. Nie spóźniał się, nie chlał, dbał o towar. Sklep chodził jak w zegarku – przez tydzień. Po tygodniu wziął dniówkę i zniknął. Powinno mi to dać do myślenia... Tak czy owak, potem dałem sobie spokój. Mniej więcej od trzech tygodni pracuję sam. Jakoś sobie radzę. Aż do dzisiaj.

Westchnęłam w duchu. Facet, prowadzisz sklep z drogimi rzeczami, zatrudniasz sobie pracownika z ulicy na krzywy ryj i jeszcze oszczędzasz na ochronie. To i tak dziwne, że nikt cię wcześniej nie obrabował. „Mam giwerę, więc nic mi nie grozi" – tak to miało wyglądać? Wolny mularz, a i myśliciel też coś niezbyt szybki...

Zaraz przywołałam się do porządku i wybatożyłam się w myślach. Nie ofiara jest winna, że ją napadnięto, wbij se to do głowy, tępa dziewojo, raz na zawsze.

– I to był on? Dziś rano?

– On, na sto procent. Od razu poznałem.

Przymknęłam na chwilę oczy, bo sobie to wszystko jakoś uporządkować.

– No dobrze. To skoro ten ryś u pana pracował, to namierzenie go powinno być bardzo proste, nawet jeżeli nie ma pan żadnych papierów. Na przykład po numerze telefonu, żeby daleko nie szukać.

Peltney wzruszył ramionami. Znowu złapał za telefon i coś na nim wybrał.

– Proszę – mruknął, pokazując mi historię połączeń. – Ten na górze.

Zapisałam sobie.

– Pan się z nim kontaktował? Tym numerem?

– Z początku. Z raz czy dwa. Potem nie musiałem, nie miałem potrzeby. Jak zniknął, potem, to też spróbowałem zadzwonić, ale nikt nie odbierał. Abonent niedostępny.

– Mhm. Rozumiem. Coś jeszcze?

– Hę?

– No, czy zostało jeszcze coś po tym rysiu. Może zostawił u pana jakiś drobiazg? Może zapamiętał pan samochód, jakim jeździł? Ogólnie: czy ryś Jim zostawił jeszcze jakieś inne ślady swojej obecności. Wszystko się przyda.

– Oprócz awarii systemu to chyba nie – skrzywił się. – Ale to pewnie już pani wie. Była pani w sklepie, tak? No to pani widziała. Gnój. Nawet nie wiedziałem, że można tak zepsuć...

– Zepsuć? – palnęłam. – System?

Borsuk machnął ręką.

– Taa. I to na amen, bo i komputer, i kamera. Sprzęt na złom. Sabotażysta pieprzony...

Chwilowa zwiecha. Bo nagle sobie uświadomiłam, że wpadła mi w ręce nadprogramowa część układanki.

I równie nagle uświadomiłam sobie, gdzie była dziura.

– Znaczy, chodzi o monitoring, tak? – mruknęłam, w pośpiechu przerzucając kartki w notesie.

– Ano. Fajną pamiątkę mi zostawił, co? Z początku myślałem, że to sam pecet, bo bluescreen był, ale potem się okazało, że kamery również. Jak spróbowałem podłączyć drugi komputer. Coś tam w środku musiało paść, albo w tym SecuBoxie. Bo optyka była w porządku, na ile mogę ocenić...

Borsuk gadał i gadał, ale chwilowo go nie słuchałam. Myślami byłam na zapleczu jego sklepu. I przy tym, pożal się Boże, systemie CCTV. Czego to tam nie było! Pecet z odzysku, który chyba nawet w Etiopii zostałby uznany za złom i przetopiony na kable, archaiczny software, jakość obrazu wywołująca obrażenia rogówki i przerabiająca ciało szkliste na jajecznicę... I nagrania. Nagrania, których nie było. Pliki sięgały... ostatnich dwóch tygodni. Wcześniejszych nie było.

– ...Boże święty, dobrze, że to nie ten drugi! Bo na piętrze wynajmujemy lokal i mamy tam drugi komputer, z zamówieniami. Gdyby i tego szlag trafił, to nie wiem, co by się stało...

– Aha – mruknęłam. – Czyli ten system, co jest teraz, to jest nowo założony, tak?

– No nie myślała pani chyba, że pracujemy na co dzień z takim złomem?

– No wie pan, ja –

– To tylko samoróbka, prowizorka. Fachowiec ma przyjść w przyszłym tygodniu i zrobić to na porządnie. Ale ja nie chciałem zostać bez systemu, więc skleciłem na szybko takie coś. Jako tako działa. Lepsze niż nic.

– Zdarzało się już kiedyś takie coś?

– Gdzie tam! Wszystko zawsze pięknie działało. Miałem dobry sprzęt, z najwyższej półki. Chimera Security. Obraz jak żyleta. A teraz...

– Kiedy to było? W sensie, kiedy ten system padł?

– Ostatniego dnia – westchnął Peltney. – Wtedy, kiedy widziałem Wintersa po raz ostatni. Na koniec zmiany wziął dniówkę i się zmył. I wtedy system padł. Wtedy, na pewno. Pamiętam, pod koniec dnia siedziałem w biurze, ogarniałem papiery, zostawiłem go samego przy kasie. Wiem, powinienem jeszcze sprawdzić monitoring przed zamknięciem... Nie sprawdziłem. Zorientowałem się nazajutrz rano.

– Czyli że przez te ostatnie trzy tygodnie ma pan tylko taki chałupniczy monitoring?

– Dwa. Przez pierwszy tydzień nie mieliśmy w ogóle. Próbowaliśmy to naprawić, nic z tego oczywiście nie wyszło, zadzwoniłem do tej Chimery, powiedzieli, że mają termin na za cztery tygodnie. Tak powiedzieli. Za cztery tygodnie, to znaczy w przyszłym, mhm, przyjdzie gość od nich i zamontuje od nowa. Takie terminy mają, nic nie poradzę. Zgodziłem się. Zadzwoniłem jeszcze na szybko po informatyka, myślałem, że może chociaż kompa odratuje. Ale on przyjechał i stwierdził tylko zgon. Powiedział, że nic się nie da zrobić. Nic, kaputt totalny. Sfajczony na amen. Nie do odratowania. Powiedział, że nigdy czegoś takiego nie widział. Czyli i komputer trafił szlag, i kamery. Albo tego SecuBoxa. Mówiłem, próbowałem podłączyć go do drugiego kompa, ale nic to nie dało. Wychodzi na to, że trzeba zamontować cały nowy system, od zera... Jezu, dobrze, że się na gwarancję łapie! Sukinsyn. Wszystko przewidział...

– Myśli pan? Że to Winters popsuł?

– A niby kto? Stał na zapleczu ten komputer, w każdej chwili miał do niego dostęp. Musiał zapuścić jakiegoś, kurwa, nie wiem, wirusa kamikaze, czy coś w tym stylu. Ja od początku czułem, że to jego sprawka. Od początku. Ale nie od razu kapnąłem się, po co to zrobił. Bo w pierwszej chwili – w pierwszej chwili pomyślałem, że może wyniósł coś pod koszulą i chciał w ten sposób zatrzeć ślady. Ale kiedy przeliczyłem towar, okazało się, że wszystko było na swoim miejscu. Nic nie zginęło. A liczyłem dwa razy! Uznałem zatem, że to po prostu przypadek, zbieg okoliczności. Tym bardziej, że on nie był przecież rozwalony, w sensie nikt nie roztrzaskał go siekierą. Nawet zastanawiałem się, czy dałoby radę w ogóle uszkodzić system w ten sposób. Ale teraz... już rozumiem, o co mu chodziło. Nie doceniłem go. Już wtedy to planował. Już wtedy to knuł.

– Stare nagrania? – rzuciłam.

Peltney rozłożył dłonie.

– Były na dysku. Je też trafił szlag. Są gdzieś na zapleczu, ale fachman powiedział, że nic z nich nie będzie. Przykro mi.

– Okay. Jeszcze jakieś pamiątki pan po nim ma? Wszystko się przyda.

Wzruszył ramionami.

– Guza na głowie. Może być? To mi po tym sukinsynu zostało: straty i guz na głowie Nic już więcej nie wiem.

Przez dłuższą chwilę patrzyłam Peltneyowi w oczy. Patrzył na mnie spokojnie; wyraźnie mu ulżyło. A potem przeniosłam wzrok na notatki. W zamyśleniu stukałam długopisem o krawędź okładki. Więc tak to wyglądało. Ta historia z systemem CCTV – to rzuca nowe światło na całą tę sprawę. Wychodzi na to, że nasz ryś to naprawdę pierwsza liga przestępczego półświatka. Tak uszkodzić monitoring, to – fiu, fiu! – to trzeba umieć. Kunsztowna i finezyjna robota, nie ma co. Jim to fachowiec, nie ma co do tego wątpliwości. Kradnie auta, psuje systemy, krawaty wiąże, przerywa ciąże... Fajno. Nick się ucieszy. W końcu jest jego fanboyem...

Jak tę sprawę ugryźć? Czy my w ogóle mamy jakiś twardy punkt zaczepienia? Pomyślałam przelotnie o odciskach palców – przecież Jim przez ten czas na pewno zdążył wypaćkać nimi wszystko, od kasy fiskalnej po spłuczkę w kiblu. Ale – trzy tygodnie. Ile razy w tym czasie wszystko było sprzątane?

A może to wszystko nie będzie potrzebne? Zerknęłam na zegarek: jeżeli Nick miał trochę szczęścia, to nasz delikwent siedział już w radiowozie, skuty, i zmierzał na komendę, gdzie moi koledzy wezmą go w obroty i, uroczyście przetrzepawszy mu odbyt w poszukiwaniu skitranych narkotyków, zafundują mu niezapomniany pobyt w Najlepszym Hotelu W Mieście. Ale zaraz się otrząsnęłam: Nick nikogo nie zwinął, kręci się teraz po Tundrówce i obrasta zimowym futrem, klnąc pod nosem i marząc o kawie. Za bardzo udziela mi się lisi hurraoptymizm.

Niemniej to byłoby już na tyle, jeśli chodzi o przesłuchanie. Wyrwałam kawałek kartki, zapisałam borsukowi swój numer, jeśli coś sobie pan przypomni, proszę dać mi znać, bla bla bla. Peltney skinął głową, podziękował, wstał ciężko i poczłapał do wyjścia. A ja zostałam ze sprawą sam na sam. Miałam sporo do przeanalizowania. Musiałam poukładać sobie to wszystko w głowie, żeby –

– Ani słowa Snoutonowi.

– Hm? Proszę?

To był Peltney. Stał w przejściu, opierając się o stolik. Nie patrzył na mnie. Drapał się w roztargnieniu po głowie, poniżej opatrunku.

– Przypomniałem sobie. – Dopiero teraz na mnie spojrzał. – Strzęp rozmowy. Rozmawiał z kimś przez komórkę i wtedy padły te słowa. „Ani słowa Snoutonowi".

– Mhm...

– Obsługiwałem wtedy kasę. A on był na zapleczu. Rozmawiał z kimś... Nie wiem, o czym. Nie słyszałem dokładnie. Ale na pewno w pewnym momencie powiedział: „Ani słowa Snoutonowi". Nie wiem, czemu tak zapamiętałem. Utkwiło mi to w głowie z jakiegoś powodu...

Chyba nie wyglądałam, jakbym się dała przekonać.

– Jestem handlowcem – dodał Peltney. – Co jak co, ale nazwiska to pamiętam.

– Ani słowa Snoutonowi – powtórzyłam.

– Tak.

Zapisałam sobie.

– Czy to pomoże?

– Nie wiem. Jakiś pomysł, co to może oznaczać?

– A skąd ja to mogę wiedzieć?

– No cóż, to pański pracownik...

– To nie jest –

– Kiedy to było? – spytałam, zanim zdążył się rozkręcić.

Przymknął oczy.

– Żebym to ja... Jakoś na dwa dni przed tym, zanim zniknął. Czwartego? Trzeciego? Trzeciego, bo wtedy była dostawa. Tak.

To też sobie zapisałam, z kronikarskiego obowiązku.

– Zna pan tego tam... Snoutona?

– Nie. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałem.

– A Doe? – Przypomniałam sobie skradzioną nazkę. – Elizabeth Doe? Zna ją pan?

– Powinienem?

– Tylko pytam. Tak czy nie?

Wzruszył ramionami.

– Wie pani, to dość popularne nazwisko.

– Więc: nie?

– Nie – burknął i poszedł sobie, tym razem już naprawdę.

Odprowadziłam go wzrokiem. Patrzyłam, jak lawiruje między stolikami. A gdy zniknął mi w końcu z pola widzenia, z głębokim westchnieniem ulgi rozwaliłam się na krześle. Siedziałam tak dłuższą chwilę, bezmyślnie gapiąc się w sufit i rozkoszując się chwilą samotności. Byłam wykończona. Peltney wypompował mnie psychicznie gorzej niż ostatni rodzinny obiadek, na którym ktoś nieopatrznie rzucił tematem związków partnerskich. Odruchowo sięgnęłam do kubka z kawą, ale był przecież pusty. Świetlica też w międzyczasie opustoszała, jeszcze tylko ta lisica siedziała i dziergała. Talk-show już się skończył, na ekran wskoczył dziennik, po raz kolejny maglowano dzisiejszy priorytet numer jeden. Mignęło ujęcie z konferencji prasowej, na której straszyły dwa rogate czarty: nabzdyczona Bullins produkowała się do pęku mikrofonów, obok czaił się Bogo; wyglądał, jakby miał ciężki i bolesny problem z oddaniem stolca. Niżej na pasku scrollował się napis: „KOMENDANT BONGO ZAPOWIADA SUROWE KARY DLA PSEUDOKIBICÓW". Boże, co za dzień.

Ponownie spojrzałam na drzwi, w których zniknął Peltney. Raz jeszcze zastanowiłam się, jak to było u borsuka z tą amnezją. Poznał mnie? Czy nie poznał mnie? Przez cały ten czas zachowywał się, jakby nie wiedział, z kim ma do czynienia. A coś nie chciało mi się w to wierzyć. Bo gdyby mnie poznał, to raczej nie omieszkałby tego skomentować – już się chyba zdążyliśmy przekonać, co to za typ. A przecież zrobiłam mu operację na otwartej pamięci, bezceremonialnie zmuszałam go do ruszania mózgownicą, proszę sobie przypomnieć, proszę sobie przypomnieć – jakiś ośrodek w głowie powinien mu przypomnieć również Sto Dni. A skoro Sto Dni, to również i mnie. A tymczasem – nic. Nawet słowa komentarza. „Nazwiska to pamiętam", co? Nazwiska „Hopps" jakoś zapomniał...

A może odpuścił? Może po tym przypale z łapówką postanowił trzymać język za zębami? To by mi się podobało. Jakiś przejaw zdrowego rozsądku z jego strony. Albo może ma wyrobione na sprawę trochę inne zdanie niż jego małżonka, kto wie. Zresztą, w gruncie rzeczy – bez znaczenia...

Ruch w kącie sali. Przeniosłam wzrok: lisica najwyraźniej skończyła. Odłożyła druty, złapała robótkę za rogi i rozpostarła przed sobą, by móc obejrzeć ją w całej okazałości. A wtedy zobaczyłam, co wyprodukowała.

Był to sweter. Czerwono-zielony sweter w romby, paskudny jak siedem teściowych. Ale nie to było w nim problemem. Problemem był ten wyhaftowany na biało napis.

Brzmiał on: „ŚMIERĆ WROGOM GATUNKU".

Odwróciła. Co było po drugiej stronie?

„100 DNI. PAMIĘTAMY".

Zamrugałam parę razy, pewna, że to ze zmęczenia. Ale nie, to nie znikało. To istniało naprawdę. Niemniej coś w środku nie chciało przyjąć mi tego do wiadomości. Na widoki trupów, topielców i Panów Kleksów już dawno się uodporniłam – ale coś takiego powoduje, że gdzieś w głowie pęka mi kolejny bezpiecznik oddzielający mnie od obłędu. To jedna z tych chwil, kiedy odnoszę wrażenie, że Zwierzogród wyczuwa, że jestem w nim ciałem obcym i usiłuje się mnie pozbyć. Jakby podsuwając mi takie obrazki walił mnie młotkiem po głowie, by ustalić, kiedy wreszcie dam za wygraną i sobie pójdę. I coś czuję, że pewnego dnia mu się uda... Lisica nie zwracała na mnie uwagi. Ciągle trzymała ten cholerny sweter. Ciepły, babciny uśmiech gościł na jej twarzy, gdy podziwiała swe dzieło. Git majonez. Wnusiowi się spodoba.