Nic już więcej z Peltneya nie wycisnęłam. Ale została do ogarnięcia jeszcze jego małżonka. Pomyślałam sobie, że zadam parę pytań również i jej. Co mi tam. Skoro i tak czeka mnie dzisiaj wspominkowa wycieczka w przeszłość, i tak będę musiała rozdrapać stare rany – to wszystko mi jedno, czy będę musiała zrobić to raz, czy kilka. Postanowiłam więc spróbować – a nuż rzuci jakąś poszlaką, która pomoże mi w śledztwie, kto wie? W końcu pomaga mężowi w prowadzeniu tego fotobiznesu, mogła widzieć to i owo... Ale okazało się to potwornym błędem. Pani Peltney okazała się osobą, która nie dość, że nic nie wie, to jeszcze do której bez miotacza ognia nie ma się co zbliżać. Wprawdzie Tego Tematu nie poruszyła ani słowem, ale i tak rozmowa z nią obniżyła moją przewidywaną długość życia o równowartość wypalenia paczki fajek. Babeczka bowiem błyskawicznie przejęła kontrolę nad sytuacją, odwróciła role i zanim się obejrzałam, z przesłuchującej stałam się przesłuchiwaną: a kiedy go złapiecie, a dlaczego bandziory chodzą po ulicach, a kiedy będziemy mogli czuć się bezpiecznie, a dlaczego policja nic nie robi, a na co to idą nasze podatki, a w ogóle to za Lionhearta było lepiej, a pani to na kogo głosowała, pewnie na Bullins, no tak, ciągnie swój do swego, tfu. Cała litania tego była. Słuchałam tej tyrady i kiwałam cierpliwie głową, wyczekując dogodnego momentu na przejęcie inicjatywy, ale w wyobraźni byłam na strychu u siebie w domu i ostrzyłam osadzoną na sztorc antyczną kosę dziadunia. Przesłuchiwanie Peltneyów sprawiło, że zatęskniłam za Bellwether i doceniłam piękno jej wspaniałego planu: dorwać wszystkie drapieżniki w mieście i po prostu je zabić.

Oddział opuściłam półżywa i wnerwiona, czując, że potrzebuję tygodniowego urlopu, liftingu, dawki głośnego rocka, kąpieli z bąbelkami i kufla zimnego piwa. Łup miałam mizerny – zeznania Peltneya, rysopis Jima i w zasadzie niewiele więcej. No, jeśli nie licząc tej nieszczęsnej strzałki usypiającej, którą Jim poczęstował był swojego chlebodawcę – jedna z pielęgniarek przyuważyła mnie, kiedy przechodziłam obok zabiegowego, i wepchnęła mi ją do ręki, jak ulotkę pod stacją metra. Tak pozyskałam jedyny dowód rzeczowy w sprawie. Oto i on: metalowa tulejka fi dwadzieścia z pierzastą lotką jednym końcu i szpikulcem na drugim. Pusta, oczywiście, że pusta, było widać w okienku; zawartość w chwili obecnej znajdowała się zapewne jeszcze w Peltneyu, pewnie już w wątrobie, neutralizowana na czynniki pierwsze najprostszych związków. Mi została opakowka. Mogłaby być użyteczna, ta strzałka, na ile użyteczne bywają łuski po pociskach – ale nikt się nie kłopotał, żeby ją jakoś zabezpieczyć, wsadzić choćby w pudełko po jogurcie czy coś, że o woreczku strunowym już nie wspomnę. Ile par rąk ją zmacało, zanim trafiła do moich, nawet nie chciało mi się wyobrażać.

Szłam korytarzem i obracałam ją w palcach. Rozpoznałam ten model, znaczy model pistoletu: to STG-1, Special Tranquilizer Gun Mk.I. Miałam rację. Może nawet z naszych zapasów ten pistolet, kto wie – mamy takie w naszym cekhauzie, używamy czasami, chociażby ostatniej nocy, kiedy środki słownej perswazji wobec obywatelstwa zawodzą. Czy strzałka również, ciężko powiedzieć, bo numer seryjny ktoś starannie starł, chyba pilnikiem. Niepozornie to wygląda, taka strzałka. Laik mógłby ją wziąć za rzutkę do dartsa, gdyby w rzutkach do dartsa montowali podziałki. Prawda jest jednak taka, że ustrojstwo jest diabelnie niebezpieczne i słusznie jest traktowane jak normalna broń palna. Wlejcie do środka truciznę, załadujcie do pistoletu – i macie broń w stylu ninja, w sam raz do zabijania po asasyńsku, bez błysku, bez huku wystrzału. Zresztą nawet i głupią etorfiną możecie kogoś zabić – dacie za dużą dawkę i zafundujecie komuś, wybaczcie płaski dowcip, sen wieczny. Jim mnóstwo ryzykował dzisiaj rano. Gdyby ustawił dawkę za małą, skończyłby z dziurą zamiast głowy, gdyby za dużą – pozostawiłby za sobą trupa. Peltney miał dużo szczęścia. Gdyby to odpowiednio sprzedać w sądzie, może by się dało ugrać nawet usiłowanie zabójstwa. Chociaż żeby móc to zrobić, przydałoby się najpierw mieć jakiegoś oskarżonego... Tak, to byłoby przydatne, nie ukrywam. Schowałam strzałkę do kieszeni, wyjęłam komórkę i zadzwoniłam.

Usłyszałam tylko ustawionego na full volume Axla Mouse'a z Rodentsów piejącego coś o imprezowaniu w dżungli, zmieszanego z warkotem silnika. Muzykę wtem ktoś raptownie ściszył, a zaraz potem rozległa się seria głuchych stuknięć i stłumione przekleństwo, jakby telefon wymsknął się Nickowi z palców i przepadł gdzieś między fotelem a dźwignią zmiany biegów.

– Moment, dojadę do świateł!

Czekałam cierpliwie. Szłam szpitalnymi korytarzami za zielonymi strzałkami ewakuacyjnymi, wsłuchana w dochodzące z telefonu odgłosy: szur, szur, szur; to hamowanie pulsacyjne, Nick jedzie po czymś śliskim.

– Dobra, jestem. Właśnie miałem dzwonić. Cholera.

– Coś się stało?

– Nie, nic. Tylko ten radiowóz. Udało mi się skołować tylko taki z Sawanny, a on, kurde, nie ma opon zimowych. Trzydzieści na liczniku, a i tak jedzie to-to jak pociąg towarowy. Mamy coś?

– To i tamto. Powiedz lepiej, co z tą nazką.

– Eee... dużo gadać. Gdy przyjechałem, strażacy właśnie kończyli przerabiać ją na żużel. Jakbyś chciała sobie popatrzeć, to kieruj się na taki słup dymu na północnym zachodzie, gdyby nie te chmury, to pewnie z twojej wiochy by go było widać.

– Świadkowie?

– Uhm. Weź, daruj. Ta Arktyczna – no jedźże, babo, zielone masz... Wybacz, nie do ciebie. Ta Arktyczna to totalne wygwizdowo, żadnych zabudowań, nic. Tylko te zakłady. W budce siedział jeden cieć, wczorajszy zresztą, ale nikogo nie widział. Nic nie mam. A w dodatku pada taki deszcz ze śniegiem, o!

Pokiwałam cierpko głową. Co było do okazania.

– Gdzie teraz jedziesz?

– Mhm, no więc przy wraku spotkałem chłopaków z Dwudziestego i oni mi podpowiedzieli, że kawałek stąd jest stacja kolejki podmiejskiej. Jeżeli ten ryś uciekał na piechotę, to jest duża szansa, że uciekł właśnie tam. Więc dla proformy jadę to sprawdzić.

– On o tej porze może być już wszędzie... – mruknęłam.

– Wiem, ale jeśli pojechał pociągiem, to może nagrał się na kamerę. Gość z plecakiem i dwoma duffle bagami, tak? To powinno być łatwe... Czekaj moment, zaparkuję.

Westchnęłam z irytacją pod nosem, znowu zmuszona do czekania. Przez parę chwil nie słyszałam nic oprócz odgłosów silnika pracującego na niskim biegu. Coś mi się nie podobało w tych odgłosach, samochód miał chyba coś mało płynu w układzie kierowniczym, słychać było ciche świszczenie i pogwizdywanie. Potem rozpiszczał się czujnik parkowania, a silnik umilkł; trzasnęły drzwi.

– Okay, jestem – padło. – Idę na ochronę, zobaczymy, co to tam się nagrało.

– Coś mi podpowiada, że nie za dużo...

– Dobra, dobra. Przesłuchałaś borsuka?

– Taa. Miałeś rację, były pracownik.

– Ha! A nie mówiłem? Ile to jesteś mi winna?

– Nie bądź taki cwany... – mruknęłam, po czym wyjęłam notes. Przedyktowałam Nickowi rysopis, jaki mi sprzedał borsuk: wzrost, wiek, kolor oczu, i tak dalej.

– ...A nazywa się Winters, Jim albo James, przynajmniej tak w prawie jazdy pisało. Znak charakterystyczny: nerwowe tiki. Ostatni raz widziany trzy tygodnie temu. No i dzisiaj rano. To je nasz sprawca.

– W prawie jazdy?

– Ano – powiedziałam, usuwając się z drogi słoniowi pchającemu wyładowany laboratoryjnym szkłem wózek. – Takie mu podał, w sensie Peltneyowi. Spisałam sobie numer. Znasz takiego?

– Znam jednego Wintersa, ale to lis polarny, nie ryś. Zresztą on chyba teraz siedzi... Ale jak ten ryś nazywa się Winters, to ja jestem baletnica.

– W sensie?

– Podrobiona tożsamość, no. Stary numer. Nawet nie ma co tego sprawdzać.

– Skąd wiesz? Że podrobiona?

– Hę? No przecież już o tym rozmawialiśmy, nie?

– Ale... No nie wiem. Lewa tożsamość... Miałby mieć aż takie znajomości? Coś nie chce mi się –

– Karotka, pobudka! Mamy darknet i dwudziesty pierwszy wiek! Teraz lewe papiery to betka. Jak umiesz into Cebula i masz parę coinów na podorędziu, to w tydzień, dwa, możesz je sobie skołować. Żadna filozofia. Moja matka by to umiała.

Przygryzłam wargę. Spojrzałam w notes: niżej, pod rysopisem, obok opatrzonego trupią czachą „ZEBRANIE 15:00!", kłębiła się gęstwina strzałek i bazgrołów, okalająca słowa „awaria systemu".

– A ty wiesz, że on rozwalił system komputerowy na do widzenia? – mruknęłam.

– Proszę?

Streściłam mu w telegraficznym skrócie historię z tym sklepowym CCTV. I o Wintersa w tym udziale.

– Elegancko. To tylko potwierdza to, o czym mówiłem wcześniej: gość jest niezły w komputery. Umiałabyś coś takiego odwalić? Ja bym nie umiał. Gość jest niezły i na pewno umiałby skołować sobie lewe papiery. Dane z tego prawka nie są warte złamanego centa.

– Dobra, zostawmy to prawko na moment. Kojarzysz może jakiegoś rysia, co by pasował do rysopisu, choćby z grubsza? Dwadzieścia pięć, trzydzieści lat, średni wzrost, zielone oczy, nerwowe tiki. Znasz-li takiego?

– Hmm... Nie.

– Nie? Na pewno?

– Na pewno. Serio. Nie kojarzę, no. Zapamiętałbym.

– A mówi ci coś może nazwisko Snouton?

– Eee, zaraz, drugobazowy Yakees... A nie, on jest Snorton, Bobby Snorton.

– Miałam raczej na myśli twoich dawnych znajomych.

– Pierwsze słyszę. Ale-ale! Słuchaj. Z tego wszystkiego przegapiliśmy dużo poważniejszą kwestię.

– Jaką?

– Niedawno to sobie uświadomiłem. Jak tu jechałem, przemyślałem sobie to i owo. I coś mi się w tej historii nie zgadza. Mianowicie: dlaczego on, w sensie nasz ryś, dlaczego on w ogóle rozegrał to w ten sposób? I dlaczego o tej godzinie, a nie wcześniej?

– Hę? Zrobił to o tej, o której pozwalała mu sytuacja. Nie za bardzo rozumiem, o co ci chodzi...

– Dobra. Prosta arytmetyka. O której skradziono samochód?

Wytężyłam mózgownicę i spróbowałam sobie przypomnieć. Jak to szło...?

– Babeczka zauważyła, że auta nie ma – o której, o piątej, tak? No to na oko jakoś wtedy.

– Za późno. O piątej to już niektórzy na nogach są. Spokojnie można założyć, że dużo wcześniej. Obstawiałbym drugą, trzecią.

– Przyjęte. Co w związku?

– O której stary otwiera sklep?

– Peltney? O ósmej.

– A od Doe do sklepu jest – ile? Z grubsza.

Czemu ten Nick musi mi zadawać takie trudne pytania? Nie jestem zbyt dobra w takie szacowanie. Tak to jest, jak się mieszka całe życie w jakiejś pipidówie, gdzie są wszystkiego dwie drogi na krzyż, z czego jedna z gieesu do kościoła, a druga znikąd donikąd. Przyznaję, moje plebejskie pochodzenie czasem daje mi się we znaki.

– Czterdzieści minut? – palnęłam.

– Nawet trzydzieści sześć. Sprawdziłem na Zoogle. – (Uff! Wykręciłam się sianem). – O tej porze pewnie jeszcze krócej. Ale niech będzie nawet godzina. Tak czy owak, miał na robotę w najgorszym wypadku dwie godziny, zapewne więcej. Kupa czasu. Dlaczego tyle zwlekał?

– Czekał na otwarcie, co tu gadać?

– Po co? Jeżeli jesteś na tyle dobry, żeby rąbnąć be-czwórkę, z zamkami do sklepu też sobie poradzisz. Coś tu nie pasuje, Karotka.

– Nie no, co innego samochód, co innego sklep. To dwie różne bajki.

– No tak, różnica, owszem, jest, ale wcale nie aż taka powalająca. To też jest zamek bębenkowy, nijak nie patrzeć, ta sama zasada działania. Zdziwiłabyś się, ilu włamywaczy zaczynało od aut.

– I że niby –

– Ja rzuciłem okiem na te zamki, zanim jeszcze odjechałem, te od ulicy i te od zaplecza. Fakt, niezłe, ale to wciąż seryjna produkcja. Fachura tej klasy poradziłby sobie z nimi. Miał czas, miał możliwości. A decydował się na rozwiązanie siłowe. Dlaczego?

– Może bał się alarmu? – rzuciłam, ale bez przekonania.

– Hę? Bał się alarmu, a nie bał się dokonać napadu z bronią w ręku, praktycznie w samym centrum miasta? Eee, zalewasz.

– Do czego zmierzasz?

– Nie wiem. Do niczego. Jakoś tak... Miej to na uwadze, po prostu.

Nie odpowiedziałam. Byłam zdezorientowana, nie wiedziałam, co o tym myśleć. Czułam, że muszę usiąść i przemyśleć to wszystko na spokojnie. Coś szczegóły tej sprawy jakoś nie chcą się dodawać: im głębiej się w to wkopujemy, tym dziwaczniej to wygląda.

A ja ciągle miałam w zanadrzu jeszcze jeden numer: telefon od Pana Spod Mostu. To też wymaga konsultacji. Chwilowo jednak byłam zbyt zmęczona na taką gadkę z kosmosu, potrzebowałam odrobiny spokoju i wytchnienia. I prywatności – za duży tu tłok, żeby rozmawiać o takich rzeczach.

– Dobra – powiedziałam, otwierając drzwi na klatkę schodową. – Whatever. Musimy ogarnąć, co dalej. Bo gonimy w piętkę.

– Mamy coś, tak w ogóle? Coś konkretnego?

– Rysopis, i to całkiem niezły. Trzeba go dać do centrali, może jakiś patrol go wykuka i zwinie. Zwłaszcza te nerwowe tiki, to rzecz dość rzucająca się w oczy.

– Jak się ogarnę, to nadam. Mam radio pod ręką.

– Zuch-chłopak. Ja jadę do biura, jak coś, to mnie tam łap.

– Co chcesz zrobić?

Znowu zerknęłam do notesu. Zeznania Peltneya zajmowały kilka stron. Kilka stron tekstu i słów-kluczy, ozdobionych strzałkami i piktogramami. Tu i tam pstrzyły się złośliwe malunki, owoc nudy i frustracji; ubrany w tutu Bogo kręcił piruety na marginesie.

A na końcu, w chmurce ze znaków zapytania, straszyła fraza: „Ani słowa Snoutonowi".

– Chcę coś sprawdzić – mruknęłam.

– Okay. Ja idę na security. A co potem, to się zobaczy. Zadzwonię.

– To się pewnie zobaczymy dopiero na zebraniu.

– Jakim znowu zebraniu?

– Clawhauser nie dzwonił do ciebie?

– Nie.

Trawiłam to chwilę.

– Dobra, nie ma tematu – powiedziałam i się rozłączyłam.

Już byłam w poczekalni. A tam, po raz kolejny dzisiaj, dane mi było wpaść w sam środek młyna: akurat mieli świeżą dostawę chorych, głównie nastolatków. Było ich tylu, że zajmowali połowę krzeseł. Każdy zielony na twarzy, każdy zgięty wpół i z michą w objęciach; uwijał się przy nich oddziałek lekarzy i ratmedów. Ominęłam ich szerokim łukiem, kierując się wzdłuż ściany, i o mały włos nie skosiły mnie otwierane z całej pary drzwi od zabiegowego. Stanęła w nich niedźwiedzica w pielęgniarskim wdzianku, herod-baba wyglądająca na przebranego pułkownika KGB, i zadudniła: „Następny na płukanie żołądka!". Zewsząd dochodziły jęki i odgłosy wymiotowania.

Wyszłam na dwór – okazało się, że przestało padać. U drzwi stali Delgato i Rhinovitz; tygrys palił, nosorożec konferował z kimś przez krótkofalówkę o rozmiarach niedużej komody.

– Co się dzieje? – spytałam. – Nieświeże truskawki na szkolnej stołówce?

Rhinovitz obejrzał się i skinął mi głową, nie przerywając rozmowy.

– Żeby tam – mruknął Delgato, wydmuchując dym prosto w znak ZAKAZ PALENIA. – Jakiś typek handlował na ulicy słodyczami domowej roboty. Na Orientalnej, pod liceum. Cholera wie, z czego je robił. Masowe zatrucie. Podobno jakiś fenek.

– Aha... Słuchajcie, wam coś wiadomo o jakimś zebraniu o trzeciej? Clawhauser mówił...

Spojrzeli po sobie i pokręcili głowami.

– Mnie nie – odparł Delgato. – Pierwsze słyszę. A przynajmniej... A, właśnie, właśnie! Jest tu może Wilde z tobą? – I zazezował na korytarz.

– Nie, lepi bałwana w Tundrówce. Bo co?

– Ano to, że pożyczył ode mnie pół bańki i chyba zapomniał... – urwał, bo akurat przechodzący obok pancernik w białym kitlu i stetoskopie na szyi spiorunował go wzrokiem; tygrys przewrócił oczami i posłał kiepa pod rynnę. Wykorzystałam ten moment i ulotniłam się.

O tym, że zapomniałam z siebie zrzucić ten przeklęty szpitalny fartuch, kapnęłam się dopiero na parkingu.