Pozbywszy się wetkniętej za wycieraczkę ulotki jakiegoś przybytku dla amatorów chorób wenerycznych i dorodnych hipopotamic („Masaż gaboński, zabawy błotne, waterplay – najlepsze specjalistki!"), podjechałam na stację benzynową. Tu znowu zanosiło się na dłuższą przerwę. Radiowóz zwierzogrodzkiej policji to nie jakiś tam pyr-pyr-pyr-samochodzik do wożenia zieleniny na targ, a wielkie, kilkutonowe bydlę, co żre wachę jak czołg i potrzebuje trochę czasu, by najeść się do syta. Z jakiegoś powodu tankowanie w moim wykonaniu zawsze robi furorę i nie inaczej było tym razem: pokazywali mnie sobie palcami, robili zdjęcia telefonami, no po prostu jakbym przyleciała statkiem międzygalaktycznym. Halo, to że ktoś nie dosięga do wlewu paliwa i musi sobie rozstawić aluminiową drabinkę to nie powód, żeby go traktować jak atrakcję w cyrku! Sami spróbujcie zatankować auto o rozmiarach krążownika, skoro takie mądrale jesteście! Robią je na licencji cougarów! I wcale że nie jeżdżę w foteliku dla dzieci. Nie ma co, zmienianie świata na lepsze to ciężki kawałek chleba.

Zadzwonił Nick.

– Hej, co tam? – powiedziałam patrząc beztrosko, ile to pieniędzy podatników wpompowałam już w wojnę iracko-saudyjską. – Masz coś?

– Mhm. No więc, niestety klops. Nie było go tu. Cześć i czołem.

– Sprawdziłeś monitoring?

– No właśnie sprawdzam... i naszego zawodnika tu nie widzę. Ryś, dwie torby sportowe, plecak, tak? No to go tu nie ma, na żadnym nagraniu. Dokądkolwiek się udał, na stacji go nie było.

Przymknęłam oczy i odetchnęłam głęboko. Z jakiegoś powodu nagle mi ulżyło, jakby Nick oznajmił, że sprawę można już zamknąć i iść na piwo. A może po prostu potrzebowałam ulotnić się z tego domu wariatów? Przeciągnęłam się, aż mi strzeliły kręgi szyjne, i ziewnęłam potężnie – po szpitalnym zaduchu organizm dopominał się dawki świeżego powietrza, choćby i wzbogaconego oparami oleju napędowego.

– Były tylko dwa pociągi, którymi mógłby pojechać – ciągnął lis. – Ósma pięćdziesiąt pięć, Sheepton North, ale to chyba ciut za wcześnie... A potem dziewiąta dwadzieścia jeden, Tailbury-on-Elks, na ten to już spokojnie by zdążył. Ale do żadnego nie wsiadł nikt, kto by pasował do opisu. Tak więc... Możesz pan puścić tamto z peronu jeszcze raz? Mhm... No tak, no tak. Nic tu nie ma. Jesteśmy goli i weseli.

– Wiesz, to wcale nie jest takie pewne, że on w ogóle uciekł piechotą. Mógł uciec samochodem. Skoro to taki zdolniacha, to ukraść jakieś auto to dla niego jak splunąć...

– Chociażby. Albo uciekł gdzieś w drugą stronę, a potem wrócił do siebie, cholera wie.

– Dobra. Trzeba trzymać rękę na pulsie, to może być niezły trop. Każda kradzież samochodu w Tundrówce może być teraz powiązana z naszą sprawą.

– Też o tym pomyślałem i już dałem znać na tundrówkowe komisariaty. Jak gdzieś u nich na rewirze zniknie auto, dowiemy się od razu.

– Szczwany lis.

– Pewnie, że szczwany. A teraz... Okay, dziękuję za współpracę. Poczekaj chwilę... – Jakieś łomoty w słuchawce; przycisnęłam telefon barkiem do policzka i przełożyłam węża do drugiej ręki, stęknęłam i rozruszałam trochę bark. – Dobra, jestem – powiedział Nick. – Mhm. No więc, sprawy wyglądają jak wyglądają. Trop się urwał. Z samochodu została kupa żużlu. Świadków brak. I towaru też nie ma. Ogólnie całkiem niezła ucieczka, trzeba przyznać. Chłop to sobie dobrze zaplanował.

– Jakieś pomysły, co dalej?

– Mówisz, jakbyś mnie nie znała! Pewnie, że wiem, co dalej. Stara Sahara, oczywiście.

– Hę? Stara Sahara?

– Aha. Zaraz tam jadę, tylko coś wszamię na szybko.

– A po kiego grzyba? Budować zamki z piasku?

– Blichtr płynie z miasta, a mądrość z pustyni – powiedział Nick natchnionym głosem. – Udam się do nieposłusznych, co niegościnną zamieszkują krainę –

– Ja też lubię ten serial, ale może innym razem?

– Karotka! Przecież tam miała miejsce kradzież naszego auta!

– I co w związku? – spytałam ostrożnie. – Wytłumacz, bo nie nadążam.

– Samochód zniknął z osiedlowego parkingu, tak? Ano. Kamer to pewnie tam nie ma. Ale może któryś sąsiad coś widział? Chcę powęszyć na miejscu.

Zastanawiałam się tylko przez moment.

– Strata czasu – powiedziałam. – Sam powiedz: co nam to da? W najlepszym razie dostaniemy kolejne zeznanie o młodym rysiu w kurtce z demobilu, już któreś do kolekcji.

– Nie poznaję cię. Robisz nieuprawnione założenia!

– W sensie?

– Dlaczego sądzisz, że to ryś ukradł to auto?

No tak, to było tylko założenie, ale dość logicznie się nasuwające. Nie widziałam potrzeby przyjmować, że było inaczej. A może...?

– Mamy do czynienia z dwiema kradzieżami – ciągnął Nick. – Auto ukradziono sprytnie i finezyjnie. Sklep został wzięty szturmem, brutalnie i na chama. Strasznie mi to zgrzyta.

– Obydwa były skuteczne...

– Ale w zupełnie innym stylu! Na tym polega dowcip!

– Myślisz? Jeden głupi, drugi mądry?

– No właśnie to chcę sprawdzić... Tylko opędzluję jakiegoś tacosa, czy coś, umieram z głodu.

– Nadałeś rysopis przez radio?

– Zaraz nadam. Zapomniałem.

– Nick. Jeszcze jedna rzecz. Przyszło mi teraz do głowy.

– Tak?

– A propos tego, co mówiłeś o tych zamkach...

– No?

– Nie masz wrażenia, że coś tutaj nie gra? Tak ogólnie?

– Pewnie, że coś tutaj nie gra! Facet potrafi ukraść nazkę, a potem odstawia Conana Barbarzyńcę! Bez sensu. Dobrze, że z toporem na tego borsuka nie wyskoczył...

– A gdyby tak założyć zupełnie odmienny przebieg wypadków?

– W sensie?

Zamyśliłam się na moment. Chandra już mi przeszła, zrobiłam sobie przerwę i przewietrzyłam się. I to pomogło: mózg mi się wziął i zresetował. Szare komórki, podduszone szpitalnym zaduchem, odżyły i zaczęły działać, jak powinny; wreszcie mogłam jako tako myśleć. Zerknęłam na dyspozytor: jeszcze połowa, leci to-to jak krew z nosa. Przygryzłam język.

Po czym streściłam Nickowi jeszcze raz wszystko, co wiemy. Co mówił mi Peltney i co ja widziałam w sklepie. Żadnych hipotez, gołe fakty.

– Facet prowadzi sklep, w którym są drogie rzeczy. I co? Zatrudnia sobie pracownika na krzywy ryj. Nie sprawdza go, robi fotkę jego dokumentów i cześć. Potem wysiada mu monitoring. Co robi? Umawia się z fachmanem na za cztery tygodnie. Zamiast lecieć i na gwałt ściągać kogoś innego. Na pewno są firmy, co by mu to zrobiły od ręki. Pewnie, zapłaciłby jak za zboże, ale jednak. A on co robi? Bierze i montuje własny. Mistrzunio, no.

– Hmm...

– A widziałeś tych ochroniarzy? Śmiechu warte! Toż oni nie nadawaliby się do ochraniania placu zabaw! Założę się, że to najtańsza firma na rynku. Za jedyną ochronę sklepu robi ta jego handkanona, cholera.

– Chcesz powiedzieć, że –

– No przecież tu jest prowizorka na prowizorce i prowizorką pogania! Aż dziw, że nikt tego sklepu nie obrobił wcześniej. Toż włamywacze powinni ustawiać się tu w kolejce. Brakuje tylko neonu „Zapraszamy na włamy".

– Czy ty zmierzasz do tego, co myślę?

– Postaw się na jego miejscu. Prowadzisz sklep, od dawien dawna. Interes idzie jak idzie. Masz już swoje lata. Myślisz już pewnie pomału o emeryturze. Rodzi ci się w głowie pewien pomysł, jak sobie dorobić... Nadążasz?

– Czyli że on to wszystko wziął i zainscenizował? Tak?

– Za dużo tu partaniny i bałaganu. Wiesz, byłabym jeszcze w stanie uwierzyć w ten monitoring. Albo w tych ochroniarzy. We każdą taką prowizorkę z osobna. Ale we wszystkie naraz? Nie dodaje mi się to. Dał mi teraz Peltney rysopis – a skąd ja mogę wiedzieć, że on jest prawdziwy? Może to tylko taka zasłona dymna, żebyśmy gonili w piętkę? Pomyśl nad tym.

– I on według ciebie ukartował to wszystko? Włącznie z tym usypiaczem? Specjalnie dał się tak sponiewierać?

– No... Trzeba zadbać, żeby gliny uwierzyły w autentyczność przedstawienia...

– Karotka. Karotka. Zwolnij. Źle się do tego zabierasz.

– To znaczy?

– Twierdzisz, że borsuk to wszystko wykombinował, żeby zgarnąć kasę z odszkodowania. Tak?

– No niech będzie, że tak.

– Więc: zasada numer jeden. Jak chcesz wyłudzić odszkodowanie, to nie chodzi ci o to, żeby przekonać gliny. Chodzi o to, żeby przekonać ubezpieczalnię. A to zupełnie inna rzecz.

– Hmm...

– A ubezpieczalnie są cholernie, cholernie czepliwe – ciągnął Nick. – Jak zobaczą, że borsuk odwalił w sklepie manianę i zaniedbał zabezpieczeń, to zamiast pieniędzy pokażą mu figę. Oni zrobią wszystko, żeby tylko wykręcić się od odpowiedzialności. To nie jest szybka, łatwa kasa, walka o hajs z odszkodowania potrafi ciągnąć się latami.

Przygryzłam wargę. Jakoś brakło mi argumentów. Nick raz-dwa rozłożył moją hipotezę na łopatki. Co racja, to racja: odszkodowanie wcale nie tak łatwo uzyskać. A już na pewno nie w przypadku, gdy masz jawnie wywalone na ochronę i zabezpieczenia. Czyżbym się więc myliła? To naprawdę był napad?

Przypomniałam sobie scenę, jaką gość urządził mi w szpitalu. „Obrabowano mi sklep! Dorobek mojego życia!". Facet był autentycznie wnerwiony, wnerwiony po spirale DNA. Czy to wszystko było udawane? Jeżeli tak, to całkiem niezły aktor z tego sklepikarza. Albo odwrotnie.

– Cóż – mruknęłam. – Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to niełatwe przedsięwzięcie. Ale on, w sensie Peltney, może to oceniać inaczej. Warto rozpatrzyć tę wersję.

– No dobra. Wspaniale. To w jaki sposób zamierzasz to udowodnić?

– Jest tylko jeden sposób. Dorwać tego rysia i wziąć go na spytki. Wtedy się okaże, jak to było naprawdę.

– Okaże się, że się mylisz.

– Dobra, dobra, nie bądź taki hop do przodu. Miej tę hipotezę na uwadze.

– Okay, będę miał, będę miał. Chociaż myślę, że jesteś w błędzie.

Klang! W końcu bak był pełen. Moje maleństwo wyżłopało bite czterysta litrów bezołowiowej: w imieniu podatników zasponsorowałam Saudyjczykom statecznik do bombki lotniczej do zrzucenia na bagdadzkie dachy ku chwale Allaha tudzież irackim Baasowcom skrzynię nabojów karabinowych do wyrżnięcia w pień jakiejś kurdyjskiej wioski ku chwale Allaha. Odwiesiłam węża, starając się nie wykopyrtnąć, i rozejrzałam się po stacji. Chwilowo jakoś nikogo w zasięgu wzroku nie było. To chyba niezły moment, żeby porozmawiać o tym i o owym.

– Jeszcze jedna sprawa – mruknęłam, złażąc z drabinki. – Nie zdążyłam ci się pochwalić. Ja, ten... znowu odebrałam Ten Telefon.

– W sensie? Jaki telefon?

– No, wiesz... Taki jak wtedy, gdy dzwonili do mnie po Bellwether. Wtedy, gdy robiłam za męża zaufania. Kojarzysz?

– O, w mordę! – zrozumiał. – Znowu?

– Mhm.

– Uch. Myślałem, że te czasy już minęły...

– Ulica najwyraźniej będzie mi to pamiętać aż po grób.

– Co tym razem? Przemoc domowa, jak wtedy?

– Nie, coś z zupełnie innej beczki. Jakiś whistleblower. Wymyślił sobie, że jestem jakąś, kurde, agencją federalną.

– O. Czego chciał?

– Hmm... Czegoś niemożliwego, jak oceniam. Dał mi cynk na coś, co... – już-już chciałam go przestrzec, żeby nie zakładał sobie konta w H&G, jeżeli nie chce wspierać światowego terroryzmu, ale przypomniało mi się, że obiecałam zachować dyskrecję. No to streściłam mu to w telegraficznym skrócie, po łebkach: pani Hopps, potrzebuję pomocy, odkryłem spisek że niech się Bellwether schowa, mam dowody, niech pani weźmie i wsadzi ich wszystkich do więzienia. Ale żadnych szczegółów, nic, co mogłoby zdradzić mojego rozmówcę. Nie żebym nie ufała mojemu lisowi, czy coś – po prostu poproszono mnie o dochowanie tajemnicy. A ja umiem dochować tajemnicy.

Zresztą Nick nie brał tego poważnie.

– He, he. Głębokie Gardło cię nawiedził. Uważaj, bo jeszcze przez ciebie prezydent się poda do dymisji.

– Co?

– Deep Throat! Z afery Wolvergate, no. Kojarzysz, ten informator, co się spotykał z dziennikarzem na podziemnym parkingu. Nie pamiętasz?

– O, rety! – Pacnęłam się w czoło. – Faktycznie. Cholera, już wiem, skąd to déjà vu...

Słowo wyjaśnienia. W tym, że ktoś do mnie zadzwonił z prośbą o pomoc, nic dziwnego nie było; takie telefony kiedyś odbierałam i to regularnie. Ot, nagroda za chwilę popularności, którą sprezentowała mi Bellwether. Gdy tylko ta pinda trafiła za kraty, gdy prawda o zdziczeniach wyszła na jaw – wtedy rozpętała się medialna orgia. I to na całego. Nie dało się włączyć telewizora, bo wszędzie nadawali tę farsę: Bellwether to, skowyjce to, drapieżniki tamto, i tak dalej, do obrzygania. A zaraz jeszcze do medialnego gara wrzucono kolejny wysokokaloryczny składnik: newsy z ulicy, widokówki przedstawiające jak miasto lizało rany odniesione w czasie Stu Dni. O tym też nie dało się nie mówić. Bo te rany nie goiły się bynajmniej bezboleśnie; w rzeczy samej to goiły się paskudnie, ciekła ropa, przyszły powikłania, pojawiło się ryzyko sepsy... Tak, to bardzo malownicze, kamera to uwielbia. Media miały zatem materiału po sufit: od filmowania zamieszek i demonstracji po wywlekanie na wierzch kolejnych świadectw policyjnego nieudacznictwa, od wyliczania krzywd, jakie wyrządzono mieszkającym w mieście drapieżnikom po analizę tysiącstronicowego, bełkotliwego manifestu, który Bellwether wypociła w więziennej celi. Sto Dni i rozliczenia po nich na długie, długie tygodnie zawłaszczyły praktycznie cały czas antenowy i przebiły oglądalnością chyba nawet tę cholerną „Dynastię" – a ja w końcu grałam w tej farsie jedną z głównych ról, więc wszyscy mieli okazję popodziwiać na ekranach moje fantastyczne pycho. A mnie samej – wystawić noty za styl.

A ocena społeczeństwa na mój temat wcale nie była na plus. Nie zostałam żadną bohaterką, nie, nic z tych rzeczy; tak naprawdę to większość miała o mnie po tym wszystkim bardzo złe zdanie. O drapieżnikach nawet lepiej nie wspominać – dla nich stałam się wrogiem numer jeden. Przyszło mi się przekonać, że zwierzogrodzianie to diablo pamiętliwe bestie i że pewnych rzeczy lepiej nie dotykać, jeśli chce się zachować wszystkie palce. A już na pewno nie wolno beztrosko walić kilofem w fundament, na którym stoi społeczeństwo – bo twierdzenie, że co dziesiąty obywatel jest z natury krwiożerczym monstrum, czymś takim właśnie jest. Ale jednak znalazło się parę-paręnaście osób, które odpuściły mi winy i zobaczyły we mnie coś przyzwoitego. Może nie jakiegoś super-duper gliniarza, może nie Jackalhana w spódnicy, ale na pewno uczciwą, w miarę kumatą policjantkę, która zna się na swojej robocie. I się zaczęło: pani Hopps, ratunku, bo mąż mnie bije, bo szef mnie molestuje, bo syn mnie terroryzuje, bo coś tam jeszcze innego, na komendzie mnie olewają, nikt nie chce mi pomóc, błagam, w pani cała nadzieja. Tak było. Ofiary przemocy domowej, kobiety prześladowane przez jakichś zboków i jeszcze paru innych biedaków. Łączyło ich jedno: wszyscy zostali przez firmę elegancko wydymani. Mieli kłopot, poszli na policję – a tam potraktowano ich jak śmieci na dywanie. Na pewno słyszeliście o takich przypadkach. No to właśnie oni dzwonili: oni, czyli ofiary systemu. Pokrzywdzeni przez urzędnicze lenistwo i niedbalstwo, raz po raz odsyłani do diabła przez lokalne komisariaty, zdesperowani i głodni sprawiedliwości. Zobaczyli mnie w telewizji – i zobaczyli we mnie swoją nadzieję; a gdy już zobaczyli, zadzwonili i poprosili o pomoc. Byłam wtedy jeszcze na tyle durna, że mi to schlebiało. Powinnam była wiedzieć, że to raczej wynik desperacji niż sympatii czy upodobań... W jaki sposób mój numer wyciekł, nie dowiedziałam się do dzisiaj. Ale stało się. Przez jakiś czas dane mi było robić za policyjny telefon zaufania.

– Ech, Karotka, ty to masz szczęście do jakichś dziwnych typów. Jak nie Smellwether, to szef mafii. Jak nie szef mafii, to jacyś desperados. A teraz jakiś wariat. Weź no zmień w końcu ten numer, bo jeszcze Keyser Söze zadzwoni.

– Wariat? Myślisz?

– Pewnie. Było dać mu numer do Bogo. O, albo do Antlersona! Ha, to by było.

– Chciał się ze mną spotkać i przekazać mi te niby-dowody...

– Ma ich, założę się, całe pudło.

– Co byś radził?

– Szczerze? Ja bym to olał.

– Mhm.

– Mówię poważnie. Chcesz profesjonalnej opinii? Proszę bardzo: facet jest świrem. Naczytał się o teoriach spiskowych i sfiksował. Ta jego „afera" to pewnie coś w stylu, że rząd dolewa ogłupiacz do kranówki. Albo coś o latających talerzach. A te dowody to stos wycinków z gazet. Przypadek do leczenia klinicznego. Zaufaj mi, znam się na tym.

– Mówisz? Hmm... Szczerze mówiąc, to nie sprawiał wrażenia wariata...

– Karotka, weź no zastanów się. Jak ktoś ma dowody w sprawie jakiegoś grubszego szwindlu, to nie idzie z tym na pały, bo to dobre dla frajerów, tylko idzie narobić dymu w mediach. Albo w sieci. Przypomnij sobie Susan Foaley albo sprawę Tundra Pharmu. Albo, cholera, prawdziwego Deep Throata – czy on poszedł na policję? Gdzie tam. Już samo to, że facet uderzył do ciebie, jest wystarczającym powodem, żeby nie traktować go poważnie. Podejrzewam nawet, że chłopina usiłował to już komuś sprzedać, a tamci posłali go do stu diabłów. A teraz szuka sobie nowej ofiary do molestowania. Mówię serio: daj sobie spokój. Szkoda twojego czasu.

O tym, że on na miejsce spotkania wybrał sobie uliczkę pod mostem, Nickowi nie wspominałam – pewnie zabiłby mnie śmiechem. Niemniej miał rację, coś dziwnie to wszystko wyglądało. Spiski, banksterzy, brudne pieniądze... No właśnie, dlaczego on nie poszedł z tym do mediów? Przecież aż się o to prosi: taka historia to prawdziwa gratka, telewidzowie uwielbiają takie numery. Gdyby on naprawdę chciał zaszkodzić swoim byłym pracodawcom, to powinien pójść właśnie tam. Ale nie – on przyszedł z tym do mnie. Czy wyobrażał sobie, że ja sama, samojedna, rozpracuję ten bank i hopkiem-galopkiem dostarczę mu głowy bankierów z H&G na złotej tacy, najlepiej na przyszły tydzień? Jeżeli tak, to bardzo źle to o nim świadczyło. Im dłużej teraz nad tym myślałam, tym więcej nabierałam wątpliwości.

I jeszcze cała ta otoczka, cholera. Spotkanie na jakimś zadupiu, żeby nikt, broń Boże, nie zobaczył, siepacze wszechwładnych korporacji czający się na każdym kroku, telefon z zastrzeżonego numeru... Rany, czy on naprawdę sobie myśli, że taki telefon jest nie do namierzenia? Tak, wszystko ładnie wpisuje się we w miarę spójny obraz domorosłego maniaka teorii spiskowych, takiego, co to śpi w czapce z folii aluminiowej chroniącej przed emitowanym przez nadajniki 5G wrażym promieniowaniem ferroplazmatycznym, powodującym raka, szkorbut i wypadanie cebulek włosów. Nick, nawet nie znając całej prawdy, doszedł do wniosków spod znaku fartucha i kaftana, i trudno mieć o to do niego pretensje.

Był tylko jeden kłopot: ten facet wcale nie brzmiał jak wariat. Operował konkretami. Był spokojny i przekonujący. Sprawiał wrażenie dobrze zorientowanego w temacie, zbyt dobrze zorientowanego, by móc go po prostu skreślić jako świra, przynajmniej w moim odczuciu. To, co on tam mówił... Cholera, on naprawdę pracował w tym banku. Czy banki zatrudniają osoby z żółtymi papierami?

– Dobrze, nieważne. Pogadamy potem. Swoją drogą, odzywał się Hounds może?

– Nie. Przynajmniej nie do mnie.

– Okay. Ja będę w biurze, jak coś. Ogarnij tę Saharę i wracaj.

– Tajes! Wiesz co, powinnaś zrobić papiery psychoanalityka i możesz trzepać ciężką forsę. Klientów już masz. Ha! Trzymaj się, piękna.

Rozłączył się. Złożyłam drabinkę i wrzuciłam ją do bagażnika. Na stacji ruch ciągle był jakiś taki niemrawy, stało tylko kilka aut: jeden amber, jeden sportowy gaux, czarna sierra na zagranicznych numerach i caleb erno w wersji kombi. Ten ostatni miał na szybie naklejkę daltonisty, obowiązkową dla kierowców niektórych gatunków; nic dziwnego, że wóz miał wgniecione drzwi. Obejrzałam się na ulicę: było spokojnie, ruch płynął bez zgrzytów, i pewnie będzie tak jeszcze przez parę godzin – potem wszyscy rzucą się na fajrant, a ulice znowu zaczną wyglądać jak dojazd do Walmartu podczas promocji na telewizory. Obserwowałam to, zamyślona. Przeniosłam wzrok – po drugiej stronie jezdni stał rządek ponurych blokokamienic, wyglądających na projektowane pod katownie dla komunistycznej tajnej policji. Na drugiej z prawej, licząc od skrzyżowania, wisiał podświetlony, kolorowy szyld z jakimś ptaszyskiem. Niżej, w oknach – plakaty z reklamami. Wprawdzie nie widziałam, co było na nich napisane, ale logo znałam.

Bank. Może nie H&G, ale bank.

Zacisnęłam usta. Wróciła do mnie tamta rozmowa, wróciła ze wszystkimi szczegółami i niewygodnymi konsekwencjami. Banki, brudne pieniądze, mafie, terroryści i Bóg raczy wiedzieć, co jeszcze... Mózg spróbował sprowadzić mi to wszystko do wspólnego mianownika i zsumować, ale wynik nie wyszedł zbyt zgrabny; wyszło coś dużego, graniastego, o nieprzyjemnym kształcie. Czy mój rozmówca miał rację? Czy ten cholerny bank rzeczywiście jest umoczony w pranie pieniędzy na skalę międzynarodową? Czy może to wszystko to tylko schizofreniczne majaczenia obłąkańca? Cóż, fajnie, gdyby tak było. Bardzo fajnie. Ale coś z tyłu głowy buntowało mi się przed przyjęciem takiego wniosku. Byłby nieuczciwy.

Przypomniałam sobie tego jaka z tablicą „DZIEŃ SĄDU JEST BLISKI". I ten jego szyderczy uśmiech. Ten jak to był wariat, nie ma co do tego wątpliwości, wariat albo sekciarz, wszystko jedno. Z chorymi psychicznie zetknęłam się nie raz i nie dwa w trakcie swojej kariery, więc wiem co mówię. Ale czy mój rozmówca również pochodził z tej bajki? Coś mi się nie chciało w to wierzyć... Ale jeżeli nie był, jeżeli to wszystko była prawda – to wnioski są równie niewygodne co przerażające. Patrzyłam na witryny banku, ale przed oczami miałam co innego: sprawę H&G. Zwizualizowała mi się na podobieństwo sprawy rozplanowanej na korkowej tablicy przez detektywa ze starego kryminału, wiecie, z mnóstwem zdjęć i karteczek na pinezkach połączonych czerwoną nitką. Bank był w niej powiązany z przestępcami skomplikowaną plątaniną. Ale że nie miałam żadnych punktów zaczepienia, nie miałam nawet pojęcia, jak wielkie to było – bo niby skąd? – więc mózg przemnożył mi to przez tysiąc i rozdął do czerwonej pajęczyny o rozmiarach Ściany Płaczu. W samym centrum tkwiły tłuste pająki: goście z topu listy przebojów FBI i tajemniczy biznesmeni, tacy, których pysie raczej nie goszczą na okładkach „Furbesa". Radialnie, ku brzegom, rozchodziły się komórki niższych rzędów, bankowa piramida ze wszystkimi oddziałami i dyrektorami zorganizowana na modłę sycylijskich przestępczych syndykatów. Zaś ta filia tutaj to byłby odpowiednik dilera, siedzące gdzieś na peryferiach detaliczne ogniwo dystrybucji, połączone z resztą sieci jedną, nędzną nitką. Co prawda nie było to H&G, ale... cóż, czy naprawdę ma to jakieś znaczenie?

Na pranie pieniędzy banki mają pewnego rodzaju przyzwolenie, pani Hopps, to rodzaj politycznego consensusu – ale nie jest to chyba argument, żeby ich nie ścigać, prawda?

– Deep Throat – mruknęłam pod nosem. – Taa.

I poczłapałam po fakturę.

Gdy stałam przy kasie, rzuciłam jeszcze okiem na kącik prasowy. I wszystkie ponure myśli o potężnych banksterach i knutych przez nich spiskach w mig wyparowały mi z głowy, bo oto dzisiejszy priorytet numer jeden po raz kolejny wyszczerzył się do mnie w szczerbatym uśmiechu. Witamy w Zwierzogrodzie, gdzie pierzemy się po mordach! Wszystko było monotematyczne. „Zoo Express" jak zwykle walił z grubej rury: „CHULIGANI OPANOWALI MIASTO! CZY ZAMYKAĆ STADIONY?", a niżej kilka zdjęć szalikowych koneserów sztuki, tworzących wspaniałą artystyczną instalację z rac, butelek i kostki brukowej. „Animal Herald" był bardziej wyważony: „ZAMIESZKI PSEUDOKIBICÓW. NIESPOKOJNA NOC W ZWIERZOGRODZIE" i fotka ogrów z prewencji na tle szwadronu policyjnych suk i przyozdobionej deską klozetową statuy Ferenca Farkása. Przemknęło mi przez głowę, że gdyby rząd chciał podnieść podatki tudzież przepchnąć jakąś inną niepopularną ustawę, dzisiaj miałby po temu wyborną okazję. „Zootopia Times": „PIŁKARSKIE DERBY KOŃCZĄ SIĘ AWANTURĄ. KOMPROMITACJA POLICJI". Pierwsze strony innych dzienników wyglądały podobnie. Prasę obcojęzyczną – która, jak to w multi-kulti Zwierzogrodzie, zajmowała jedną trzecią regału – również interesowało tylko stadionowe mordobicie. Czy to bukwy, czy łacinka, czy krzaczki, czy makaron – obrazki wszędzie te same. A w szwabskim „Zootopischer Allgemeine Zeitungu" było chyba dziś więcej umlautów niż zwykle. Tylko „Fancy Cat" miał wszystko gdzieś i jak zawsze przyciągał spojrzenia okładką z półgołą kokotką. Są rzeczy niezmienne we wszechświecie.