Na sensacyjniakach prowadzenie śledztwa wygląda bardzo prosto. Weźmy na przykład takiego porucznika Theo Kojota, z tego serialu: kiedy śledztwo utykało w martwym punkcie, to on prostu szedł do jakiejś brudnej, parszywej mordowni, w której całą dobę jest czwarta nad ranem, wywlekał jakiegoś oprycha na zaplecze, dawał mu parę razy po mordzie – i już wszystko wiedział. Potem rzucał jakimś soczystym, samczym one-linerem i postawiwszy kołnierz płaszcza, znikał w mroku nocy, żując tę swoją nieodłączną gumę balonową. Tak to wygląda na srebrnym ekranie: wszystko jest proste, łatwe i przyjemne. Who loves ya, baby!
Oczywiście to wszystko guzik prawda. Tak naprawdę proces pozyskiwania informacji jest znacznie mniej widowiskowy i z filmami nie ma zbyt wiele wspólnego. Zdecydowana większość pracy śledczego to żmudna, męcząca harówa: mozolne przekopywanie się przez stare akta, nagrania z kamer i transmisje z pluskiew. Szkiełko i oko – żadne tam wymachiwanie spluwą w portowych spelunach czy na podwórkach komunalnych blokowisk.
A więc witamy z powrotem w firmie. Gdy przekraczałam progi głównego wejścia do budynku, była za pięć dwunasta: okazało się, że sytuacja w międzyczasie wróciła do jakiej takiej normalności. Bullins i jej dwór zniknęli, po dziennikarzach również nie było już śladu, a moi koledzy po mundurze najwyraźniej poprzypominali sobie, że mają jakieś obowiązki na głowie; gdyby ktoś nie wiedział, że cele są nabite kibolami jak poranny pociąg podmiejski robotnikami z pierwszej zmiany, to pewnie by nie odgadł, że niedawno miał tu miejsce mini-Armageddon. Nawet podłogę wypucowano. Po korytarzach pałętali się goście w garniturach – po samym smrodku dało się wyczuć, że to prawnicy z prokuratury. Każdy oczywiście z teczką, nieodłącznym atrybutem fachu; jak się tak na nich patrzyło, to się zastanawiało, czy w prawniczych klanach dobór naturalny nie powinien czasem zatrofizować jednego ramienia do jakiejś szczątkowej protokończyny, by delikwent, przez całe życie nierównomiernie obciążony dokumentami, nie przechylał się na jedną stronę. Szłam korytarzem i patrzyłam na nich, jak rozmawiają ze sobą, mamrocząc prawnicze onomata barbarica. Teraz ich kolej. Myśmy nałapali im klientów po dach, więc teraz to oni powinni się wykazać: obsłużyć każdego delikwenta z osobna, rytualnie odczytać mu prawa, przedstawić zarzuty i odstawić resztę tych męczących ceremonii, które praworządne państwo musi odbębnić, bo cywilizacja odesłała pręgierz i batog do lamusa. Pewnie jak zwykle w tego typu sytuacjach większość dostanie karę sadzenia drzewek czy zamiatania chodników, a tylko prowodyrzy skończą z wyrokami więzienia, zapewne jeszcze na zawiasach. Ale to już nie mój problem. Mój problem był zupełnie inny: miał zielone oczy, nerwowe tiki i hulał gdzieś po mieście, uzbrojony w nabity usypiającymi strzałkami STG-1.
W biurze o tej porze były luzy, połowa biurek była pusta. Klimatyzacja znowu coś nawalała, zrobiła się tu druga Jamajka. Rozparłam się z kawą na krześle. W końcu jakaś normalna kawa, pierwsza dzisiaj. Upijałam łyk za łykiem i bębniłam palcami po stole, wsłuchana w biurowy harmider, czekając, aż pecet obudzi się z hibernacji. A budził się opornie, w bólach i w jękach – powinnam teraz strzelić rytualnym kawałem o Muzeum Techniki, ale dawno już przestały mnie one bawić. Na tym etapie to byłam raczej wnerwiona o nieprofesjonalizm i bylejakość, które toczą firmę jak rak; komputer, co tu mam, to złom, nie ma co tego ukrywać. Nie znoszę z niego korzystać. Zresztą oprócz obsługi poczty i drukowania dokumentów to nie ma on większych zastosowań... Ale mam na nim jedną bardzo, ale to bardzo ważną rzecz. Program z bazą danych zwierzogrodzian. Potężną i bardzo niebezpieczną broń. Coś naprawdę mocnego. Coś, co dla gliniarza jest tym, czym dla babci klozetowej przepychaczka do kibla: podstawowym i nieodzownym narzędziem pracy.
Bum! Kliknęłam ikonę i program wywalił ekran logowania. Zaledwie wklepałam hasło, zaatakował mnie rój straszliwych prawnych klątw i omenów. Zostałam poinformowana, że wszystko, co tu jest, jest poufne i cholernie delikatne, że służy wyłącznie do użytku służbowego, że mam, pod karą ścięcia, zakaz wynoszenia tych danych poza firmę i że każde logowanie jest monitorowane, żeby mi przypadkiem nie strzeliło do głowy użyć tego do stalkowania znajomych czy podglądania moich eks. Wszystko wielką, tłustą czcionką na czerwonym tle, żeby na pewno dotarło. Gdyby mogli, postawiliby tu herolda z wielką trąbą, który by wywrzaskiwał te wszystkie hasła prosto w nos. Za każdym razem jak jestem w tym miejscu, usiłuję sobie wyobrazić, co ktoś musiał z tym wyrabiać, że konieczne jest ustawienie tych wszystkich ostrzeżeń. I za każdym razem muszę sobie przypominać, że te wszystkie kawały o policjantach nie biorą się znikąd.
Niepozornie to wygląda. W sumie to nawet lekko obciachowo, jeśli mam być szczera. Pole wyszukiwania, jak w Zoogle, zakładki z dodatkowymi polami i filtrami, i obszerny help. I w zasadzie niewiele więcej. Wiedziałam jednak, że narzędzie to we właściwych rękach potrafi być śmiertelnie niebezpieczne: dzięki niemu złapano więcej przestępców niż porucznik Kojot w ciągu wszystkich dwudziestu czterech sezonów. Odstawiłam kubek i z trzaskiem strzeliłam palcami.
No to jedziemy. Najpierw rozgrzeweczka: zaczniemy sobie od prześwietlenia samego Peltneya. Wprawdzie moja hipoteza, że to on tak naprawdę za tym wszystkim stał, że to nie napad tylko grubymi nićmi szyty szwindel, przestała mi się już podobać. Za dużo w niej było słabych punktów, po prostu. No i sam Peltney też psychologicznie mi nie pasował do tej historii. Ale i tak chciałam pogrzebać mu w życiorysie. Coś czułam, że ten pierdziel nie powiedział mi całej prawdy. Wstukałam jego dane i dałam enter.
A oto i on: Peltney, Henry Joseph. Zdjęcie na oko sprzed dziesięciu lat, zrobione en gęba. Borsuk wyszedł niezbyt wyjściowo: zapewne fotograf chwilę przed zwolnieniem migawki powiedział mu, żeby się uśmiechnął, a on z wrodzonej wredoty odruchowo zrobił na odwrót. Dalej mamy dane osobowe. Przeleciałam wzrokiem po notatkach – wszystko się zgadzało. Po załącznikach pałętało się kilka typowych urzędniczych dupereli: skan prawa jazdy, paszportu i takich tam. A tak to pusto. Jeżeli spodziewałam się znaleźć jakieś powiązania z półświatkiem, to musiałam obejść się smakiem. Oprócz dwóch mandatów drogowych (jeden sprzed pięciu, drugi sprzed siedmiu lat, obydwa figurowały jako zapłacone), Peltney nigdy nie miał problemów z prawem. Cóż, teoretycznie to o niczym nie świadczy – kartoteka Bellwether również była czysta jak nieobsrana łąka, a jak to z tą jej niewinnością było, to my już to dobrze wiemy... Stan cywilny: żonaty. Żona: Emily Peltney, de domo McFang, równolatka. Dzieci: sztuk jeden – Christopher, urodzony w osiemdziesiątym dziewiątym. Tutaj również czysto. Żadne niekarane. Wszystko pięknie i cacy, nie ma się do czego przyczepić. Peltneyowie prezentują się jako porządna mieszczańska rodzinka. A jak się doda do tego ten ich biznes fotograficzny, to wychodzi też, że w dodatku całkiem zamożna. Spokojnie mogliby się znaleźć w podręczniku do WOS-u jako modelowy przykład rodziny upper-middle class – kiedy prawica gra kartą Uciśnionej Klasy Średniej, to chyba z grubsza coś takiego ma na myśli (opcjonalne boostery: Z Ich To Podatków, Własną Ciężką Pracą, Tradycyjna Rola Rodziny, Dający Pracę Mali i Średni Przedsiębiorcy). Peltneyowie jak malowani. Dżizas, oni nawet buicka mają. Nie wiem, ile leveli trzeba mieć nabitych na Mieszczaninie, żeby go odblokować, ale podejrzewam, że sporo. Stereotypowe do bólu. Wyobrażam sobie resztę: protestantyzm, etos obywatela, głosowanko na konserwatystów i regularne udzielanie się w radzie osiedla. Nie żebym miała coś przeciwko, żeby nie było, szanuję, jak najbardziej – tylko szkoda, że pan domu zatrudnia na czarno i usiłuje wręczyć gliniarzowi łapówkę z dziesięciu patyków... Uśmiechnęłam się krzywo pod nosem. Taa. Fajnie tam mają, nie da się ukryć. Ale dobrze, zostawmy te niuanse na później i przyjrzyjmy się bliżej Jamesowi Wintersowi.
Dałam wstecz, wyczyściłam pole wyszukiwania i wklepałam dane z prawa jazdy, co je dostałam od Peltneya. Pajechali. Kursor zmienił się w obracającą się klepsydrę, gdy program mielił moje żądanie. Chwila prawdy. Jeżeli Nick ma rację, że to fałszywa tożsamość, to program nakrzyczy na mnie, że dałam mu złe dane i wywali elegancki komunikat „Nie znaleziono", albo coś w tym guście. Ale jeśli się myli...
Rozparłam się na krześle i westchnęłam melancholijnie. Odwróciłam głowę: za oknem wciąż padało, padało jakby dzisiaj się miało nie skończyć. Władze Chomiczówki pewnie ogłosiły już stan zagrożenia powodziowego. Widziałam oczami wyobraźni, jak minisamochodziki ministraży pożarnej zasuwają to tu, to tam, wyjąc i świecąc jak pamiątkowe Matki Boskie z Medjugorje, a dzielni strażacy niezmordowanie usuwają z ulic połamane gałęzie tnąc je miliwatowymi piłami łańcuchowymi na szczapki. W gryzoniowym Legolandzie każda co większa ulewa urasta do rangi klęski żywiołowej, łońskiego roku zalało im elektrownię i padła ta instalacja odstraszająca drapieżne ptaki, zanim opanowano sytuację, nieproszeni goście zdążyli urządzić tam drugie Pearl Harbor. W dalszym kącie biura wrzała sprzeczka, słyszałam głos Buckleya; gdzieś bliżej dzwonił telefon, na próżno domagając się odebrania, głowa puchła.
Spojrzałam ponownie na ekran komputera, na wyniki wyszukiwania. To nie jest tak, że te dokumenty były fałszywe, że James Winters nie istniał. Istniał. Tak, dobre słowo. Zmarł pół roku temu. Na raka wątroby, jak obwieszczał dołączony do metryczki akt zgonu. Cześć jego pamięci.
Tak na chłopski rozum to powinno mnie to dziwić. Chłopina naprawdę się napracował przy tym napadzie, nie da się ukryć. Pomyślał o wszystkim, włącznie z unieszkodliwieniem systemu CCTV. Miałby się tak elegancko podłożyć? Bez sensu... Tak, teraz już wszystko jasne. Mądrala ten Nick – znowu miał rację...
A zatem nie ma rady, pozostaje bazować na tym, co Peltney powiedział mi podczas przesłuchania. Na tym, jak on tego rysia zapamiętał. A zapamiętał go wcale dobrze, trzeba przyznać. (Hint: skoro Peltney dał się nabrać na zdjęcie z lewego prawa jazdy to znaczy, że Jim jest do śp. Wintersa trochę podobny). Siorbnęłam kawy. Oczywiście jest jeszcze kwestia, w jaki sposób Jim, czy jak on tam naprawdę ma na imię, wszedł w posiadanie tych dokumentów. Kupił je na bazarze? Czy w odmętach darknetu? A może ukradł je Wintersowi, jeszcze zanim ten zmarł? Ciekawe... Oni się znali, tak w ogóle? Trzeba to będzie wyjaśnić. Ale to na potem. Tymczasem – dłubiemy.
Sczyściłam pola, weszłam w filtry i w polu „gatunek" zaznaczyłam „ryś". Na początek zapuściłam puste wyszukiwanie, tak z ciekawości.
Uch. No tak, trochę ich było. Porzućcie wszelką nadzieję. Przekopanie się przez akta wszystkich zwierzogrodzkich rysiów zajęłoby mniej więcej tyle czasu, ile przeczytanie od deski do deski wszystkich pięćdziesięciu tomów „Waprosow kommunizma" Włodzimierza Lenina. A i wartość poznawcza byłaby podobna.
No to weszłam ponownie w filtry i zaaplikowałam dane, które wyciągnęłam z Peltneya: kolor oczu, wzrost, wiek i inne bajery (tam, gdzie były liczby, ustawiłam zakres błędu na plus minus dziesięć procent). Enter. I co my tu mamy?
Nic. Zero. Null. Takich stworów w Zwierzogrodzie ni ma.
Pokiwałam tylko z rezygnacją głową. Nawet niespecjalnie mnie to zdziwiło. Widocznie przesadziłam z detalami i zarżnęłam wyszukiwanie na amen. Za dobrze – też niedobrze. Na próbę wyczyściłam pole „znaki szczególne" i poszerzyłam widełki do piętnastu procent. I co?
Ta-da! Wynik: 242. Dwustu czterdziestu dwóch. Tylu się znalazło zwierzogrodzkich rysiów, pasujących do opisu. Sporo. Kilka rzędów wielkości mniej, ale wciąż za dużo, żeby przyglądać się z bliska każdemu z osobna. Uśmiechałam się niewesoło pod nosem, gdy patrzyłam na listę, szacując, ile czasu by to zajęło. Cofnęłam się do filtrów i zrobiłam jeszcze jeden mały myk: poprosiłam program o odfiltrowanie tych, którzy mieli czyste kartoteki, i pozostawienie dżentelmenów z przynajmniej jedną sprawą kryminalną na koncie.
I co? Trzydzieści siedem rekordów! To już coś. Przynajmniej coś ogarnialnego w skończonym czasie.
Ale na tym koniec taryfy ulgowej. Tych trzydzieści siedem profili przyjdzie mi już przejrzeć ręcznie, jeden po drugim. Piłam powoli kawę, scrollując listę. Co my tu mamy... Catano, Fawn, Lincez, Lynch. Dwóch... trzech Lynchów. Dalej: Lyndon, Risović, Tuftin... Whisker. Wintersa nie było ani jednego. Ale Jim powinien gdzieś tutaj być w tej kompanii. To znaczy, jeśli miał już kiedyś okazję zaznajomić się z naszą ofertą noclegową – a sęk w tym, że to wcale nie musi być prawda. Jim to spryciarz, bez dwóch zdań, a spryciarze mają to do siebie, że w więzieniach raczej nie siedzą. A ten tutaj jest naprawdę niezły, już się o tym przekonaliśmy. Dał radę uziemić skomplikowany system CCTV. Ma dojścia do czarnego rynku broni, gdzie skołował sobie usypiacza. Gwizdnął auto, którego gwizdnąć się nie da. Jak przyskrzynić kogoś takiego? Prychnęłam pod nosem, zrezygnowana. To nie będzie takie łatwe. Odstawiłam kubek na biurko. Odstawiłam – i moja ręka zawisła w powietrzu.
To nie będzie takie łatwe...
Zawiesiłam się na moment. Coś strzeliło mi w mózgu. Jakiś bezpiecznik, jakaś reliktowa, archaiczna struktura, ta sama, która plejstoceńskim praprakrólikom uświadamiała, że te dwie jarzące się w trawie kropeczki to wcale nie są świetliki. Od tamtych czasów trochę pozmieniało, ale to draństwo ciągle istnieje. Teraz odpowiada za inne rzeczy, odkrycia naukowe chociażby. Ale też na przykład za odkrycie, że partia, na którą się głosowało, wcale taka fajna nie jest... Niemniej synapsy poprzepinały mi się i przemostkowały, i teraz patrzyłam na problem w zupełnie inny sposób. W roztargnieniu stukałam palcem o blat.
Spojrzałam na biurko Nicka. A potem na swoje – to tam było to, czego szukałam. Leżało na szczycie kupki papierzysk w kącie biurka, tak jak zostawiłam rano: protokół zgłoszenia kradzieży samochodu. Sięgnęłam i gorączkowo rozprostowałam na biurku przed sobą. Wczytałam się, starając się zapanować nad ekscytacją. Nazca B4, samochód, który został użyty do dokonania napadu. Właścicielka: Elizabeth Doe, ulica Mojave 10/12. Skradziono go tej nocy. Samochód-nieszczęście, ekonomiczna mydelniczka w sam raz do przewozu dwójki rolników i worka ziemniaków, niewiele lepsza od tych gruchotów, cośmy kiedyś ładowali w dostawy UNRRA. Ale zabezpieczenia ma z najwyższej półki, tego auta praktycznie nie da się ukraść po cichu. A jeżeli...
A jeżeli to było zupełnie inaczej?
Złapałam za telefon i zadzwoniłam do Nicka.
– Jesteś jeszcze na Saharze?
– Jezu, ledwo co przyjechałem – burknął. – Daj mi trochę czasu.
– Wstrzymaj się na moment. Przyszła mi do głowy jedna rzecz. Powiedz mi... A swoją drogą, odzywali się może z Tundrówki?
– Eee, nie. I obawiam się, że się już nie odezwą. Bo to – ile to tam minęło? No, minęło dość. Gdyby on rzeczywiście ukradł drugi samochód, to już byśmy wiedzieli.
– No ja właśnie o tym samochodzie chciałam... – mruknęłam. – To znaczy o tym, który poszedł z dymem. Nazca B4. Mówiłeś, że nie da się jej ukraść po cichu.
– Chyba że jesteś bardzo dobry.
– A nie po cichu? Dałbyś radę to zrobić? Jak byś się do tego zabrał?
– Eee... Czy ta rozmowa jest nagrywana?
– Szczwany lis. Gadaj.
– Mhm. Gdybym miał coś takiego zrobić, czego oczywiście nigdy nie robiłem, to przede wszystkim na wybrałbym coś mniejszego i bardziej zwrotnego. Na pewno nie nazkę, przecież ten samochód to katastrofa na kółkach...
– Kto mi zakosił teczkę Kociaka?! – wrzasnął nagle ktoś kilka biurek dalej, potwornie głośno. – Przed chwilą tu była!
– Jakiego znowu Kociaka?! – odkrzyknięto.
– Ten gruby lew z Sahary, na pewno kojarzysz, gościu ma klub ze striptizem, podsłuchiwaliśmy u niego tych fagasów od Angelosa... – Skrzywiłam się, zniesmaczona, obróciłam się na krześle i zasłoniłam telefon dłonią.
– A gdyby jednak? – podjęłam.
– Mhm, no cóż, żadna filozofia. Wybijam boczną szybę, zapewne uruchamiając alarm, wbijam się do środka, odpalam na kable i jadę. Jeśli oczywiście byłym takim kretynem, żeby to zrobić, że już nie wspominam, że postawiłbym pół osiedla na nogi.
– Zostawmy na chwilę ten alarm. Załóżmy na pięć minut, że ryś, czy kto to tam był, tak właśnie zrobił.
– Wtedy jedna z szyb byłaby rozbita w kaszę, a na nagraniu widać, że wszystkie są całe. To nie tak było.
– Mógł ją naprawić i pojechać na akcję...
– Tak! A zapasową nosił zapewne w portfelu. Karotka, litości, boczna szyba to nie bezpiecznik! Trzeba czasu i narzędzi żeby ją wymienić, nie zrobisz tego na gorąco, w kwadrans.
– Ale pierwszy lepszy warsztat zrobiłby bez problemu.
– O piątej nad ranem? Zresztą mechanik by się kapnął, że wóz jest rąbnięty i zadzwonił do nas. Oni nie są głupi wbrew pozorom.
Zamyśliłam się na moment.
– A gdyby miał obiecany udział w łupach?
Nick nie odpowiedział. Cisza. Chyba dostał w miękkie, co stwierdziłam nie bez pewnej satysfakcji. Zagiąć Nicka nigdy nie było łatwo. Widziałam oczami wyobraźni, jak bije się z myślami. Teoria superzłodzieja samochodów to była jego autorska hipoteza, wiedziałam, że się z niej tak łatwo nie wycofa. Ale że chwilowo opuścił gardę, poszłam za ciosem:
– To by tłumaczyło dwie rzeczy. Po pierwsze, gdzie nasz ryś podziewał się między piątą a ósmą, a po drugie, dlaczego u Peltneya zdecydował się na rozwiązanie siłowe. Może wcale nie jest taki dobry, jak sobie wymyśliłeś?
– No dobra. Tylko że jest jedno małe „ale". Bo jeżeli to właśnie tak było, to znaczy, że on zadał sobie mnóstwo trudu, żeby świsnąć ten samochód.
– Otóż to! Ten konkretny i żaden inny. Dlaczego?
Znowu brakło mu riposty. Czyżbym go zapędziła w kozi róg? Jechałam dalej:
– Od tego w ogóle należałoby zacząć. Dlaczego on, u diabła, ukradł właśnie ten? Skoro, jak twierdzisz, istnieje mnóstwo modeli lepiej nadających się do tego zadania i bardziej złodziej-friendly.
– Chyba już kumam, do czego zmierzasz...
– Zemsta? Porachunki? Okraść sklep i przy okazji puścić z dymem auto komuś, z kim masz na pieńku. Ma to sens?
– Równie dobrze mógłby się pod tym podpisać. Poza tym zostaje kwestia alarmu. Albo tego, że trzeba by włączyć do spisku jakiegoś właściciela warsztatu samochodowego.
– Nawet nie trzeba: mógł naprawić go w jakiejś dziupli albo nawet we własnym garażu.
– Zawsze zostaje alarm.
– Chyba lepsze to niż zakładać, że mamy do czynienia z Pierwszym Kasiarzem Zwierzogrodu? No. Więc skoro jeszcze tam jesteś, skocz no do tej Elizabeth Doe i zadaj jej parę pytań pod tym kątem. Może ktoś jej groził ostatnio? Może ma wrogów? A może dała kosza jakiemuś rysiowi?
– Elizabeth Doe jest sarną i ma siedemdziesiąt dwa lata...
Łubudu! Ostatnio jestem w formie.
– No to nie wiem, może wisiała jakiemuś pieniądze? Cokolwiek. Poszukaj jakiegoś motywu. A może chodzi o jej dzieci albo wnuki, jeśli jakieś ma? Sprawdź powiązania z Peltneyem i jego sklepem, może znajdzie się coś ciekawego... – zerknęłam na notes – i spytaj ją jeszcze, czy zna kogoś o nazwisku Snouton.
– Okay. Daj mi chwilę.
– Super. Pamiętasz adres? Ulica Modżawe dziesięć, mieszkania dwanaście.
– Pamiętam, pamiętam. I czyta się „Mohawe".
I z tym sarkastycznym komentarzem się rozłączył. Dało się wyczuć, że był nieco rozdrażniony. Bawiłam się telefonem, czując, jak kąciki ust lekko mi się unoszą. Ja wiedziałam, o co Nickowi chodzi: był zły na siebie, że sam nie wpadł na taki pomysł. Nie żeby mnie to nie ucieszyło. Lubię czasem jakimś niewinnym pytaniem zbić go z pantałyku i trochę podnieść mu ciśnienie, żeby wykazać, że wcale nie jest taki mądry, za jakiego się uważa; a Nick, jak się irytuje, jest jeszcze słodszy niż zwykle. Tak to już wyglądają kulisy naszej współpracy. Wot, się dobraliśmy...
Przymknęłam powieki. I oto Nick stanął mi przed oczami, w całej swojej krasie, jak zwykle niedbale uśmiechnięty, jak zwykle emanujący tym swoim cholernym, chłopięcym urokiem. Mój lis... Czy to uwiódł mnie, czy ja jego? Co takiego sprawiło, że zabujałam się w nim na amen? Jego charakter? Ciałko? Osobowość? Czy może wszystko naraz? Cóż, zapewne wszystko naraz: zgrabna i seksowna Nickowa całość, podkreślona przez różne apetyczne detale. Te jego oczy, zielone, jak plama po chemikaliach. Jego głos, niski, chrapliwy, ale przyjemny dla ucha. Jego uśmiech, jak u filmowego łotra. Jego zapach –
Hopps, co ty wyprawiasz, do jasnej anielki?! Opamiętać się natychmiast! Od napadu minęły już cztery godziny, a ty ciągle jesteś w lesie! A zebranie tuż-tuż. Pofantazjujesz se potem.
Przetarłam oczy i wróciłam do rzeczywistości. A ta skrzeczała: gdzieś dzwonił telefon, ktoś usiłował z piąchy naprawić kserokopiarkę, ktoś chodził i pytał o teczkę Kociaka, chodził i nie mógł znaleźć... Westchnęłam. Z monitora łypała do mnie moja lista trzydziestu siedmiu, trzydziestu siedmiu Jimopodobych rysiów, wszystkich, jakich udało się znaleźć. Łączyło ich to, że wszyscy byli notowani. Miałam tu zarówno drobnych złodziejaszków jak i oszustów podatkowych, morderców i alimenciarzy. Może jest tu też gość, co napada na sklepy, kto wie. Nie było rady, trzeba było się przez to przeryć. Siorbnęłam kawy.
I zaczęłam je przeglądać, jedno po drugim, jak oferty matrymonialne z „Nowego Działkowca". Patrzyłam głównie pod kątem dokonań zawodowych i starałam się znaleźć coś podobnego do napadu z dzisiaj rano. No, to z którym przystojniakiem by się tu umówić? Może na przykład z tym: Daniel Felix, pięć lat temu dokonał rozboju na stacji benzynowej, dostał trzy lata. Albo z tym: Andrew Hisskey, podejrzewany o włamanie do sklepu w Tundrówce (śledztwo umorzono w obliczu braku dowodów). A może z tym: Diego Lynch, zamieszany w napad na sklep z elektroniką pół roku temu (jemu też nie postawiono zarzutów). I tak dalej, i tak dalej...
Dwadzieścia minut później miałam już wynotowane nazwiska i adresy czterech kandydatów na Jima (doszedł jeszcze niejaki Jason Tailey, napad z bronią w ręku na ciężarówkę, trzy lata). Przez parę chwil bawiłam się bezmyślnie długopisem, oparłszy podbródek o wierzch dłoni, i podziwiałam swoje dzieło. Teoretycznie był to niezły wynik: czterech jegomościów odpowiadających opisowi, z czego dwóch o podobnych co Jim zainteresowaniach i jeszcze dwóch innych o to podejrzewanych. Ale jednak nie mogłam się jakoś do tej listy przekonać. Czułam, że coś było nie tak.
Zwłaszcza jedna rzecz mi tu strasznie zgrzytała: żaden z nich – i z czterech i z trzydziestu siedmiu – żaden nie cierpiał na nerwowe tiki. Bo znaki szczególne to oni mieli i to cały katalog: na liście byli kulawi, byli zezowaci, z bliznami, z połamanymi nosami, a jeden to miał nawet tatuaże na dziąsłach i gałkach ocznych, ewidentną pamiątkę po wczasach w ciężkim więzieniu – posiadacze niektórych ryjów spokojnie mogliby pozować do zdjęcia z podpisem „przed" dla broszury reklamowej jakiej kliniki chirurgii plastycznej – ale tego jednego jakoś nikt. Gdzieś po drodze coś schrzaniłam.
No to – pół kroku wstecz. Wyzerowałam wszystkie filtry i zapuściłam wyszukiwanie: „ryś + tiki nerwowe".
Wyskoczyło dziewięć rekordów. Odrzucenie ich wszystkich zajęło mi zaledwie kilka minut: albo byli za starzy, albo za niscy, albo za wysocy, a jeden to miał potężnego zeza. Żaden nie miał prawa być Jimem.
Westchnąwszy, odchyliłam się na krześle i jęłam kontemplować krajobraz na suficie. Kiedyś był biały, ten sufit, kiedyś był biały, ale z upływem lat zszarzał i podniszczał. Cekol gdzieniegdzie pokruszył się i popękał w kształt koślawych zakrętasów, a w środku, tuż nad moją głową, odpadł zupełnie, tworząc piękną, nieregularną dziurę. To ładna metafora tego, gdzie teraz jestem.
Wracamy do punktu wyjścia. Ale przynajmniej wiedziałam, w czym tkwił feler: zrobiłam parę prostackich założeń i dostałam to, na co sobie zasłużyłam. Przede wszystkim wymyśliłam sobie, że Jim już kiedyś coś przeskrobał i figuruje w naszej bazie danych (tylko przy takim obrocie spraw pola od rysopisu byłyby wypełnione). Bo jeśli nie, to on po prostu siedzi gdzieś w ewidencji zwierzogrodzian jako obywatel numer ileś-tam, i żadne zaklęcia w rodzaju wyszukiwania po znakach szczególnych tu nie pomogą. I taki trzeba chyba przyjąć końcowy wniosek: nie tędy droga.
Postanowiłam chwilowo odłożyć to na później i zaatakować od drugiej strony. Sięgnęłam po notes, przerzuciłam stronę. „Ani słowa Snoutonowi" – ciągle tam było, nie zniknęło w międzyczasie. To nazwisko uwierało mnie jak drzazga w tyłku. Już wcześniej nie dawało mi spokoju. Snouton, Snouton, Snouton. Kto to jest? Czy on ma coś wspólnego z naszą sprawą? Peltney rzucił mi to nazwisko jak motykę na polu. Usłyszał je w Bóg wie jakim kontekście i Bóg wie jakich okolicznościach, pewnie jeszcze przekręcił, i teraz męcz się, biedny króliku. No, ale sprawdzić trzeba.
1384. Tylu Snoutonów znajduje się w naszej bazie danych. Nazwisko jak nazwisko – ani szczególnie popularne, ani jakoś specjalnie egzotyczne, ot, pierwsze lepsze nazwisko gdzieś ze środka miejskich statystyk, przyklejone do przeciętnego do bólu odsetka zwierzogrodzkiej populacji. Drapieżne i nie-drapieżne... może trochę więcej drapieżnych niż te zwyczajowe dziesięć procent, ale tak to żadnych odchyłek. Reprezentatywny przekrój przez społeczeństwo, większość najliczniejszych species ze ssaczej gałęzi Linneuszowskiego drzewka klasyfikacji. Z nietęgą miną scrollowałam listę. Co teraz? Patroszyć bazę danych w poszukiwaniu cholera wie czego? Gdyby na każdego poświęcić pięć minut... Zerknęłam do notesu. Teoretycznie miałam jeszcze jeden trop do odfajkowania: numer telefonu, który dał mi Peltney, Z-Mobile, wnioskując po dwóch ósemkach na początku. Teoretycznie, bo już wiedziałam, że nic z tego nie wycisnę. Trochę nazmyślałam borsukowi z tym namierzaniem. To znaczy samo namierzenie telefonu po IMEI to betka, wystarczy pójść i poprosić operatora, przepchnąwszy nakaz przez prokuratorską biurokrację. Jeżeli tylko telefon znajduje się w zasięgu sieci 2G/3G, co w dzisiejszych czasach oprócz totalnych dziur jak południowy Pacyfik, centralna Atacama, stacja antarktyczna „Krasnaja Zwiezda" czy hrabstwo Szarakówek, jest spełnione wszędzie, to się znajdzie. Tylko co mi to da? Jeżeli Jim ma choćby odrobinę oleju w głowie, a wiemy, że ma, to pozbył się telefonu już dawno, i sygnał z BTS wskaże podmiejskie wysypisko śmieci albo środek jakiegoś sympatycznego stawu. A karta SIM, okaże się, była kupiona w jakimś dzikim kiosku, za gotówkę. I szukaj teraz wiatru w polu. Ślepy zaułek. Nie ma rady, trzeba grzebać w odmętach archiwum i spróbować jakoś powiązać Jima ze Snoutonem. To jedyny sposób. Dopiłam resztę kawy i zabrałam się za robotę.
Przyspieszę trochę, bo pewnie przynudzam: nic nie znalazłam. Żaden z listy czterech nie miał powiązań z jakimkolwiek Snoutonem. Kolejna rundka, po liście trzydziestu siedmiu (czy raczej trzydziestu trzech) również nic nie przyniosła. Z bazy danych obywateli przeszłam do archiwum zakończonych spraw, mając nadzieję, że może tutaj coś znajdę; tu również pudło. Spraw z ostatniego dziesięciolecia, w które byłby zamieszany jakiś ryś, czy to jako sprawca, czy jako ofiara, było osiem setek. Odpuściłam. Wpisałam: „Snouton". Pięćdziesiąt cztery. Też dużo. W akcie desperacji wpisałam: „Snouton + ryś". Tu, uważacie, znalazły się tylko trzy sprawy, i jedna by nawet na pierwszy rzut oka pasowała, ale tylko na pierwszy rzut oka. Między aktami sprawy z dwa tysiące dziesiątego, sprawy morderstwa rysia Franka Snoutona, a aktami pani Claire Snouton, pół roku temu pobitej przez nieletniego rysia kijem hokejowym, była jeszcze sprawa sprzed trzech lat – napad na sklep monopolowy na Sawannie. Wgryzłam się w nią, podekscytowana, że to może być dobry trop – ale zaraz ją skreśliłam, zawiedziona. Nijak się nie zgadzało. Nie ten schemat, nie ten modus operandi. Pudło jak stąd na Księżyc.
Jednak dokumenty sprawy przeczytałam od deski do deski. Nie, żebym miała nadzieję, że to jednak mój sprawca – po prostu nie mogłam się odeń oderwać. Bo sprawa – istna perełka – była naładowana sporą dawką czarnego humoru, tak czarnego, że aż ciężko się było uwierzyć, że to na serio. Spokojnie mogłaby posłużyć za materiał poglądowy dla adeptów Gildii Złodziei, pod tytułem: „Jak nie napadać na sklepy – znajdź dziesięć błędów". Prawdziwa tragifarsa. W rolach głównych wystąpili Tony Snouton, serwal, oraz ryś, niejaki Leigh Blynx. Uch. Tylko w Zwierzogrodzie może mieszkać facet, co się nazywa Leigh Blynx. Szło to mniej więcej tak: nasi milusińscy wtarabanili się do sklepu, tuż przed zamknięciem, zamaskowani i uzbrojeni; jeden miał nóż kuchenny, drugi siekierę. Zastraszyli ekspedientkę, zabrali z kasy cały utarg – i dzida. Przy okazji rąbnęli skrzynkę whisky. A że nie mieli samochodu, uciekali per pedes. To się nie miało prawa dobrze dla nich skończyć. Schwytano ich przecznicę dalej – czy może raczej oni sami poprosili, by ich schwytano, przykuwając uwagę siedzących w pobliskiej pączkarni policjantów, zaciekawionych faktem, że dwóch zamaskowanych facetów kłóci się na środku ulicy i wyrywa sobie nawzajem kratę flaszek. Nie ma co, porządna złodziejska robota, iście kunsztowna, a subtelna i finezyjna jak bombardowanie napalmem. Boże drogi, maski z pudła po odkurzaczu! Toż chyba nawet przestępcy z komiksów nie są aż tak nieudolni. Policjant, który pisał ten raport, idę o zakład, sporo się napocił, zastanawiając się, w jaki sposób zaprotokołować taką parodię przestępstwa, żeby sędzia nie powyrywał sobie z zażenowania kłaków z głowy i nie skończył z rozkwaszonym o biurko czołem.
I chyba odniósł skutek, bo sędzia podszedł do sprawy bardzo poważnie: oba sokoły dostały po pięć milutkich lat. I poszli siedzieć. Wyszli zaś... po sześciu miesiącach. Za dobre sprawowanie. Zgrzytnęłam zębami. No pewnie. Oczywiście, że się dobrze sprawowaliście, wy zawsze wszyscy się świetnie sprawujecie, a ten napad to tak przypadkiem, aż dziwne, że nie jestem jeszcze bezrobotna. Weszłam z ciekawości do akt Blynxa. Nie pasował do rysopisu. Może i zgadzał się z grubsza wzrost i wiek, ale na tym koniec. Blynx miał brązowe oczy, żeby daleko nie szukać; pole „znaki szczególne" było puste (gdyby miał tiki, na pewno byłyby wpisane). Inne detale też niezbyt pasowały. Nie było go na liście trzydziestu siedmiu i nic dziwnego.
Przyjrzałam się jeszcze dokonaniom zawodowym obu naszych asów. Imć pan Snouton był już grzeczny, pan Blynx zaś miał przyjemność odwiedzić nasze skromne progi jeszcze dwukrotnie: raz, kiedy wszczął bójkę wyrzucony z kolejki po kebab, i drugi raz, kiedy przyłapano go, pijanego, na sikaniu na stojący na jednym ze śródmiejskich skwerów pomnik Williama Sheepspeare'a. To chyba ostateczny dowód, że nie jest to gość, którego szukam. Ryś Jim jest sprytny i przebiegły. Ryś Leigh jest brutalny i głupi.
Zadzwonił Nick.
– Chyba coś mam – powiedział. – Niedużo, ale zawsze coś.
– W końcu! Przesłuchałeś tę tam Elizabeth Doe?
– Tak, tak. Ale to nie to.
– Więc?
– He, he. Dasz wiarę, monitoring sąsiedzki. Przeczucie. Szedłem korytarzem, coś mnie podkusiło i się spytałem. I się okazało, że miałem rację. Myślisz, może firma zainwestowałaby w coś podobnego?
– Babcia balkonowa?
– Co? Nie, jakieś dzieciaki.
– Hę?
– No, dzieci jakieś, no. Grały w kapsle na klatce schodowej. I okazuje się, że widziały to i owo.
– Dzieci? A w jakim wieku?
– Hmpf! Nie wiem, nie było napisane. Ale z grubsza twojego wzrostu. Weź sobie siatkę centylową i sprawdź, jak ci zależy.
Niestety nie wymyślono jeszcze aplikacji, którą można by uderzyć kogoś przez telefon. Szkoda.
– Co mówiły? – wycedziłam.
– Taak... No więc widziały go, wczoraj wieczorem. Ryś koło trzydziestki, średniego wzrostu, szara kurtka. Tak? No to się zgadza. Kręcił się po osiedlu. Zapamiętały go, bo trafiły go niechcący piłką, a on wykopał im ją na garaże. I coś jeszcze było o pieprzonych gówniarzach. Ale mówiły, że nigdy wcześniej go nie widziały. To nikt z sąsiedztwa.
– O której to było?
– A, przed chwilą.
– O której go widziały, w sensie.
– Cytuję: „Trochę przed «Kosmicznymi Piratami»". Tak mi powiedziały. Ale o której to leci –
– Gwiezdnymi. O ósmej.
– Hę?
– „Gwiezdni Piraci". Gwiezdni, nie kosmiczni. Dobranocka taka, o ósmej to leci. Więc niech będzie między wpół do ósmej a ósmą.
– O. A ty skąd wiesz?
– Mam młodsze rodzeństwo, wiesz. Dużo młodszego rodzeństwa.
– Aha. Aha. No tak.
– Dobra. Więc co nam to daje?
– No cóż, wiemy, że ten ryś był tutaj wczoraj. Pytanie, po co.
– Myślisz, że chodzi o samochód? Że robił obczajkę przed kradzieżą, tak jak w sklepie?
– No właśnie to mi trochę nie pasuje. Bo jeśli jesteś dobry, na tyle dobry, żeby gwizdnąć takie auto, to nie potrzebujesz robić obczajki, po prostu idziesz na żywioł. Ale jeśli jednak... Cóż, jak dla mnie to miałoby sens tylko w jednym wypadku: gdyby to konkretnie ta nazka miała zostać ukradziona. I puszczona z dymem.
– Więc jednak! Teoria z porachunkami ma sens. A co mówiła Doe?
– No właśnie na tym polega numer, że niewiele... W zasadzie to powiedziała mi to samo, co rano na Czterdziestym. Wstała bladym świtem, chciała jechać na targ do Deerbrook... eee... Deerbrook Hill, mhm, tak, no i wtedy się zorientowała, że samochodu nie ma. To było koło piątej.
– Mhm...
– ...I w zasadzie na tym koniec. Spytałem, czy nikt jej nie groził ostatnio, albo czy nie ma jakichś wrogów albo wierzycieli, ale nie. Powiedziała, że jej jedynym wrogiem jest sąsiad z góry, który wyrzuca śmieci przez balkon i wierci w niedziele. A tak to nikogo sobie nie przypomina. Żadnych wierzycieli nie ma. Powiedziała też, że nic jej nie łączy z rysiami, borsukami ani sklepami fotograficznymi, a zapytana, czy zna kogoś o nazwisku Snouton, odpowiedziała, że on chyba gra w Yakees na drugiej bazie. Tak to stoją sprawy.
– Nic więcej?
– Nic.
– Hmm... Jak sądzisz, mówiła prawdę?
– A co ja jestem, wariograf?
– Znasz się na tym i to lepiej ode mnie. Wyczuwasz takie rzeczy.
– No nie wiem, czy damy radę sprzedać to Bogo –
– Powiedz mi po prostu, jak oceniasz. Mówiła prawdę czy nie?
Nick milczał dłuższą chwilę.
– Jeśli to było aktorstwo – powiedział w końcu. – To mistrzowskie.
Przymknęłam oczy, by jakoś to wszystko sobie poukładać. Ani słowa Snoutonowi. Ani słowa o czym? Czy ten Snouton w ogóle jest powiązany z naszą sprawą, czy to coś z zupełnie innej bajki? Może ryś tylko umawiał się z kimś na imprezę i nie chciał, żeby jakiś tam Snouton-psujzabawa się na niej pojawił? Pytania, pytania, pytania.
– Okay. Musimy podsumować wszystko, co wiemy, i zebrać to jakoś do kupy.
– Ja jeszcze tutaj zostanę. Chcę trochę powęszyć.
– Mhm, no dobra. Ale sprężaj się.
– Nic się nie bój, piękna, niedługo będę. Ciao. – I się rozłączył.
Odłożyłam telefon i opadłam na oparcie. W głowie miałam mętlik. Nic tu się nie dodaje. Im głębiej się w tę sprawę wkopujemy, tym bardziej nie chce się ona kleić. Westchnęłam ciężko i uniosłam wzrok. Sufit dziurawy nade mną... a we mnie – co? Powiodłam zmęczonym wzrokiem po biurze... i nagle uświadomiłam sobie, że jestem w nim praktycznie sama. Resztę gdzieś wywiało. Jeszcze jakaś granatowa koszula mignęła mi w drzwiach i zniknęła. Spojrzałam na zegarek: dwunasta trzydzieści siedem. Potarłam oczy. Przerwa. Czas na obiad.
