Później żałowałam, że pojechałam. Bardzo żałowałam. Bo scena, którą urządził mi w szpitalu, to pryszcz w porównaniu tym, co się tam odwaliło.

No, ale pojechałam. Gdy zaciągałam hamulec ręczny, zaparkowawszy furę pod drzewkiem niedaleko sklepu, było po drugiej. Po wesołej kompanii Houndsa i żółtych taśmach ostrzegawczych nie było już śladu. Okazało się też, że Peltneyowie w międzyczasie nie próżnowali: furgonetka zakładu szklarskiego stała już na chodniku przed wejściem; dwa zabiedzone jaguary w roboczych łachach ostrożnie, kawałek po kawałeczku, wyładowywały z niej owiniętą w folię gablotę. Ich szefu, stojący na schodach nabzdyczony szczur, popędzał ich i klął w topornej hiszpańszczyźnie. Gdy zobaczył, że idę w jego stronę, jakoś zmiękła mu faja – pewnie pomyślał, że jestem z Imigracyjnego, że przyszłam przychrzanić się o tych dwóch Latynosów, jest tajemnicą poliszynela, że te wszystkie Silvy i Rodriguezy pracują na czarno i nierzadko siedzą tu nielegalnie. A ja, jak gdyby nigdy nic, wyminęłam go i weszłam do środka: trafiła mi się rodzinna scenka iście z Sheepspeare'a rodem, ojciec rugał syna, syn kajał się i korzył ze wzrokiem wbitym w ziemię. Jeszcze nie wiedziałam, że wkraczam wprost w katastrofę.

– ...Nigdy więcej, czego ja cię uczyłem, rozmawialiśmy o tym przecież nie raz –

– Dzień dobry! – powiedziałam siląc się na serdeczność, jak lekarz w psychiatryku na porannym obchodzie. – Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale...

Wtedy kapnęłam się, że coś było nie tak. Gdy zobaczyłam, że moje pojawienie się wywołało u Peltneyów reakcję cokolwiek alergiczną – mniej więcej taką, jaką wywołałaby rodzinna czarna owca zwalająca się bez zaproszenia na pogrzeb nestora rodu i trajkocząca coś o spadku. Peltney Starszy, zaledwie mnie zobaczył, nadął się, zjeżył, sapnął coś pod nosem i odwrócił wzrok, nerwowo trąc opatrunek na głowie. Jego syn podobnie: westchnął, przewrócił oczami i jął kontemplować wiszącą na ścianie wystawkę zdjęć. To mnie przystopowało. Ciąg dalszy, który miałam już na języku („...Ale chciałabym zadać jeszcze kilka pytań"), jakoś ugrzązł mi gdzieś w gardle. Stałam jak ten kołek i zdezorientowana wodziłam wzrokiem od jednego do drugiego – przez chwilę nawet pomyślałam, że ktoś umarł – ale wtem zrozumiałam. Na moment przed tym, zanim wybuchło. Zareagowałam błyskawicznie, to znaczy ciało zareagowało: odruchowo wzięłam głęboki wdech, cofnęłam się o pół kroku, ręka sama z siebie sięgnęła ku drzwiom – ale było już za późno. Kaboom.

– To pani! – jęknął Henry Peltney. – To pani była! Judy Hopps!

– Przeszkadzam? – Spróbowałam rozładować sytuację uśmiechem, ale ciężko jest się uśmiechać, gdy czujecie, że wleźliście wprost pod bombardowanie.

– Ta od skowyjców!

– No cóż...

– Że też ja wtedy nie skojarzyłem! Boże Święty!

Zasapał się. Chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale dał sobie spokój. Wykonał jakiś przedziwny rytuał: odwrócił się ku ladzie, zrobił parę kroków, potem wzniósł ręce ku sufitowi, potem złapał się za głowę... Zerknęłam na jego syna: Christopher nic nie mówił, gapił się na ścianę, starając się udawać, że jest tylko elementem wyposażenia sklepu. Czuło się, że bardzo chciałby znaleźć się gdzieś indziej.

– Widzę, że przychodzę nie w porę – powiedziałam. – Domyślam się, że to był dla pana szok. Jeżeli pan chce, możemy...

Urwałam, bo borsuk najwyraźniej podjął jakąś decyzję. Uspokoił się. Zbliżył się, wolnym krokiem, i stanął przede mną, bardzo blisko, tuż na krawędzi mojej strefy osobistej. Już nie miał sztyletów w oczach. Tylko żal.

– Ta od skowyjców – mruknął.

– Ano. Ta od skowyjców.

– I od czynników biologicznych.

– Też.

– I wywołania w mieście stanu wojennego. Tak? Dobrze pamiętam?

– To akurat nie była moja wina.

– Oczywiście. Pani nie miała z tym nic wspólnego. Samo się tak jakoś zrobiło.

Nagły ruch za plecami: to Silva i Rodriguez wtarabaniali się z gablotą. Nieśli ją z mozołem, sapiąc i dysząc, trzeszczał foliowy strecz. Nie miałam wyjścia, musiałam się przesunąć. Peltney wraz ze mną; nie pozwolił mi się oddalić, trzymał dystans, nie spuszczając mnie przy tym z oczu. Droga ucieczki odcięta. Christopher ocknął się i rzucił się szefować: tu, z lewej, tu proszę postawić, tylko ostrożnie! I zniknął z pola widzenia. Miałam więc okazję do odbycia małego tête-à-tête z jego ojcem: stał nade mną, z rękami założonymi na piersi. Patrzyliśmy sobie w oczy, a ja czułam, jak sytuacja przemeblowuje się i odwraca do góry nogami. Coś się zmieniło. Straciłam swoją moc. Już nie byłam gliniarzem przychodzącym do obywatela w potrzebie – teraz byłam przestępczynią wezwaną do ukorzenia się przed ofiarą. Ofiarą, która bynajmniej nie da się tak łatwo przeprosić... Zrozumiałam, że nie dam rady się z tego wykaraskać, już było za późno, przekroczyliśmy point of no return. Mowa ciała była oczywista aż nadto: chłop nie odpuści, dopóki mi nie dopieprzy.

Tak oto, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni, otworzyły się przede mną wrota piekła.

A skoro już się otworzyły, zaraz stanęłam twarzą w twarz z tym, co było w środku. Cóż, nie było to może piekło z „Boskiej komedii", rozległe i rozbudowane jak piętrowy parking w supermarkecie, ani piekło z horrorów klasy B, w których małe dzieci plują grochówką i wydają dźwięki przypominające puszczoną od tyłu syrenę okrętową zmiksowaną z odgłosami godowymi tyranozaura. To było moje własne, prywatne piekło, złożone ze wspomnień po Stu Dniach i czasach zaraz po nich. Wpełzły mi do międzymózgowia z serdecznym „Cześć, stęskniłaś się?" i przeleciały przez płaty czołowe, okrojone, pociachane i wymieszane bez szacunku dla chronologii, na modłę trailera filmu sensacyjnego, filmu, który aż się prosi o zatytułowanie: „Jak rozpętałam trzecią wojnę światową". Było tam wszystko, skrótowa wizja miasta stojącego na krawędzi katastrofy i robiącego dziarski krok naprzód. Były zdziczałe drapieżniki w całej swej medialnej widowiskowości, od trzymanych w laboratorium Pacjentów Zero po przypadki z ulicy, przechodniów, kierowców i sklepikarzy trafianych z ukrycia skowyjcami, brutalnie pacyfikowanych i szprycowanych haldolem. Były ofiary, postawione oko w oko ze swymi najgorszymi lękami, zarażające się nawzajem strachem, stopniowo, nieubłaganie rozkręcające w mieście festiwal przemocy i okrucieństwa, pomału uświadamiające sobie siłę przewagi dziewięciu na jednego. Była moja, pożal się Boże, konferencja prasowa, na której przemawiam do hordy dziennikarzy, których liczbę pamięć pomnożyła mi przez dziesięć. Było rzucenie blachą i powrót do cywila, pożegnanie się z pracą marzeń w sposób, jakiego nie byłabym sobie w stanie wyobrazić w najgorszych koszmarach. Były nagłówki gazet, które miałam przed oczami całe dnie, gazet, w które pakowałam zieleninę sprzedawaną po kryzysowej, spuchniętej od galopującej inflacji cenie. „ZDZICZAŁY NIEDŹWIEDŹ NA STACJI METRA, POLICJA UŻYŁA BRONI OSTREJ", „DEMONSTRACJA WYMSKNĘŁA SIĘ SPOD KONTROLI, DWIE OSOBY NIE ŻYJĄ, WIELU RANNYCH", „POŻAR W BLOKU PEŁNYM DRAPIEŻNIKÓW, CZY TO PODPALENIE?" i inne w tym guście. Moja jedyna chwila triumfu, aresztowanie Bellwether, się tu nie znalazła, bo zaraz zeszła lawina obrazków przedstawiających to, co stało się potem, gdy czar skowyjców prysł, a ofiary powiedziały drapieżnikom „A, sorry, pomyliliśmy się, jednak nie jesteście potworami": zamieszki, demonstracje, krwawe akty odwetu, głośne procesy sądowe i żałobę po poległych, i mnie samą, w samym centrum tej kołomyi, maltretowaną przez dziennikarzy, których wszystkie pytania sprowadzały się do: „Jak się pani czuje jako sprawczyni największej katastrofy w dziejach miasta?". I najgorsze ze wspomnień, po dziś dzień siedzące mi w głowie jak gwóźdź w desce: rzucone na odchodnym słowa „Chyba lepiej będzie, jak poszukasz sobie innego partnera", rzucone niby to chłodno i spokojnie, ale z jakiegoś powodu tym właśnie spokojem najpełniej i najdobitniej wyrażające całą gorycz i ból, jaki zafundowałam temu, który je wypowiedział, komuś, kto dzięki mnie uwierzył, że jeszcze nie jest za późno, by naprawić swoje życie, a kogo wystawiłam do wiatru i zraniłam tak, że nie wybaczę sobie tego nigdy. Wszystkie te widokówki przeleciały mi przez głowę prawie tak szybko jak wypowiedzenie słów: „Strach zawsze działa!". Patrzyłam Peltneyowi w oczy, czując, jak stare rany prują mi się i otwierają od nowa. Sama już nie wiedziałam, co było najgorsze: to, że znowu przyjdzie mi wrócić do tamtych czasów, to, że miałam nadzieję, że borsuk mnie nie skojarzy i mi się upiecze – czy to, że skojarzywszy mnie, zareagował tak, jak zareagował. Czy może wszystko po trochu.

– Nie mam z panem o czym rozmawiać – powiedziałam, nie do końca zadowolona z brzmienia własnego głosu. – Wygłosiłam oświadczenie, udzielałam wywiadów. Mam już odcisk na języku od powtarzania, jak to było.

– Och, my już doskonale wiemy, jak to było. Jak to leciało? „Drapieżniki cofają się do swojego krwiożerczego dziedzictwa"? Tak?

– No, z grubsza jakoś tak.

– Jezus Maria. Jakiś naćpany musiałem być w tym szpitalu, że was wtedy nie poznałem...

– A gdyby pan poznał, to co? Odmówiłby pan składania zeznań?

Żachnął się.

– Po co tu pani przyszła? Czego pani chce?

Wzruszyłam ramionami.

– Prowadzę pańską sprawę, po co niby mogłabym przyjść... Więc, czy mógłby mi pan –

– Że też wy nie siedzicie w więzieniu... – pokręcił głową. – Że też wam to wszystko uszło płazem...

– Ano, uszło. Skorumpowany sędzia, rozumie pan.

– Jak wy możecie spać spokojnie po tym wszystkim? Oglądać się w lustrze?

– Obalam wieczorem flachę i jakoś daję radę.

– Tysiąc Dwieście –

– Nie zabiłam ich.

– Skądże. Sami się zabili.

– Nie zabiłam ich – powtórzyłam. – I bardzo proszę mi tego nie wmawiać. Ta konferencja... Ja wiem, że naplotłam przeraźliwych bzdur, ja zdaję sobie z tego sprawę. Ale nie zabiłam tych biedaków, co to to nie. Będę iść w zaparte.

Nie musiałam w to brnąć. Nie musiałam w to brnąć. Wiem, że nie musiałam; w rzeczy samej to nawet nie powinnam. Nie powinnam dawać się wciągać w takie pyskówki – ponieważ jestem policjantką. Jestem policjantką – i to wyczerpuje temat. Bo policjant to nikt więcej jak tylko pewien specyficzny gatunek państwowego urzędnika, urzędnika, którego nijak nie powinno interesować, co to tam obywatel sobie uważa, nawet jeśli ten ma rację. Tego uczą jeszcze na pierwszym roku: policjant ma się trzymać tego, co jest w paragrafach. I kropka. A nie próbować przekonywać kogoś argumentami. Wdawanie się z obywatelstwem w dyskusje nie prowadzi do niczego dobrego – tym bardziej, że tu chodzi o sprawę Stu Dni, sprawę spartoloną na amen, na wszystkich frontach. Ta sprawa to plama na naszym honorze, to symbol naszego nieudacznictwa i dyletanctwa; ona uwiera nas jak dziura po zębie. Jej nie da się obronić. Jej nie da się usprawiedliwić. My po prostu musimy udawać, że jej nie było. Nie możemy wdawać się w spory na jej temat, bo stawiamy się na z góry przegranej pozycji; próbując jej bronić wychodzimy na błaznów. A na to sobie pozwolić nie możemy: policja ma być szanowana i respektowana, społeczeństwo patrząc na policję ma widzieć stanowcze spojrzenia, muskularne klaty i karzące ręce sprawiedliwości chroniące dobrych przed złymi. Tylko tak możemy robić za tego, za kogo siebie uważamy: za gwaranta ładu i społecznego bezpieczeństwa. Gliniarz nie może, po prostu nie może sobie pozwalać na coś takiego, a już na pewno nie może pozwalać, żeby obywatel odnosił się do niego w ten sposób, bo to osłabia wizerunek firmy i podkopuje naszą pozycję, i tak niezbyt mocną ostatnimi czasy. Tak, wszystko prawda. Wszystko prawda – ale teraz chwilowo nie byłam policjantką. Teraz byłam Judy Hopps, Królikiem od Skowyjców. Teraz to sprawa osobista.

– Zresztą to, co wtedy powiedziałam – drążyłam – zostało przekłamane i zmanipulowane. Ja tylko podsumowałam fakty. A media zrobiły z tego, o, kij do bicia drapieżników po głowach. Niech ma pan pretensje do nich, nie do mnie. Ja do nienawiści na tle gatunkowym nie nawoływałam.

Peltney pokręcił głową.

– Czego to ssak nie zrobi... – mruknął. – Żeby się wybielić, przynajmniej we własnych oczach...

– Powiem więcej – zignorowałam go. – To ja byłam tą, która powstrzymała ten cyrk. To ja rozwiązałam tę sprawę i przywróciłam w mieście normalność. Poza tym –

– Wspaniale. Bohatersko rozwiązała problem, który sama stworzyła. Jak komunizm.

– Nie ja go stworzyłam, tylko Dawn Bellwether. To ona za tym stała. A ja ją przyskrzyniłam.

– Order Chimery wam dać... – warczał.

Już ledwo nad sobą panował. Zrozumiałam, że tylko mundur powstrzymuje go przed walnięciem mnie czymś ciężkim.

– Panie Peltney – powiedziałam, nie bez trudności wytrzymując spojrzenie borsuka. – Nieważne, jak się pan na sprawę zapatruje – to ja położyłam temu kres. Gdyby nie ja, zginęłoby wielu więcej. To jest fakt. Czy się panu podoba, czy nie.

– I co? – pluł się. – I myśli pani, że – że to wszystko załatwia? Że to magicznie przekreśla całą resztę? Że tamto – to się nie wydarzyło? Tak?

Wzruszyłam ramionami.

– Wydarzyło się, nie ma co ukrywać. Wydarzyło się i się nie odwydarzy. Niestety.

– Aha. Aha. Czyli udajemy, że wszystko jest okay. Takie tam, straty uboczne, nie? Tysiąc dwieście w tą czy w tamtą, jebał ich pies, krzyż im na drogę i chuj w dupę...

– Wypraszam sobie. Wypraszam sobie takie teksty.

– A co, nie mam racji? Przez panią zginęli. A pani jedyne, co ma do powiedzenia, to: „Nic się nie stało".

– Nie mówię, że się nic nie stało. Ale nie przeze mnie zginęli, nie dam sobie tego wmówić.

– Gdyby trzymała pani wtedy gębę na kłódkę –

– ...To by się znalazł ktoś inny, kto by wyskoczył z taką gadką, jak nie wtedy, to tydzień później – odparowałam, zadowolona, że mogę strzelić tym argumentem. – I sprawy potoczyłyby się dokładnie to samo. I miałby pan innego kozła ofiarnego.

Ale borsuk nie dał się zbić z tropu.

– Gdyby ten ktoś nie nosił munduru... – wycedził. – Gdyby ten ktoś nie pracował dla rządu... to by się nie potoczyły.

– A tego nie może pan wiedzieć.

– Mogę. Wiem.

– Czyżby?

– Uwierzyli wam – wycelował we mnie palec – boście państwowiec. Bo chodzicie w mundurze i reprezentujecie władzę. Dlatego was posłuchali. I dlatego Tysiąc Dwieście nie żyje.

– Cóż. Byli też tacy, co reprezentowali rząd i apelowali o opamiętanie. I jakoś nikt ich nie posłuchał. Dlaczego?

Na to Peltneyowi jakoś brakło odpowiedzi. Odstąpił. Prychnął coś pod nosem, zrobił parę kroków ku ladzie, przeczesał palcami sierść na czubku głowy... Zdawało mi się, że zobaczyłam w jego oku łzę. Przymknęłam powieki, korzystając z chwili wytchnienia, wzięłam głębszy oddech. Serce, czułam, zasuwało mi na czwartym biegu. Zerknęłam przez ramię: Christopher stał wpółobrócony i kwitował szczurowi jakiś papier o wymiarach biletu tramwajowego, szczur popatrywał ciekawie na przedstawienie, ruszając nerwowo wąsikami. Jaguary gapiły się, nawet nie usiłując udawać, że pracują. Wyglądali na lekko zdezorientowanych; najwyraźniej tam, skąd pochodzą, stosunki gliniarz-obywatel wyglądają nieco inaczej. Wyższy, z papierosem zatkniętym za ucho, mruknął do kompana coś, co brzmiało jak „Que cabron", ten kiwnął tylko głową, nie odrywając ode mnie wzroku. Czarno-biały Albert Schweinstein niewzruszenie pokazywał mi ze ściany język.

– Proszę zrozumieć – podjęłam, nieświadoma, że za parę chwil walnę monstrualną głupotę i na własne życzenie przegram tę awanturę do zera. – To nie było tak, że ja to sobie wszystko wymyśliłam i wmówiłam reszcie. Nie. Te poglądy, te odpowiedzi... one istniały już wcześniej. Istniały w nas, ofiarach... w nas wszystkich. Na długo przed Bellwether. Nie wymyśliłam ich. Ja tylko niechcący wymówiłam je na głos.

– Oczywiście. Wszyscy są winni, tylko nie pani – burknął Peltney, nie odwracając się.

Westchnęłam.

– Nie, nie jestem bez winy. Jestem tak samo winna jak wszyscy. Jak dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa. Które mi uwierzyło.

– To wszystko z zemsty, prawda?

– Co?

Dopiero teraz się odwrócił. Patrzył mi w oczy. Był spokojny i bardzo poważny.

– Ta konferencja – powiedział powoli. – To dlatego, tak? Bo pani nienawidzi drapieżników. I z zemsty...

– Ale co żeż pan! – żachnęłam się.

– ...z zemsty rozpętała pani to wszystko. Tak? Dobrze mówię?

Nie odpowiedziałam. Peltney stał i patrzył na mnie uważnie. Nie żartował, wszystko to mówił jak najbardziej serio. I co niby miałam odpowiedzieć? Na niektóre odzywki nie da się nic odpowiedzieć. Można co najwyżej przewrócić oczami i głęboko westchnąć.

– Bzdura. Totalna, piramidalna bzdura. Jak stąd na Księżyc. Nawet nie chce mi się tego komentować.

– Czyżby?

– Czyżby. Nie nienawidzę drapieżników. Co za pomysł. Nie wiem w ogóle, skąd –

– Ten artykuł.

– Hę?

– Artykuł. – Potarł wąsa. – O was. Teraz sobie przypomniałem. Tam było wszystko.

– Co było? – parsknęłam. – Jaki znowu artykuł? O czym pan teraz pieprzysz?!

– Wtedy. W internecie było, czytałem. Trauma z dzieciństwa. Drapieżnik... drapieżnik was zmolestował. I pobił. Jak byliście mali. Czy coś takiego. I dlatego to wszystko. Z zemsty. Tak? Mam rację?

O jasna sweet cheese and crackers cholera. Aż mnie zatkało. Co. Za. Debilizm. Takiego ciosu poniżej pasa nie sprzedał mi nikt i nigdy. Nikt nigdy nie wyjechał mi z tymi bzdurami, co na mnie kiedyś znalazł „Zoo-Express". Nikt i nigdy.

Przejechałam dłonią po twarzy.

– Nie. Po prostu nie. Pieprzysz pan bzdury, i tyle.

– Prawda w oczy kole –

– Dosyć! – krzyknęłam. – Dosyć! Nie chce mi się tego więcej słuchać!

Wdech-wydech. Wdech-wydech.

– Dobra – powiedziałam już spokojnie. – Słuchaj pan. Powtarzam to po raz ostatni. Nie wiem, skąd pan żeś to wytrzasnął, ale to jeden wielki, śmierdzący bullshit. Rozumiemy się? Tak, przyznaję: to, co powiedziałam, powiedziałam. Nie wypieram się tego. Ale powiedziałam to z głupoty, nie ze złej woli. Nie wiedziałam, nie chciałam, żeby tak się skończyło. Dociera? – Peltney nie skomentował. Odwrócił wzrok. To mnie trochę ośmieliło. – Nie jest moją winą, że się stało, co się stało. Że nastąpiła katastrofa. Bo gdyby wszyscy byli normalni – nie nastąpiłaby. Tam pan szukaj przyczyny. W zwierzogrodzianach. Czemu zwrócili się jeden przeciw drugiemu. Widocznie mieli powody. A ja tylko niechcący wypowiedziałam je na głos... – A teraz, uwaga-uwaga!, Hopps odpala bombę: – ...Nie jestem ani lepsza ani gorsza. Jestem taką samą ofiarą skowyjców jak pan –

– ŻE CO?!

I aż się skuliłam i położyłam uszy po sobie. Dopiero wtedy dotarło do mnie. Co ja właśnie powiedziałam.

– Że co, kurwa, przepraszam?! – wrzasnął. – Pani jest ofiarą?! A w którym miejscu! Bo nie widzę!

I bęc, przegrałam. Przez to jedno, krótkie zdanie – przegrałam. Gorąc na twarzy, gorąc w piersi. Płoń, króliku, płoń.

– No co! – darł się borsuk. – Straciła pani dorobek życia?! Wywalili panią z mieszkania?! Puścili interes z dymem?! Zmusili do emigracji?! Co?! Przeszła pani przez to wszystko?! Bo my tak! My, drapieżniki, tak!...

Z płonącymi policzkami, z głucho walącym sercem, stałam naprzeciw rozszalałego borsuka, nie mogąc uwierzyć, co ja właśnie najlepszego zrobiłam. A zrobiłam coś, czego w żadnym wypadku nie miałam prawa: przekroczyłam linię. Zapomniałam się i przeholowałam. I powiedziałam coś niewybaczalnego. Są bowiem rzeczy, których powiedzieć drapieżnikowi nie wolno – bo nie wolno.

– ...Sklep – musieliśmy zamknąć! Syna – zawiesili na uczelni! Rok w plecy miał! Żony znajomy – aresztowali go i pobili! Do dzisiaj chodzi o kulach! Martensowie z drugiego – wyjechali i nie wrócili! Musieli wszystko zacząć od nowa! A dwie przecznice stąd – młodego chłopaka zabili! W biały dzień! Sprzedawcę z kiosku! Bo był drapieżnikiem. To było piekło, Sto Dni, to było piekło, piekło nam tu zgotowaliście, wy i te wasze czynniki biologiczne, kurwa wasza jebana mać...

I tak dalej, i tak dalej, na tę modłę się pluł, rozkręciwszy się na dobre w swoim męczennik mode. Stracił panowanie nad sobą, wpadł w jakiś amok. Bo dźgnęłam go tam, gdzie mi w żadnym wypadku nie było wolno: w święte drapieżnika prawo do licencji na skowyjcowe cierpienie. Tego, że ofiary usiłowały ich pozabijać. A nie odwrotnie. To jest fakt, to jest Prawda, z którą w żaden sposób nie wolno się kłócić – a ja niechcący to zrobiłam. Więc się striggerował: wyliczał doznane krzywdy, wypunktowywał rachunek strat i zniszczeń, wymieniał kolejne cierpienia, a ja – ofiara, sprawca, zbrodniarz, Królik-od-Skowyjców – nie mogłam, nie śmiałam mu przerwać... Mogłam tylko stać i zbierać kolejne cięgi, w milczeniu przyjmować upokorzenie. A każde borsuka słowo – kolejne widokówki wrzucone do mojego prywatnego piekła. Zrozumiałam, co czuł szef zmiany w czernobylskiej elektrowni, gdy zdał sobie sprawę, że poszedł o jeden wat za daleko.

– ...I co?! Kto tu niby jest ofiarą?! My czy wy?! No?! Kto?! Nie ma pani prawa tak o sobie mówić!

– Panie Peltney, ja –

– Ofiara skowyjców! No ja pierdolę!

Nic nie mogłam zrobić. Reaktor się gotuje, układy chłodzące nie działają, a sterowanie wysiadło. Można tylko walić pięściami w klawiaturę i patrzeć, jak szybki zegarów tłuką się na kaszę.

– Jak trędowatych, jak zadżumionych nas tu traktowali! – warczał borsuk. – Bo KTOŚ rzucił z ambony, że jesteśmy potworami. Tak było. Takie są fakty! Nie wiem, co sobie pani tam wyobraża, ale nie ma pani pojęcia, czym było Sto Dni. I co się wtedy działo w mieście.

– Panie Peltney –

– Ale skąd niby mogłaby to pani wiedzieć, prawda? Bo pani – zbliżył się, zniżył głos – pani wtedy w mieście nie było. Tak? Dobrze pamiętam?

Dobrze pamiętał. Nie wytrzymałam. Uciekłam wzrokiem.

– Pani w mieście nie było – ciągnął Peltney zjadliwie. – Zanim jeszcze zaczęło się na dobre, to pani się ewakuowała. Uciekła sobie do mamusi. Tak? Tak było? Dobrze mówię? Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę.

Mocno, celnie i tam, gdzie boli, „prosto w miętkie", jak mawia Feniek. Gdyby to było starcie na pięści, nie na słowa, to byłby cios, po którym tracę przednie zęby.

– Tak, tak. Jak tylko zaczęło robić się gorąco, to ona dała nogę. Bohaterka, kurwa mać. Tysiąc Dwieście na pewno docenia to wasze bohaterstwo. A pani wie, kto tam leży? Tam, na Barklington? Mój dobry znajomy tam leży! Elliot Ferretti, Dwieście Czterdziesty Siódmy –

– Elliot był szuja i kombinator! – padło nagle. – Już zapomniałeś, jak usiłował cię wciągnąć w tę piramidę finansową? Już zapomniałeś? Doprawdy, tato...

I to Peltneya przystopowało. Ubodzono go celnie i z niespodziewanej strony. Odwrócił się do syna i posłał mu spojrzenie tak mordercze, że aż przez moment myślałam, że da mu w mordę. Ale ten nic sobie z tego nie robił, twardo patrzył ojcu w oczy, aż kipiąc od tłumionej złości. Oczywiście to było za mało, by zbić Henry'ego Peltneya z pantałyku – niemniej kiedy ten odwrócił się z powrotem ku mnie, był już o kilka poziomów energetycznych niżej.

– Po raz ostatni pytam. Po co pani przyszła? Czego pani chce?

Gorąc na twarzy, wzrok spuszczony, pięści zaciśnięte. Wstyd przepala ciało. Słowa Peltneya rezonują w głowie. A w gębie – blokada jakaś. On mnie wyzywa i lży – a ja stoję jak ten debil i daję na siebie krzyczeć. Powinnam go za coś takiego bezdyskusyjnie wziąć i aresztować; jest nie do pomyślenia, żeby jakiś sklepikarzyna wydzierał się na policjanta. Powinnam go wziąć i aresztować, a gdyby się opierał – wyjąć broń i strzelić mu w łeb. Powinnam; ale nie mogłam. Bo teraz nie byłam policjantką – byłam Królikiem od Skowyjców. To wyjaśniało wszystko. Aż nadto. Byłam Królikiem od Skowyjców – i to wyczerpywało temat.

– Chciałabym zobaczyć pańską broń – spytałam cicho, a głos prawie mi nie drżał. – Mogę?

Uniosłam wzrok. Peltney patrzył na mnie z góry jak sędzia wysokiego trybunału. Niezmierzona gorycz i niezmierzona nienawiść były w jego oczach. Trzymał mnie długo spojrzeniem.

– Może pani – powiedział.

I poszedł za ladę.

Chwila oddechu. Przymknęłam oczy, czując, jak bebechy trzęsą mi się jak wiejska remiza podczas wesela. Wiedziałam, że patrzą na mnie, Christopher i reszta; najwyższym wysiłkiem woli powstrzymałam się od spojrzenia w ich stronę. Tego byłoby już po prostu za wiele... Poniewczasie uświadomiłam sobie, że znowu popełniłam błąd. Nie powinnam była przypominać Peltneyowi o broni w takim stanie – w końcu te zabójstwa w afekcie skądś się biorą... Ale nie, borsuk na szczęście nie miał morderczych zamiarów, przyniósł mi tę giwerę, trzymając przepisowo, lufą ku ziemi, i podał mi, kolbą w moją stronę, nie spuszczając mnie przy tym z oczu. Ujęłam. Ciężka.

Wyjął jeszcze z kieszeni jakiś papier, rozłożył go i podsunął mi pod nos.

– Proszę – warknął. – Specjalnie znalazłem. Żeby nie było, że od taliba.

Musnęłam tylko dokument wzrokiem i wzruszyłam ramionami. Nawet się nie wczytywałam. Jakieś pieczątki, jakieś podpisy. Whatever.

Przyjrzałam się bliżej broni. Vanguard R60, ręczna, samopowtarzalna kolubryna typu pump-action. Wersja z drewnianą kolbą i krótko oberżniętą lufą. Coś miałam w niej sprawdzić... Westchnęłam ciężko. Już mi się odechciało. Odechciało mi się, przestało mi zależeć. Cała ta sprawa jawiła mi się teraz jako śmieszna, żałosna i niewarta zachodu. Miałam już to wszystko gdzieś, wszystkie napady i wszystkie rysie tego świata... Wcisnęłam blokadę i przesunęłam suwadło. Trzask! Nabój wypadł z okienka; złapałam go w locie. Trzask! Dwa naboje – tyle tu wchodzi do komory.

– Ostra amunicja... – mruknęłam obracając glizy w palcach; dłonie mi nie drżały, tyle dobrego.

– Hę? No pewnie, że ostra, niby jaka ma być?

Ostra. A więc jednak. Trochę byłam skołowana takim obrotem sprawy. Nie tego oczekiwałam... Przyglądałam się nabojom. Czerwone glizy o wymiarach niedużych ogórków, nabite – jak nic, nabite były – okrągłym, ołowianym bydlakiem gauge 10. Takie też oznaczenia były na kartridżu: G10, 3½ cala. I niżej: 2 oz. Dwie uncje – tyle według producenta ważył ten ołowiany slug. Siedział tam, na poduszeczce z prochu, przy wystrzale gotów zrobić dziurę jak sto pięćdziesiąt. W obu.

Sprawdziłam jeszcze numer seryjny tej handkanony: 17009NV451. Czy to ta sama broń...? Tak, tam też było takie en-fał-coś tam. To ta sama broń, co dzisiaj rano.

– Niech mi pan powie... – mruknęłam, oddając vanguarda borsukowi, broń osobno, amunicję osobno. – Niech mi pan powie – używa pan czasami ślepej amunicji?

Borsuk położył broń na gablocie, naboje schował sobie do kieszeni.

– Ślepej? W ogóle. Po co niby?

– Sama jestem ciekawa. – Miałam przygotowany scenariusz rozmowy na taką ewentualność, ale jakoś nie mogłam go sobie przypomnieć. – Kto ma dostęp do tej broni?

– Ja. I tylko ja.

– I trzyma ją pan nabitą ostrą amunicją?

– Tak.

– Mhm. To jak wytłumaczy pan fakt, że – że w momencie napadu pańska broń była nabita ślepakami?

Cisza. Nic się nie stało. Nie uderzył ogień i nie huknął grom. Nie rozstąpiła się ziemia i nie rozległy się chóry anielskie zwiastujące Sąd Ostateczny. Borsuk milczał. Patrzył na mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Patrzył długo i nie odwrócił wzroku.

– Nie mam bladego pojęcia, o czym pani mówi – powiedział w końcu.

Powiedział to z dużym przekonaniem. Był bardzo autentyczny w swoim rżnięciu głupa.

– Ciekawe – odparłam. – Mnie skądinąd wiadomo, że broń rano była nabita ślepą amunicją. Jak pan to wytłumaczy?

– Pani urojeniami – wycedził. – Nic mi nie wiadomo o żadnej ślepej amunicji. Nie mam, nie używam. Mam to narysować?

– Czyżby?

– Czyżby. Zresztą – po co mi? Po co miałbym je tam trzymać? Hę?

– Dobre pytanie. – Już nie panowałam nad słowami, bleblałam, co mi ślina na język przyniosła. – Może miał pan w tym jakiś ukryty cel.

– Cel? Jaki niby cel?! Znaczy że co, że ja specjalnie – że ja specjalnie miałem wsadzić sobie do broni ślepaki?! Tak?

Zacisnęłam wargi i wzruszyłam ramionami. Gdy tu przychodziłam, miałam w planach poobserwować jego reakcję w takim wypadku, gdyby te ślepaki okazały się prawdą. Ale nie mogłam, nie mogłam się skupić. Udaje teraz czy nie? Nie byłam pewna.

– I po cóż miałbym to robić? – pluł się Peltney. – Co za pomysł w ogóle! Co by mi to dało? Ślepaki! Toż wtedy broń byłaby bezużyteczna! Jak pukawka. Tylko huku by narobiła! A nikomu by nic nie zrobiła. Gdybym wtedy zdążył pociągnąć za cyngiel... – urwał, nagle zastopowany. Spojrzał na mnie dziwnie. Trybił, trybił, po czym olśnienie rozjaśniło mu twarz. Zrozumiał.

– Ach! No jasne! – zaśmiał się i pacnął się w udo, jakby usłyszał świetny żart. – No jasne! Że ja niby – że ja niby to dla picu wszystko? Tak? Ha! – I zaniósł śmiechem. Choć trochę chyba wymuszonym. – No pewnie! Upozorowałem to wszystko! Oczywiście! Dogadałem się z tym kurwa Wintersem i odegraliśmy to wszystko! Ha! – Spojrzał na mnie, zobaczył, że nie żartuję. – Tak? To chce mi pani powiedzieć? – Teraz to nie dowierzał. – Że to ja sam za tym stałem? Sam siebie okradłem? Do tego pani zmierza? Tak?

I bach, powiedział to. Z jakiegoś powodu strasznie nie chciałam, żeby to on to powiedział... Zresztą już bez różnicy – przegrałam, przegrałam wszystko, nic Peltneyowi nie zrobię, wszyscy widzieli, borsuk pokazał, że można na mnie nawrzeszczeć i zmieszać mnie z błotem, i nic się nie stanie. Świetnie się załatwiłam... Co ja napiszę w raporcie?

– Sam pan zatrudnił faceta, który pana obrabował – powiedziałam, starając się brzmieć spokojnie, mimo że czułam, że gotuję się na twardo. – Zamiast monitoringu ma pan kamerę za dziesięć dolców, a pańska agencja ochrony to firma krzak za czapkę śliwek. Co mam o tym myśleć?

Przez chwilę nic nie mówił. Stał tylko i gapił się na mnie.

A potem w jednej chwili głowa zrobiła mu się czerwona, jak gdy ciśnienie w kotle idzie poza skalę.

– Napadli mnie w biały dzień – wycedził zaciskając zęby i pięści. – Okradli. Poturbowali. Zniszczyli mi sklep. O mały włos nie zginąłem. A pani... A pani oskarża mnie...

– O nic pana na razie nie oskarżam.

– To ja tu jestem ofiarą! – wrzasnął. – Ja tu jestem poszkodowany!

– To się jeszcze okaże – mruknęłam patrząc mu w oczy, skrzyżowawszy ramiona na piersi.

– Co? Co się okaże?

– Czy pan jest poszkodowany.

– Znaczy – znaczy co? Jestem podejrzany?! Tak?!

Wzruszyłam ramionami.

– Cóż. Przyzna pan, że dziwnie to wszystko wygląda. Trzeba będzie wyjaśnić parę rzeczy. Do tego czasu, mhm, tak, pozwolę sobie trzymać tę hipotezę w zanadrzu. Jakkolwiek to brzmi. Ale proszę się nie obawiać, dopóki –

I wtem borsuk zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Przystąpił o krok, powiedział:

– Taa? No to proszę bardzo! – I wyciągnął ku mnie złączone nadgarstki. – Proszę mnie aresztować. Tu i teraz. No!

A ja, nieprzygotowana na taki ruch, spłoszyłam się i odruchowo się cofnęłam... Nie aresztowałam go oczywiście, nie przeszło mi to nawet przez myśl. Tylko stałam jak ten dzięcioł, cała czerwona, z zaciśniętymi pięściami. Czym załatwiłam się już chyba na amen. Nie mogłabym chyba jeszcze dosadniej pokazać, że nie mam tu nad nikim żadnej władzy.

– Tak jak myślałem – szepnął borsuk. – Zero odpowiedzialności za swoje słowa.

I to by chyba w zasadzie było na tyle, jeśli chodzi o mój występ. Przegrałam do zera. Peltney powiedział „sprawdzam" i okazało się, że Hopps jest goła i wesoła. Została więc gra końcowa – trochę besztanka i upokorzenia, które otwierają drogę do najważniejszej części spektaklu: radosnego przyjęcia pożegnalnego kopas w dupas.

– Panie Peltney, ja... – burczałam. – To nie tak, że jest pan aresztowany... Tylko...

– Dosyć tego – warknął Peltney. – Dosyć. Niech pani stąd spierdala. Nie chcę pani tu więcej widzieć. Drzwi są tam. Do widzenia.

Odlotowo. On się do mnie odnosi jak do żula, a ja nic. Już nie chciało mi się nawet kląć.

– Niestety – mruknęłam – niestety prowadzę pańską sprawę. I będzie musiał mnie –

– A mnie to w ogóle nie obchodzi. Po prostu. Przestało mi zależeć. Napad jest ścigany z powództwa prywatnego, tak? No to proszę bardzo: rezygnuję z pani usług. Pa, pa.

Przewróciłam oczami.

– To tak nie działa.

– Nie obchodzi mnie, jak to działa. Po prostu: nie chcę pani więcej na oczy widzieć. Albo mnie pani aresztuje – albo won. Odbierzżeż ten telefon, Chris!

– Sam sobie odbierz! – odkrzyknął ten wściekle, rozcinając strecz pazurem. (Na zapleczu dzwoniło).

Peltney zacisnął wargi.

– Idę odebrać. Jak wrócę, ma tu pani nie być. A z tobą, Chris, z tobą to ja sobie jeszcze pogadam. – I poszedł na zaplecze.

Serce zasuwało jak oszalałe, puls setka, policzki pulsowały gorącem, gdy patrzyłam za borsukiem. Christopher stał z przymkniętymi oczami i opuszczonymi rękami, zmęczony i zrezygnowany.

– Pani sierżant – mruknął. – Przepraszam. Bardzo przepraszam. Za tatę. Pytanie mam, czy ja mógłbym zamienić z panią –

– WON Z MOJEJ WŁASNOŚCI‼! – zagrzmiało, aż się szyby zatrzęsły. – Sklep, słucham?

– Sekundę – dokończył. – Dosłownie sekundę.

I było tak, że coś we mnie pękło. Jedno słowo, jedno upokorzenie za dużo – przekroczyło punkt krytyczny. Spadł pancerz policyjnych symboli i fetyszy, straciłam swoją moc i stałam się tym, czym byłam z natury: głupim królikiem. Na którego można nakrzyczeć, nawarczeć, zmieszać z błotem, a on tylko spuści wzrok, położy uszy po sobie i pozwoli się wygonić. Każdy ma swoją granicę wytrzymałości, i moja leżała tu. Pomału, powoli przełamując niewidzialny opór, noga, głowa, bark – odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni. Ku drzwiom, absurdalnie nagle dalekim; i poszłam w kierunku światła. Z rękami w kieszeniach, z buchającymi gorącem policzkami, z głupawym uśmieszkiem przylepionym do ryja, szłam ku wyjściu, słysząc, jak słowa Peltneya rozbrzmiewają mi w międzymózgowiu. Czułam na sobie ich spojrzenia, ich, mojej niewydarzonej publiki – może trzech, może czterech, może dwudziestu. Nie widziałam, bardzo się pilnowałam, żeby nie patrzeć im w oczy. Jakimś cudem widziałam za to tę cholerną wystawkę zdjęć, którą Peltneyowie przyozdobili sobie sklep; przewijała mi się się na krawędzi pola widzenia. Ze ściany spoglądały na mnie ikony minionego wieku, unieśmiertelnione na fotograficznej kliszy sławy tamtego stulecia: patrzyły na mnie, odprowadzały mnie wzrokiem w moim Marszu Hańby. Afgańska Dziewczyna, nieziemsko piękna wielbłądzica o zielonych oczach, spoglądała niepewnie spod muzułmańskiej chusty, nie mogąc objąć rozumem, jak można być tak niewyobrażalnie, bezdennie głupim. Brygada śniadających na zawieszonym w przestworzach dwuteowniku dżentelmenów zanosiła się oślim rechotem, waląc się po udach i wskazując mnie palcami. Kryzysowa Matka nic nie mówiła, unosiła tylko dłoń do ust, uciekając pełnym żalu spojrzeniem, pełnym żalu o to, co narobiłam; a Winston Furchill patrzył kpiąco znad cygara. Kolejni i kolejni, jedni za drugimi, defilowałam przed nimi, pod ich spojrzeniami, czując, jak płonę i spopielam się na kupkę żużlu. Na końcu czekał mnie jeszcze on: Albert Schweinstein. Nie zamierzał mi odpuszczać. Najtęższy umysł, jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi, faraon fizyków, nestor naukowców, uwieczniony w chwili sztubackiej wesołości, patrzył na mnie rozświetlonymi figlarnymi ognikami oczami i bez choćby cienia wyrozumiałości nad ssaczą głupotą, która, miał rację, jest nieskończona, pokazywał mi język: „Nara, Hopps, i kij ci w oko".

Może gdybym mogła pochwalić się nieposiadaniem jakiegokolwiek wstydu. Jak na przykład politycy, po których wszelkie medialne szambo spływa zawsze jak woda po kaczce, albo zawodowi celebryci, kroczący przez życie od jednego skandalu do drugiego. Może wtedy byłabym na coś takiego odporna; może. Ale gdzieś tam w środku wciąż tlą mi się jakieś resztki przyzwoitości, a na dodatek jakaś cząstka mnie ciągle uważa, że skowyjce i Sto Dni społecznej psychozy to była w jakiejś tam części moja wina. I to jest silniejsze ode mnie. To coś – ono każe mi podnieść rękawicę i odpowiedzieć na atak, każe mi zdjąć pancerz munduru, zstąpić w cywile i stanąć do pojedynku. Bez zasłaniania się blachą i chowaniem za kiecą stanowiska. Choćby oznaczało to, że mogę przegrać. Oczywiście to jest złe – policjant w żadnym wypadku nie powinien do czegoś takiego dopuszczać; ale ja nic na to nie poradzę. Bo nie potrafię mówić, że wszystko jest okay, nie kłamiąc samej sobie. I mimo że nie wiadomo ile razy usiłowałam to przepracować, nie mogę, nie potrafię dojść do innych wniosków. Choćbym obudowała się wymówkami i racjonalizacjami, nadal w jakimś tam ułamku procenta wierzę, że to wszystko prawda. I stąd to wszystko. Nie mogę inaczej. Z takiej, nie innej gliny jestem ulepiona, i nic na to nie poradzę. „Nie z gliny, a z gówna", powiecie – cóż, też dobrze...

– Pani sierżant?

Zamrugałam. Nagle zorientowałam się, że jestem na ulicy. Stałam pod drzewem, tym samym, pod którym rano konferowałam z Houndsem. Padał deszcz, samochody turlały się po bruku, a obok mnie stał Christopher Peltney – stał i patrzył na mnie z cokolwiek skrępowaną miną studenta przychodzącego do dziekanatu. Patrzyliśmy na siebie, a ja czułam, jak płoną mi policzki. Ale nie odwróciłam wzroku.

– Pani sierżant, ja... – bąknął borsuk. Nie wiedział, jak zacząć. – Ja chciałem przeprosić. Za ojca. Przepraszam. Ojciec... – zamilkł, szukał słowa; w końcu machnął ręką. – Ojciec już taki jest. I tyle.

– Mhm. Zauważyłam...

– Poczęstuje się pani?

– Dziękuję. Nie palę.

– Ja też nie. Trzy lata, jak rzuciłem. Ale dzisiaj... Jakoś tak wyszło. No więc... Ekhu! Ekhu! Uhm, odwykłem... – Strzepnął popiół. – Mhm. W każdym razie – szacunek. Że go pani nie aresztowała. Mnie już by coś strzeliło.

Spojrzałam ze zdumieniem. Wzruszył ramionami.

– Widziałem, że panią nosi. I wcale się nie dziwię. Szczerze mówiąc, myślałem już, że go pani zastrzeli.

– A co? Powinnam?

– No, aż tak to może nie. Ale fakt, czasem przydałoby się, żeby ktoś nim porządnie potrząsnął. Otoczeniu byłoby od tego dużo lepiej...

– O co panu chodzi?

– Nic, tak jakoś... – uciekł wzrokiem. – Pani go podejrzewa, prawda? – spytał cicho. – Że on sfingował to wszystko? Tak?

– Powiedzmy – wycedziłam przez zęby, nagle zła z jakiegoś powodu. – Powiedzmy, że tak.

– Mhm. Mhm – pokiwał głową. – Rozumiem. Przyjmuję do wiadomości, w każdym razie.

– Co? Uważa pan, że bezpodstawnie?

Ponowne wzruszenie.

– Cóż. Pewnie ma pani powody, żeby tak uważać. Domyślam się, że tak to musi wyglądać z pani perspektywy. Skoro sam zatrudnił przestępcę... Pewnie dziwnie to wygląda. Do tego tania kamera i ochroniarze z łapanki. Sam bym pewnie podejrzewał będąc na pani miejscu, że coś tu jest nie halo.

Popatrzyłam na niego badawczo. Spodziewałam się raczej, że stanie w obronie ojca i zacznie żarliwie zapewniać o jego niewinności. A tu zdziwko.

Uśmiechnął się przepraszająco.

– Mądry ssak po szkodzie, co? – mruknął. – Wiem. Gdyby tata podchodził do tematu poważnie, to pewnie inaczej by się to wszystko rozegrało. Sto razy mu powtarzałem. Że to się źle skończy. Niestety on jest skąpiradło pierwszej wody, zresztą zawsze był...

– Do czego pan zmierza?

– Mhm, ano do tego, co on tam mówił. Bo on... lekko mija się z prawdą. Nawet bardziej niż lekko. Chciałabym, żeby to pani wiedziała.

– To? To znaczy co?

Westchnął.

– Ojciec... to trochę trudna sprawa. On... się starzeje. Ciężko się z tym pogodzić, ale takie są fakty. On się starzeje, i to brzydko. Co gorsza, on jest trochę megaloman. I pewne rzeczy pamięta inaczej niż były w rzeczywistości. W szczególności tamte czasy. Sto Dni.

Nie skomentowałam.

– Proszę mnie nie zrozumieć źle – ciągnął Peltney. – Ja wiem, jak to brzmi. Ja dobrze wiem, co się działo na mieście, byłem tu, przez cały czas, do końca. Widziałem wszystko. Ale tu, na naszym osiedlu – tu było spokojnie. Nic się nam nie stało. Nikt nam nie powybijał okien, nikt nam nie podłożył ognia, nic z tych rzeczy. Nawet Świętego Franciszka normalnie obchodziliśmy.

– O.

– Mhm, ciężko w to uwierzyć, ale taka jest prawda. Oczywiście ojciec wszystko pamięta inaczej... Tę moją uczelnię, na przykład. Mówił, że mnie zawiesili. Nie zawiesili mnie. To ja wziąłem urlop dziekański. I to jeszcze zanim się zaczęło. Przez pracę w sklepie nie dałem rady dokończyć inżynierki w terminie, i tak bym się bronił rok później, Sto Dni nie miało tu nic do rzeczy... Albo Martensowie. Że wyjechali. No wyjechali; ale oni przecież już wcześniej chcieli wyemigrować. Tak mi mówili. Że chcą na stare lata przenieść się do Europy, bo tam niby opieka lekarska lepsza, czy coś. Ten kolega mamy – no fakt, aresztowali go, ale że pobili, to pierwsze słyszę, ojciec znowu gada głupoty... A ten jego znajomek, ten cały Ferretti... – Borsuk machnął ręką. – Ech... Nie powinienem może tego mówić, ale powiem: to był – przysunął się, zniżył głos – to był śliski typek. Między nami mówiąc. To był śliski typek, umoczony w śliskich interesach. Kręcił się koło ojca, chciał czegoś od niego... A on mu się dawał bajerować. Nie wiem, co ojciec w nim widzieli. Podobno zresztą zginął wcale nieprzypadkowo. Ferretti. Tak słyszałem. Że ktoś wykorzystał okazję i go kropnął. Jak tylko zrobiło się gorąco. I upozorował, że niby ofiara linczu. Za długi, czy za coś. Rozumie pani, osobista wendetta przy okazji chaosu w mieście, nie jedyny to przecież taki przypadek. Nie zasługiwał może na śmierć, ale... myślę, że nie ma co po nim płakać. – Peltney strzepnął popiół. – Przepraszam, że mówię to tak bez ogródek, ale mam już tego wszystkiego po prostu trochę dosyć. – Zaciągnął się dymem. – Nazbierało mi się.

Przez dłuższy czas żadne z nas się nie odezwało.

Kap, kap, kap...

– Czyli... – burknęłam w końcu, patrząc jak woda kotłuje się w studzience kanalizacyjnej. – Czyli mówi pan, że...

– Hmm?

– W kwestii tych Stu Dni, no. To, co pana ojciec mówił... A to, co mówi pan... To jest trochę... Wie pan...

Peltney uśmiechnął się cierpko.

– Trochę mało medialne, co? No pewnie. Jakże to: Sto Dni, drapieżniki, drugie ustawy norymberskie, lincz na śniadanie, pogrom na kolację, noc kryształowa razy sto... Chciałoby się, prawda? Ale nie, nic z tych rzeczy. Ani mnie, ani ojcu, ani matce, nikomu z nas włos z głowy w tym czasie nie spadł, zaręczam. Nic nam się nie stało. Z czego ojciec jest, odnoszę wrażenie, trochę niezadowolony. Taki, o, kompleks kombatanta.

– Tak, tak – pokiwał głową borsuk, widząc moją minę. – Niech pani nie słucha tego, co on gada, bo trochę gada bzdury. Robi z siebie prześladowanego przez cały świat. A kto jak kto, ale on nie ma powodów, żeby się tak zachowywać. Jak tutaj wszyscy stali za nami murem.

– Poważnie?

– Poważnie. Tu, na osiedlu... – Peltney zatoczył w powietrzu krąg dłonią z papierosem. – Wie pani, tu nie mieszka zbyt wielu drapieżników. Może ze trzy rodziny wszystkiego. Ale nas tu znają, znają i szanują. Nie dali nas skrzywdzić. – I dodał: – Sąsiedzi. Grunt to dobrzy sąsiedzi.

Pokiwałam tylko głową.

Nie było mnie w mieście podczas Stu Dni, nie było mi dane zobaczyć na żywo dzieła moich rąk, epidemii narodowej psychozy. O wszystkim dowiadywałam się z neta i z gazet, tych nielicznych, co to tam do nas na wieś docierały. No i od samych drapieżników, które uciekając z miasta zatrzymały się przy naszym kramie; jechały całymi rodzinami, z całym dobytkiem, pytając, którędy na Madagaskar. Wiedzieliśmy, że w mieście źle się dzieje. Wiedzieliśmy o kolejnych wymierzonych w drapieżniki sankcjach, o wprowadzeniu dla nich godziny policyjnej i wydzieleniu stref no-go, o zawieszeniu Habeas Corpus Act, później o zamieszkach i pierwszych ofiarach śmiertelnych, o pobiciach i masowych eksmisjach, wreszcie o linczach i pogromach... Codziennie dowiadywaliśmy się o kolejnych bitych rekordach w nienawiści i barbarzyństwie, o tym, co bliźni jest w stanie wyrządzić bliźniemu. Ale o pewnych rzeczach dowiedziałam się dużo później. Dowiedziałam się, że w całej tej Sodomie, w jaką zamienił się Zwierzogród, znalazło się też całkiem wielu sprawiedliwych. Że między bezmyślnymi zombie byli cisi bohaterowie. Którzy wbrew wszystkiemu zdołali zachować zimną krew i zdrowy rozsądek. I zawstydzili wszystkich. Nie dali się ogłupić, nie przyjęli do wiadomości, że ich sąsiedzi to potwory, przez cały czas twardo stali po ich stronie, a kiedy przyszedł moment próby, kiedy zaczęło się regularne polowanie na czarownice, wzięli ich w obronę i nierzadko narażając własne życie, uratowali im skórę. Słyszało się potem historie o rodzinach, które przyjęły pod swój dach powyrzucane na bruk drapieżniki, o ochotnikach trzymających straż na osiedlach, gdzie drapieżne się uchowały, dostarczających im wodę i żywność, i chroniących je przed gniewem ulicy: o Małej Samopomocy. Ponad połowa z Tysiąca Dwustu Pięćdziesięciorga straciła życie właśnie w wyniku sąsiedzkich samosądów. Gdyby nie oni, liczba ofiar miałaby przynajmniej jedną cyfrę więcej. Sto Dni to były mroczne, parszywe czasy, kiedy powychodziło na wierzch wszystko, co w nas najgorsze. Obnażono dość nieprzyjemną prawdę o kondycji naszej ssaczej natury. Miał rację pewien mój znajomy: tam, głęboko, głęboko, wciąż jesteśmy tylko zwierzętami.

Ale nie wszystkim odwaliło. Nie wszystkim.

– Niemniej sklep – dodał z ponurą miną Peltney – sklep musieliśmy na ten czas zamknąć, tak.

Nie odpowiedziałam. Stałam z rękami wbitymi w kieszenie i bezmyślnie wodziłam wzrokiem po okolicy, trawiąc resztki upokorzenia. Po drugiej stronie ulicy, w drzwiach kawiarenki, stał znudzony jeleń-kelner i przeglądał coś na komórce, kawałek dalej objuczony siatkami pancernik wychodził ze sklepu spożywczego, jakieś dzieciaki skakały przez kałuże... Przedefilował koło nas, chroniąc się pod czarnym parasolem, starszy dzik w jarmułce, Peltney go poznał, ukłonił mu się lekko, ten skinął głową, szalom alejchem, alejchem szalom. Szalom alejchem, pokój z tobą... Silva i Rodriguez wrócili do odpracowywania kosztów przemycenia. Ich szef chyba poczuł, że wypadł z roli, bo znowu zaczął na nich szczekać: Vamos, vamos! Ruszać się! Bo wam, puta madre, pojadę po pensji!

Peltney dopalił papierosa.

– Jeszcze jedna rzecz – mruknął.

– Tak?

Westchnął, uciekł wzrokiem, podrapał się po potylicy. Nie wiedział, jak to powiedzieć.

– No więc... – burknął. – No więc chodzi o tego rysia.

– Co z nim?

– Ja... ja nie wiedziałem, jak to było. Chcę, żeby pani wiedziała. Nie wiedziałem, słowo daję. Myślałem, że tata zatrudnił go normalnie, jak tamtych poprzednich. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że... że... on... No, wie pani. Chciałem pomóc, po prostu.

– Mhm – mruknęłam w roztargnieniu. Pomału mi przechodziło.

– Ja wiem, że to wygląda jak wygląda. Ale... Sama pani rozumie. Skąd mogłem wiedzieć...

– Nie będę panu robiła o to kłopotów.

– Aha. Aha. Rozumiem. Dziękuję.

Chyba właśnie to chciał usłyszeć, bo raptownie zeszło z niego powietrze. Wyluzował się. A ja przeciwnie, nachmurzyłam się jeszcze bardziej. Byłam w kropce. Peltney zaczął coś paplać, coś o swoim ojcu, ale nie słuchałam go. Myślami wróciłam do sceny w sklepie. I do tego, co mi urządził Peltney. Niechętnie; rany wciąż piekły i broczyły strugami krwi. Wiedziałam, że będę to przeżywać długie tygodnie, miesiące nawet... Niemniej usiłowałam zmusić się do myślenia. Borsuk – udawał czy nie? Z tymi ślepakami. Bo grał niewinnego z dużym przekonaniem. Bardzo autentycznie to wyglądało. Byłabym się w stanie nawet na to nabrać. Byłabym – gdybym nie wiedziała, jak to było naprawdę. Zacisnęłam wargi. Kusiło mnie, żeby tam wrócić. Kusiło mnie, żeby wziąć tego zgreda i aresztować. Już nawet nie za to przeklęte odszkodowanie; pal to cześć, przestało mi zależeć. Za to, że usiłował zrobić mnie w jajo. Bardzo nie lubię, jak ktoś usiłuje to robić. Wyobraziłam sobie tę piękną scenę, jak wchodzę z przytupem i rzucam: „Dobra, Peltney, było śmiesznie, a teraz jesteś aresztowany". To byłby idealny finał tej sprawy, i przy okazji zaspokoiłby moją potrzebę odwetu. Nawet fajnie by było, gdyby borsuk stawił trochę oporu, miałabym pretekst do użycia siły, ochoczo bym z niego skorzystała... Ale nie, nie mogłam, nie mogłam tego zrobić, nie miałam dowodu, nie miałam stuprocentowej pewności. Mimo wszystko. Miałam, powiedzmy, dziewięćdziesiąt procent. A to jednak nie sto. A potrzebowałam całkowitej, żelaznej pewności, zanim cokolwiek zrobię. Bo pomylić się nie mam prawa. Wiedziałam, czego potrzebuję: zeznań rysia. Zeznań obciążających Peltneya. Tylko wtedy, tylko gdy Winters wyśpiewa, jak to naprawdę było, będę mogła aresztować go i postawić mu zarzuty z dwa-dziewięć-osiem. Póki co jednak – trzeba się powstrzymać. Ale zrobię to. Przyjdę i dokończę tę sprawę. Tak. Zerknęłam na sklep. Witryna spływała deszczem. Jaguary znosiły z ciężarówki kolejną gablotę. Peltney ciągle coś ględził, coś o ojcu, że on jest dosyć szorstki w obejściu, fakt, ale przecież wychował go porządnie, że on apodyktyczny to był od zawsze, potem mu się pogorszyło, a ten napad to już w ogóle szok, i że najlepiej jak bym porozmawiała z nim jutro, bo dzisiaj to on jest zły na cały świat – aż nie wytrzymałam i przerwałam mu:

– Przyślę mu mojego partnera. – I na odchodnym: – Coś czuję, że przypadną sobie do gustu.

Wróciłam do wozu, wsiadłam, zatrzasnęłam drzwi. Nieregulaminowo wyłączyłam radiostację, po czym rozparłam się na fotelu i odetchnęłam głębiej. Przez dłuższą chwilę nic nie robiłam, siedziałam sobie tylko bezczynnie, napawając się ciszą i samotnością. Potrzebowałam chwili dla siebie. Nie, nie płakałam, to już nie te czasy. Było mi po prostu źle. Siedziałam i gapiłam się melancholijnie na spływające po szybie krople deszczu; padało, ciągle padało, niebo płacze nad głupim królikiem.

Przymknęłam oczy. Przypomniałam sobie wszystko, te parszywe czasy zaraz po Bellwether. Gdy wróciłam do swoich obowiązków i boleśnie przekonałam się, że zwierzogrodzianie bynajmniej nie byli pod wrażeniem moich dokonań. W rzeczy samej to byli na mnie bardzo, ale to bardzo wkurzeni. I bardzo się postarali, żebym to zrozumiała. W mediach rzygano na mnie oskarżeniami i wzywano, by ostrzyć gilotynę i szykować fortepianowe struny – ale to jeszcze pół biedy. Pismaki to i klajster z kości własnych matek by ugotowały, żeby mieć temat, co się nieźle sprzeda. Gorsze było co innego: to, że ulica uważała tak samo. Że to wszystko była moja wina. Że to była moja wina i że powinnam za to odpowiedzieć – co też odczułam na własnej skórze nie raz i nie dwa, gdy stanęłam z obywatelstwem twarzą w twarz. Były oskarżenia, były szyderstwa, były groźby cedzone przez zaciśnięte zęby. I strach. Tak, bali się mnie; przynajmniej niektórzy, widziałam to w ich oczach, w ich mowie ciała. Wiedziałam, o co im chodzi: oto obcowali z kimś, kto jednym, kilkuminutowym wystąpieniem przerobił miasto na coś, czego niezłym przybliżeniem jest Strefa Gazy. Domyślam się, że patrzyli na mnie jak na chodzącą bombę atomową, niepewni, czy przypadkowym słowem nie włączą niechcący kolejnego odliczania. A jak mi się trafiał jakiś drapieżnik – o, to już nie było zmiłuj. Oni świetnie pamiętali, od kogo się to wszystko zaczęło. To ty, mówili, to ty za tym stałaś, chciałaś nas zniszczyć, urządziłaś nam tu T4 Aktion, masz krew Tysiąca Dwustu Pięćdziesięciorga na rękach, gdybym ja rządził tym krajem, to byś z pierdla nie wyszła. Codziennie fundowali mi takie atrakcje. A ja, durna, usiłowałam z nimi dyskutować. Jakaś część mojej osobowości, ta bardziej karna i porządnicka, kazała mi grać w tę grę, kazała mi się tłumaczyć i usprawiedliwiać – i ja dawałam się wciągać w takie pyskówki. Które zawsze przegrywałam. Bo oni nie wygadywali nie wiadomo czego; nie konfabulowali, nie przekręcali faktów. Po prostu podtykali mi pod nos lustro. Mówili, jak było. Rzucali kawałkami z mojego wystąpienia. Cytowali moje własne słowa. I wyliczali, do czego doprowadziłam: twoja wina, twoja wina, twoja bardzo wielka wina. A ja? Cóż mogłam zrobić? Uczciwość nie pozwalała zaprzeczyć, honor nie pozwalał odpuścić. Zostało zacisnąć pięści i opuścić głowę. Niejeden wieczór spędziłam potem w samotności, upokarzając się wspomnieniem awantury, jaką mi urządził jakiś rozgoryczony drapieżnik.

Za pierwszym razem się poryczałam. Tak, dobrze słyszycie – wzięłam i poryczałam się, jak małe dziecko. Z żalu, wściekłości i bezsiły. Za drugim było już lepiej: opędzlowałam wielki kubeł lodów czekoladowych i jakoś dałam radę się nie rozkleić. Potem zmądrzałam. Zrozumiałam to i owo i przyjęłam parę rzeczy do wiadomości. Przede wszystkim to, że czasu się nie cofnie, co bardzo niechętnie zaakceptowałam – że to, co się stało, się nie odstanie, a pewne słowa i wydarzenia zostaną w pamięci już na zawsze... Jak i to, że trzeba będzie z tym bagażem jakoś iść przez życie, cokolwiek się nie będzie działo – banał, ale niejedną bezsenną noc spędziłam na dochodzeniu do takiego wniosku. Ale zhardziałam, już nie dawałam się bić. Do każdej kolejnej konfrontacji podchodziłam schowana za podwójną gardą. Może to i prawda, mówiłam, może i faktycznie nawarzyłam bigosu, ale to jednak ja położyłam temu wszystkiemu kres. Bo to jednak ja aresztowałam Bellwether – drobny niuansik, który jakoś wszystkim uciekł w całym tym galimatiasie. To ja ją aresztowałam, ja doprowadziłam ją przed oblicze sądu, ja przywróciłam w mieście normalność, ja, ja, ja – uczepiłam się tej myśli jak polityk państwowego stołka, i niezmordowanie się jej trzymałam: to była moja przepustka do odkupienia, to moja zbroja i tarcza, talizman do odczyniania złych uroków. Miałam zatem jakąś wymówkę na podorędziu. Odpowiedzialności za to, co się stało, nigdy się nie wypierałam (to znaczy odpowiedzialności moralnej, bo od karnej się jakoś wykręciłam...). Chociaż chyba powinnam mówić tu nie o odpowiedzialności, a o współodpowiedzialności co najwyżej – bo wina nie była tylko po mojej stronie. Nie żeby coś, nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę się tutaj wybielać czy usprawiedliwiać swojej głupoty, bo nie usprawiedliwia mnie nic. Ale korci mnie, żeby zadać jedno, małe pytanie. Mianowicie: jak to się stało, że doszło do tego, do czego doszło? Dlaczego wszyscy mi uwierzyli? Nie byłoby Stu Dni, gdyby mnie nie posłuchano, nie doszłoby do tej katastrofy, gdyby w narodzie tliły się jeszcze jakieś resztki zdrowego rozsądku. A powinny. Zdrowe społeczeństwo różnorakich ekstremistów traktuje podejrzliwie i nieufnie, i wysyła je, zgodnie z nazwą, na margines – moje wystąpienie powinno trafić tam, gdzie lądują brednie o przybyszach z Marsa, o Atlantach, o skuteczności resocjalizacji, czy o tym, że Elvis wciąż żyje, tylko ukrywa się przed fanami. A tymczasem moja gadka nie dość, że nie została obsmarowana od góry do dołu, to jeszcze padła na, jak się okazało, bardzo podatny grunt – a jak to się dalej potoczyło, to już każdy dobrze wie. To społeczeństwo cierpiało na ogromne, niewyobrażalne kompleksy, które tylko czekały, by wybuchnąć. Głupi królik podłożył tylko lont. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: to nie była Bellwether, nie tylko ona – to byliśmy my sami, to była nasza, wspólna wina. To myśmy doprowadzili do tej tragedii, wszyscy po trochu. Bo nie ufaliśmy sobie i się nie szanowaliśmy. Pod maską normalności kryliśmy paniczny lęk przed sobą nawzajem. I dostaliśmy to, na co sobie zasłużyliśmy. Ja wiem, że nie powinnam poruszać tego tematu, nie powinnam się w ogóle odzywać – no ale taka jest przecież prawda. To nie było tak, że za wszystkim stała psychopatyczna owca pichcąca po godzinach śmiercionośne trucizny, nie; ona tylko rozegrała nas przeciwko sobie. To się jej udało, trzeba przyznać. Nastroje w społeczeństwie odczytała na medal... Jak to leciało? „Jedyne, czego trzeba się bać, to własny strach"? Nie, to strachu bliźnich trzeba się obawiać, nie własnego.

I pomyśleć, że byłam z siebie taka dumna. Jaka ja byłam z siebie dumna. Z tego, że mam normalne, zdrowe poglądy. Że w odróżnieniu od moich współplemieńców bynajmniej nie uważam drapieżników za krwiożercze potwory rodem z krainy, gdzie zaległy cienie. Że mam ich za takie same ssaki jak ja, za równych sobie. Ani się ich nie bałam, ani ich nie nienawidziłam, ani nie cierpiałam na kompleks niższości wobec nich – mimo że moje otoczenie bardzo się starało, żeby tak było. Całe życie byłam karmiona uprzedzeniami: drapieżniki to nasi wrogowie, może trochę ucywilizowani ale wciąż wrogowie, odwróć się do nich plecami, a przerobią cię na pasztet. To mądrość kolektywu, wspomnienie po starych dziejach. Niby te czasy, kiedy lataliśmy na golasa po lesie i zjadaliśmy siebie nawzajem już dawno minęły, ale pamięć o nich przetrwała, gdzieś w świadomości gatunku – i taka, nie inna mentalność panuje w króliczych kołchozach: my byliśmy zjadani, oni byli zjadający; to siedzi w nas po dziś dzień, i stąd te wszystkie uprzedzenia, one nie wzięły się z powietrza. Darwin czuwa. To oczywiście absurd, ale tak właśnie postrzegało się świat w Szarakówku. A ja naiwnie wierzyłam, że jestem na cały ten szajs odporna, że mimo wszystko udaje mi się zachować normalność i zdrowy rozsądek; zadowolona z siebie dobra duszyczka, demokratka z dymnej chaty. A tu się okazało, że te wszystkie mądrości wcale się ode mnie nie odbijały, tylko się gdzieś tam akumulowały, z tyłu głowy, w jakimś odstojniku, i gdy nadarzyła się okazja, obudziły się, dały zdrowemu rozsądkowi w dziób i wyrwały się na wolność. Drapieżniki cofają się do swojego krwiożerczego dziedzictwa! To jest część ich natury, to siedzi w ich DNA! Wot, wydumała. Durny królik. Zdradził mnie własny mózg. Zobaczyłam zdziczałego jaguara i puściły mi zawory. Okazało się, że jestem taka sama jak wszyscy: też mam gdzieś w mitochondriach zakodowany lęk przed drapieżnikami, też mi odbija na widok obnażonych kłów. Nie wolno lekceważyć demona przeszłości. On żyje w nas wszystkich. A jak się go wypuści – otrzymujemy zbiorową psychozę, panikę, chaos i tysiąc dwieście pięćdziesiąt nowych grobów na cmentarzu. Potem przez długi, długi czas trzeba lizać rany, a powrót do normalności jest gorzki, przykry i bolesny. Co też odczułam na własnej skórze.

Ale na szczęście wszystko co złe prędzej czy później się kończy, i w tym wypadku nie było inaczej. Media sprały mnie uczciwie, lecz w końcu dały mi spokój. Ot, naturalna kolej rzeczy: inne sprawy znalazły się w centrum uwagi. Chociażby proces Bellwether, przyspieszone wybory, trzęsienie ziemi w państwowych służbach... I przede wszystkim – próby wyjaśnienia, jak to się stało, że, wydawałoby się, cywilizowani, wykształceni i w sumie niegłupi mieszkańcy stolicy kraju pierwszego świata nagle zaczęli się zachowywać jak ciemne, pijane strachem chłopstwo z siedemnastowiecznego Salem, żądne stosów i krwi czarownic. Skowyjce to nie tylko malownicze obrazki przekalkowane do Zwierzogrodu z Bośni, Konga czy Abchazji, nie: ta sprawa ma drugie, trzecie, czwarte i dziesiąte dno, to wszystko trzeba było przemaglować i przedyskutować, i dla głupiego królika brakło już po prostu miejsca. A i zwierzogrodzianie wkrótce mi odpuścili; już nie odpluwali na mój widok, już mogłam zrobić zakupy w sklepie bez ryzyka, że ktoś wyskoczy na mnie z beczką smoły i worem pierza. Najwyraźniej przyjęli do wiadomości, że sprawa jest zbyt skomplikowana i zbyt zniuansowana, by można było zwalić odpowiedzialność za nią na jednego królika, i że może jednak my, społeczeństwo, wcale nie jesteśmy tacy bez winy. Albo też, kto wie, udzielili mi jednak rozgrzeszenia, przyjąwszy łeb Bellwether jako zadośćuczynienie za wyrządzone szkody. Zresztą wkrótce wszystko się uspokoiło; temat wysechł, a życie wróciło do jakiej takiej normy. Czas mijał, przeleciało parę latek, a o mnie w końcu wzięto i zapomniano, jak o wypalonej gwieździe rocka, co zapomniała przedawkować. Drapieżne też w końcu przestały mnie jakoś rozpoznawać – chwała niech będzie społecznej sklerozie. Pewnie, nie wszyscy na nią cierpią, jeszcze do dzisiaj zdarza mi się spotkać jakiegoś narwańca, jeszcze do dzisiaj zdarza mi się oberwać z tego powodu po uszach – niemniej jest to ułamek procenta tego, co było kiedyś; taki okaz jak Peltney już dawno mi się nie trafił. I zapewne trafią mi się jeszcze gorsi; nie łudzę się, że to się kiedyś skończy. Pewnie i na starość będą mi to wytykać, i niejeden fanatyk naszcza mi na grób. I coś czuję, że przyszłe pokolenia, jeśli nadal będą mnie pamiętać, to też będą miały raczej ambiwalentne uczucia... No więc co. Kim była Judy Hopps i jak należy ocenić jej dokonania? Wywołała w mieście chaos. A potem położyła mu kres. Grała w jednej drużynie z Bellwether. Była wspólniczką czy tylko li narzędziem? A co z drapieżnikami? Ślubowała, że będzie ich „protect and serve", a sprowadziła na nie gniew ulicy. To zbrodnia z nienawiści czy z głupoty? Cóż, nieważne, czy historię będą spisywać drapieżniki czy ofiary – jeżeli będę miała pecha trafić do annałów, to nie sądzę, żebym się dorobiła pozytywnej oceny. Taki to już jest los tych, którzy strzelają najpierw do jednej bramki a potem do drugiej. Którzy nie mogą się zdecydować, po której stronie są. Którzy siedzą okrakiem na barykadzie.

Telefon; wróciłam do rzeczywistości. Nie, nie telefon: alarm. Wyłączyłam. Wpół do trzeciej, za pół godziny zebranie u Bogo. Odetchnęłam głębiej, potarłam twarz. Czas wracać, czas wracać. Boże, jak mi się nie chce.

Popatrzyłam na ulicę: ruchu zero, żadnych przechodniów w zasięgu wzroku. Sklep fotograficzny był kilka budynków dalej, widziałam stąd wejście i białą furgonetkę szklarzy; tam też nikogo. Mókł liść, co się zaczepił o wycieraczkę.

Przeciągnęłam się porządnie. Starczy już tej sprawy, starczy na dzisiaj. Fajrant. Nic tu nie zdziałam. Jestem goła i wesoła. Nic Peltneyowi nie udowodnię, przynajmniej nie w tym momencie. Rączki świerzbią, ale trzeba się powstrzymać. Jedyne co można zrobić to odnaleźć tego rysia, odnaleźć go i przycisnąć. Wtedy się okaże, jak to wszystko było. Bo z borsuka nic już więcej nie wycisnę. Może Nick będzie miał więcej szczęścia –

Właśnie, Nick! Prawie zapomniałam o moim lisie. Kiedy to odezwał się po raz ostatni? Ze dwie godziny temu, jak nic. Ciągle jest na tej Saharze, węszy na osiedlu Elizabeth Doe? Niech stamtąd spada, traci tylko czas. Złapałam za telefon i tapnęłam numer.

W zasadzie już wtedy powinnam się zaniepokoić. Kiedy minęło sześć czy siedem sygnałów, zanim odebrał. Już wtedy powinnam wiedzieć, że coś było nie tak.

– Cześć, Karotka! Wybacz, ale jestem trochę zajęty.

– Nick? Wszystko gra? – W tle było słychać jakieś szumy i hałasy.

– Tak, tak. Co tam? Mamy coś nowego?

– Średnio. Powiedz mi... Zaraz, czy ty jesteś teraz w jakimś barze?!

No był w barze, jak nic. Brzęczało szkło, grała stłumiona muzyka. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

– Powiedzmy, że jestem w terenie.

– To ja tu haruję, a ty wyskoczyłeś sobie na piwo – wycedziłam, czując, jak ciśnienie krwi gwałtownie mi wzrasta, a wolna dłoń jakoś tak sama z siebie zaciska się w pięść. Resztki chandry ulotniły się w mgnieniu oka.

– Jakie znowu piwo! Nic nie piłem. W końcu prowadzę śledztwo.

– W knajpie?!

– Daj mi wytłumaczyć. Tylko poczekaj moment, wyjdę stąd, strasznie tu głośno.

Przymknęłam oczy. Zmusiłam mózg, żeby chwilowo przestał mi wyświetlać przed oczami różne mordercze scenariusze z Nickiem w roli głównej. Czekałam, co lis mi powie. Miałam nadzieję, że ma jakieś dobre wyjaśnienie. Jakieś bardzo, bardzo dobre wyjaśnienie. W rodzaju udzielania pierwszej pomocy przy krwotoku z tętnicy szyjnej.

– Dobra – odezwał się. – Zgubiliśmy go, tak? Nic nie mamy. No to wymyśliłem, że zaatakuję od drugiej strony. Po pierwsze – po pierwsze, tego rysia ktoś powinien znać, on mimo wszystko nie wygląda mi na takiego samotnego strzelca. Po drugie, na pewno będzie jakoś próbował upłynnić towar, prawda? A widzisz! Przynajmniej już wiemy, czego szukać. No to, skoro już byłem na Saharze, odwiedziłem parę miejsc. Najpierw uderzyłem...

W mig spoważniałam. Bo zrozumiałam, zrozumiałam, w którą stronę to zmierza.

I bardzo mi się to nie spodobało.

– ...Najpierw uderzyłem do szulerni Archiego, bo skojarzyłem, że tam bywał Johnny Ramelli. A Johnny jest w samochody całkiem niezły, to znaczy był całkiem niezły za moich czasów. Pomyślałem sobie...

– Poczekaj chwilę.

– Daj mi powiedzieć, no. Tak więc pomyślałem sobie, że on może kojarzyć tego rysia. Wiesz, ci, co robią w autach, z reguły dobrze się znają, oni pracują rewirami, pilnują, żeby nie wchodzić sobie w drogę. Byśmy przynajmniej wiedzieli, gdzie go szukać, lepsze to chyba niż gonić za nie wiadomo czym. Ja znam Johnny'ego, w sensie kiedyś znałem, on ma u mnie dług wdzięczności jeszcze za stare dzieje, na pewno by mi pomógł, pytałem Archiego – no ale Archie mi tu powiedział, że on to już wącha kwiatki od spodu, bo niechcący świsnął furę Miedwiedence, wiesz, temu Ukraińcowi, co handluje bronią. Czyli tak sobie.

– Nick, posłuchaj –

– No to pomyślałem sobie, że może wpadnę do Billa Fangforda – to taki mój kumpel z dawnych lat, nie znasz. No więc, w każdym razie Billy jest, uważasz, biznesmenem, jednym z najlepszych na dzielni, zawsze wiedział wszystko o każdej transakcji w podziemiu, wiesz, kto, komu, co, za ile, i tak dalej. Gdyby ktoś usiłował upłynnić skrzynię lewych aparatów, to na pewno by o tym wiedział. Więc pomyślałem, że może uderzę do niego, myślę, że by mi pomógł, swojego czasu dałem mu przecież namiary na paru fajnych klientów – no ale się okazało, że on od niedawna siedzi, bo sąd uznał te jego biznesy za kierowanie grupą przestępczą. Czyli tu też pudło.

– Nick, czy możesz –

– A ty wiesz, kogo spotkałem u Archiego? Danny'ego Sniffera! Ze sto lat się nie widzieliśmy. Już jestem z nim umówiony na brydża. W ogóle to okazało się, że on jest teraz na warunkowym, dopiero co wyszedł i nic nie wiedział, że jestem gliną. Chciał mnie wkręcić w jakiś nowy kant, a ja mu pochwaliłem się odznaką. Ale miał minę! He, he, żałuj, że nie widziałaś!

– Nick...

– Potem poszedłem zasięgnąć języka do „Toksycznej Teściowej", to taki lokal, bardzo fajny, zawsze tu siedzi kupa moich znajomych. Popytałem o rysia, co ciągle mruga i rusza twarzą, ale jakoś nikt o takim nie słyszał. Ale pyknąłem partyjkę bilarda z Przystojnym Pete'em, wiesz, tym od odszkodowań, i on sobie przypomniał, że w Tundrówce jest taki włamywacz, ryś, niejaki Szczerbaty, co kiedyś obrabiał sklepy z elektroniką. Nawet chciałem jechać i to sprawdzić, ale Joe Jaw, ten doliniarz, powiedział, że Szczerbaty to nie mieszka w Tundrówce, tylko w Las Padas, nie napadał na sklepy, tylko na kantory i nie jest rysiem, tylko żbikiem. Pytałem też o tego twojego Snoutona, ale nikt typa nie kojarzy, wszyscy go mylą z tym bejsbolistą. A nawet nie wiedziałem, że Joe też jest fanem Foxów! Już wyciągnął mnie na mecz, w niedzielę Red Fox grają z Yakees w play-offach –

– NIIICK‼!

– Co?

– Co ty odwalasz?!

– No tropię naszego złodzieja, a niby co mam robić?

Raz, dwa, trzy. Głęboki oddech.

– Dobrze. Pozwól, że przetłumaczę z lisiego na nasze: podczas gdy ja prowadziłam śledztwo, ty szlajałeś się po spelunach, spędzałeś czas z różnymi mętami i generalnie świetnie się bawiłeś. Czy tak?

– To chyba nic złego, że ktoś czerpie przyjemność z pracy? I to nie są żadne tam męty, tylko moje źródła!

– Mhm. A teraz przyłóż łapkę do serduszka i powiedz, że siedzisz tam dokładnie tyle, ile wymaga sytuacja i ani minuty dłużej.

– Karotka –

– Nie karotkuj mi tu! Wykorzystujesz sytuację, żeby pogawędzić sobie z jakimiś bandytami na warunkowym!

– Jestem gliniarzem. Muszę mieć swoje źródła, nie?

– Ale, na Boga, nie po to, żeby z nimi grać w bilard!

– Nie wierzę. Zrobisz mi awanturę o ten bilard? Poważnie?

– Nie. O to, że fraternizujesz się z jakimiś szumowinami.

– A jak ty wpadasz w odwiedziny do swojego taty, to ja jakoś nic nie mówię.

Nie od razu załapałam, którego „tatę" miał na myśli. Odruchowo spojrzałam na radiostację.

– Jeszcze raz go tak nazwiesz, to się bardzo, ale to bardzo pogniewamy – powiedziałam powoli. – I zapamiętaj sobie, mój drogi, raz na zawsze, że chodzę tam nie do niego, tylko do jego córki. I wnuczki. I nigdy nie chodzę tam w godzinach pracy.

Nick chyba się połapał, że wchodzi na pole minowe, bo raptownie zmienił kierunek. Być może ocalił tym życie.

– No to co według ciebie miałem robić, skoro śledztwo utknęło?

Sto procent Nicka. Nie udało się? No to trudno, chodźmy się bawić.

– To nie jest argument, żeby robić głupoty. Przyjedź tu do mnie. Musimy poważnie porozmawiać.

– Karotka, czuję, że jestem już bardzo blisko! Mam namiary na takiego jednego faceta. Właśnie gadam z Kociakiem i on mi powiedział –

– Zaraz, z kim? Z Kociakiem? – Chwilowa zwiecha. Gdzieś już dzisiaj słyszałam tę ksywkę. Tylko gdzie?

Po chwili sobie przypomniałam.

– Ach, tak – powiedziałam powoli. – Z Kociakiem. Tym grubym lwem, tak?

– O, to ty go znasz?

– Mhm, powiedzmy, że zaocznie...

Z jakiegoś powodu mój wzrok zaczęły przyciągać różne ciężkie i kanciaste przedmioty, znajdujące się w samochodzie.

– Będąc na służbie, poszedłeś się gapić na gołe baby – powiedziałam, zastanawiając się, czy sąd uznałby zamordowanie lisa szczotką do szyb za zabójstwo w afekcie czy ze szczególnym okrucieństwem.

– Eee? O czym ty mówisz?

– Weź nie rób ze mnie kretynki, co? O tym twoim Kociaku mówię. I o jego klubie.

Na moment zabrakło mu języka w gębie.

– Zaraz, zaraz, pomału, wyjaśnijmy sobie coś. Nie jestem u niego w klubie, tylko w „Teściowej". To dwa różne miejsca.

– Widzę, że jesteś nieźle zorientowany. – Złapałam się na tym, że wolną ręką uderzam rytmicznie o kierownicę.

– Karotka, ja tam nie chodzę. Słowo.

– Mhm. Oczywiście.

– Ty naprawdę myślisz, że ja –

– A my się od wczoraj znamy?

– Za kogo ty mnie masz? Za jakiegoś kanciarza? Jeszcze raz, od nowa: poszedłem do „Teściowej" popytać o naszego rabusia. Przypadkiem spotkałem tu Kociaka. A że wisiał mi przysługę, to wykorzystałem okazję i pociągnąłem go za język. Czysty fuks! Już? Zadowolona?

– I to wcale a wcale nie było tak, że chciałeś sobie pooglądać gołe króliczki i potrzebowałeś pretekstu? – spytałam słodziutko.

– No zaraz mnie coś trafi! Tłumaczę jak komu dobremu, że ja tam nie chodzę. Mam ci to narysować?

– Przysięgniesz?

– Na co tylko zechcesz. Zresztą króliczek u niego nie ma.

– Taak? A skąd wiesz?

Zapadło milczenie. Długie i straszne. Pięć sekund, sześć, siedem, Nick się nie odezwał. Osiem sekund, dziewięć... dziesięć. Po dziesięciu dało się słyszeć coś, co brzmiało jak bardzo cichutkie i nieśmiałe „Emmm". W tym czasie słyszałam tylko rytmiczne „łup" w skroniach – z grubsza dwa razy na sekundę, czyli tętno jakieś sto dwadzieścia, fajowo. A „łup" grzmiało mi zaiste z mocą dzwonu, aż dziw, że słyszałam cokolwiek. Ale to dobrze: bo wtem Nick zaczął gadać. Z początku nieśmiało i z wahaniem, ale gdy zorientował się, że nikt mu nie przerywa, zaraz odzyskał pewność siebie. I w mig się rozkręcił, i jął paplać jak najęty, jak to tylko on umie, i znowu był starym, dobrym sobą, czyli bezczelnym łgarzem i ściemniaczem, takim, jakim był zawsze, i jaki będzie, na wieki wieków, amen. Co dokładnie jednak mówił, nie wiem. Nie słyszałam. Kolejne „łup" zagłuszyły wszystko.

– Oficerze Wilde – powiedziałam.

Na to oficer Wilde się zamknął. Definitywnie i na amen. Odczekałam jeszcze parę chwil, ale się nie odezwał. Zrozumiał, że przeholował.

Bo powiedziałam to Tym Tonem.

Tym Tonem, ostateczną, ultymatywną bronią z mojego kobiecego arsenału, bronią, którą stosuję tylko w sytuacji najwyższej konieczności.

– Oficerze Wilde, chciałabym zamienić z tobą słowo... – ciągnęłam Tym Tonem, spokojnym jak stuletni mistrz Zen medytujący zimowym świtem nad brzegiem górskiego potoku, ale do pikoherca dostrojonym tak, by w lisim uchu wewnętrznym aktywował te nerwowody, które wiodą do najgłębszych struktur pnia mózgu, tam, gdzie mieszczą się ośrodki odpowiedzialne za najprymitywniejsze, najbardziej podstawowe instynkty i emocje, by docierał do nich i ścinał neurony na galaretę. – Zameldujesz się u mnie. I złożysz mi pełny raport ze swojego dzisiejszego dnia służby. W trybie nagłym.

Nie czekałam na odpowiedź. Rozłączyłam się. Przymknęłam powieki – o, wszystko jest na czerwono, jak fajnie! – i zabrałam się za układanie listy tortur, którym go poddam, gdy wpadnie w moje ręce. Co by tu... Hmm... Ćwiartowanie? Gotowanie we wrzącym oleju? A może... hmm... a może łaskotki? Miał okropne, zwłaszcza na żebrach. Związać łotra porządnie i... Mhm, tak, to będzie dobre. Uśmiechnęłam się mściwie pod nosem. Będziesz skamlał, lisie, o litość, a jej nie będzie. Straszliwa, straszliwa będzie pomsta Córy Rodu Króliczego.