Drogę powrotną na komisariat pokonałam w jakimś rekordowym tempie, chyba z raz czy dwa wymuszając pierwszeństwo, co mi się nigdy nie zdarza. Z samej drogi mało co pamiętam, głównie żółte światła na skrzyżowaniach, które mijałam jedno za drugim. Głowę miałam zaprzątniętą innymi sprawami – głównie wyobrażaniem sobie awantury, jaką urządzę Nickowi w niedalekiej przyszłości. Bo chłopak przegiął i to ostro. Nawet nie wiedziałam, od której strony zacząć, tyle tego było. A nie chciałam niczego pominąć, kara musi być sroga i sprawiedliwa, musiałam wszystko przemyśleć w najdrobniejszych szczegółach. Piękna to będzie kłótnia, piękna i wygrana do zera. W przerwach zaś rozpamiętywałam scenę, jaką urządził mi w sklepie Peltney. To mnie podkręcało jeszcze bardziej. Gość dopiekł mi po prostu do żywego. Słowa, które wywarczał mi w pysk, trafiły w bardzo czułe miejsca, i jakoś nie chciały opuścić mojej głowy. Mam tyle materiału, że mogę się poupokarzać do woli... Nagła refleksja: ja to mam, cholera, jakiegoś farta do drapieżników. Całe życie mam z nimi na pieńku. Od zajumanych biletów na Festynie Marchewki przez burmistrzów, dresiarzy i mafiozów po zdziczałych taksówkarzy i Sto Dni masowej psychozy. A teraz jeszcze lis i borsuk – w ciągu dziesięciu minut dwa drapieżniki, niezależnie od siebie, zafundowały mi po miniaturowym epizodzie nerwicowym. Wszystkie moje problemy sprowadzają się właśnie do nich. One chyba faktycznie są jakieś inne. Nawet nie mogłam się zdecydować, który mnie bardziej zdenerwował. Bellwether miała rację: to my, ofiary, jesteśmy cywilizowane, drapieżniki to zło wcielone, świat powinien należeć do nas, dać tym diabłom jakiś Spitsbergen czy Ziemię Baffina i ich tam przesiedlić, i niech sobie tam żyją, wszystkim to wyjdzie na zdrowie. I tak dalej, i tak dalej, ładowałam się złością i samownerwieniem, aż zatrzymałam się na firmowym parkingu. Trochę pomogło. Jazda samochodem zawsze mi pomagała; i gdy trzasnąwszy drzwiami człapałam przez deszcz ku wejściu, czułam się już trochę lepiej. Szłam i uśmiechałam się do wszystkich promiennie, marząc o nuklearnym Holokauście, o atomowych grzybach rozkwitających nad Śródmieściem – i ani się obejrzałam, a już stałam pod drzwiami sali odpraw.

Dopiero wtedy ze mnie zeszło. Wzięłam parę głębszych wdechów, uspokoiłam się, wygładziłam twarz. Zmusiłam się do błyskawicznego opanowania się; umiem to robić na zawołanie, muszę umieć, zawód gliniarza zobowiązuje. A ja muszę wyglądać absolutnie, stuprocentowo profesjonalnie, gdy stanę przed okrutnym obliczem Bogo. I tak moje akcje u komendanta ostatnio nisko stoją. Klasyka.

Zerknęłam na zegarek: za osiem trzecia. Dobra. Miejmy to z głowy. Poprawiłam mundur, wytarłam w mankiet sierść na czubku głowy, zrobiłam jeszcze jeden wdech-wydech – i weszłam do środka.

I od razu się zorientowałam, że lajtowego, biurokratycznego pierdu-pierdu o niczym nie mam się co spodziewać.

Była nas tu zaledwie garstka (oprócz Hunta i Browna był jeszcze Zachary Barks, kojot z Wydziału Osób Zaginionych), ale za to mieliśmy dwóch nieoczekiwanych gości, którzy chyba nie wpadli do nas na popołudniową herbatkę. Pierwszym był grubawy dzik w czarnym swetrze, zmechaconym i poprzecieranym tu i ówdzie: stał przy przy parapecie i patrzył na coś przez okno, zrobiwszy sobie dziurkę w zasłoniętych żaluzjach; nawet nie odwrócił głowy, gdy weszłam. Drugim zaś był jaguar koło czterdziestki, też cywil; stał z ramionami skrzyżowanymi na piersi, oparty plecami o pulpit, zza którego Bogo zwykł ciskać na nas gromy. A sam El Comandante siedział w miejscu dla siebie dość nietypowym, bo koło drzwi po prawej, okrakiem na odwróconym oparciem do przodu krześle. Chyba cała ta sytuacja go trochę upokarzała, bo wyglądał na jeszcze bardziej wkurzonego niż zwykle.

Wyprężyłam się i oddałam najdoskonalszy salut w historii zwierzogrodzkich służb mundurowych.

– Panie komendancie! Sierżant –

– Spocznij, Hopps, i przestań hałasować. Siadaj.

Usiadłam. Czy ja się kiedyś doczekam w tej sali krzesła dostosowanego do mojego karygodnego wzrostu? Wyciągnęłam szyję ponad blat i popatrzyłam po tamtych dwóch gierojach. Nigdy wcześniej ich nie widziałam, a nawet jeśli widziałam, to nie skojarzyłam. Po wyglądzie też jakoś nie mogłam odgadnąć, z kim mam do czynienia. Jaguar był w bluzie z kapturem i bejsbolówce, trochę przypominał trenera uniwersyteckiej drużyny koszykówki, gdyby lecieć stereotypami. Za to dzik, którego sweter chyba nawet u mnie na wsi zostałby uznany za obciachowy i niemodny, mógłby uchodzić za przedstawiciela w zasadzie dowolnej profesji z lewej strony mediany zarobków, od kierowcy ciężarówki po robotnika z huty żeliwa i metali nieżelaznych. Kim oni są? To są tajniacy? Czy jacyś wysłannicy Bullins, komando do specjalnych poruczeń? Nie, to drugie na pewno nie: na to wyglądają stanowczo za inteligentnie. Ci goście, kimkolwiek są, z polityką nie mają nic wspólnego. Czarny scenariusz Hunta się chyba nie sprawdził. I dobrze, bo przyznaję, że wilk napędził mi stracha. Już prawie wyobrażałam sobie, że powita mnie Bullins siedząca na Czarnym Tronie.

Złowiłam spojrzenie Browna. Wskazałam Pana Od Wuefu podbródkiem, ale niedźwiedź tylko wzruszył ramionami – wiedział tyle, co ja.

Najwyraźniej czekaliśmy na kogoś jeszcze, bo nikt nic nie mówił, ani Bogo, ani tamci. Brown odchylił się na krześle i wyciągnął nogi przed siebie; mebel zatrzeszczał złowieszczo. Barks, siedzący obok mnie, jął bębnić palcami po stole, wpatrzony w stojący przed nim na blacie plastikowy kubek z wodą. Hunt wyłowił z kieszeni komórkę; widziałam, jak się nią bawi pod stołem. Jaguar patrzył zebranym w oczy, ale bez agresji, bez bawienia się w pojedynek spojrzeń. Bogo, przeciwnie, wodził po nas wzrokiem, jakim szeryf z westernu wodzi po zgrai oprychów tuż przed podwyższeniem im poziomu ołowiu w krwiobiegach. Dzik z uporem maniaka wypatrywał pierwszej gwiazdki, nie przejmując się tym, że niebo jest zapchane nimbostratusami. Sala odpraw zamieniła się w poczekalnię gabinetu dentystycznego. Ja również pozwoliłam sobie odetchnąć. Poluzowałam trochę kołnierz i wzięłam parę głębszych oddechów, spokojnych i powolnych; czułam z wielką ulgą, jak ciśnienie wraca mi do normy. W pewnym momencie zorientowałam się, że jaguar się na mnie gapi. Odpowiedziałam mu uśmiechem, naturalnym i szczerym; odwrócił wzrok. Wyłowiłam z kieszeni chusteczkę i dyskretnie osuszyłam sierść na karku i uszach. Teraz było dobrze. Bez spiny, na luzie i w absolutnym spokoju oczekiwałam na katastrofę.

Było pięć po, gdy do sali wpadł zziajany Rhinehart, nosorożec z Przestępczości Zorganizowanej.

– Siadać! – warknął Bogo.

I nastąpiło małe przemeblowanie. Rhinehart przeszedł przez salę i zajął miejsce, wzbudzając drobne drgania podłoża i wywołując fale stojące w kubku Barksa. Dzik oderwał się od okna i zainteresował się tym, co działo się po tej stronie Syriusza. Jaguar westchnął i stanął jak trzeba; Bogo też podniósł z siedzenia cztery litery.

– Panie komisarzu... Wszyscy siadać na dupach, do jasnej cholery! Nie jesteśmy na defiladzie...

Bogo ma czytelną i oczywistą mowę ciała. Zazwyczaj śle tą drogą komunikaty: „Jestem nie w humorze", „Jestem poirytowany" i „Jestem zły" (przy czym „Jestem zły" przeważa). Z nastroju wodza odczytujemy aktualny stan sytuacji na froncie: im gorszy ma humor, tym gorzej dla nas. Tym jednak razem, sądząc po jego minie, sprawy miały się fatalnie albo i jeszcze gorzej. Wymienił tamtym nasze nazwiska i stopnie – wszyscy, oprócz mnie, porucznicy – po czym zwrócił się ku nam i zaanonsował:

– Komisarz Charles Jaggary, komisarz John Mason Hoover, Wewnętrzne Biuro Śledcze.

– Maynard. – Dzik wzniósł wzrok ku sufitowi. – John Maynard –

– Dobra, słuchajcie! – zawarczał Bogo do nas. – Nie obchodzi mnie, z jakich sekcji jesteście, pod kim pracujecie, ani co teraz robicie. Wszystko rzucacie w diabły. Rozgrzebane sprawy odłóżcie na potem albo wciśnijcie komuś innemu, komu tam sobie chcecie. Macie teraz inne zadania. Od chwili obecnej wchodzicie w skład... grupy śledczej. Tak, grupy śledczej. Mhm. Waszym przełożonym będzie komisarz Jaggary...

A więc jednak tajniacy. Przynajmniej nie chodzi o Bullins, tyle dobrego. Nie wyglądało też, żeby ktoś tu składał ofiary z królików. Grupa śledcza... Czy to znaczy, że nas przenoszą? Czy nie? Spojrzałam na Hunta, chcąc nawiązać jakiś kontakt wzrokowy, ale wilk nie odwrócił się.

– ...Oczywiście nie oznacza to, Hopps, czy możesz skupić się na moment, z łaski swojej? Nie oznacza to, że jesteście na urlopach. Macie robotę do zrobienia. A gdy się z nią ogarniecie, wracacie do swoich obowiązków. Zrozumiano? – I do Jaggary'ego: – W pańskie ręce. Życzę sobie zwrotu w stanie nienaruszonym. I w miarę możliwości jak najprędzej.

Jaguar skinął głową, podziękował i wyciągnął ku Bogo dłoń, ale nie doczekał się uścisku. Bawół zignorował go i z gracją buldożera ruszył ku wyjściu, wywołując trzęsienie ziemi na Filipinach i fale tsunami na południowym Pacyfiku. Gdy trzasnęły drzwi, kubatura sali momentalnie powiększyła się o kilkanaście metrów sześciennych. Wszyscy odetchnęliśmy głębiej. No tak, nie dość że na komendzie kołomyja na piętnaście fajerek, to jeszcze przez jakąś tam grupę śledczą stracił pięć par rąk do pracy – nic dziwnego, że facet jest wnerwiony jak sto pięćdziesiąt.

– Może to tak nie wygląda, ale tak naprawdę to my się lubimy – mruknął Jaggary. – Tylko sytuacja jest nie za ciekawa... – Zerknął na zegarek. – Dobrrra, zacznijmy wreszcie. Sierżancie, światło.

Oho, już dostałam awans na „Przynieś-podaj-pozamiataj" i przy okazji pierwsze bojowe zadanie, w sam raz na mój poziom intelektualny. Poczłapałam do drzwi. Pstryk! – i utopiłam salę w półmroku. Niby po trzeciej, a ciemno jakby to był już wieczór, to pewnie przez tę pogodę rodem z Las Padas. W międzyczasie Hoover wyjął laptopa i odpalił wyczarowany nie wiedzieć kiedy i skąd rzutnik. Nie mieliśmy tu ekranu, więc prostokąt białego światła przyszło mu wycelować po prostu w ciemnozieloną tablicę, taką jak w szkole. Obciach na maksa; tyle dobrego, że była starta.

– Jesteśmy ładnych parę godzin w plecy, a roboty jest po dach, więc będę się streszczał – podjął Jaggary, gdy wróciłam na miejsce. – Na początek info: to, o czym będziemy tutaj rozmawiać, zostaje między nami. Wszystko jest top secret przez poufne i tak dalej. Nie chcę tu żadnych przecieków. Rozumiemy się? Super. Jedziemy. J.M., czyń honory.

Hoover stuknął w klawisze i oto na tablicę wskoczył pierwszy slajd. Powyjmowaliśmy notesy i telefony. Jaggary jechał dalej:

– Panie i panowie, mam zaszczyt przedstawić gwiazdę dzisiejszego programu. Douglas Coone. Być może mieliście już nieprzyjemność go poznać...

Ze slajdu straszyły dwie fotki przedstawiające zakazaną gębę jakiegoś szopa, pobliźnioną i pokancerowaną, jakby jej posiadacz zaliczył był kiedyś bliskie spotkanie trzeciego stopnia z pędzącą na wyprzedaż drużyną rugby. Pomarańczowe wdzianko, ostatni krzyk mody z letniej kolekcji Clawshank, leżało na nim wprost wspaniale. I prawidłowo, już za samo posiadanie takiej mordy powinny być przynajmniej dwa lata. W dodatku facet krzywił się, jakby cierpiał na szczękościsk i przewlekłe bóle klasterowe. A może po prostu spojrzał w lustro...?

– ...Urodzony w siedemdziesiątym siódmym, ojciec hydraulik, matka sprzątaczka. Szkołę rzucił w wieku piętnastu lat, uciekł z domu, z poprawczaka zresztą też. Zainteresowania: kradzieże w sklepach, wąchanie kleju, bójki w barach. Wkręcił się w dilerkę, głównie meta i crack. W dwa tysiące piątym skazany za morderstwo dilera z Sawanny. Zapytany przez sędziego, dlaczego to zrobił, odpowiedział: „Skurwiel wlazł na mój rewir, wysoki sądzie". Dostał piętnaście lat, odsiedział, wyszedł. Jak można się było spodziewać, w więzieniu nie dość, że nie wygrzeczniał, to jeszcze wzbogacił się o nowe kontakty. Jakiś czas po wyjściu zmontował własną grupę i najwyraźniej wyczuł koniunkturę, bo przerzucił się na niebieskie.

...O tym, że w mieście pojawił się nowy gracz, zorientowano się jakieś trzy miesiące temu. Najpierw zaobserwowano drobne anomalie na rynku narkotykowym. Dość subtelne. W Las Padas – i tylko tam – pojawiło się trochę więcej towaru, niż by to wynikało z ruchów aktualnie trzymanych pod lupą gangów skowyjarzy. Jednego klienta udało się zlokalizować i przyskrzynić, a towar zarekwirować. Przechwycone niebieskie poddano profilowaniu chemicznemu i na podstawie analizy zawartych w próbkach śmieci, czyli śladów po katalizatorach, rozcieńczalnikach i reszcie tego tam używanego przy produkcji szajsu, ustalono, że nie pochodziły one z żadnego znanego nam laboratorium. W końcu stało się jasne: w Las Padas pojawiła się całkowicie nowa grupa, a na jej czele stał, jak się później okazało, Douglas Coone.

– Jaka jest jakość tego towaru, sir? – spytał Barks. – W porównaniu z wyrobami innych skowyjarzy?

– Eee... Miejska średnia, można powiedzieć. Ani in plus, ani in minus.

– A cena?

– A co, chcesz kupić trochę? – spytał Rhinehart. Kojot uśmiechnął się i pokazał mu faka.

– Panowie, do cholery... Jaka cena? Taka jak wszędzie. A ile dokładnie, to przyznam się, że nawet nie wiem. J.M., kojarzysz, po ile to teraz niebieskie chodzi?

– Jakoś po stówie za działkę – mruknął Hoover. – Piguły oczywiście. Takie do ładowania w kanał trochę tańsze.

– No więc sami widzicie. Nie mamy tu do czynienia z nie wiadomo czym, ot, jeszcze jeden gang, który trzeba rozpracować, zaaresztować i doprowadzić przed sąd. Przynajmniej tak się wydawało te trzy miesiące temu... Ale, ale, nie uprzedzajmy faktów. Tak czy inaczej, do rozpracowania bandy Coone'a Wydział Narkotykowy wydzielił osobny zespół, z początku było to dziewięciu, potem czternastu funkcjonariuszy. Dowodził komisarz Michael Goates...

Michael Goates! Znałam go, to ten koziorożec, przełożony Bearnesa. A więc to ma coś wspólnego z tą sprawą. To już coś. Dobrze wiedzieć. I dobrze też wiedzieć, ilu tam ich naprawdę pracowało. Czternastu chłopa. Ja cię! Toż to wielka chmara gliniarstwa! Mrowie a mrowie, imię ich Legion, cholera. Hmm... Fakt, Bearnes coś tam żartował, że pracuje teraz w Strefie 51, ale że aż tylu ich tam, to nie wspominał...

– ...Szczegóły operacyjne śledztwa chwilowo pozwolę sobie pominąć. Oczywiście jeszcze do nich wrócimy, bo to nieuniknione, ale nie spodziewajcie się za wiele. Goates mało co zdołał ustalić. Nic konkretnego, w każdym razie. Coone'a na gorącym uczynku przyłapać mu się nie udało. Żadnych dowodów, nic, co moglibyśmy sprzedać w sądzie. Głównie pogłoski: ten powiedział mu to, tamten powiedział mu tamto... No, nie ma tego za dużo. Za to, co mówi ulica, nikogo się nie przymknie. Wprawdzie to, że to Coone za tym stoi, wydaje się dość pewne – ale dowodów jakoś nie można zebrać... Co zatem mamy? Mamy listę, listę członków jego bandy, to znaczy tych, których o to podejrzewamy. Znowu: przypuszczenia i spekulacje, dowodów niet. Ale przelecimy to, raz-dwa. Powinniście wiedzieć, z kim mamy do czynienia. Więc, póki co, takie krótkie who is who na gospodarstwie Coone'a.

Hoover zaatakował nas kolejnymi zdjęciami, tym razemprzedstawiającymi jakiegoś bawołu w pięknym, pomarańczowym mundurku. Czyżby Bogo miał Złego Brata Bliźniaka? Bo wyraz twarzy, kojarzący się z jakimś wyjątkowo ciężkim i bolesnym przypadkiem zatwardzenia, obaj mieli ten sam. Jaggary kontynuował:

– Numer dwa na liście, Fernando del Toro. Meks z pochodzenia. Coone'a poznał zapewne w pierdlu, a przynajmniej nic nie wskazuje na to, żeby znali się wcześniej. Odsiadywał wyrok ośmiu lat...

Wszystko to było bardzo ciekawe, ale nie mogłam jakoś odgadnąć, do czego facet zmierza. Grupa śledcza... śledząca co? Chodzi o tę nocną strzelaninę w Las Padas, tę, w której postrzelono Tigburne'a? Tę, do której doszło, bo ktoś zgubił laptopa z tajnymi materiałami? Ale skoro zespół Goatesa został już przydzielony do sprawy tych skowyjarzy, to po co tu jeszcze my? Mamy dublować ich śledztwo? Dlaczego jest nas tu tylko piątka i to z kilku różnych sekcji? Dlaczego nie ma tu nikogo od Oxwalda, skoro chodzi o narkotyki? I po co tu jeszcze Biuro Śledcze? Jaśniej, panie komisarzu!

Popatrzyłam po reszcie: spokojne, skupione twarze. Jeśli też byli zdezorientowani, to nieźle się z tym kryli.

Nagle – ping! w kieszeni. SMS. Wyjęłam telefon.

Nick: „Gniewasz się? :(".

Westchnęłam i z miną męczennika uniosłam wzrok na sufit, jakby spodziewając się, że gdzieś tam, na popękanym i obesranym przez muchy cekolu, nagle pojawi się jakaś wskazówka od Najwyższego. Ale znałam Jego odpowiedź: „Sama se wymyśliłaś, kochana, że się zwiążesz z lisem, nikt cię tam bagnetem nie popychał. Nawet nie waż mi się tu narzekać".

Popatrzyłam jeszcze raz na telefon. Odpisać?

– Gdybyś chciał się pozbyć zwłok, to jak byś to zrobił? – mruknęłam ponuro do Barksa.

– Hmm? Co?

Złowiłam spojrzenie Jaggary'ego, pokazałam telefon, a na drugiej dłoni wyprostowane trzy palce i jeszcze dołożyłam do tego Uśmiech Numer Pięć. Jaguar skinął głową, nie przerywając wykładu. Łebski chłopak, ten Jaggary.

Wyszłam na korytarz i oddzwoniłam.

– Jak ja mam ciebie czasem dosyć, to sobie nawet nie zdajesz sprawy.

– Mhm. Bardzo mam przerąbane?

Znałam ten głos: to Nick Skruszony.

– Jak to szło? „My, lisy, mamy swoje sposoby"? Puścić cię gdzieś samego to jakby pójść na strzelaninę z nożem. Ty oszukiwałeś na testach psychologicznych?

– A tak w skali od zera do dziesięciu?

– Nick, ja się nie gniewam.

– A jednak.

– No dobra, może trochę.

– Chodzi o tego Kociaka, prawda? O te gołe baby?

– Nie.

– Wiesz, Judy, nawet taki matoł jak ja umie trochę czytać między wierszami.

– A ja ci mówię, że się mylisz.

Naprawdę nie o te gołe baby mi chodziło, to była tylko kropka nad i. To tym swoim tournée po melinach i mordowniach tak wyprowadził mnie z równowagi.

Nick miał jednak przygotowany scenariusz i postanowił się go trzymać.

– Dobra, przyznaję się: chodziłem tam kiedyś. Załatwiłaś mnie. Nie chwaliłem się tym, bo i po co. Byłem samotny, no co tu dużo gadać. Ale tylko sobie oglądałem, nic więcej, przysięgam! Poza tym to było sto lat temu, jeszcze zanim się poznaliśmy, teraz już tam nie chodzę, wyporządniałem i jestem już grzeczny, a w ogóle to wina Feńka, bo to on mnie tam wkręcił. Ale z tym, że teraz wpadłem na Kociaka w „Teściowej", to ja mówiłem prawdę, słowo harcerza!... – i tak dalej, i tak dalej.

Westchnęłam głęboko. Słuchałam tego ble ble ble i tylko kiwałam z politowaniem głową. Już mi przeszło, już ochłonęłam i się uspokoiłam, zresztą zawsze mi szybko przechodzi, nie umiem się na niego długo gniewać. Poza tym powiedział „Judy", nie „Karotka". Naprawdę się przejął. Znęcać się nad nim teraz – to jakby małe dziecko sprać. Pozwoliłam mu się jeszcze trochę pokajać, aż w końcu zlitowałam się i mu przerwałam:

– Powiedz mi... czy wszystkie lisy są takie beznadziejne, czy tylko ty?

– Eee... Myślę, że jestem z grubsza pośrodku. Dolnej połowy.

– Czyli mogłam trafić jeszcze gorzej? Nie strasz mnie.

– Może i tak. Ale za to trafiłaś na jedynego lisa w swoim rodzaju. – Tego Nicka też znałam; już wiedział, cwaniak, że mu się upiekło. – I chyba coś w nim widzisz, skoro wciąż z nim jesteś, co?

– Czasem sama się dziwię.

– Przynajmniej nie możesz narzekać na nudę. Słuchaj, jakoś nie mogę się nauczyć: ty wolisz róże czy tulipany?

– Nick, nie wygłu... tulipany. Cynobrowe. Z lekko karminowymi akcentami.

– Eee?

– Czerwone.

– Okay. Myślisz, że gdybym kupił ich cały wagon, to jest szansa, że mi zapomnisz tego Kociaka?

– Nick, nie chodzi mi o Kociaka. Naprawdę.

– Hę? – zgłupiał. – A o co?

– O tych twoich kumpli. O to, że wciąż zadajesz się z kryminalistami.

– No cóż, jestem policjantem, nie? To mój zawód.

– Otóż to. Jesteś policjantem. A to są bandyci. Masz to? To teraz rusz głową i dodaj dwa do dwóch. Coś ci świta?

– Znaczy: co? Mam pójść i wsadzić ich wszystkich do paki? Archiego, Joego –

– Dobrze wiesz, że nie! – zirytowałam się. – Przestań manipulować!

– Więc? O co chodzi?

– O ciebie, głupolu. Martwię się. Zastanawiałeś się, co będzie, jak oni wszyscy się dowiedzą, że zmieniłeś front? Przecież rozszarpią cię na kawałki.

– Daj spokój, wszyscy wiedzą i to od dawna. I jeszcze mnie jakoś nie rozszarpali. Niepotrzebnie panikujesz.

– Nie dobijaj mnie nawet – jęknęłam. – Ty często tak?

– Często co?

– Czy często chodzisz grać w bilard z jakimiś szumowinami? Jakoś nie zauważyłam. Myślałam, że odciąłeś się od półświatka już na dobre...

– No bo się odciąłem! Powaga! Teraz jestem po tej lepszej stronie prawa. Z tamtym towarzystwem już się nie zadaję. A nie zadaję się, bo... postanowiłem poświęcić czas pewnej pięknej kobiecie. Przeszłość oddzieliłem grubą kreską! – zamilkł na moment. – No, może z raz mi się zdarzyło. Albo dwa. Ewentualnie dziesięć. No, na pewno nie więcej niż trzydzieści, no.

Zgrzytnęłam zębami. Dobrze się krył, skubany.

Wychować Nicka i go ucywilizować to wcale nie jest taka prosta sprawa, jak się okazuje. Ja wiedziałam, że on ma nieco szemraną przeszłość, wiedziałam, że ta jego przeszłość będzie czasem wypływać i dawać o sobie znać, byłam przygotowana na kłopoty wiążąc się z nim. Wprawdzie póki co na szczęście żadne większe kłopoty z tego nie wyniknęły, żadna Nemezis nie przyszła dać nam w dziób i żaden Cień Przeszłości nie zaćmił światła dnia – niemniej wciąć się boję, że pewnego dnia to się stanie. A gdy się stanie – będzie bolało.

Temat starych znajomości Nicka to temat przykry i drażliwy, bardzo obszerny, a co gorsza niestety nigdy tak naprawdę przez nas nie przewałkowany, i pewnie dlatego raz po raz wracający. Nie przewałkowany mimo moich najszczerszych chęci – za każdym razem, kiedy próbowałam trochę podrążyć Nickowi w życiorysie, napotykałam na opór. Lis na jakiekolwiek pytania o przeszłość reagował jak Kościół na pedofilię, czyli chował w głowę w piasek: a to mnie zbywał, a to obracał to w żart, a to zmieniał temat na jakiś bezpieczniejszy – potrafił odpalić cały arsenał mechanizmów obronnych. Działał zgodnie z fizyką kostki mydła: im mocniej ściskasz, tym mocniej się wyślizguje. On najzwyczajniej w świecie nie chciał o tym gadać. Widać było, że sam jeszcze tego tematu nie przerobił i ciągle się z nim zmagał – to było jasne i nawet takie opóźnione behawioralnie babsko jak ja by wyczuło, że to subtelna aluzja, żeby zostawić ten temat w spokoju. Oczywiście to nic innego, jak tylko prymitywna ucieczka, no ale co ja poradzę? Każdy ma prawo do tajemnicy. A skoro on nie chce o tym mówić, to... cóż, nie mam innego wyjścia, jak to uszanować. Co też, po którejś nieudanej próbie, niechętnie uczyniłam. Niechętnie – bo naprawdę chciałabym wiedzieć, co on tam ma w CV. Nie, nie ze wścibstwa. Z troski. Martwiłam się o niego, po prostu. Nie wiedziałam, jaka jest skala zagrożenia, nie mogłam ocenić, czy się bać, czy nie. Jego stare znajomości były dla mnie jedną wielką niewiadomą. Nie wiedziałam o nich nic. Ale obawiałam się najgorszego.

Bo jedno było pewne: wraz z jego przejściem do firmy one wszystkie zupdate'owały się na: „To skomplikowane".

To skomplikowane. Tak. Dobre określenie – to wiedziałam, to i niewiele więcej. Wiem, że jeden był tylko weteran ze Starej Gwardii, który wciąż się z nim kumplował, Feniek – ale z tym akurat problemu nie mam, Feńka znam, Feniek jest prawilny, i to, że od czasu do czasu obaj pójdą sobie do pubu poodprawiać różne tam samcze rytuały, to mi to w żaden sposób nie przeszkadza. Wiem też, że paru jego starych znajomków awansowało na źródła – czasami zniżamy się do pójścia do nich po informacje. Na jakiej jednak zasadzie oni wciąż pozostają mu lojalni, nie wiem, nigdy nie mogłam dojść. Czy on ma na nich jakieś haki i używa ich przeciwko nim? Wydaje mi się, że nie; haki w takim układzie to broń obosieczna, kto jak kto, ale on powinien zdawać sobie z tego sprawę. Więc musi to robić jakoś inaczej. Whatever. Zawsze jednak wyobrażałam sobie, że ta relacja, jaką z nimi ma, jakkolwiek by nie wyglądała, jest czysto zawodowa. Bo nie posądzam tych jego źródeł o czerpanie przyjemności z zadawania się z policjantem, choćby i najsympatyczniejszym na świecie. I jego samego też nie posądzam o chęć zadawania się z nimi, po tym, jak zmienił front. A tu się okazuje, że wystarczy spuścić Nicka na moment z oczu, a on zaczyna się z nimi bawić, jak gdyby nigdy nic. Jakby nic się nie zmieniło – jakby to wciąż byli jego przyjaciele. A to mi się bardzo nie podobało.

Bo to już nie byli jego przyjaciele.

Czasami usiłowałam to sobie wyobrazić. To jego dawne środowisko. W którym dorastał, w którym żył... Za każdym razem wizualizowała mi się zbieranina ciężko toksyczna, patologiczna na wskroś, przy tym pstrokata i kolorowa, a liczna na tyle, że mogąca stanowić odrębną grupę etniczną. Naciągacze i oszuści, złodziejaszki i kieszonkowcy, kanciarze, włamywacze, szulerzy, dilerzy, paserzy i inni. Zwierzogrodzki półświatek – to było jego naturalne środowisko. Znał ich wszystkich, żył między nimi. Wiedział, kto w czym siedzi, kto z kim kręci, kto na czym robi kasę, do kogo uderzać, żeby to i tamto załatwić. Żył między nimi, znał ich tajemnice – i nagle zmienił barwy na niebieskie. I co? Przyjęli to do wiadomości, tak, o, bez problemów? Przeszli nad tym do porządku dziennego, jak gdyby nigdy nic? Ja myślę, że raczej niespecjalnie im się to spodobało. Bo teraz to, co Nick o nich wiedział, mogłoby zostać użyte przeciwko nim. I oni świetnie musieli zdawać sobie z tego sprawę. Jaka była ich reakcja na to? Na pewno ten i ów obawiał się o swoją skórę. Na pewno ten i ów myślał, czy by czegoś w tej sprawie nie przedsięwziąć. W grę wchodził bejsbol i ciemny zaułek czy wynajęcie cyngla również? Czasami, w przypływie durnego humoru, wyobrażam sobie ich wszystkich zebranych tłumnie na XXXIV Walnym Zgromadzeniu Półświatka, w jakiejś parszywej, zadymionej spelunie, z porządkiem obrad przybitym nożem do ściany, dyskutujących: „Punkt pierwszy, sprawa Nicka Wilde'a – co z tym robimy, panowie delegaci?". Żarty żartami, ale część na pewno myślała w ten sposób. Czy by nie zagwarantować sobie jego milczenia za wszelką cenę. Zresztą nawet jeśli nie – w tych kręgach pewnych rzeczy się po prostu nie wybacza, i tyle. Nie ma bata: on musi, po prostu musi mieć masę wrogów ze starego środowiska, nie ma innej możliwości. I nie wierzę, żeby nie zdawał sobie z tego sprawy. Ilu odważy się posunąć do napaści na policjanta?

Tak, wiem, oboje jesteśmy gliniarzami. Tak, narażanie życia to nasz zawód. Ale, na litość boską, nie jest to przecież argument, żeby je narażać bez potrzeby. Ja zupełnie serio się boję, że Nick z takim podejściem wkrótce dorobi się własnej gwiazdki na firmowej Ścianie Pamięci, a znając tę jego ocierającą się o głupotę beztroską bezmyślność – że stanie się to raczej wcześniej niż później.

Nie można być gliniarzem tylko w połowie. Nie da się stać jedną nogą w półświatku, a drugą w policji. Nie da się siedzieć okrakiem na barykadzie.

– Pewnego dnia któryś z tych twoich kumpli wsadzi ci nóż między żebra. Albo rozkwasi ci głowę prętem zbrojeniowym.

– Eee, przesadzasz. Aż takich znajomości to ja nie mam. Zresztą jakoś przeżyłem na ulicy przez cały ten czas, nie? Wiem, co można, i wiem, czego nie można.

– Wtedy byłeś jednym z nich. Teraz już nie jesteś. Myślisz, że się pogodzili z twoją przemianą?

– Jakoś to przełknęli. Nie zabiją mnie przecież za to.

– Na nagrobku będziesz miał wyryte: „Tutaj leży głupi lis Nicky, który nie dowierzał, że ma wrogów". Podoba ci się?

– Ty naprawdę w to wierzysz? Że ja obracam się wśród seryjnych morderców? Że ja chodzę na piwo, nie wiem – z Zodiakiem, z Alem Catone? Poważnie?

– A to tylko oni mają licencję na zabijanie? Taki na przykład... Jak mu tam było? Weaselton. Przecież facet się odgrażał, że puści ci chałupę z dymem. To psychol.

– Weaselton? Proszę cię! Weaselton jest tchórz i mięczak. To już moja stara ma większe jaja niż on. – I dodał: – Nic się nie bój, Karotka, nic mi się nie stanie. Umrę w twoich ramionach. Za pięćdziesiąt lat. Obiecuję ci to.

Taka to jest z nim rozmowa: „Nic się nie bój, Karotka!". Nic się nie bój, nic się nie martw, wszystko będzie dobrze, niczym się nie przejmuj. I tak całe życie. Beztroska Nicka bywa czarująca i seksowna, nie ukrywam, ale coś też czuję, że przez nią przedwcześnie posiwieję. Całe szczęście, że go kocham, bo bym go musiała zabić.

Nagle poczułam, że jestem strasznie zmęczona. A do fajrantu jeszcze trochę.

– Dobrze, pokłócimy się potem – mruknęłam, patrząc na zegarek. – Wracając do naszej sprawy. No więc, pogrzebałam trochę w bazie danych i powiedzmy, że znalazłam paru gości, którzy by pasowali do rysopisu. Pasują tak sobie, szczerze powiedziawszy, no ale skoro tak się palisz do działania, to sprawdzisz jedną figurę. Albo dwie. Okay?

– No, teraz to jest rozmowa! Trzeba było od razu. Co twój ulubiony lis może dla ciebie zrobić?

– Masz tam coś do pisania?

Otworzyłam notes na swoich przedobiadowych wypocinach. Miałam tam tę moją Listę Czterech, moich kandydatów na Jima. Panowie: Felix, Hisskey, Lynch i Tailey. Nie wierzyłam, żeby to był któryś z nich, ale i tak trzeba ich będzie sprawdzić, choćby dla proformy, przecież od czegoś trzeba zacząć. Już zastanawiałam się, który adres podać Nickowi, do którego mu będzie najbliżej – ale coś mnie tknęło i zmieniłam zdanie. Przerzuciłam stronę. I przedyktowałam mu dane Leigha Blynxa i Tony'ego Snoutona – tych dwóch geniuszy, co napadli na monopolowy w kartonowych pudłach na głowach. Wynotowałam je sobie wtedy, w akcie desperacji. Nie wiem, dlaczego. Przeczucie.

– Dobra, mam – powiedział Nick. – Jadę. Coś mi jednak podpowiada, że nasz przyjemniaczek raczej nie będzie czekał w dużym pokoju z herbatą i ciastkami.

– Otóż to. Jeżeli nie zastaniesz Blynxa na kwadracie, szoruj do Snoutona i postaraj się coś z niego wycisnąć. Tylko uważaj na nich, to troglodyci.

– Jasna sprawa. Przyniosę ci ich łby nabite na pikę.

– Ale pamiętaj, że nie mamy dowodów, że to faktycznie Blynx! To tylko strzał, nic więcej. I że nie wiemy, jaką rolę odegrał w tym wszystkim Snouton, jeśli jakąś w ogóle. Oczywiście zakładając, że to o tego Snoutona chodzi...

– Pamiętam, pamiętam. Działam.

– Nick. Jeszcze jedno.

– Hm?

– Nie jedź sam. Weź kogoś.

Pauza. To mu się nie spodobało.

– No tak, ktoś musi mnie pilnować...

– Obaj zarobili po piątaku za napad – powiedziałam spokojnie. – To jaskiniowcy. Nie chcę, żeby coś ci się stało. Weź kogoś ze sobą, na pewno znajdzie się ktoś, kto nie ma chwilowo nic do roboty. Albo kogoś z patrolu.

– A jak się nie znajdzie?

– Podobno wy, lisy, macie swoje sposoby, czyż nie?

– Karotka –

– Nie odpuszczę. Obiecaj mi, że nie pojedziesz tam samemu.

To był śliski moment i trochę się obawiałam, czy Nick się posłucha, a strasznie nie chciałam tego załatwiać z pozycji starszego stopniem. Ja wiedziałam, o co mu chodzi: o honor, męską dumę i te inne głupoty, na punkcie których faceci mają fioła. A Nick to delikatne stworzenie, czułe na tym punkcie. Łatwo niechcący wyrządzić mu krzywdę. Nadto jest on, było nie było, drapieżnikiem, jego psychika jest skonstruowana nieco inaczej niż moja: on patrzy na świat w kategoriach zdobywania i bycia zdobywanym, bycia nad i bycia pod; źle znosi przymus podporządkowania się komuś.

Na szczęście zdrowy rozsądek wziął górę.

– Dobrze, mamo.

– No – uśmiechnęłam się. – Grzeczny chłopiec.

Rozłączyłam się i wróciłam do sali. Wykład trwał w najlepsze, Jaggary ciągle jechał Wielką Encyklopedią Skowyjarzy:

– ...Ostatni, o jakim wiemy. Co wcale nie oznacza, że nieistotny. Urodzony w osiemdziesiątym piątym...

Wdrapałam się z powrotem na krzesło. Jaggary chyba nawet nie zwrócił uwagi, że wróciłam, gadał swoje, kontemplując widniejące na tablicy dossier – na fotce był jakiś gryzoń, czarny (o, pardon: melanistyczny) wiewiór w garniaku z balu maturalnego. Podpis: Andrew Nutting.

– ...Z wykształcenia chemik. Póki co niekarany. Cztery lata temu skończył ZIT, choć z ocenami, ogólnie rzecz biorąc, przeciętnymi. Specjalizacja: chemia organiczna i biochemia. Po obronieniu dyplomu rozpoczął studia doktoranckie, ale nie ukończył ich...

– Sami szkolimy skowyjarzy – burknął Brown.

– ...Przez ponad dwa lata pracował jako asystent w laboratorium chemii organicznej przy NCI, gdzie zapewne miał styczność ze skowyjcami od strony naukowej. Najwyraźniej zorientował się, że można na nich zarobić dużo więcej niż bełtając odczynniki na państwowej posadzie, i dał się zwerbować Coone'owi. Teraz, jak sądzimy, pichci mu niebieskie. Nie jest do końca jasne, w jaki sposób się z nim zetknął, przypuszczalnie przez Grunta albo Ziegera...

– Co mnie ominęło? – szepnęłam do Barksa.

– Wschodzące gwiazdy na rynku niebieskiego – odmruknął. – Potem ci streszczę.

– To chyba wszystko, jeśli chodzi o tę część. Pytania?

Pytań nie było. Jaggary podrapał się po podbródku i spojrzał na Hoovera.

– No dobra. Czas na numer z innej beczki.

Teraz przemówił Hoover:

– Taak... I to w zasadzie by było na tyle. To wszystko, co mamy. Tak, dobrze słyszycie: to jest wszystko. To jest wynik trzech miesięcy pracy – zamilkł na moment, żeby podelektować się naszymi minami. – Jest tak sobie. A tak naprawdę: jest bardzo słabo. A tak naprawdę naprawdę: to jest tragicznie. Prawda jest taka, że nic na Coone'a nie mamy. Nic a nic. Tylko pogłoski. „Towar od Coone'a", „Coone ma najlepszą viagrę na dzielni", i tak dalej. Wiemy, że to on za tym stoi, ale nic udowodnić mu nie potrafimy. Znacie ten ból, prawda? Ano właśnie. Ta lista, ta, co ją teraz widzieliście – to jest tak na dobrą sprawę lista facetów, wśród których Coone się obraca, nic więcej. Podejrzewanych o przynależność do jego bandy. Na imprezie widziano go w takim-a-takim towarzystwie, widziano, jak spotykał się z tym-a-tym, i tak dalej, i tak dalej. Goates nie zdobył żadnego konkretnego dowodu przeciwko któremukolwiek. A mówimy tu o rzeczy dość banalnej, jaką jest samo ustalenie tożsamości osób, które w tym siedzą. A co z trasami przerzutu? Siecią dystrybucyjną? Lokalizacją labu? Nic nie wiadomo na ten temat. To, co mamy, jest gówno warte. Coone najwyraźniej wyciągnął naukę z pobytu w więzieniu i postanowił, że drugi raz nie da się tak łatwo przymknąć. Stał się czujny i ostrożny. Goates przez te trzy miesiące bił głową w mur. Ale – pięć dni temu uśmiechnęło się do niego szczęście.

Na tablicę wskoczyła fotka przedstawiająca spory stateczek.

– MS „Huang He". Drobnicowiec, zarejestrowany na ROCCO Ltd., zbudowany i zwodowany w Guangzhou, od dwóch lat pływa pod banderą wschodnioindyjską...

Popatrzyłam na tabelkę poniżej zdjęcia, nafaszerowaną technikaliami: data zwodowania, znak wywoławczy, pojemność, nośność i tak dalej. Nic mi to za bardzo nie mówiło. Jestem gliniarzem, nie armatorem.

– ...Wczoraj około szóstej po południu zawinął do terminalu przeładunkowego w porcie towarowym w Dystrykcie Morskim – ciągnął Hoover. – Cargo według dokumentów frachtowych: maszyny dla przemysłu, duże AGD, silniki, części samochodowe, elektronika. W rzeczywistości... w rzeczywistości osiem skrzyń, spośród dwustu dwudziestu trzech znajdujących się na pokładzie, wcale nie zawierało gaźników czy zmywarek do naczyń, a skowyjce, cebule skowyjców. Jeden z marynarzy, obdarzony wyjątkowo czułym węchem, zorientował się, co wiozą – zameldował kapitanowi, a ten skontaktował się z nami. To było pięć dni temu. Mniej więcej w tym samym czasie Goates złapał też drugi koniec nitki: fragment podsłuchanej rozmowy w pubie. Coone rozmawiał przy wódce z Ziegerem, była mowa o porcie, padła też nazwa statku i data. Wnioski nasunęły się same: to do Coone'a płynie ta dostawa. Całkiem spora dostawa: osiem skrzyń, mówiłem. Jedna skrzynia RVN – to dwa metry na półtora na półtora. Co daje nam cztery i pół metra sześciennego, cztery tysiące pięćset litrów. Wyobraźcie sobie, ile tego paskudztwa można by tam upchnąć. I teraz razy osiem. A przecież niebieskie to towar mocno rozcieńczony, osiem skrzyń spokojnie wystarczy na wyprodukowanie całej cysterny tego szajsu. Możecie sobie obliczyć, ile ta przesyłka jest warta, ale uprzedzam: sporo.

Barks zaklął pod nosem. Nie wytrzymałam i spytałam:

– O jakiej kwocie mówimy, sir?

– Jakieś sto, może sto dziesięć milionów – odparł Hoover. – Oczywiście z grubsza. Ciężko to oszacować.

Zapadło pełne szacunku milczenie. Wszyscy podziwiali skalę przedsięwzięcia. Obudził się we mnie instynkt wiejskiej handlary zieleniną i rozkazał mi przeliczyć to na marchewkę: wyszło mi ponad osiemdziesiąt tysięcy ton. Roczna produkcja dwudziestu Szarakówków. Parytet marchewki zawsze świetnie do mnie przemawiał.

Odezwał się Brown:

– Chwila, moment, coś mi tu nie pasuje. Panie komisarzu... Jak to się stało, że jakiś gang na skalę dzielnicową, istniejący od niespełna paru miesięcy, ni stąd ni zowąd dostaje na święta paczkę za sto milionów? Przecież to nie ta liga! Czy Coone działa na własną rękę, czy stoi za nim jakiś Książę Ciemności?

– Słuchajcie, słuchajcie! – Jaggary uniósł palec w geście nauczania. – To bardzo ważne pytanie!

– Dziękuję za zwrócenie uwagi, poruczniku – skinął głową Hoover. – Odpowiedź brzmi: nie wiadomo. Zespół Goatesa też próbował to ustalić, ale doszedł do żadnych konkretów. Na chwilę obecną nic nie wiadomo o powiązaniach Coone'a z gangsterami ze szczytu łańcucha pokarmowego. Co oczywiście nie oznacza, że takich powiązań nie ma. Chociaż gdybym ja miał obstawiać, to bym powiedział, że nie. W sensie że za Coone'em nikt nie stoi.

– A ja twierdzę, że stoi – powiedział Jaggary. – Rozmawialiśmy już o tym.

– Nie ma dowodów na coś takiego. Ani nawet przesłanek.

– Póki co. Nie można tej hipotezy skreślać. Kwestia pozostaje otwarta.

Rhinehart:

– I naszym zadaniem –

– Nie. Nasze zadanie będzie zupełnie inne. Jeszcze nie wiecie wszystkiego.

Na tablicę wskoczył fragment mapy satelitarnej z naniesionymi różnokolorowymi strzałkami i piktogramami. Przenieśliśmy się do portu w Dystrykcie Morskim.

– Cofnijmy się o kilkanaście godzin – podjął Jaggary. – Goates, dostawszy cynk o „Huang He", uznał, że najwyższy czas wkroczyć do akcji i ukręcić sprawie łeb. Teoretycznie mógłby zostawić sprawę Straży Wybrzeża i w porozumieniu z nimi przejąć statek jeszcze na redzie, przed wejściem do portu, ale w ten sposób by nic nie załatwił. Powiązać ładunek statku z gangiem mogłoby być problematyczne na drodze sądowej, no a przyłapać kogoś z toną skowyjców w kieszeni to już nie w kij pierdział. Na tym polegał plan Goatesa. Chciał wyczekać, aż Coone przyjedzie po towar, i pojechać jego śladami, by poznać lokalizację meliny. Ryzyko było spore, ale stawką było całkowite przetrącenie Coone'owi kręgosłupa. Goates uznał, że było warte podjęcia...

Barks nachylił się ku mnie.

– Kupa towaru – szepnął. – Jak myślisz, co ile robią dostawę?

– Hmm... Podejrzewam, że zależy, gdzie chcą to spylić. Jeśli w samym Las Padas... Cóż, będą mieć zapas na cały rok.

– ...Towar po wyładowaniu znalazł się na placu składowym numer cztery, o tutaj. To duże z lewej to budynek oddziału celnego, wyjazd do miasta znajduje się tu. A mniej więcej w tym miejscu, na uboczu, za bocznicą kolejową, Goates sklecił coś na kształt sztabu operacji. W sumie ośmiu ich tam było, dwa samochody. Zostało tylko czekać, aż chwyci przynęta – a chwyciła o dwudziestej drugiej pięćdziesiąt.

Hoover wyświetlił kilka zdjęć, wyglądających na stop-klatki z monitoringu. Noc, zabudowania portowe. Duży zoom na białego plandekowca: przy szlabanie, przy stróżówce, na tle jakiegoś hangaru. Wszystko wzięte z wysoka.

– Na plac składowy podjechał biały karaks sprinter na numerach z Las Padas. Z szoferki wysiadło dwóch facetów, obserwator rozpoznał fagasów Coone'a. Bawół... J.M., możesz cofnąć do poprzedniego? Dzięki. Bawół to oczywiście Fernando del Toro, ten piżmowiec z lewej to Stephen Musk, numer siedem na liście. Mieli przepustki i dokumenty przewozowe wystawione na Borneo Logistics, nieistniejącą w przyrodzie firmę spedycyjną. Po załadowaniu towaru na pakę – del Toro, kawał chłopa, uwinął się z tym w dziesięć minut – wyjechali z portu i udali się na południowy wschód. Goates posłał za nimi nieoznakowany radiowóz, a w pewnym oddaleniu jeszcze jeden, jako ubezpieczenie. I jechali sobie za nimi. Nic nie wskazywało, żeby tamci sczaili, że mają ogon. Wyglądało na to, że pułapka zadziałała.

Westchnął.

– Cisza przed burzą bywa złudna. Owszem, pułapka zadziałała. Pułapka – pułapka na Goatesa. Bo to właśnie było tym: pułapką na Goatesa. Tamci wiedzieli, co się święci. Mimo że nic na to nie wskazywało. Wiedzieli, co się święci, wywiedli naszych w pole, gdzieś głęboko w dżunglę, w niezamieszkaną okolicę, i urządzili im drugą bitwę pod Gettysburgiem. I tak szczęście w nieszczęściu, że wszyscy przeżyli. W strzelaninie, która się wywiązała... Coś nie tak, poruczniku?

To było do Hunta. Wilk przed chwilą wstał. Wyglądało na to, że wygrał wyścig o to, kto ma zaznajomić Wewnętrznych z historią o zagubionym laptopie. Całe szczęście, bo już się bałam, że będę musiała wziąć sprawy w swoje ręce. Innych, czułam, też już zaczynało swędzieć. Ale przecież oni powinni wiedzieć. Kto jak kto, ale oni powinni. Wewnętrzni.

– Panie komisarzu, ja... – zająknął się Hunt. – To znaczy jeden z naszych... Chciałem powiedzieć... – Powiódł po nas skołowanym wzrokiem, jakby szukając wsparcia; ale zaraz się ogarnął: – Sir! Dziś przed południem sierżant Liam Carnegie z Wydziału Narkotykowego powiedział mi, że któryś z podwładnych komisarza Goatesa przed kilkoma dniami temu zgubił na mieście służbowego laptopa! Miały na nim być tajne dokumenty sprawy Coone'a. Uważam, że to ważna informacja, i że powinien pan o tym wiedzieć, sir!

Jaggary wydawał się całkiem nieporuszony. Nie odpowiedział. Stał nieruchomo, z kamiennym wyrazem twarzy. Nic nie dało się zeń wyczytać. Przypominał teraz trochę indiańskiego wodza, któremu właśnie zaoferowano skrzynię perkalu i wór koralików w zamian za wyspę Manhattan. Co zrobi? Przyklaśnie, wyśmieje czy pogoni kijami? Długo patrzył długo Huntowi w oczy. Tak długo, aż tamten usiadł. Zegar tykał monotonnie. W ciszy, jaka zapadła – jakby odmierzał czas do egzekucji.

A potem Jaggary odwrócił się do Hoovera i powiedział coś takiego:

– Możesz sobie pogratulować, J.M. Byłem pewien, że to nie zadziała.

Dzik wzruszył ramionami.

– Wiesz, jak to jest z prowizorkami – mruknął. – Te robione w największym pośpiechu okazują się najlepsze.

– Taa, będę musiał zapamiętać. – I do Hunta: – No więc, mhm, nie było żadnego laptopa.

Cisza.

– Nie było żadnego laptopa – powtórzył, bo pewnie wyglądaliśmy jak banda debili. – Nic takiego się nie wydarzyło. Nie było żadnych naruszeń zasad bezpieczeństwa, żadnego security breacha, nic. Przynajmniej nam nic o tym nie wiadomo. Ten laptop – to bajer, plotka rozpuszczona przez nas. Robiona na szybko prowizorka, ale, jak widać, chwyciła nieźle.

– Rozpuszczona... po co? – bąknął Rhinehart. Minę miał, jakby dowiedział się, że Święty Mikołaj nie istnieje.

– Momencik. Zaraz do tego przejdziemy. Ale cofnijmy się jeszcze na moment do Las Padas, do zeszłej nocy. Jest parę rzeczy, które chciałbym poruszyć. Mianowicie...

I wtedy zrozumiałam. Wszystko, w jednej chwili, w nagłym przebłysku olśnienia. Aż zleciałam z krzesła. To znaczy oczywiście nie zleciałam, ale błędnik swoje wiedział. Po co była ta plotka z laptopem – zrozumiałam, zrozumiałam, o co tu chodziło; dlaczego ją rozpuścili. I zrozumiałam też, co ja tu robię. To znaczy nie czemu moja dusza zstąpiła na Ziemię wszczepiwszy się w moje ciało, i takie tam bzdury, bo to to wiem od szóstego roku życia: żeby łapać przestępców. To oczywiste. Ale chodziło o to, co ja robię tu, na tym zebraniu. I odpowiedź była identyczna: jestem tu, żeby złapać przestępcę. Przestępców. Jednego czy kilku? Dobre pytanie. To się jeszcze okaże...

Westchnęłam ciężko. Bardzo ciężko. Z żalem, przykrością i upokorzeniem. Zmęczona i zła, osunęłam się na oparciu krzesła. Jaggary nawijał o nocnej zasadzce, o tym, jak to drużyna Goatesa wyjechała z portu w Dystrykcie Morskim i ruszyła za białym karaksem do Las Padas. Chwilowo jednak nie słuchałam – siedziałam, wyłączona, i zbierałam do kupy wszystkie fakty odnoszące się do dzisiejszych wydarzeń, wydarzeń, które rozgrywały się gdzieś z dala ode mnie, kiedy ja byłam zajęta prowadzeniem swojej biedasprawy o czapkę śliwek. Strzelanina w Las Padas. Awantura, jaką urządził Nickowi Antlerson. Rozmowa z Bearnesem. Jeszcze wcześniej, rozmowa z Growlerem. Teraz wszystko się dodawało. Może nawet zadyma na stadionie się doda, kto wie? Historia ze zgubionym-niezgubionym laptopem, którą sprzedał mi Hunt – to była tylko zapchajdziura, tymczasowa prowizorka na gorący klajster. Gdy ją odjęto – wiedziałam już, wiedziałam, o co tu chodzi i dokąd to wszystko zmierza. Popatrzyłam za okno. Z tej perspektywy nie widziałam za dużo, ot, czubki wieżowców z City, zasnute deszczowymi chmurami niebo. W oddali sunął reklamowy sterowiec IBM-u. Neony lśniły kolorowo. Deszcz bębnił o szyby...

...Deszcz bębnił o szyby, bębnił o karoserię, wycieraczki pracowały miarowo, a klima szumiała monotonnie, nastawiona na dziewiętnaście stopni, gdy pruli trzypasmówką przez utopione w nocnym deszczu Las Padas. Ruchu o tej porze nie było praktycznie w ogóle, nawet w drugą stronę, ku obwodnicy; kto miał wyjechać, już dawno wyjechał, nawet tirów nie było. Mieli więc całą jezdnię tylko dla siebie. A jechali nieoznakowaną, ciemnoszarą sierrą, przeciętną do bólu: ani za nową, ani za starą, bez znaków szczególnych, przyjemnie nierzucającą się w oczy. Wzdłuż jezdni scrollował się rządek latarń i zwarty szpaler drzew, czasem migały billboardy i drogowskazy albo poprzerzucane na wysokości linowe mostki czy drewniane kładki. Na barierce jednej ktoś nabazgrolił mordę „Che" Pantery. Jechali – dżungla dokoła nich, dżungla nad nimi i przed nimi. Las Padas, dwudziesta trzecia osiemnaście.

Czterech ich było – dwóch kopytnych, jeleń i renifer, i dwóch drapieżników – wszyscy w cywilu, w badziewnych, nijakich ciuchach z serii „Szmatex Collection": swetry, flanelowe koszule, kurtki od dresu – tak, jak mogliby się nosić, dajmy na to, robotnicy jadący na nocną zmianę. Wszystko o numer albo dwa za duże, żeby łatwiej było założyć na kamizelkę. Jechali wpatrzeni w drogę przed sobą, w ciężkim, pełnym skupienia milczeniu. Chociaż najmłodszy członek załogi (tygrys, tylne siedzenie po prawej) trochę nie trzymał fasonu; niby usiłował grać poker fejsa, ale widać było, że jest nieźle nakręcony: wiercił się, oblizywał zęby, bębnił palcami po udach, wysunąwszy do granic możliwości pazury. Siedzący obok Vuković zerknął nań ukradkiem, ale nic nie powiedział. Z całego towarzystwa to chyba właśnie wilk był najbardziej wyluzowany – no ale czego można się spodziewać po byłym marine po dwóch turach w Somalii?

– Daj w prawo – mruknął Renner do Elkinsa.

Jeleń wrzucił kierunek, zwolnił, skręcił. Zjechali z głównej. Tu już był zupełny luz, żadnego ruchu, nawet latarń nie było. Chodnik też pusty. Droga wiła się między drzewami, reflektory omiatały przydrożne zakamarki, to po lewej, to po prawej stronie, wydobywając ze ściany drzew dodatkowy, trzeci wymiar. Czasem mignął słup wysokiego napięcia albo stacja pompowo-filtrująca.

A chwilę potem, za kolejnym esem-floresem drogi, ukazały się jakieś światła i zabudowania. Dojechali do skrzyżowania, stanęli na czerwonym. Te światła – to, jak się okazało, ledwie parę niskich budyneczków stojących tu i tam po obu stronach jezdni. Wzniesiono je w typowym dla dzielnicy stylu, czyli całkowicie z drewna i z ciężkim fetyszem na punkcie natury: trochę po elficku, trochę po indiańsku, trochę na modłę chałupy Shreka, ekologicznie na full i z dachami krytymi liśćmi bananowca. Tablica głosiła: Osiedle Orchidei. Czy tam Barrio de las Orquídeas, bo tu, w Las Padas, tablice są dwujęzyczne. W zasięgu wzroku nikogo. Parę aut zaparkowanych. A zaraz za zabudowaniami – dżungla, dżungla, dżungla, drzewa i liany, bambusy i krzaczory. Na obrośniętym przez pnącza billboardzie świeciła się reklama Pumy.

– Zgubiliśmy ich – sapnął Tigburne, po raz tysięczny poprawiając się na siedzeniu. Miał widoczny wzwód. – Zgubiliśmy. Wiedziałem! Mówiłem, żeby na tamtym rozwidleniu –

– Zamknij się, gówniarzu, w końcu! – warknął Renner. – Po prostu się zamknij. Cały wieczór słuchałem twojego pieprzenia i mam już dosyć. Spadaj do drogówki, jak nie wyrabiasz z nerwami.

– Ale –

– Przestań pieprzyć, mówię. Nikogo nie zgubiliśmy.

I jakby na potwierdzenie: samotny biały plandekowiec wynurzył się z prawej i przejechał przez skrzyżowanie. Odprowadzili go wzrokiem.

– Za nimi? – spytał Elkins.

Renner potrząsnął głową.

– Nie. Za wcześnie. Prosto.

Zielone. Ruszyli prosto.

– Tak jak mówiłem – powiedział renifer dobitnie. – Węzeł Mato Grosso. Tam walą. Deszczowa jest teraz zamknięta, robią odwodnienie, jak nie mają bazy gdzieś tutaj na tym wygwizdowie, a wątpię, żeby mieli, to muszą jechać na Mato Grosso, nie ma innej opcji. Tam się do nich przykleimy.

Jeśli oczekiwał komentarza, to się nie doczekał. Sięgnął po radio.

– Renner. Mamy ich, Osiedle Orchidei, pojechali Gujańską na północ, północny wschód, prędkość pięćdziesiąt. Lecimy Coelho na Mato Grosso.

(szum) Carnegie, przyjąłem. Zwróciliście uwagę, kto był w szoferce?

– Bez zmian, Musk i del Toro.

(szum) Okay. Dzięki.

Bez kompleksów jechali nazwiskami i adresami, mogli sobie pozwolić, połączenie było ciężko szyfrowane, mieli sprzęt, jakiego nie powstydziłby się sowiecki wywiad, żeby Coone ich podsłuchał, musiałby mieć dostęp do technologii kalibru kosmicznego.

– Mato Grosso – mruknął Vuković przeciągając się. – Ciekawe. Co dalej? Stamtąd mogą w sumie wszędzie...

– Jukatan? Fawela? Corcovado? Mała Kambodża? Cholera. Nawet Rio i Amazonas by pasowały.

– Się dowiemy. Pojedziemy, zobaczymy. Osobiście obstawiam Jukatan i te budynki przy Zielonej, ciągle nie dają mi spokoju te meksykańskie powiązania del Toro.

– Ale czemu jadą tak jakoś dziwnie naokoło? – spytał Tigburne – Główną dużo szybciej by było.

– Hmm? Pewnie nie chcą wzbudzać podejrzeń, i tyle.

– Podejrzeń kogo? Przecież nikogo tu nie ma o tej porze.

– A na przykład kontroli drogowej, geniuszu. Nie chcą wpaść na suszarkę.

– Toż jadą przepisowo przecież.

– A wyrywkowa kontrola? Zapomniał? Czwartek wieczór. Prawie jak weekend. Rutynowe dmuchanko, bezpieczeństwo na drodze i takie tam.

– No to co? Dmuchną w balonik i nara. Co im szkodzi? Myślisz, że najebani jadą?

– Może jeszcze kontrola papierów. Jak się nadgorliwiec trafi.

– Kontrola wagowa, prędzej – uciął Elkins. – Przecież ta fura jest przeciążona. Widzieliście, jak mu się zawieszenie uginało? Z półtorej tony tam mają, jak nic. Więc dlatego opłotkami. Żeby się na krokodylki nie wjebać.

– Pasuje mi to – skinął głową Renner. – Tego się trzymamy. W lewo.

Zwolnili. Znowu czerwone, znowu jakieś Barrio czy insza Colònia. Trochę większa: jest jakiś lombard, jest farmacia 24 horas, jest monopolowy. Pod monopolowym trzech pancerników w wieku studenciarskim, dwóch podtrzymuje trzeciego. Jest i kościół, Iglesia de Santa Ktoś-tam – od monopolowego tylko krzyżem się różni. Kierunkowskaz tykał monotonnie. Przeszedł po pasach samotny kuguar w czarnym garniturze z gore-texu; nawet nie spojrzał.

Zaledwie ruszyli, odezwało się radio:

(szum) Carnegie, mam ogłoszenia parafialne. Sprawdziliśmy ten wóz i firemkę. Firma to chamski krzak, nie ma czegoś takiego jak „Borneo Logistics", ani w ZCDB, ani w rejestrach sądowych. Jest co najwyżej pralnia dywanów „Borneo". A numer telefonu, Ted mi tu podpowiada, to jakaś pizzeria na Sawannie, w czwartki hawajska za pół ceny.

Przez chwilę to trawili. Potem:

– Renner, przyjąłem. A wóz? Co z nim?

(szum) No więc na te blachy zarejestrowany jest, zarejestrowany był, trzydrzwiowy ajax laokoon z dwa tysiące dziesiątego, wersja medium, właściciel niejaki Zdeněk Jelen, dwa lata temu wypadek, zderzenie czołowe, śmierć na miejscu. Auto do kasacji. Mamy chyba z właścicielem złomowiska do pogadania.

– Taa. Coś jeszcze?

(szum) Chwilowo nie.

– Okay. Dzięki.

– Ktoś reflektuje na tę hawajską? – spytał Vuković w ciszy, jaka zapadła. – Jeszcze mamy parę minut do północy.

– Jak dzisiaj coś ugramy, to ci mogę nawet postawić to paskudztwo.

– Ja wam mówię, to będzie Fawela – powiedział Tigburne emanując niezachwianą pewnością siebie astronoma z XIII wieku powiadającego, że Ziemia znajduje się w centrum wszechświata. – Zobaczycie. Od początku tak czułem.

Vuković westchnął i przewrócił w irytacji oczami. Po co? Po co ten debil to ciągnie? Przecież to wszystko było już, kurwa, wałkowane dwieście tysięcy razy. Z identycznym skutkiem.

– Było gadane nie raz i nie dwa – mruknął Elkins; a ten się dał wciągnąć, bałwan. – Że to nie może być Fawela. Bo za ciasno. Bo za gęsto. Bo za dużo Brazylijców. Cholera. Tam przecież obiadu nie ugotujesz, żeby cały blok nie czuł.

– Więc – czemu oni wszyscy się tam kręcą? Co, smak się Coone'owi w więzieniu odmienił? Że tak nagle polubił to gówno z ananasem? Albo ten warsztat samochodowy. Myślałby kto, że ta acura Muska taka awaryjna się zrobiła.

– Że polubił, to jestem w stanie uwierzyć. Po piętnastu latach żarcia brei z brukwi można dostać różnych odpałów. Nie takie rzeczy.

– Albo jakaś, bo ja wiem, skrzynka kontaktowa. Liścik pod stolikiem, takie tam numery z operetki.

– Skrzynka kontaktowa? Z kim niby ta skrzynka kontaktowa?

– A bo ja wiem? Z kimkolwiek. Ale warsztat jest czyściutki, czy ci się podoba, czy nie. Vuko własnym nosem zaświadczy.

– Nic tam nie wyniuchałem. Słowo.

– Może hermetycznie zapakowane... W grubej folii...

– I co, dystrybucja też tak? Zaplombowane to sprzedają? Widziałeś ty kiedyś działkę niebieskiego? I co z Brazylijcami? Przecież jakby ich sczaili, to by im zrobili z dupy maracanę.

– Może mają jakiś deal?

– To już byśmy wiedzieli. Bo Carneiro – Carneiro zarzeka się, że u nich jest czysto.

– A daj ty mi spokój z tym swoim Carneiro! Gość jest u mnie spalony. Dwa razy pusty cynk. Litości.

– Odklej się, co? Znam faceta nie od wczoraj. Pierwszy raz takie coś. Był równie zdziwiony co my.

– Przynajmniej byliśmy na imprezie za firmowe.

– Taa.

Jechali i jechali, a tymczasem krajobraz za szybą zaczął się pomału zmieniać: więcej świateł, więcej zabudowań. I już nie jakichś samotnych, nędznych osiedli, lecz czegoś, co faktycznie zaczyna przypominać Las Padas – tę urban dżunglę powstałą, gdy planistom kazano pożenić miasto z naturą, przemnożyć przez Amazonię i Indochiny, a plan zagospodarowania przestrzennego sporządzić z myślą o Tarzanie. W takim to zapewne duchu powstały te sztuczne drzewa o pniach wielkości komina elektrociepłowni, te podniebne tarasy i platformy, i te drewniane domki na wysokości. Widziane z dołu przywodziły na myśl pasożyty sczepione z nosicielem, i właśnie od dołu je widzieli, gdy wjeżdżali w Distrito Achuar. A za szybą, wzdłuż ulic – ciągnęła się niska, parterowa-jednopiętrowa zabudowa, ciasno stłoczona, krzycząca jaskrawymi szyldami, najeżona talerzami satelitarnymi i omotana porozpinanymi w powietrzu kablami (ze względu na warunki glebowe nie opłaca się ich zakopywać). Wszystko tu było z drewna: drewniane chałupy i bungalowy, drewniane ville i hacjendy, drewniane pagody i bahaye, drewniane sracze i szalety. Żeby to wszystko pobudować, trzeba było wyciąć w pień las wielkości Ukrainy. I zasadzić drugi, niewiele mniejszy, bo tutaj na jednym metrze kwadratowym jest więcej drzew niż strupów na przedramieniu narkomana. Nie tylko drzew: kwiatów, lian, pnączy, ogólnie wszystkiego, co tylko rośnie w gorących-wilgotnych lasach międzyzwrotnikowego interioru; tak pewnie wyglądałoby całe miasto, gdyby te dzieciaki jednak przegrały w to pieprzone Jumanji. Coraz gęściej robiło się na ulicach, coraz więcej było przechodniów i samochodów. I deszcz się wzmógł; Elkins podkręcił wycieraczki. Cholera wie, czy sztuczny ten deszcz czy prawdziwy, tu pada nawet wtedy, kiedy nie pada. Przejechali Calle Orinoco, naświetlani promieniującą z szyldów hiszpańszczyzną. Tu już zaczynały się estakady i wjazdy na wyższe poziomy. Las Padas to bodaj jedyne miejsce na świecie, gdzie drogowskazy są nie tylko lewo-prawo, ale też góra-dół, dzielnica ma dodatkowy, trzeci wymiar: podniebne platformy, rampy i tarasy, wszystkie obrośnięte girlandami roślin, wszystkie o krawędziach pozabezpieczanych siatką, żeby samobójcy popełniali samobójstwa gdzie indziej. Łączy je porozpinana w powietrzu gęsta plątanina wiaduktów, estakad, kładek, galeryjek, kolejek linowych, funikularów i skytrainów, tak pogmatwana, że sam Escher dostałby kręćka; mapa komunikacji publicznej dzielnicy przypomina zgwałconą sieć neuronową. Hub Mato Grosso znajdował się na poziomie +1.

– Widzę ich – powiedział Vuković. – Góra po lewej, na jedenastej.

Spojrzeli. Biały karaks sprinter piął się powoli ślimakiem, dobrze widoczny na tle zgniłej zieleni.

– Mówiłem – mruknął Renner. – Elegancko. Za nimi.

Elkins burknął coś pod nosem. Zmienił pas, zwolnił, skręcił. I wjechał na estakadę prowadzącą na poziom wyżej, na Terazza Los Llancos. Rozsiadło się tu czteropiętrowe centrum handlowe „Azteca", wciąż czynne mimo późnej pory; objechali je po łuku. A gdy tylko włączyli się do ruchu, zaraz dodali gazu. Karaks skowyjarzy zamajaczył im w perspektywie, wyprzedzili parę samochodów, by nie stracić go z oczu, i taką odległość teraz utrzymywali: odległość czterech-pięciu aut. (Niewiele większą odległość trzymał względem nich Carnegie: Renner wywołał go na szybko). Tak dojechali do Mato Grosso, parszywego, wieloramiennego ronda, co na drogowskazie prezentowało się jak ośmiornica w rękawiczkach. Stamtąd karaks skierował się na wschód, co wywołało kolejną burzliwą dyskusję: Jukatan i Mała Kambodża poszły w górę, Amazonas i Rio w dół, i tak dalej. Do żadnego porozumienia wprawdzie nie doszli i wciąż nie wiedzieli, dokąd jadą, ale przynajmniej mogli już odtrąbić połowę sukcesu: bo już ich nie zgubią. Już ich nie zgubią, wiedzieli o tym, musiałaby się stać katastrofa, żeby ta przeciążona kolubryna dała radę im uciec. Zresztą nie próbowała, jechała sobie spokojnie i niespiesznie. Renner rozsiadł się wygodniej w fotelu. Tigburne wyjął papierosa, zapalił. Vuković zanurkował i wyłowił termos z resztką kawy, co nie było łatwe, bo po podłodze walały się całe hałdy śmieci: resztki McDonalda, puszki po energetykach i papierki po batonikach, wóz po kilkugodzinnej czujce prezentował się jak sala kinowa na kółkach. Minęło ich trio radiowozów na sygnale jadące w przeciwnym kierunku; mignął billboard z koncertem Lamy Del Rey. Karaks bielił się w oddali. Renner podkręcił na krótkofalówce gałkę czułości do maksimum i teraz mruczał doń, trzymając ustrojstwo między kolanami, bez podnoszenia do ust. Co jakiś czas rzucał w eter info o pozycji samochodu i zmianach kursu. Carnegie musiał być przeszczęśliwy, gdy wraz z meldunkami słyszał jazgoczący z mocą pociągu towarowego silnik zmieszany z huczeniem klimatyzacji i grzmiącymi na full volume pierdami kolegi.

I tak oto rozpoczął się Wielki Wander Za Białym Karaksem. Samochód migał w perspektywie, czasem bliżej, czasem dalej, turlał się po wiaduktach i estakadach, ciągle utrzymując miarowe tempo. Jechali za nim – a za szybami przewijało się nocne, skąpane w deszczu Las Padas, jasno rozświetlone mimo późnej pory. Wielu mieszkańców jest aktywnych nocą, teraz właśnie się budzą i zaliczają pierwszy nocniczek, wielu innych jest już na nogach, światła palą się całą dobę, a dzielnica nie zasypia tak naprawdę nigdy. Zresztą – mieszkańcy. To osobna para kaloszy. Laspadańczycy, Los Forestalos, to twór dziwny i pokraczny, będący wynikiem wymieszania bodaj wszystkich gatunków zwierząt naturalnie zamieszkałych w gorących puszczach i dżunglach między Rakiem a Koziorożcem. Wszystkich gatunków i wszystkich narodów: przekrój narodowo-etniczny przez dzielnicę to istne multi-kulti. Wymieszana jest tu krew z bodaj całej tej gorszej części Ameryki: krew Brazylijczyków, Kolumbijczyków, Meksykanów, Ekwadorczyków i ogólnie całej tej latynoskiej hałastry, także Kubańczyków, Jamajczyków i innych Isleños, co walą tu przez najeżone rekinami morze choćby na dętce od traktora. Co powstanie z tego razem, trudno określić – oprócz tego, że jest cholernie katolickie i że zajebiście gra w nogę. Ale to też nie będzie do końca prawda, bo są jeszcze diaspory dalekowschodnie: khmerska, tajska, wietnamska czy indyjska; połowa mieszkańców to imigranci. (Druga połowa też, tylko się nie przyznaje). Wszystko to razem, zebrane do kupy, prezentuje się jak coś, czego niezłym przybliżeniem jest gar zupy wielowarzywnej: niby wszystko się ładnie gotuje, ale jak spuścisz na moment z oczu, to wykipi. I tak się rzeczywiście dzieje. Każda kolonizacja zna swoje miejsce i sobie w nim żyje, a za sąsiadami raczej nie przepada i się z nimi nie zadaje; każda też szczyci się co najmniej jednym podziemnym gangiem. Każda ulica, każdy kwartał ma swojego właściciela, w ciemnych zaułkach toczy się nieustanna walka o strefy wpływów, których granice wyznacza się przy pomocy noża i maczety. Przy użyciu tychże objaśnia się również przechodniom, co mieli na myśli Fidel i Allende, gdy mówili o redystrybucji dóbr. Jedynym okresem względnego spokoju bywa mundial, pielgrzymka papieża albo wizyta dalajlamy. Gdyby nie zwierzogrodzka władza państwowa trzymająca całe to towarzycho żelazną ręką, dzielnica wnet zamieniłaby się w serwer GTA. I zresztą czasem się zmienia. Tymczasem jednak zwierzogrodzka władza państwowa śledziła pewnego białego karaksa, należącego do nowego na dzielnicy gracza, ambitnego, agresywnego i bardzo niebezpiecznego. Przejechali za nim przez most nad Rio Branco, w dole mignęła zacumowana u nadbrzeża flotylla łodzi-domków. Minęli zakłady kauczukowe „Manaus", niedawno zamknięte po zamówionych przez deweloperów protestach Greenpeace'u. Potem karaks zatrzymał się na moment na skrzyżowaniu, przepuścił mknący na sygnale radiowóz. I pojechał na północ, Calle Augusto Pumachet. Jechali za nim, mijając po drodze kilka stacji pompowo-filtrujących. Takich stacji jest na dzielnicy pierdyliard, tutaj nieustanne przepompowywanie i rozpylanie wody jest rzeczą o znaczeniu strategicznym, jest to być albo nie być dzielnicy. A wody tutaj jest mniej więcej tyle, ile w Jeziorze Michigan. Krąży w obiegu prawie że zamkniętym, woda, którą wczoraj spłukałeś kibel, jutro, oczyszczona i przefiltrowana, spadnie ci na głowę. Do uzdatniania używają chloru i innego chemicznego gówna, w takich ilościach, że dało to początek plotkom o zmowie miejskich służb wodociągowych z lobby producentów środków antykorozyjnych. Zresztą nie tylko korozja jest skutkiem ubocznym: wszystko tu nieustanne gnije, pleśnieje, butwieje, przecieka, zalewa się, obrasta grzybem i zielonym paskudztwem, a jak, nie daj Boże, pracujesz w biurze, to każdy dokument z osobna musisz wsadzać w osobną foliową koszulkę. Porąbane i uciążliwe – ale to między innymi dzięki takim numerom cała ta hałastra czuje się tutaj jak ryba w wodzie. Las Padas. Sztuczna mieszkalna dżungla zbudowana na dziesięciu milionach trawnikowych zraszaczy z Praktikera. Strategiczny rynek zbytu kawy, yerby, cygar, betelu, koki i brazylijskich telenoweli. Punkt docelowy wszystkich uciekinierów z południowoamerykańskich dyktatur i ważny węzeł na Czarnym Szlaku Narkotykowym do Skandynawii. Dzielnica, gdzie obok siebie stoją chrześcijańskie kościoły i posągi Buddy, a także hinduskie chramy i szamańskie totemy voodoo. Gdzie nadawane noworodkom imiona w dziwny sposób pokrywają się z imionami będących aktualnie na topie piłkarzy. Gdzie w taksówkach dyndają różańce i święte obrazki, a wnętrza przedzielone są grubą kratą albo pancerną szybą. Gdzie domy pozabezpieczane są drutem kolczastym, a na nich powiewają buddyjskie flagi modlitewne albo barwy rastafari. Gdzie firmy dezynsekcyjne najmują bandziorów i nasyłają na konkurencję, we wzajemne tępienie się wkładają więcej serca niż w tępienie robali, a i tak wszyscy mają terminy pobukowane na dwa tygodnie wprzód. Tu jak się uda wybudować szpital, to zaraz nadają mu imię Gandhiego albo Nehru, a jak szkołę – Jana Pawła II albo Boba Marleya. Co nie zdarza się jednak zbyt często, bo wszystkie przetargi przejmuje mafia: zaczyna budowę, a potem ciągnie ją i ciągnie przez dziesięciolecia; idziesz ulicą i widzisz takie rozgrzebane coś, bale drewna i sterty bambusa butwiejące sobie radośnie na deszczu. Widzisz też nasprejowane na budynkach niewyobrażalne kulfony – w użyciu jest tu tuzin alfabetów, zupełnie serio rozkminiasz, czy to, co widzisz, to coś po tajsku czy dzieło jakiegoś Ricardo bez szkoły. Nigdzie nie kupisz tu prezerwatywy, ale za to spluwę albo działkę – proszę bardzo, na każdym rogu. A, właśnie, co do działek: właśnie przyjechała świeża dostawa. Jechała i jechała, ale celu – celu za cholerę nikt odgadnąć nie mógł.

– Mała Kambodża. Czyżby? – powiedział Elkins, gdy turlali się za karaksem przez ciemne ostępy. Bum! Jeszcze niedawno światła i megadrzewa, teraz – gęsta dżungla. Wyjechali z zony mieszkalnej. I na powrót znaleźli się w lesie. Ale jak tylko wjadą do następnej, to znowu ktoś pstryknie włącznik. I potem pewnie znowu. Las Padas tak już jest po prostu zbudowane, poszczególne distritos, barrios i colònias porozrzucane są wyspowo tu i tam, a między nimi rosną tylko drzewa, na satelicie wygląda to jak ciastko z rodzynkami. Taki już urok tej dzielnicy. – Czyżby tam jechali?

– Mhm, na to wygląda. Albo dalej. Jukatan? Corcovado?

– Może być. W każdym razie raczej nie Fawela. Sorry, młody. I raczej nie Rio i nie Amazonas.

– Amazonas? W sumie, gdyby pojechali Bambusową...

– Corcovado by pasowało. Mhm.

– Może. Ale na rynek zbytu co najwyżej. Studenciarnia, kluby i akademiki. To zgoda. Ale na lab? Eee.

– Jukatan – mruknął Renner. – Co to ja mówiłem? Te budynki przy Zielonej, stara drukarnia. Własność Burro, tego ziomala del Toro. Widują się regularnie. Nikt mi nie powie, że to przypadek.

– Spoko. Tylko szkoda, że tylko del Toro tam bywa. Nikt inny tam się nie kręci.

– A Zieger? Był z nim parę razy. W tamten poniedziałek, na pewno. I przedwczoraj.

– Zieger jest pionek.

– Zieger jest porucznik.

Tyle, o, wiedzieli. Wiarygodność wróżby Cyganki. Równie dobrze mogli gapić się w fusy. Dość słabo jak na śledztwo, które trwa już kilka miesięcy i angażuje przeszło tuzin glin... Ale-ale, może zostawmy te bajery na później, bo oto wjechali – w Małą Kambodżę. Nie dało się tego przeoczyć. Już nawet pomijając tego Buddę stojącego u wjazdu – tu było inaczej. Krajobraz się zmienił. Hiszpańszczyzna na szyldach poszła precz, zastąpiły ją straszliwe, przypominające Wingdings bukwy: to khmerski. Zmieniło się też PKB: spadło i spadało dalej, w miarę jak posuwali się w głąb dystryktu. (Renner spingował na szybko Carnegie'ego; było ok, jechali za nimi). Mniej tu było świateł, mniej przechodniów; tylko syfu więcej. Na ulicach też rzadziej: już tylko jedno-dwa auta dzieliły ich od karaksa. Ale i tak poruszali się wolniej, ze względu na chmarę rowerzystów, którzy jeździli tu tak chaotycznie, że spokojnie dałoby się ich opisać modelem gazu doskonałego. Elkins cedził wiąchę za wiąchą, z najwyższym trudem powstrzymując się od walenia w klakson. Sierra turlała się i turlała, karaks turlał się przed nimi, a oni siedzieli i patrzyli sceptycznie na krajobraz za szybą, na kolorowe pagody, na brudne markizy, na jarzące się czerwono lampiony, na buddyjskie swastyki, na uliczne kramy z żarciem. Czy to właśnie tutaj miałaby się znajdować melina Coone'a? Ten dystrykt był niezbyt wysoko w ich plebiscycie, no ale był. Minęli ponury, przytłaczający pomnik ofiar komunizmu, licznik zaiwaniał szybciej niż licznik długu publicznego. Minęli zabudowania klasztoru, panda w pomarańczowym wdzianku mnicha odlewał się na płotek. Minął ich jadący w drugą stronę czteropak radiowozów, wycie syren przepadło w oddali, dopplerowsko rozciągnięte. Deszcz się wzmógł, zacinało.

Rennera coś tknęło. Obejrzał się, zmarszczył brwi, nieprzyjemnie czymś zaskoczony. Po czym wcisnął guzik na radiu.

– Renner. Co się dzieje? Nasi jeżdżą w tą i w tamtą, jak kot z pęcherzem. To już któryś, co jedzie na dyskotece. Ćwiczenia jakieś są? Wiecie coś?

(szum)(szum)

– Renner. Renner. Słyszycie mnie?

(szum) Carnegie, jestem. Na stadionie Farkása coś się dzieje, jakaś zadyma, czy coś. Wzywają wszystkich (szum) Wejdź se na dispatch, posłuchaj, flood, że uszy puchną. Band trzeci i czwarty. Dedicated dla Las Padas to samo. Wesoła noc się szykuje.

Renner milczał przez moment. Potem:

– Myślisz, że wpłynie to na nas?

(szum) A cholera wie. Ale działamy, jakby nic nie było.

– Taa. Przyjąłem. Dzięki.

– Zadyma pomeczowa – mruknął Vuković scrollując telefon. – Derby wymsknęły się spod kontroli. Demolują stadion i okolice.

– Uch. Tylko tego brakowało.

– Akurat dzisiaj. Jebana swołocz.

– Przynajmniej chłopaki będą mieć rozrywkę.

Oczywiście Tigburne musiał sprawdzić.

(szum) ...Za kasami biletowymi, i jeszcze jedna grupa na Przewalskiego, dwunastu, piętnastu, rzucają kamieniami w witryny, chyba sklep koszerny, jesteśmy sami, dajcie jakieś wsparcie, bo we dwóch to możemy im co najwyżej nagwizdać...

– Wyłączżeż to! – warknął Renner. Tigburne wyłączył.

– Sorry.

– Jak myślicie, powinniśmy się obawiać? – spytał Vuković.

– Czego? Że nas też tam rzucą? No aż tak głupi to chyba nie są.

– Nie, miałem raczej na myśli, że –

– Oho, chyba wyjeżdżają stąd.

No jakby wyjeżdżali. Na Angkor Wat skręcili bowiem na wschód, w kierunku rzeki, na której Mała Kambodża się kończyła. Wjechali tym samym w region rzadkiej zabudowy. Poznikały bahaye i pagody, teraz już tylko pojedyncze światła migały w gęstwinie tu i tam. Wzdłuż lewej ciągnęła się rozgrzebana budowa biurowca, z bambusowego szkieletu zwisały smętnie pojedyncze belki. Karaks parł twardo ku wyjazdowi, za nim jechała jeszcze srebrna zira – ta odbiła nagle w prawo, i teraz między nimi a karaksem nie było już nikogo. Jechali tak przez moment, po czym karaks błysnął światłami stopu, zwolnił i stanął na światłach. Oni też stanęli. Teraz świetnie widzieli: numery rejestracyjne, napisy na pace, plombę na linkach mocujących. Tak blisko jeszcze nie byli. Strugi deszczu spływały po plandece.

– Nie gapić się na nich, tam z tyłu – rzucił Renner. – Patrzcie się w szyby. Albo w telefony. I pod żadnym pozorem nie patrzeć im w lusterka.

– Rozkaz.

– Ty też, Jack. Wyluzuj.

– Mhm.

Łatwo powiedzieć. Ciężko trzymać nerwy na wodzy, gdy wiesz, co znajduje się przed tobą, chronione tylko pieprzoną plandeką z supermarketu. Tigburne i Vuković instynktownie pociągnęli nosami; ale nic oczywiście nie wyczuli, bo niby jak. Zresztą nie tylko im włączył się predator mode. Wszystkich korciło, wszystkich korciło żeby wysiąść, wywlec tych skurwieli z szoferki, rzucić na glebę, skuć i aresztować. Po trzech miesiącach śledztwa należała im się nagroda. Ale plan był inny. Nie płotki przyszli łapać – chcieli dowiedzieć się, gdzie mieszka szczupak. I potem go capnąć i przyrządzić na grillu.

A płotki ruszyły dalej. Na skrzyżowaniu – pojechali prosto.

– Czyli jednak – mruknął Elkins. – Wyjeżdżają.

– Ano. Więc – albo Jukatan, albo Corcovado.

– Mhm, na to by wychodziło...

W rzeczy samej, kierowali się w stronę wyjazdu z dystryktu. Coraz ciemniej się robiło wokół, coraz mniej zabudowań, coraz więcej drzew. W końcu dojechali do granicy; granicę Małej Kambodży stanowił jakiś dopływ dopływu Rio Negro, rozlewający się tutaj cuchnącym bagniskiem. Zaledwie przejechali przez most – mignęło w dole parę domków na palach – znaleźli się w lesie. Drogowskaz zapowiadał skrzyżowanie.

– No, to chwila prawdy. – Elkins oblizał wargi. – W lewo – Jukatan, Corcovado – prosto i na serpentynę. Jak obstawiacie?

– Jukatan. Nie ma opcji.

Pojechali w prawo.

– What. The. Fuck – burknął Tigburne.

Nikt nie odpowiedział. Wszystkich pozatykało.

– Co to ma być?

Vuković nagle, ni z tego, ni z owego, parsknął śmiechem.

– Co? Co cię tak bawi?

– Nic – powiedział wilk, wciąż rozbawiony. – Tropimy ich jak te debile po całej dzielnicy, a oni se jadą do lasu pod Kambodżą. Trzeba było pójść na jakąś polankę, schować się w krzakach i poczekać.

– Dokąd prowadzi ta droga?

Renner popatrzył w navi, zmarszczył brwi.

– Donikąd. Długo, długo prosto i potem łukiem na Jivaro. Po drodze nie ma nic.

– Jivaro? Na Jivaro jadą?

– To jakąś w chuj okrężną drogą. Dużo szybciej by było przez Rio i Amazonas. – I dodał: – Nie podoba mi się to.

– A może jednak? Tylko naokoło, tak jak wtedy? Żeby na krokodylki nie wpaść.

– Krokodylki? W centrum, na Amazonas? Daj spokój...

– Może sczaili, że jedziemy na nimi?

– To by próbowali nas zgubić. Nie próbowali.

Faktycznie, nie próbowali. Wciąż jechali przepisową pięćdziesiątką. Oprócz nich nie było tu dosłownie nikogo, ruch zerowy. Wokół rozpościerał się las – i tylko las. Drzewa, drzewa, drzewa. Gdyby nie chodnik i latarnie, mógłbyś uwierzyć, że teleportnęło cię gdzieś do Konga. A przecież nijak nie opuścili dzielnicy, ciągle znajdowali się gdzieś w tym cholernym Las Padas. Tylko że w lesie między dystryktami. Tutaj, szefie, las rośnie wszędzie. Wszystko otulają głębokie ostępy. Pewnie dałbyś radę skitrać tu cały galeon skowyjców, gdybyś się uparł. I pewnie gdzieś tam są galeony skowyjców, kto wie. Tyle rzeczy tam jest poupychanych. W końcu gdzieś muszą się znajdować te niewolnicze orientalne burdele, te nielegalne areny do walk kogutów, te legendarne ośrodki treningowe Świetlistego Szlaku. Czy w jakie tam urban legendy sobie wierzysz.

– Tu mają melinę? – spytał z niedowierzaniem Renner patrząc na dżunglę dokoła. – Tu, na tym wygwizdowie?

– Nie wierzę. Zrobili se bazę w lesie. Jak jakiś, kurwa, Wietkong.

– Czemu nic o tym nie wiemy?

– Pewnie zaraz odbiją w jedną z tych gruntówek. Co wtedy – jechać za nimi?

– Ktoś już nam chyba kiedyś wyskoczył z taką teorią... – powiedział w zadumie Vuković. – Ten lis bez ręki, jak mu tam, Vulpez. Nie on tak mówił? O dziupli w głębi lasu, albo jakiejś nieczynnej stacji PF... Nie on?

– Taa, ale mówił to na zasadzie „być może". Bo nie miał pomysłu.

– Vulpez! Kolejny as wywiadu. To przecież on dał nam cynk na ten koncert w „Loco Mexicano". Na sto procent, mówił, na sto procent będą rozprowadzać. Oto, co u lisów znaczy „sto procent".

– Mhm, coś nie mamy szczęścia do źródeł ostatnio...

Wtem karaks zatrzymał się gwałtownie, jakby chciał nagle skręcić, błysnęły światła stopu. Elkins nie miał czasu na inną reakcję, po prostu zwolnił i zatrzymał się za nimi.

– A co oni...

Nie dokończył. Zobaczył, co się święci.

– Shit.

I wtem w jednej chwili rozpętało się dantejskie piekło. Noc pękła na pół, a szyba pękła w drzazgi, gdy równoczesna seria z dwóch Taurusów skosiła powietrze ponad nimi – ponad nimi, bo wszyscy wykonali instynktowne padnij. Vuković przyduszał Tigburne'a do kanapy własnym ciałem. „RATATATATATATA!", grzmiało, gdy pędzące osiemset na godzinę kawałki metalu przerabiały ich samochód na kabriolet. Okruchy szyby, kawałki blachy, strzępy weluru z zagłówków – wszystko padało im na głowy jak szatańskie konfetti. W którymś momencie wystrzeliły poduszki; nawet nie zauważyli. Wszyscy kulili się na siedzeniach, powtarzając w kółko „kurwa". Ale żaden tego nie słyszał, bo grzmot kanonady zapychał im uszy. Elkins, ciągle spłaszczony w fotelu, w jakiś sposób zdołał wrzucić wsteczny i wcisnąć gaz do dechy. Do tyłu, do tyłu! Ale rzeczywistość to nie jest gra na peceta, i nie wystarczy wdusić S, żeby auto odjechało; najpierw musiało zabuksować po jezdni i dopiero po kilku śmiertelnych sekundach złapało prędkość. Uciekali; a fagasy Coone'a kosiły ich bez opamiętania: maska, światła, zderzak, opony, lusterka – wszystko było już przeryte na amen, i gdy wydostali się w końcu spod field of direct fire, samochód przypominał durszlak. Silnik wył i rzęził w przedśmiertnych konwulsjach, brocząc olejem i płynem chłodniczym, ale jakimś cudem wciąż jeszcze działał. I wtem kanonada się urwała. Szczekanie automatów umilkło, jeszcze tylko pojedyncze wystrzały z gliniarskiej czterdziestkipiątki niosły się w noc. Vuković, twardy Jugol po wojskowej tresurze, nie stracił zimnej krwi, dobył broni i grzał na ślepo znad fotela: bam! bam! bam! – aż do momentu, w którym rozległ się suchy, przepraszający trzask iglicy trafiającej w pustkę. Elkins tymczasem wyciskał z samochodu ostatnie soki. Który rzęził, kasłał, trząsł się, hurkotał i grzechotał jak obwoźny sklep żelazny, ale wciąż jeszcze jechał. Ciężko się jednak manewruje czymś o sterowności pociągu towarowego mając przy tym nos na wysokości dźwigni zmiany biegów, więc w końcu stało się to, co stać się musiało: samochód zjechał z pasa i – łubudu! – przydzwonił o latarnię. I tak stanął, pod kątem czterdziestu pięciu stopni do jezdni. I wziął i zdechł, podziurawiony, cieknący olejem, płynem chłodniczym, elektrolitem z akumulatorów i czym tam jeszcze, buchając spod maski kłębami pary. „To był zaszczyt z wami służyć, panowie", zdał się rzec, posyłając im ostatni salut: pożegnalne mignięcie kontrolek na desce rozdzielczej. Para unosiła się w powietrze wśród strug lejącego deszczu, stos pogrzebowy dla padłego towarzysza broni. Welcome to the jungle! We've got fun and games!

Drzwi. Vuković wydostał się pierwszy. Wyczołgał się na mokry asfalt dysząc i sapiąc, jakby właśnie pobił życiówkę na setkę. Odwrócił się, by pomóc Tigburne'owi: ten trzymał się kurczowo za bok, a spomiędzy palców ciekło mu coś czerwonego, i nie był to płyn chłodniczy. Chyba coś krzyczał, bo usta miał otwarte – ale nikt tego nie słyszał, wszystkim odłączyło audio. Wilk nie zastanawiał się, odrzucił broń, zanurkował, po czym raz-dwa wyciągnął tygrysa na zewnątrz, i oto ten już leżał na jezdni, skręcony w precla. Leżał, trząsł się i drżał, a wokół niego robiło się czerwono. Drugie drzwi: Elkins. Wylazł, na trzęsących się nogach, i zaraz padł na kolana, i dobrze, bo stojąc jak palant stanowiłby świetny cel. Wciąż klęcząc, jął niezbornymi ruchami macać się po głowie i ciele, jakby po pijaku usiłował tańczyć macarenę. Szukał dziur.

A Vuković zdjął już sweter, kamizelkę i T-shirt, i zabrał się za tamowanie krwotoku. Elkinsa potraktował z kopa, bo ręce miał zajęte: rusz dupę i pomóż, do cholery! Jeleń spojrzał na niego półprzytomnie – wilk wskazał mu głową do szoferki, gdzie siedział Renner. On nie wyszedł. Półleżał w fotelu i trzymał się kurczowo za pierś, rzężąc ciężko i z całych sił walcząc o powietrze. Dostał w sam środek klatki piersiowej. Kamizelka kamizelką – stukilodżulowe uderzenie w okolicę mostka pozbawi tchu każdego.

Ale Elkins nic nie zdążył zrobić. Odwrócił się instynktowne ku nadjeżdżającemu światłu i oberwał po oczach samochodowymi reflektorami – przyjechało wsparcie.

Wsparcie jak ta lala. Zatrzymało się z piskiem opon i zaraz wysypało na zewnątrz: gliniarska cywilbanda, uzbrojona po zęby i śmiertelnie, śmiertelnie wkurwiona. Zakotłowało się, mignęła ruda grzywa Carnegie'ego, błysnęły rogi Moore'a. Z miejsca pasażera wylazł Goates; stał i nawijał teraz do krótkofalówki wskazując pistoletem jakiś punkt ponad przerobioną na koronkę łowicką sierrą. Ktoś przypadł z apteczką – to był Bearnes – i jął pomagać Vukoviciowi, pomagać zatamować jakoś życie, które wyciekało z Tigburne'a w tempie stu dwudziestu uderzeń na minutę.

Resztę interesował tylko biały karaks. Ciągle stał gdzie stał, dobrze widoczny mimo nocnego półmroku: to tam właśnie wskazywał był Goates. Czerwone światła pozycyjne jarzyły się jak ślepia Balroga. A tych dwóch sukinsynów stało sobie obok, jak gdyby nigdy nic. Tak! Stali spokojnie i nic sobie z tego nie robili. To dopiero wszystkich podkurwiało do niemożliwości. To nawet gorzej jakby pokazywali im wała. Sama ich obecność tam była jak plunięcie w twarz. Liczyło się tylko jedno: dorwać ich i zabić, zabić zanim uciekną.

Ale oni nie uciekali. Zmieniali tylko magazynki.

I poszło na ostro, znowu, druga runda: skowyjarze Coone'a kontra Zootopia Police Department. Obie strony równocześnie wzięły się na cel i równocześnie otworzyły ogień: jedni przytuleni do tylnego błotnika, drudzy schowani za samochodem-barykadą, jak czescy husyci za vozovą hradbą. (Cholera wie, czy to ma znaczenie: husyci przegrali). Przez parę chwil trwała wściekła, huraganowa wymiana ognia, aż się na moment zrobiło jasno. Ale na takiej odległości broń długa zawsze będzie o dziesięć punktów przed pistoletem, więc kto był górą, łatwo się domyślić. Carnegie dostał w bark i wywinął pięknego orła, ktoś inny wydał z siebie wilhelm_scream wav i padł na asfalt, trzymając się za ramię. Reszta, wystrzeliwszy ledwie po kilka pocisków (z których pewnie będą musieli się jeszcze rozliczyć), w końcu zorientowała się, z czym ma do czynienia i legła plackiem na glebie, klnąc w żywy kamień. Mogli tylko kulić się upokarzająco na ziemi i bezradnie patrzeć, jak tamci dokonują dzieła zniszczenia. A dokonywali go równie bezpardonowo co bezfinezyjnie: poszła szyba w drugim wozie, poszła chłodnica, poszło światło, a jedna z opon zrobiła piękne „puff!" – wszystko przy akompaniamencie radosnego łomotania wyprodukowanych w zwierzogrodzkich zakładach przez zwierzogrodzkich robotników za pieniądze zwierzogrodzkich podatników karabinów. You're in the jungle, baby! You're gonna die!

Aż w końcu się skończyło. Out of ammo. Przynajmniej tak się wydawało, że to już koniec. Nikt się jednak nie podnosił, w obawie, czy zaraz nie pójdzie trzecia seria, albo czy tamci nie wyciągną skądś, kurwa, rakiet ziemia-ziemia. Za takie pieniądze nie chciało im się sprawdzać. Padały na nich liście i drobne gałązki.

Ale kolejnej serii już nie było. Tamci przybili sobie piątkę, zabrali zabawki i odjechali.

I zostawili ich tak na środku drogi, uziemionych, podziurawionych i wyruchanych. Wokół rozpościerał się krajobraz jak po bitwie. Dwa samochody, z których będą już tylko żyletki, przy których kręciły się jakieś stwory – niektóre ranne, niektóre nie. Miotały się chaotycznie, usiłując pozbierać się jakoś do kupy i przejść do porządku dziennego nad tym, co się właśnie stało. A stało się dużo, i ośmiokrotne usiłowanie zabójstwa wcale niekoniecznie było tym najgorszym... Tigburne leżał na boku, wił się, stękał i broczył krwią jak dekoracja z filmów Tarantino; nad nim, w bałaganie porozrywanych opakowań po opatrunkach, klęczeli Vuković z Bearnesem i robili wszystko, żeby tygrysa było więcej w środku niż na zewnątrz. Goates stał i nawijał do krótkofalówki, oparłszy się ciężko o drzwi, i patrzył w dal, w której zniknął biały karaks. Wszędzie walały się łuski, okruchy szkła, liście i gałęzie. W kałuży na chodniku biła w agonii skrzydłami postrzelona papuga.

Kawałek dalej, przy krawężniku, leżała porzucona krótkofalówka. Musiała komuś wypaść w całym tym zamieszaniu. Leżała głośnikiem do góry, krople deszczu rozbijały się na ciekłokrystalicznym ekraniku. Leżała, a z głośnika wydobywał się nieprzerwany potok słów, policyjna szczek-gadanina zaklęta w czterystu siedemdziesięciu megahercach UHF: to, co w eterze i to, co na ziemi. Z jakiegoś powodu leciało wszystko. Komuś stojącemu w centrum zamieszania musiało zablokować się push-to-talk na radiu – a może to w tym Rennerowym, z czułością nastawioną na maksimum? – i teraz zbierał wszystko, co było mówione wokół, zbierał i puszczał na global: szedł w eter raw footage prosto z pobojowiska.

(szum) ...go na boku. Uciskaj... Tutaj uciskaj! Trzymaj! Czy ktoś może mi (szum) Karetka już w drodze, wysłana, Uniwersytecki Numer Jeden, potwierdź adres jeszcze raz, czy dobrze rozumiem (szum) Tu nie ma adresu, już kurwa mówiłem, to jest Las Padas, droga z Małej Kambodży na Jivaro, w środku lasu, i dajcie jakieś wsparcie, bo uciekną (szum) Nie ma wsparcia, nie da rady. Wszyscy zajęci (szum) Kurwa, dajcie kogoś, kogokolwiek, bo wezmą i spierdolą, do chuja, trzeba zablokować ulicę! (szum) Nie mam! Nie mam ci kogo wysłać, wszyscy pojechali na stadion, powtarzam (szum) Las Padas też (szum) Skąd! Skąd wiedzieli! I te karabiny, kurwa! Hezbollah ich uzbraja, czy jak?! Nie wiem, kurwa, po prostu nagle wysiedli i zaczęli napierdalać... Daj tę szmatę. Szybko. Szybko! Bo cały na zewnątrz wycieknie... Jezus Maria kurwa jego w dupę zajebana mać... (szum)(szum)(szum)

...

Bardzo długo nikt nic nie mówił.

Jaggary stał ze splecionymi na piersi rękami i wodził po nas wzrokiem. W milczeniu napawał się wrażeniem, jakim na nas zrobił. A my siedzieliśmy tylko jak te kołki, popatrując na siebie spode łba. Nikomu nie chciało się komentować. Gdybyśmy mieli tu zegar z wahadłem, to powinien teraz wybić jakąś okrągłą godzinę i zadudnić złowieszczo; ale nie mieliśmy.

Jaggary westchnął.

– Strzelcy byli kiepscy – powiedział w końcu niechętnie. – To ich uratowało. Ewidentnie mieli taką broń w rękach po raz pierwszy w życiu. Ta pierwsza seria – bez pomyślunku, po prostu wcisnęli spusty i walili na rympał, jak ze szlaucha. Z Taurusa strzela się seriami po trzy-cztery pestki, bo odrzut duży. Inaczej robi się rozpylacz. I tak też się właśnie stało. Gdyby nie to, wszyscy byliby teraz martwi. A tak tylko Tigburne oberwał. Żeby było śmieszniej, to oberwał siedząc na tylnym siedzeniu. Ruletka, ruletka... Ale i tak można mówić o kupie szczęścia. Mogło być dużo gorzej.

Opuściłam wzrok na dłonie. Nie drżały. Powinny? Mogło być dużo gorzej... Przełknęłam ślinę. Mogło być dużo gorzej, i to, cholera, jak. Mogło być tak, że cała czwórka by już nie żyła, wszyscy. Albo i więcej niż czwórka. Bearnes też mógł zginąć... Mogło być tak, że wybierałabym właśnie kolor wieńca i odkurzała galowy mundur. A moja poranna rozmowa z niedźwiedziem w ogóle by nie miała miejsca. Cholera. Niby wiedziałam, że tej nocy miała miejsce strzelanina, niby wiedziałam, że tamci grzali do naszych – a jednak aż do tej pory nie byłam świadoma, co to tak naprawdę znaczyło. Może dlatego, że jako dziecko dwudziestego pierwszego wieku potrzebuję wspomagać sobie wyobraźnię obrazkami. A żadnych obrazków nie miałam – żadna telewizja, żaden sajt z newsami mi takich nie pokazał. Wszyscy dziennikarze byli tej nocy rzuceni na zupełnie inny odcinek frontu. I żadnej bajki mi nie puścili.

A, właśnie...

Hmm...

– Goates – podjął Jaggary – widząc, że sprawy wymykają się spod kontroli, wezwał posiłki. A wtedy okazało się – a to ci historia! – że cała zwierzogrodzka policja ma akurat lepsze rzeczy do roboty, na przykład pałowanie dresiarzy na drugim końcu miasta. Zresztą sami wiecie, jak to wyglądało: tej nocy Zwierzogród stał na głowie. Żadnych patroli na ulicach, żadnych wolnych radiowozów w okolicy, nic. Pewnie dałoby się obrobić Bank Rezerw Federalnych, gdyby się postarać. I rzeczywiście – nikt Coone'a nie ścigał, nie miał kto. Wiem, że szukali ich potem, przeczesywali dzielnicę, ale nic oczywiście nie znaleźli. I pewnie ich nie znajdą. To jest Las Padas, tam jak znasz teren, to i całą dywizję schowasz. I tak też się stało z Coone'em: przepadli jak kamień w wodę. Gdyby był ktoś w okolicy, może inaczej by się to skończyło; no, ale nie było. Coone świetnie to zaplanował. Dobrze wiedział, co się stanie na stadionie, wykorzystał to i podprowadził nam towar sprzed nosa. I wsiąkł. Rozumiecie? Takie jest wyjaśnienie. Taki był plan.

– Znaczy, że – spytał Hunt z niedowierzaniem – że Coone wiedział o tej rozróbie już wcześniej? Tak? Ze szklanej kuli ją sobie wywróżył?

Jaggary wzruszył ramionami.

– Lepiej. Sam ją zorganizował.

I bęc, powiedział to. To, co do tej pory miałam tylko za przypadek. Powiedział to, ex cathedra, i przeniósł nas do Krainy Mroku, co oczywiście nikomu się nie spodobało. Brown się żachnął, Barks przewrócił oczami. Rhinehart wymruczał pod nosem coś o paranoi – ot, standardowe reakcje na Teorię Spisku. Wprawdzie nikt nic głośno nie powiedział, ale czuło się, że co wszystkich korciło, żeby to jakoś skomentować. A Jaggary stał, jak gdyby nigdy nic, wyluzowany i w dobrym humorze, i wodził po widowni wzrokiem, jakby szukając kogoś z jajami, kto by się odważył wrzasnąć: „Bzdura!". Za jego plecami stał Hoover; jego poza sugerowała, że mają wraz z szefem spore doświadczenie we wdawaniu się w barowe bójki. A ja – ja zacisnęłam tylko usta.

Bo ja uwierzyłam.

– To mógł być zbieg okoliczności... – burknął Brown.

– Mógł. Ale my z J.M. uważamy, że nie był. I że to Coone za tym stał.

– Po pierwsze – westchnął niedźwiedź ciężko; oho, już wiadomo, kto tu był Dyżurnym Sceptykiem. – Po pierwsze, do zadymy doszło przez błędy w organizacji. Ochrona dała ciała. Ochrona z Farkása. Gdyby grali jak zwykle, na Hornfield, to by do żadnej rozróby nie doszło. Tam ochrona ma doświadczenie w trzymaniu kibolstwa za ryje i by do czegoś takiego nie dopuściła.

– To prawda. Ale grali tam też w zeszłym sezonie, i w poprzednim też. I wtedy też było gorąco. Ale zadyma jakoś nie wybuchła. Dlaczego?

– A czemu by miała? Co to, jakaś tradycja u nas w mieście? Że zadymy na stadionach dzieją się regularnie?

– Otóż to! Nie mamy! Od lat dziewięćdziesiątych, od zamieszek na Zodiac Park, nie było u nas czegoś takiego. Aż do wczoraj. Wydarzyło się to – akurat tej nocy, kiedy do miasta przypłynął towar za sto milionów. Przypadek? Tak?

– I co, że niby to Coone wyreżyserował? – spytał Rhinehart. – A niby jak?

A Jaggary tylko spojrzał na niego z łagodnym zdziwieniem, jakby odpowiedź była oczywista. Pewnie dlatego, że odpowiedź była oczywista.

Nosorożec prychnął i pokręcił głową. Zrozumiał.

No bo – jak brzmi przepis na zadymę? Na rozgrzany stadion wsyp parędziesiąt tysięcy kibiców, kibiców drużyn, które mają ze sobą kosę. Dorzuć garść prowokatorów. Dodaj jednego przekupionego sędziego, który wypaczy wynik meczu, co jeszcze bardziej podkręci atmosferę na trybunach. Nie zapomnij o łapówce dla szefa ochrony! Do smaku szczypta „dżungli" – sprzedaj ją kibicom (przy okazji odbijesz sobie część wydatków). Zamieszaj i duś pod przykryciem przez kilka godzin. W tym czasie możesz pójść zrobić coś innego, na przykład gwizdnąć z portu ciężarówkę skowyjców. Serwuj na gorąco.

Przypomniałam sobie briefing przed poranną konferencją: „Kto ponosi odpowiedzialność za dopuszczenie się niedopatrzeń przy organizacji meczu?". Właśnie, kto?

– Ale mimo wszystko... – Brown wciąż nie był przekonany. – Wywołać zadymę... To jest...

– Co? Niemożliwe?

– Nie mówię, że niemożliwe, ale to jednak dość... ambitne przedsięwzięcie. Wymagałoby sporego nakładu sił i środków. Panie komisarzu. Czy jakiś podrzędny handlarz narkotyków z Las Padas byłby w stanie coś takiego zorganizować?

Jaggary wzruszył ramionami.

– Dlaczego nie? To, że na meczu będzie gorąco, było wiadomo już wcześniej. Sprowokowanie awantury wcale nie wymagałoby jakiegoś misternego i skomplikowanego planu, wystarczyłoby po prostu... trochę pomóc. Cholera, przecież wszyscy wiecie, jak zachowuje się tłum. A nie mówimy tu o dziewczętach z pensji czy o gromadzeniu zakonnym, a o nabuzowanych adrenaliną ultrasach. Trzeba tylko wetknąć kij w mrowisko. Rzucić kamieniem, butelką, dać komuś w mordę. Przy odrobinie farta zadziała efekt domina i bójka gotowa. A kiedy ta wymsknie się spod kontroli, dostajemy piękną stadionową rozróbę i na resztę wieczoru mamy policję z głowy. Co było do okazania.

– I że niby Coone –

– A czego potrzeba do wykręcenia takiego numeru? Pieniędzy? Są. Kontaktów w półświatku? Są. Trochę niebieskiego na handel? Proszę bardzo. Naprawdę takie trudne by to było?

– Nie tak dawno temu pewnej terrorystce za dychę udało się wywołać w mieście stan wojenny – dodał Hoover, puszczając do mnie oko; uśmiechnęłam się odruchowo półgębkiem. – W porównaniu z tym sparaliżowanie jednej dzielnicy na parę godzin wypada dość blado. Wcale nie trzeba być geniuszem zbrodni, wystarczy mieć odpowiednie zaplecze, łeb na karku i trochę szczęścia.

Brown zacisnął wargi, ale nic już nie powiedział. Ostatni sceptyk skapitulował.

– Dobra, podsumujmy całą tę imprezę – powiedział Jaggary. – Trzech naszych jest rannych, z czego jeden ciężko. Dwa samochody nadają się już tylko na żyletki. Coone wykiwał nas jak przedszkolaków i przepadł gdzieś wraz z towarem. Towarem, który gdy wykiełkuje, trafi na zwierzogrodzkie ulice. Tak to wygląda bilans strat ostatniej nocy: Coone wygrał tę rundę i to do zera. Ale najgorsze jest coś innego.

Przymknęłam oczy, zacisnęłam zęby i pięści. Ja już wiedziałam, co jest najgorsze. I bardzo nie chciałam, żeby ktoś to powiedział.

– No dobra – powiedział Jaggary. – Niezależnie od tego, czy kupujecie tę historię ze stadionem – bo może jednak tu się mylimy, kto wie – niezależnie od tego, czy to kupujecie, to musicie się zgodzić, że tej nocy miało miejsce parę dziwnych zbiegów okoliczności. Ta strzelanina, na przykład. To nie była bezładna kanonada, chaotyczna i rozpaczliwa, jaką czasem potrafią odstawić przyparci do muru bandyci. To była zasadzka. Oni byli przygotowani, wiedzieli, co się święci. I teraz pytanie: skąd? Skąd wiedzieli? Zauważyli kręcących się w okolicy portu chłopaków Goatesa? Odjechawszy z portu, zorientowali się, że są śledzeni? A może miało to miejsce jeszcze wcześniej? Może Coone miał na statku kogoś, kto czuwał nad bezpieczeństwem przesyłki, i tenże ktoś doniósł mu, że została ona zaświetlona? Hmm?

...Ale to nie wszystko. Te źródła Goatesa, na przykład. Miał ich kilka. Parę razy dostał cynk, że na takiej-a-takiej imprezie, albo na takim-a-takim koncercie będzie ktoś od Coone'a i będzie tam rozprowadzać narkotyki. I robili tam kocioł. A potem – klops. Nie było żadnych narkotyków. Coone w ostatniej chwili zmieniał plany. Zbieg okoliczności? Ogólnie podczas tego śledztwa Coone zachowywał się, jakby był zawsze o krok przed nimi. Dlaczego trzy miesiące śledztwa nie przyniosły praktycznie żadnych rezultatów? Dlatego, że Coone jest niebywale sprytny i przebiegły? Dlatego, że Goates jest durniem i nieudacznikiem? Ha! Może i tak jest, kto wie. Wiecie – byłbym w stanie kupić te wyjaśnienia, każde z osobna. Ale wszystkie naraz?

Pauza. A potem:

– Gówno. Bullshit. Ktoś na bieżąco informował Coone'a o ruchach Goatesa. Ktoś doniósł mu, że wpadliśmy na trop kanału przerzutowego. Ktoś ostrzegł go, że w porcie czeka na niego niespodzianka, i umożliwił mu przygotowanie się. Zapewne ktoś z Narkotykowego. W każdym razie ktoś mający dostęp do szczegółów śledztwa. To ten ktoś jest przyczyną katastrofy, jaka miała miejsce ostatniej nocy. Chcę mieć głowę tego ktosia na swoim biurku. Dlatego tu jesteście.

– Żadne z was nie jest od narkotyków – wtrącił Hoover. – A więc nie jesteście w tym umoczeni. Waszej lojalności możemy być pewni.

A Jaggary, na wypadek gdybyśmy jeszcze nie załapali, dodał:

– Wśród nas jest wtyka. Mamy w swoich szeregach kreta. A wy... – wycelował w nas palec – a wy pomożecie mi go odnaleźć. Pytania?

Za oknem padało. Wył wicher, grzmiały pioruny, fale z rykiem rozbijały się o morski klif, kruki krakały złowieszczo, ktoś popełniał samobójstwo... No dobra, żadnych takich nie było, ale nastrój się o takie bajery dopominał. Siedzieliśmy tylko jak te kołki, wsłuchani w bijące o szyby krople deszczu. Bez słowa: nikomu nie chciało się nic gadać. Co miało zostać powiedziane, zostało powiedziane. A reszta była milczeniem. Greps stary i zajechany na maksa, wiem, no ale jak już zrzynać, to z klasyki.

A więc – kret. A więc – zdrajca. Takie jest wyjaśnienie. Takie jest wyjaśnienie całego tego szajsu, którego finałowy akt mieliśmy przyjemność oglądać ostatniej nocy. Zamieszki na stadionie, spartaczona zasadzka, nocna strzelanina – wszystko to ogniskuje się na pewnym pasożytującym na mieście handlarzu narkotyków, ale jest jeszcze jeden bardzo ważny trybik w tym mechanizmie, i nosi on mundur. Nie przypadek i nie nieudacznictwo były przyczyną tego nocnego burdelu – to elementy realizowanego z żelazną konsekwencją Planu, realizowanego przez absolutnie jasny i zimny umysł... Kto? Kto jest tym kretem? Jak to ustalić? Znam go? Znam go na pewno, znamy się tu przecież wszyscy. Może nie pracujemy razem, ale wpadamy na siebie, częściej lub rzadziej. Na korytarzu. Na stołówce. Na strzelnicy. Na ćwiczeniach, treningach, szkoleniach... Może w pubie po godzinach albo na niedzielnym grillu u kogoś. Od jak dawna nim jest? Od jak dawna gra tę rolę? Nie od wczoraj przecież. Trzy, cztery miesiące – taka jest skala. Trzeba będzie porządnie przewietrzyć pamięć. Przypomnieć sobie wszystko, co związane z Narkotykowym. Czy ktoś zaczął zachowywać się ostatnio dziwnie? Zareagował na coś inaczej niż zwykle? Zmienił zwyczaje? Poglądy? W niewytłumaczony sposób nagle się wzbogacił? To ostatnie chyba najważniejsze, przecież to oczywiste, co za tym stoi. Bo nie posądzam nikogo, żeby z własnej woli chciał służyć komuś takiemu jak Douglas Coone. Ani jakiemukolwiek innemu przestępcy. Zresztą sprzedaż własnej lojalności też nie mieści mi się w głowie. Są rzeczy, których się nie robi – bo się nie robi. I tyle.

Nie wiedzieć czemu, nagle przypomniał mi się dzień przysięgi. Dość bezsensownie, pewnie przez skojarzenie przeciwieństw. Bezchmurne niebo, ostre, czerwcowe słońce – to pamiętam bardzo dobrze. Bezchmurne niebo, ostre, czerwcowe słońce, stoję na baczność, stoję w szeregu podobnych mi, w szeregu takich samych wariatów jak ja, ramię przy ramieniu, jeden obok drugiego: towarzysze broni. Starannie wyczyszczony ciemnoniebieski mundur. Wyprasowane w szpic wyłogi kołnierza. Guziki i sprzączka wyglansowane sidolem do połysku, u ramienia galowe sznury – stoję i mrużę oczy od słońca, z całych sił powstrzymując wzruszenie, a państwowa flaga łopocze na wietrze; orkiestra gra i trąbi, Lionheart ględzi o pracy u podstaw, strasznie chce mi się sikać, pojawia się ta pinda Bellwether i przypina mi do piersi odznakę – pięcioramienna gwiazda, mój numer służbowy i gliniarskie motto Fidelis usque ad mortem – i wreszcie nadszedł czas, teraz, na to czekałam, moja rota, prawa dłoń uniesiona, powtarzaj za mną, ja, Judith Hopps, uroczyście ślubuję, na straży bezpieczeństwa, od wrogów wewnętrznych i zewnętrznych, krwi własnej ni życia nie szczędzić – tak mi dopomóż Bóg...

A jakąż dumę czułam! Jakąż chwałę! Każdy z nas czuł. Dumę, że w odwiecznej walce Dobra ze Złem miał jaja opowiedzieć się po właściwej stronie. I cała ta otoczka: mundur, odznaka, chronić i służyć... Jak można zdradzić te ideały? Kim trzeba się stać, żeby się zdobyć na coś takiego? Czułam wściekłość i upokorzenie, jakby ktoś splunął mi w ryj.

Zresztą nie tylko ja. Popatrzyłam na Barksa: niby to siedział spokojnie, ale jeżył na karku sierść i raz po raz obnażał kły, stukając o blat stołu pazurem. Szóstym, odziedziczonym po plejstoceńskich przodkach zmysłem czułam, jak kojot przesuwa językiem po zębach i podniebieniu, czułam, jak pracują mu ślinianki, czułam bijący od niego głód (tak, fizyczny głód). To odzywały się smętne resztki instynktu drapieżnika, to tęsknota do dziczy, gorączki łowów, do mordu, przemocy i krwi na pazurach, krzyku ofiary zarżniętej o świcie. Byłam pewna, że reszta drapieżnych promieniuje podobnie. Ale nie bałam się – współczułam to z nimi. Polowanie! Wytropić zdrajcę! Dopaść i rozszarpać na śmierć! Teraz, teraz, teraz! Boże, co za durne uczucie.

Że co? „Królik nie może zdziczeć"? Oj, może, może, i to jeszcze jak...