– ...To jest po prostu niemożliwe, sir! Znamy się z Liamem od lat, nigdy by czegoś podobnego nie zrobił. On jest czysty, ręczę za niego.
– Rozumiem, co pan czuje, poruczniku, ale na tym etapie nikogo nie możemy zwolnić z podejrzeń. A już na pewno nie po pańskim dobrym słowie...
– Ale przecież – przecież on został ranny w tej strzelaninie! To za mało? Do swojego by Coone strzelał?
– A nie przyszło panu do głowy, że Coone mógłby zechcieć pozbyć się swojej wtyki, jak uzna, że przestała mu być ona potrzebna? Co?
– No cóż, być może –
– Nie oszukujmy się, Coone na pewno wie, że jego wtyka ma określony termin ważności. Na pewno wie, że kiedyś wszystko się wyda. Wtedy jego agent stanie się bezużyteczny. Czy ma w planach jego likwidację, nie wiem – ale jego śmierć w strzelaninie byłaby dla niego wymarzonym rozwiązaniem. Sprawdzamy każdego, bez wyjątku.
Pary starczyło mi jakoś do drugiego nazwiska – czyli przez niecałe dziesięć minut. Przez ten czas myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Nie słuchałam wykładu. Nie interesowało mnie, co mówi Jaggary, nie interesowały mnie komentarze Hoovera ani pytania z sali. Nie interesowało mnie nawet, kto tym zdrajcą jest, ani jak go wytropić. Interesowało mnie tylko jedno: co z tym kimś zrobię, gdy go dostanę w swoje ręce. Przerzucałam sobie w głowie różne okrutne scenariusze, mniej lub bardziej nierealne – najlepsze były te rodem z Mortal Kombat, z kolcami albo wielkim wentylatorem. Ale potem mordercze instynkty mnie opuściły. Opuściły – i zaraz zaliczyłam zjazd, prosto w czarną otchłań apatii i marazmu.
Siedziałam rozwalona na krześle, ledwo żywa, czując jak resztki cukru ulatniają mi się z krwiobiegu. Półprzytomnym wzrokiem gapiłam się na tablicę – widniało tam kolejne dossier, mieliśmy kolejną figurę do prześwietlenia. Ale już nie jakiegoś tam skowyjarza za dychę; zdjęcie pochodziło nie z więziennej kartoteki, a ze zbiorów naszego działu kadr. Spokojna, rozluźniona twarz. Widziana z przodu, nie z profilu. Niebieska koszula mundurowa, sznury, patki, pagony. Kawałek flagi w tle... W sam raz do powieszenia w galerii zasłużonych. Jaggary ględził swoje; nie musiał, dobrze wiedziałam, kto jest na zdjęciu. Czułam się parszywie – chyba zrozumiałam, co czuje ofiara gwałtu. Bo oprócz złości i obrzydzenia targało mną jeszcze jedno, wyjątkowo ohydne uczucie: świadomość bycia wydymaną.
Ktoś, kogo znam, nie jest tym, za kogo się podaje. Ktoś, kogo znam, kogo mam za towarzysza broni, w rzeczywistości gra dla innej drużyny. Od jak dawna? Kiedy do niej przeszedł? Bo na pewno nie grał dla niej od początku, nie ma takiej opcji. Co go do tego skłoniło? Pieniądze? Pewnie pieniądze, jak zawsze, odwieczny katalizator zdrady. Podłe są policyjne zarobki, fakt, to wiadomo nie od dziś – ale przecież wszyscy wiedzieliśmy, na co się piszemy. Wiedzieliśmy, że kokosów z tego nie będzie. Że nie będziemy jeździć cadillacami i nie będziemy grzać tyłków na riwierze w Saint-Tropez. Ale wiedzieliśmy też, że zostanie nam to zrekompensowane w inny sposób. Przynajmniej ja tak na to patrzyłam: odpowiedzialność, jaką dźwigam na barkach, zobowiązania, jakie na siebie biorę, zaszczyt służenia czemuś dobremu i szlachetnemu – to jest moja nagroda. To moja chluba i honor. Czniać pensję; służba to coś ważniejszego. W końcu mojego ramienia dotknął był mieczem ktoś nieskończenie potężniejszy od wszystkich królów i premierów tego świata; a pewnych rzeczy przeliczyć na dolary się nie da. Zaszczytów do gara nie włożę, owszem, ale nie ma przecież przymusu bycia gliniarzem, rynek pracy wielki jest i chłonny. Jednak jak już ktoś się na to decyduje, to bierze to z całym dobrodziejstwem inwentarza, wydaje mi się to proste, jasne i oczywiste. A jednak znalazła się jakiś menda, co zdecydowała się przehandlować swoją lojalność i opluć wszystkie wartości, które każdy gliniarz czci i szanuje – za trzydzieści srebrników. Gdzieś w moim niedalekim otoczeniu. Znalazł sobie nowego pana, wyjątkowo parszywego: jakiegoś handlarza narkotyków o gębie jak poligon nuklearny i odbycie o rozmiarach rury wydechowej. Tak nisko upaść... Nie chciało, po prostu nie chciało mi się w to wierzyć. Kto? Kto jest tym zdrajcą? Czy da się to ustalić? Czy da się to ustalić i zachować zdrowie psychiczne? Jak można prowadzić śledztwo przeciwko swoim znajomym i nie zwariować? Jak rozpracowywać kumpli i nie mieć przy tym odruchów wymiotnych? Musimy odłożyć nasze prywatne sympatie i antypatie na bok, mówił Jaggary, nie możemy oczyścić nikogo z podejrzeń na podstawie przeczuć. Musimy spojrzeć na sprawę obiektywnie. No to spróbowałam spojrzeć obiektywnie. Patrzyłam na tablicę, patrzyłam na to zdjęcie, i usiłowałam jakoś zmusić mózg do posłuszeństwa; ale nie mogłam. Oni mi tu kazali patrzeć na podejrzanego o ciężkie przestępstwo – ja widziałam kolegę z pracy.
Liam Carnegie, lew, dziesięć lat na służbie, dwie nagany, siedem pochwał, pod Goatesem od początku śledztwa. Znam go jako przesympatycznego gościa, ojca trójki dzieci, wielkiego fana hokeja na lodzie i mojego ciasta z marchewek. Czy on jest prawdziwy? Czy to w rzeczywistości mafijny soldato w przebraniu? Przypomniałam sobie nasze ostatnie spotkanie, ze dwa dni temu, w kantynie na piątym piętrze. Mówił coś o synu. Że chore migdałki, że lekarz, że antybiotyk... Chleb powszedni każdego rodzica. Mówił prawdę? Czy kłamał? Może to tylko taka legenda? A może on wcale nie ma syna? Nigdy go nie widziałam. Wszystko, co wiem o Liamie, ulega zakwestionowaniu, dopóki ta sprawa się nie wyjaśni. Dopóki nie poznam prawdy, nie będę w stanie z nim rozmawiać. Nie dam rady choćby spojrzeć mu w oczy.
Następny slajd. Alan Moore, bizon. Też znajomy. W młodości trenował boks, wielokrotnie startował w zawodach dla amatorów i gdyby nie wybrał munduru, z pewnością zrobiłby karierę jako pięściarz. Poza ringiem też jest typem fightera: raka jelita, który nieopatrznie stanął mu na drodze, posłał na łopatki jednym, nokautującym ciosem. To on? Hoover, zerknąwszy do notatek, wtrącił, że brat Alana, Adam, miał niegdyś kłopoty z prawem i wyrok w zawieszeniu – co skwitowaliśmy powściągliwym „Mhm" i wymianą ciężkich spojrzeń. Alan nigdy o tym nie wspominał. I w porządku, każdy ma prawo do tajemnicy. Widocznie nie uznał za stosowne wprowadzać nas w swoje rodzinne sprawy. I szczerze powiedziawszy, wolałabym, żeby tak zostało. Wcale mi się nie podobało, że muszę grzebać mu w życiorysie, tym bardziej, że – jak coś mi podpowiada – wyrok za rozbój z dziewięćdziesiątego dziewiątego związku ze sprawą nie ma żadnego. Ile jeszcze takich przykrych sekretów wywleczemy na światło dzienne? Czułam się, jakbym wsadziła nos w cudzy pamiętnik.
Slajd za slajdem. Twarz za twarzą. Joshua Renner, John Elkins, Dragan Vuković. Siedziałam i raz po raz zerkałam na zegarek. Już nawet przestałam udawać, że mi zależy, tylko czekałam, aż to się skończy. Ale nie ma lekko: trzeba przebrnąć przez listę do końca, odfajkować wszystkich, co pracowali nad bandą Coone'a, cały zespół Goatesa. Zresztą sam Goates też się pojawił, z jakiegoś powodu pośrodku stawki, pod numerem siódmym. Piętnaście lat wzorowej służby i Order Chimery to za mało, żeby naszego komisarza zwolnić z podejrzeń. Wręcz przeciwnie: w jego przypadku Jaggary zalecił podwójną podejrzliwość. Jest najstarszy stopniem, mówił, ma najszersze uprawnienia bezpieczeństwa: to on ciągnął to śledztwo, to on wydawał rozkazy, to on zaplanował obławę w porcie; nie dajcie się zwieść pozorom, fakty świadczą przeciwko niemu... Uśmiechnęłam się krzywo pod nosem. Oczywiście. Jak coś pójdzie nie tak, to potem bęcki zbiera dowódca, tak jest, było i będzie... Dalej, numer osiem: porucznik Russell Tusk, guziec, zastępca Goatesa. Miły, pozytywnie nastawiony do świata facet, to znaczy na tyle pozytywnie nastawiony, na ile pozytywnie nastawiony może być dwukrotny rozwodnik z niepełnosprawnym dzieckiem. Dziewięć: Jaime Herdy, zebra, nieuleczalny kobieciarz mimo czterdziestki na karku, stały bywalec nocnych klubów na Saharze, bliski kumpel Nicka. Dziesięć: Ian Rogovsky, żubr polskiego pochodzenia, ponury, milkliwy typ, wbrew stereotypom – twardy abstynent. Znam ich wszystkich, mniej lub bardziej. Znajomi z pracy, kumple, koledzy. Jednych lubię, innych niekoniecznie. Z niektórymi trzymam bliżej, z niektórymi... Chociaż nie, jednego nie znałam – o, właśnie tego, którego dossier wskoczyło teraz na tablicę. Numer jedenaście. Gdy go zobaczyłam, poczułam, jak żołądek wywraca mi się na lewą stronę, a miliardy naczyń włosowatych w mózgu pęcznieją i bulgoczą.
Atmosfera zgęstniała. Barks zassał nosem powietrze. Rhinehart prychnął i splótł ramiona na piersi. Ktoś szurnął krzesłem. Nikt nic nie powiedział, mimo że wyczuwało się, że ten i ów ma jakiś komentarz na końcu języka. Wszyscy gapili się na jaguara, a miny mieli, jakby ten pierdnął na przedstawieniu teatralnym. Ale on nic sobie z tego nie robił, gadał swoje jak gdyby nigdy nic. Zimny drań z tego Jaggary'ego. Kto by pomyślał... Zanotowałam sobie w myślach, żeby nigdy, przenigdy w niczym mu nie podpaść – w razie czego, żeby wymierzyć karę, facet byłby w stanie wykopać mnie z grobu.
Bo ze zdjęcia na slajdzie patrzył na mnie tygrys: Thomas Tigburne.
Thomas Tigburne. Dwadzieścia cztery lata. Na służbie od półtora miesiąca. W chwili obecnej z dziurą w bebechach. Tak, on też się tu znalazł, ofiara zdrajcy znalazła się między kandydatami na zdrajcę, niewinny między podejrzanymi. Bo to, że on jest niewinny, wydaje mi się chyba dość oczywiste, niech się Jaggary wypcha ze swoim gadaniem. Ja bym go wywaliła z listy w ciemno – ale pan komisarz, kuźwa, nie odpuścił.
– ...Do Goatesa trafił w dość podejrzanych okolicznościach, zaledwie tydzień temu, bez doświadczenia, bez rekomendacji. Prawdopodobnie po protekcji: jego ojcem jest Earl Tigburne, asystent zastępcy doradcy, czy tam zastępca asystenta doradcy, whatever, doradcy ministra spraw wewnętrznych. Sprawa śmierdzi nepotyzmem na kilometr, ale nie będziemy tego teraz roztrząsać... Prawdopodobnie jest czysty, ale nie skreślamy go póki co. To, że został ranny, to mało, rozmawialiśmy już o tym. A kretów może być więcej niż jeden, miejcie to na uwadze...
Milczałam, zażenowana. Pewnie, trzeba sprawdzić wszystkie możliwości, ale teraz to pan komisarz chyba trochę, kurde, przesadza... To ma być zdrajca? Ten żółtodziób? Toż on jawi się wręcz jako zaprzeczenie zdrajcy: młody, ambitny, głodny kariery. Na fotce prezentował się jako pewny siebie przystojniak o cwaniackim półuśmiechu i zawadiacko podkręconych wibryssach. Najmłodszy w towarzystwie; trochę nie pasował do drużyny nieco podtatusiałych facetów. Teraz leży pewnie na jakiejś intensywnej opiece, podłączony do Maszyny, Która Robi Ping!, i śni koszmar za koszmarem, nafaszerowany środkami przeciwbólowymi po czubek głowy. No chyba nie ma lepszego alibi, Jaggary wychodzi na przykrego biurokratę-faszystę... Hunt nie wytrzymał i spytał, jakim cudem ktoś, kto został przydzielony do sprawy tydzień temu, może sabotować śledztwo, które trwa od trzech miesięcy; jaguar tylko wzruszył ramionami. I pewnie zaraz ktoś jeszcze by wyskoczył z jakimś innym argumentem, ale wtem Hoover uciął temat, wrzucając kolejny slajd. Ku zbiorowej uldze.
Zostały trzy nazwiska. Tych dwóch pierwszych już wam oszczędzę – też znajomi, dwunastka może trochę lepszy, trzynastka trochę gorszy. Ale został jeszcze ten ostatni, numer czternaście. Kłopotliwy i bardzo niewygodny. Ktoś, kogo naprawdę dobrze znam. Ktoś, kogo strasznie nie chciałam tutaj ujrzeć, aż do końca miałam nadzieję, że się nie pojawi. Ale się pojawił.
– ...Sierżant Theodore Bearnes. Na służbie od siedmiu lat, do narkotyków przeniesiony trzy lata temu, pod Goatesem pracuje od początku śledztwa. W trakcie swojej kariery nie wyróżnił się niczym szczególnym...
Westchnęłam ciężko. Że też musiało trafić właśnie na niego! Na mojego chyba najlepszego kumpla z całej sekcji. Faceta o charakterze dobrego wujaszka i serduchu większym niż bandzioch Clawhausera. Spoglądał na mnie ze zdjęcia: poczciwe, misiowate pycho, aż proszące się, by doczepić je do stroju Mikołaja z centrum handlowego. Patrzyłam na nie i czułam, jak mi mózg przeprowadza strajk generalny. Ted był chyba ostatnim, którego bym podejrzewała o kapowanie skowyjarzom. Nie kupuję, nie przyjmuję do wiadomości, że mógłby być w tym umoczony.
Przypomniałam sobie naszą poranną rozmowę na parkingu, te szlugi palone jeden po drugim, tę wściekłość i bezsilną złość. To, co on tam odstawił... Nie, on nie kłamał, daję głowę. Nie kłamał i nie aktorzył. To nie on.
– To jest pierwszy strzał: funkcjonariusze mający bezpośredni dostęp do szczegółów śledztwa. Przed zebraniem zdążyliśmy prześwietlić ich wszystkich pod kątem powiązań z członkami gangu Coone'a, ale nie znaleźliśmy nic godnego uwagi. Ale to, że czegoś nie widać na pierwszy, drugi, czy nawet dziesiąty rzut oka nie oznacza, że tego nie ma.
– A może cały zespół Goatesa jest w tym umoczony? A może to sam Oxwald jest kretem? Co się będziemy ograniczać!
– Może tak jest, kto wie. I mówię to całkowicie poważnie. Na tym etapie nie możemy nikogo zwolnić z podejrzeń. Ba, nawet nie wiemy, czego tak naprawdę szukamy! Być może mamy do czynienia z samotnym wilkiem, a być może z całą kliką skorumpowanych gliniarzy. Uważajcie na założenia, które czynicie: jeszcze nie wiemy, z czym walczymy.
– Jaki będzie drugi strzał, sir?
– Cała sekcja narkotykowa, bez wyjątku. Ale to potem.
To potem. A co teraz? Ano bierzemy się za robotę, rzekł Hoover, bierzemy się za szukanie naszego solenizanta.
– Jak?
– Przede wszystkim będziemy musieli wgryźć się w śledztwo, które przeprowadził zespół Goatesa. Będziemy musieli rozłożyć je na czynniki pierwsze. Nie w tym momencie oczywiście, przecież to kupa roboty... ale od tego trzeba będzie zacząć. Przy czym najbardziej interesują nas kwestie, mhm, personalne. Jak wyglądał ich tryb pracy. Kto działał z kim, kto za co odpowiadał, kto co wniósł do śledztwa, i tak dalej. Bo samo śledztwo daje się streścić w jednym zdaniu: czternastu chłopa walących głową w mur. To znaczy trzynastu walących i jeden pilnujący, żeby tamci walili. O ile był jeden, oczywiście... No więc trzeba ustalić, dlaczego walili. Kto kierował w złą stronę. Zwłaszcza trzeba się będzie skupić na tych nietrafionych cynkach. Dlaczego pułapka na Coone'a nigdy nie zadziałała. Kto był gdzie? Kto się z kim kontaktował? I tak dalej.
– Rozdam wam pendrive'y – powiedział Jaggary – na nich są dokumenty ze śledztwa Goatesa. Plus to, co udało się nam z J.M. ustalić. Zapoznajcie się. Macie cały wieczór.
– Postaramy się – dodał Hoover – postaramy się wyczarować nakazy na komórki i mejle. Ale się nie nastawiajcie. Raczej będziemy musieli sobie radzić jak za Króla Ćwieczka... Pytania?
Pytania, o, były, i to całkiem sporo.
– Co właściwie Coone zamierza teraz zrobić? Wziął i przepadł z towarem, okay. Ale co dalej? Jak długo zamierza to ciągnąć? Przecież po czymś takim jest już spalony na maksa, wystarczy, że się pokaże gdzieś na mieście i nara. – Ostatni numer przed przejściem na emeryturę? I potem dać nogę za granicę. Ja bym tak zrobił będąc na jego miejscu. – Tak, my z J.M. też tak podejrzewamy. Że Coone nie będzie już długo bawił w Zwierzogrodzie. Teraz siedzi pewnie gdzieś zabunkrowany, spyli towar i witajcie, Kajmany. Czy z kim tam nie mamy umowy o ekstradycji. – Spyli towar? Myśli pan, panie komisarzu, że będzie czekał tak długo? Aż z cebulek wyrosną mu kwiatki? To ogromne ryzyko. – A kto mówił, że będzie czekał? Może sprzedać go konkurencji. Nie on jeden przecież się tym zajmuje. Albo faktycznie będzie czekał, kto wie. Ktoś się orientuje? Jak długo to paskudztwo rośnie? – Mhm, no więc, w normalnych warunkach jakieś półtora miesiąca. Od sadzonki do kwiatka, tyle trzeba. Ale są sposoby, żeby to trochę przyspieszyć. Odpowiednie nawożenie, szklarnia, stymulatory glebowe, te rzeczy. Powiedziałabym, że nawet do trzech, czterech tygodni, gdyby się uprzeć. Za tyle, w teorii, Coone mógłby mieć gotowy produkt. – I co? Będzie cierpliwie czekał, aż mu zakwitnie? Przez kilka tygodni nie będzie w ogóle wyściubiał nosa z kryjówki? – Ależ... Ja niczego takiego... – A co, takie niemożliwe by to było? Wie, jaka jest stawka. A jak odsiedziałeś w pierdlu piętnaście lat, to jeszcze kilka tygodni też jakoś wytrzymasz. A przecież ciągle ma u nas wtyczkę. Zna nasze ruchy z wyprzedzeniem. Wie, co o nim wiemy i wie, czego nie wiemy. Chociaż ja raczej bym obstawiał, że spyli to komuś innemu i da nogę, jak tylko będzie mógł. Więc czasu jest mało. Ale Coone to już zmartwienie Narkotykowego, nie nasze. My mamy co innego do roboty.
– A, właśnie, Narkotykowy. Co się tam teraz dzieje? Jak wygląda sytuacja? – Tylko szczerze już. Bez zmyłek. – Zmyłek? – Laptopów, w sensie. – Ach. Okay. No więc, wydaje się, że sytuacja jest jako tako opanowana. W każdym razie po tej historii z laptopem opadły trochę emocje. Fajnie, że to chwyciło. Mhm. Wrócili do pracy, Goates i ekipa. To znaczy ci, którzy nie odnieśli ran. Wrócili i szukają teraz Coone'a. Teraz, chyba nawet w tym momencie. Wiem, że zdążyli już zrobić naloty na lokalizacje, które podejrzewają, że mogą być jego meliną. Ze trzy takie były. Nawet nie bawili się w nakazy, żarty się skończyły. Nic jednak nie znaleźli. Kamień w wodę... Ale się nie poddają, szukają dalej. – Wiedzą o krecie? Wiedzą o nas? – O nas nie wiedzą. I życzę sobie, żeby tak zostało. – Czemu w ogóle tak? Czemu trzymamy to w tajemnicy? – Z kilku powodów. Po pierwsze, gdybyśmy lecieli ścieżką oficjalną, musielibyśmy, zgodnie z procedurami, odsunąć od sprawy każdego podejrzanego. Czyli w tym wypadku wszystkich. Śledztwo by po prostu stanęło. A tego nie chcemy. Nie chcemy zamrozić tej sprawy, nie wiemy, jak długo to wszystko potrwa. Dni, tygodnie? Nie wiadomo. Im dłużej, tym gorzej. W tym czasie Coone zdąży dać nogę za granicę. Więc niech się to toczy dalej. Niech chłopaki pracują dalej, niech ryją, a nuż coś znajdą. Po drugie, morale w zespole. I tak jest niskie. A poleciałoby jeszcze niżej. I po trzecie, daje to nam nad kretem przewagę. Niech nie wie, że na niego polujemy. Uśpimy jego czujność. Odpręży się, uspokoi, przestanie być ostrożny. Łatwiej mu będzie popełnić błąd. Na to czekamy. Polowanie z nagonką to wcale nie jest dobra strategia. – Wiedzą o krecie? Goates, Oxwald? – Oxwald tak, jest wtajemniczony, Goates nie. Czy reszta wie? Trudno powiedzieć. Takie teorie pewnie krążyły. Po strzelaninie stało się jasne, że miał miejsce security breach. Tylko nie wiedzieli, co go spowodowało. Przeprowadzili na cito dochodzenie. Ale nic nie znaleźli. Albo nie chcieli znaleźć... Wtedy wkroczyliśmy my. Z czym mamy do czynienia, pokapowaliśmy się od razu. Może dlatego, że jesteśmy niejako „z zewnątrz", mogliśmy spojrzeć na problem z innej perspektywy... Zresztą nieważne. Zameldowaliśmy komendantowi Bogo. On zwołał zebranie. Oprócz nas był tam jeszcze jego zastępca, deputy chief Antlerson, i szef Narkotykowego, William Oxwald. Oni są wtajemniczeni. Wspólnie ustaliliśmy szczegóły dalszego działania. Puściliśmy famę z laptopem i ograniczyliśmy trochę pożar. Kupiliśmy sobie trochę czasu.
– Czy my w ogóle poprawnie zakładamy, że cały ten towar jest na handel? Czy rynek „smoka" w mieście jest aż tak wielki i chłonny, że trzeba ściągać naraz aż całą ciężarówkę? Wygląda mi raczej na to, że ktoś używa gangu Coone'a do nieco innych celów. Może pojawił się jakiś następca Bellwether? – I co, drugi raz ten sam numer? Nikt się już na to nie nabierze. Od czasu Stu Dni jesteśmy już trochę mądrzejsi. W razie czego panowie Uspokajacze raz-dwa spacyfikują zdziczałych delikwentów. Skowyjce już dawno przestały być narzędziem strachu, teraz są po prostu intratnym biznesem. Ale, jak już mówiłem, to jest zmartwienie Oxwalda, nie nasze. Naszym zadaniem jest znaleźć kreta i powiesić go za jaja. Czy wyrażam się jasno?
– Tak jest!
– Świetnie. No to działamy. Tylko ostrożnie. Spieszymy się powoli, działamy spokojnie i metodycznie. Jak w tym kawale o dziwce: „Nie miotaj się pod klientem". Żadnych gwałtownych ruchów. Wszystkich widzę jutro o ósmej rano, bez mundurów, pod budynkiem administracyjnym portu towarowego w Morskim. Poniuchamy na miejscu. I weźcie coś od deszczu, pojedziemy do Las Padas.
– Jeszcze jedno pytanie, sir. Dlaczego właśnie my? Dlaczego w ogóle ktokolwiek? Dlaczego wy, Wewnętrzni, sami się tym nie zajmiecie? Przecież po to tu właśnie jesteście, jak sobie wyobrażam.
– W innych okolicznościach może by i tak było, kto wie. Ale skoro uznaliśmy, że poszukiwania utrzymamy w tajemnicy, to sprawa wygląda trochę inaczej. I dlatego wy. Bo wy jesteście z nimi bliżej, wam prędzej zaufają niż nam. Banda Wewnętrznych kręcąca się po firmie, węsząca, zadająca pytania, tylko by budziła podejrzenia. A nie chcemy spłoszyć naszej wtyczki. Więc, z decyzji komendanta, powstała ta grupa. I tak działamy.
– Komendanta? To sam Bogo stoi za pomysłem tej grupy śledczej?
– Tak, bo co? To jakiś problem?
– Nie, skąd...
Na koniec podpisaliśmy jeszcze papiery o poufności. Będąc „świadomą odpowiedzialności karnej", oświadczyłam, że nigdy, nikomu, pod żadnym pozorem, nie pisnę słówka o tym, co tu usłyszałam, a jeśli by tak się stało, to, poinformowano mnie, zostanę uznana winną zdrady tajemnicy służbowej i dyscyplinarnie wykopana z firmy, mój ziemski majątek zostanie zarekwirowany i zlicytowany, moja dusza zostanie komisyjnie przekazana Diabłu, moja rodzina do siedmiu pokoleń wstecz spędzi resztę życia przykuta łańcuchem do taczek w kopalni rudy uranu, a ja sama dokonam żywota szyjąc worki z brezentu w więzieniu o zaostrzonym rygorze ukrytym gdzieś w bezkresnych pustkowiach na północ od sześćdziesiątego szóstego równoleżnika. Mocna rzecz, to Biuro Śledcze.
– Trzymamy to w tajemnicy tak długo, jak się da. Dopóki on nie wie, że na niego polujemy, mamy przewagę. Dlatego: nie ma żadnego kreta ani żadnej grupy śledczej. Gdyby ktoś się pytał, nie zasłaniać się tajemnicą i nie wykręcać się – po prostu łgać ile wlezie. Widzimy się jutro. I pamiętać o pracy domowej.
Gdy w końcu skończyliśmy, dochodziła szósta. Byłam wykończona. Brown rzucił mi tylko „Do jutra" i poszedł sobie w diabły. Popatrzyłam na resztę towarzystwa: Jaggary tłumaczył coś Rhinehartowi (musiał zadrzeć głowę, żeby to zrobić), Barks wdał się w sprzeczkę z Huntem, Hoover mamrotał coś do komórki, przyssawszy się na powrót do okna. Opary wnerwienia i zmęczenia unosiły się w powietrzu. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Musiałam strzelić sobie w żyłę parę miligramów samotności.
Jedną z zalet pracy w męskim środowisku jest to, że w dziewczyńskiej zawsze jest pusto, i tym razem nie było inaczej. Wdrapałam się na przystawiony do umywalki stołek, odkręciłam kran. Przez dłuższą chwilę stałam tylko i myłam twarz, wsłuchana w szum wody, jakby ta drobna dawka rutyny mogła przywrócić mi utracony spokój umysłu.
A potrzebowałam tego i to straszliwie. Wciąż nie mogłam oswoić się z myślą, że wśród nas jest wtyka. Że jeden z nas nie jest jednym z nas. Wyjątkowo podłe uczucie, uświadomić sobie, że obcowało się z Judaszem. Był tutaj, między nami, był i jest nadal. Codziennie widzieliśmy jego dwulicową mordę, nie mając pojęcia, że widzimy bandziora w mundurze. Ściskaliśmy mu dłoń, jadaliśmy z nim przy jednym stole, łamaliśmy się chlebem, uznaliśmy za swojego – a on wysłał naszych na śmierć. Ukatrupić jednego prawie mu się udało. Biedny żółtodziób leży teraz w szpitalu i walczy o życie. Może i ten Tigburne jest, jak powiedział Bearnes, zarozumiałym szczeniakiem, ale, do cholery, jest naszym zarozumiałym szczeniakiem.
Ale kret w policji to nie wszystko. Jest jeszcze coś gorszego. Coś dużo, dużo gorszego.
Jego mocodawca.
Spojrzałam w lustro. Wyglądałam, jakbym dopiero co wróciła z dwudziestogodzinnego patrolu po Las Padas, w trakcie którego zaliczyłam pięć morderstw, siedem samobójstw i dziesięć domowych awantur z latającą zastawą stołową. W niczym nie przypominałam wesołej i uśmiechniętej siebie z tego plakatu Bellwether, niech ją piekło pochłonie, który narysowała, gdy wpadła na pomysł reklamowania firmy moją gębą. W tym stanie mogłabym reklamować co najwyżej leki na depresję albo kampanię społeczną „Mamo, nie bij". Po raz pierwszy od dłuższego czasu zapragnęłam pójść do pubu i golnąć sobie setę czegoś wysokooktanowego.
Wyciągnęłam ręce przed siebie. Dłonie mi nie drżały, tyle dobrego.
Bo bałam się i to potwornie. Bałam się, bałam się Coone'a i jego gangu. Coone przerażał mnie dużo bardziej niż kret.
Bo wyciągnęłam wnioski.
Zrazu myślałam, że ten cały Coone to tylko taki sobie rozrabiaka z niższej ligi, równie głupi co agresywny. No bo niby czego można się spodziewać po przećpanym oprychu, co kropnął innego oprycha za to, że ten wszedł mu w szkodę? Sprytu, polotu i przestępczego kunsztu? Gdyby rzeczywiście był sprytny, nie trafiłby do pierdla na piętnaście lat. Wyobraziłam go sobie: wyszedł, usłyszał, że na topie jest teraz niebieskie i przypuścił szturm na biznes. Skrzyknął paru podobnych sobie zbirów po wyrokach, wytrzasnął skądś jakiegoś trójkowego absolwencinę polibudy i uruchomił fabryczkę smoka w piwnicy pod blokiem albo u kumpla w garażu. Narkotykowy baron za czapkę śliwek. Narzędzia i wyposażenie kupił pewnie w telezakupach.
Ale w miarę jak Jaggary odkrywał, karta po karcie, coraz to nowe szczegóły, pomału uświadamiałam sobie, jak straszliwie się pomyliłam. Niby ten Coone zaczynał od absolutnego zera, a stworzył organizację, która wodzi zwierzogrodzką policję za nos nie pierwszy już miesiąc. Wkręcił między nas swoją wtykę, a zrobił to tak zręcznie, że nikt się nie zorientował. Przeszmuglował do miasta, bagatela, osiem skrzyń kontrabandy i dopisał sobie do konta sto milionów. Żeby odwrócić naszą uwagę, wywołał, cholera, zamieszki. I pewnie jeszcze na nich zarobił, no bo w końcu mecze, koncerty ostrej muzy i inne imprezy, na których testosteron leje się strumieniami, są dla skowyjarzy tym, czym dla kompanii naftowej jest pole roponośne. Czy takiego zachowania można oczekiwać po zbirze, co posłał do piachu dilera, bo ten wszedł mu na podwórko? Czym jeszcze nas zaskoczy? Jaki będzie jego następny ruch? Bo to z pewnością nie było jego ostatnie słowo, na pewno ma jeszcze parę atutów w rękawie. Chociażby ta broń szturmowa – założę się, że Goates nie miał o niej pojęcia. Zna nasze ruchy z wyprzedzeniem... A żeby było jeszcze fajniej, to jeśli Jaggary ma rację, Coone jest tylko narzędziem w rękach kogoś jeszcze potężniejszego. Kogo? Jak wysoko sięga ta piramida? Jak głęboko zostaliśmy zinfiltrowani? Kto jeszcze okaże się w to zamieszany? Dzisiejszego popołudnia dane mi było potknąć się o czubek góry lodowej czegoś wyjątkowo parszywego, ale przeniknąć wzrokiem przez ciemną, lodowatą głębię i ujrzeć skali tego koszmaru w całej okazałości nie mogłam – i dlatego się bałam.
Z jakiegoś powodu największą bojaźń budzi zawsze To, Co Ukryte.
Kap, kap, kap, cieknie woda z kranu. Łazienkowa półcisza, mdłe światło jarzeniówek, zapach chloru. Z lustra straszy zmokniętego morda jakiegoś menela. Dawno nie widziałam siebie w takim stanie. Zdarzało mi się aresztować ćpunów, którzy na mugshotach prezentowali się ładniej. Westchnęłam ciężko. Wyciągnęłam się i sięgnęłam do dozownika po papierowy ręcznik. Wszystko tu było o kilka numerów za duże, ręcznik był wielkości pokrowca na fortepian. Ciekawe, czy kret korzystał z niego przede mną, myślałam, wycierając twarz. Może to krecica, nie kret. Jest przecież parę bab w Narkotykowym. Czemu miałyby być poza podejrzeniem? Pod Goatesem nie pracuje wprawdzie żadna, ale... czy ma to jakieś znaczenie? Podejrzany jest każdy bez wyjątku. Ciekawe, swoją drogą, co on zamierza teraz zrobić, ten kret. Jaki będzie jego następny ruch. Może zechce wykonać jakiś manewr wyprzedzający. Może uderzy w nas, zanim my zdążymy w niego. Przecież jest uzbrojony, jak każdy tutaj. Czy wie, gdzie mieszkam? Trzeba być czujnym i ostrożnym. Oglądać się za siebie. Nie łazić samemu, nawet po firmie. Nie jestem bezpieczna. Cisnęłam zwitek do kosza, spojrzałam w lustro i...
... i zamarłam, zawstydzona, jakby ktoś przyłapał mnie na dłubaniu w nosie podczas odprawy.
Otrząsnęłam się i w mig wróciłam do rzeczywistości. Szybkimi, nerwowymi ruchami doprowadziłam się do ładu. Wygładziłam bluzę, poprawiłam kołnierz. Odznaka była krzywo, wyprostowałam. Ujęłam mankiet w palce i ją przetarłam, żeby pozbyć się zaschniętych kropli deszczu i choć trochę przywrócić jej dawny blask. Wygrawerowane Fidelis usque ad mortem błysnęło do mnie mosiężnie.
Fidelis usque ad mortem, wierni do śmierci.
Baczność! Jestem Judy Hopps! Jestem twardą babą ze wsi, córką dumnego farmera z Szarakówka! W moich żyłach płynie krew króliczych pionierów-kolonistów, którzy uczynili te ziemie sobie poddanymi na długo przed tym, zanim puszcza, w miejscu której stoi obecnie Zwierzogród, padła pod ciosami siekier. Swoje powołanie wyśniłam w wieku sześciu lat i przez prawie dwie dekady ciężko pracowałam, żeby je urzeczywistnić. Jako pierwszy królik w historii robię karierę w służbach mundurowych, a pierwszą sprawę rozgryzłam trzeciego dnia pracy, za wsparcie mając tylko zakompleksionego lisa i wózek golfowy. Boże kochany, ten przeklęty wózek! Pewnie miał funkcję odtwarzania melodyjki, jak samochód z lodami. A mimo tego udało mi się przechytrzyć najgroźniejszą przestępczynię dwudziestego pierwszego wieku, doprowadzić ją przed oblicze sądu i zapewnić jej dożywotnie wczasy na koszt podatników. Gdybym nie urodziła się takim kurduplem, na bank nosiłabym już na kołnierzu porucznikowskie belki (żeby tam porucznikowskie – kapitańskie!). I najwyraźniej ktoś na Górze w końcu się na mnie poznał, bo to właśnie mnie wybrał do tej grupy. Dopiero teraz sobie to uświadomiłam: spośród wszystkich policyjnych śledczych to właśnie mnie przydzielono do sprawy, powierzono mi trudne, wredne i diablo odpowiedzialne zadanie. I prawidłowo, to była świetna decyzja! Tu potrzeba kobiecej ręki! Ale dlaczego właśnie ja? Przecież Bogo ma całą zwierzogrodzką policję do swojej dyspozycji, mógł w moje miejsce wybrać kogokolwiek innego. Nie mam złudzeń, że jestem tu najlepsza. Czyżbym siebie nie doceniała? A może zadecydowały jakieś inne czynniki?
Przypomniałam sobie tego cwaniaczka i kombinatora Peltneya, i tę jego niewydarzoną łapówkę z dziesięciu patyków. Odmówiłam – oczywiście, że odmówiłam – ale to był odruch, nie kalkulacja, nie zastanawiałam się przecież nad tym. Złamanie reguł, nawet w błahej kwestii, było dla mnie czymś niewyobrażalnym, branie łapówek było spoza mojego świata. Spoza mojego świata jest też parę innych rzeczy – bo ja przecież nie trafiłam do policji dlatego, że, nie wiem, że taka jest tradycja w mojej rodzinie, albo dlatego, że potrzebowałam roboty – tylko dlatego, że takie, nie inne powołanie w sobie odkryłam. Jedni zbijają fortuny, drudzy odbębniają etat w McDonaldzie, inni kiszą się w kibucach i klasztorach – ja zaś idę przez życie ze świadomością, że świat wymaga remontu, a odpowiednie instrukcje, jak to zrobić, zawarte są w Biblii, Konstytucji, Kodeksie karnym i paru pomniejszych apokryfach, i niezmordowanie się tego trzymam. Może nie rozwiążę każdej sprawy, którą dostanę, ale na pewno nigdy się nikomu nie sprzedam – bo to wbrew moim najświętszym przekonaniom. Czy to właśnie dlatego zostałam wybrana? Ze względu na mój frajerski idealizm i wynikającą zeń bezkompromisową, żelazną uczciwość? Waszej lojalności możemy być pewni... No tak, kompetencje fajna sprawa, ale kiedy tropisz zdradę we własnych szeregach, inne rzeczy stają się ważniejsze. A Bogo na pewno ma gdzieś w swoich bezdennych archiwach mój profil psychologiczny, na pewno ma mnie rozłożoną na czynniki pierwsze, wie lepiej ode mnie, jaka jestem, czym gardzę, czego pragnę. Ale przecież każdy gliniarz na moim miejscu zachowałby się dokładnie tak samo. Prawda? Czy nie?
Patrzyłam w lustro. Widziałam siebie, zawziętą i zdeterminowaną, dokładnie taką, jakiej siebie potrzebowałam. Surowa mina. Spokojne spojrzenie. Równy oddech. Wytropię zdrajcę i powieszę sobie jego łeb nad kominkiem. A potem poślę Coone'a do pierdla. Tam, gdzie jego miejsce. Tak! Wykrzywiłam wargi do swego odbicia. Po czym jakoś tak ni z tego, ni z owego, pod wpływem chwili, strzeliłam kultowym tekstem ze słynnego „Dorwać kocura", nieudolnie starając się spapugować zachrypnięty, przeżarty whisky i nikotyną baryton Javiera Leone:
– A jak zginę... to w zaświatach, ścierwa, też was dopadnę.
Dobrze, że nikt tego nie widział, bo by się pewnie udusił ze śmiechu.
