– Ostrzegam, cały jestem w piachu.
– Nie szkodzi... Jak minął dzionek?
– Och, wręcz fantastycznie! Wyrobiłem chyba przydział kilometrów na najbliższe pół roku. Może zacznę dorabiać na przesyłkach kurierskich?
Wyłuskałam się z jego ramion. Trafiłam w nie niechcący, automatycznie, gdy tylko pojawił się w polu widzenia. No dobra, może trochę chcący. Ale nic na to nie poradzę – to silniejsze ode mnie, lgnę w nie na takiej samej zasadzie, na jakiej ćma lgnie do światła. Zazwyczaj twardo się powstrzymuję, ale tym razem, korzystając, że na korytarzu nikogo nie było, pozwoliłam sobie na chwilę słabości. Nick nie spodziewał się tego, ale chyba nie miał mi za złe. Patrzył na mnie, lekko uśmiechnięty. Po raz enty pomyślałam sobie, że moja głowa fantastycznie by się wpasowała w to zagłębienie między podbródkiem a obojczykiem, i po raz enty pożałowałam, że nie jestem choćby o pół głowy wyższa. Królik do lisa pasuje jak garbaty do muru, nie ma co tego ukrywać. Matka Natura jest suką.
Wspięłam się na palce i poprawiłam mu krawat.
– Dedukuję, że byłeś na Starej Saharze.
– Taa? Jak na to wpadłaś?
Po chwili wahania poprawiłam mu jeszcze kołnierzyk. Lis poddawał się tym zabiegom z nieziemską cierpliwością.
– Taka tam, kobieca intuicja. Pokaż no się.
Cofnęłam się o krok i otaksowałam Nicka wzrokiem. Wydęłam wargi.
– Ujdzie.
– Jak ja nie znoszę Sahary! – sarkał, otrzepując nogawki z zaschniętego piasku. – Zwłaszcza gdy pada. Czy ci geniusze, co stawiali te cholerne piekarniki, nie pomyśleli, że w czasie deszczu zrobi się tam sauna? Ledwo się daje oddychać!
I już. Wystarczyło. Tylko chwilę spędziłam z moim lisem i cała chandra uleciała ze mnie w mgnieniu oka. Aż czułam, jak mi endorfinki buzują w żyłach. Mówiłam, nie ma lepszego antydepresantu.
– I jeszcze trafiliśmy na wieczorną mszę – gderał antydepresant. – Czy jak to się tam u nich nazywa. Wyją te wyjce mueziny i wyją. Nawet deszcz im nie przeszkadza. Ja ci mówię, oni prowadzą jakiś korespondencyjny pojedynek na decybele. Kurde, dopiero co prałem te portki, no...
– Oj tam, nie marudź. Przynajmniej zdobyłeś nową sprawność harcerską. „Lis pustynny".
– Taa. I „Lis arktyczny" też, nie zapominaj.
– Combo-shot! Badge ci się należy jak nic.
– Dobra, dobra. Przy kolacji sobie poświętujemy. Gotowa? Fajrant już?
Pacnęłam się w czoło.
– O, rany! Operacja „Królik z grilla"! Zupełnie zapomniałam...
– Ja prawie też. Przez to wszystko.
– Zdążymy? Myślisz?
– Czemu nie? Jak się ogarniemy, to spokojnie...
Ruch w kącie oka. Spłoszyłam się i odruchowo cofnęłam się od Nicka. To Jaggary i Hoover zmaterializowali się na korytarzu. Nick też spojrzał – i z jakiegoś powodu strasznie się nastroszył, gdy ich zobaczył. Gapił się na nich w chmurnym milczeniu, kiedy przechodzili obok nas. Ale oni nie patrzyli na niego, patrzyli na mnie – obdarzyli mnie takimi samymi zmęczonymi spojrzeniami, zmęczonymi, ale pełnymi wiary i determinacji w pracę do wykonania. Odpowiedziałam hardą miną starego wiarusa. Nie zawiodę, sir! W końcu zniknęli za winklem.
– To ci dwaj – mruknął Nick.
– Hmm? Co: ci dwaj?
– Z dzisiaj rano. Ziomale Antlersona. Byli tam wtedy, u niego.
– Wtedy? W sensie kiedy, mhm, wezwał cię na dywanik?
– Taa. Co myślałem, że wywali mnie z roboty za niewinność. Kurde. Słyszałaś, co się stało? Jakiś dzięcioł posiał gdzieś na mieście służbowego laptopa! I przez to to wszystko. Mówiłem, że ktoś coś schrzanił z bezpieczeństwem.
– I oni też tam byli? Tak?
– Ano. Nic nie mówili, tylko się, o, przyglądali. Chociaż z drugiej strony, to oni przerwali ten kabaret, więc w sumie powinienem być im wdzięczny...
Patrzyłam na korytarz, gdzie zniknęli moi nowi przełożeni. Przypominałam sobie poranną rozmowę z Nickiem. Jak to on powiedział?
... I jeszcze dwóch fagasów po cywilnemu. Nie znam, ale raczej nie od nas, może fedzie jakieś, cholera wie...
Już wtedy. Już wtedy Jaggary i Hoover kręcili się po firmie i niuchali za kretem. Poszli do Antlersona – on pomyślał o Nicku. Oczywiście nic na niego nie miał, więc go puścił. Wszystko pasuje.
Ale – kolacja! A przecież mam pracę domową do odrobienia. Jak to pogodzić? Zdążę?
– Wiesz, co? – powiedział Nick. – Przemyślałem sprawę i chyba faktycznie złożę tę skargę do Bogo. Dla zasady. Pewnie nic to nie da, ale co tam. Niech mu się zrobi ciepło, chociaż trochę.
– Słuchaj, musimy pogadać...
Nick machnął ręką.
– Potem. Mam dla ciebie niespodziankę.
– O. – W pierwszej chwili pomyślałam, że głupek naprawdę kupił ten wagon tulipanów.
– Tak, tak – błysnął kłami. – Myślę o wszystkim. Chodź, pokażę ci. Na pewno ci się spodoba.
– Już się boję... – mruknęłam.
Niespodzianka czekała w głównej hali, na dyspozytorni, tak zwanym Centrum Pomiatania Glinami. Zebrało się tam już całkiem ciekawe towarzystwo: był hipopotam Higgins, był oczywiście Clawhauser i było jeszcze dwóch jegomościów po cywilnemu. Ci dwaj ostatni chyba nie bawili się zbyt dobrze – w zrelaksowaniu się przeszkadzały im zapewne kajdanki. Zaledwie ich ujrzałam, zrozumiałam, że sprawę napadu na sklep można uznać za zamkniętą, a akta ostemplować i wrzucić do szafy. Obok nich, na ziemi, leżały dwie wypchane torby i sportowy plecak – ciekawe, ach, ciekawe, cóż takiego mogło w nich być...? Z radiostacji Clawhausera dobiegała monotonna, patrolowa gadanina raz po raz przerywana pierdnięciami overu.
– ...Dzwonili ze szpitala, podobno jest okay – tłumaczył gepard Higginsowi. – Stan ciężki, ale stabilny, tak mi doktorek mówił, może jutro podskoczę i oddam krew, bo mamy tę samą grupę, jak się okazało, a jego ojciec, pan Earl – o, cześć, Judy!
– Cześć, cześć... Jeszcze nie w domu? Dzięki za pomoc, Hugh.
Hipopotam tylko skinął mi głową. Dłubał w sobie w zębach wykałaczką o gabarytach strażackiego bosaka.
– Wziąłem nadgodziny – wyjaśnił Clawhauser. – A nuż tego wieczoru znowu wydarzy się jakaś katastrofa? Będę na posterunku. Poza tym przyda się tu ktoś, kto umie czytać i pisać.
Dopiero teraz zauważyłam, że gepard wypełniał jakieś kwity, zapewne protokoły zatrzymania.
Nick przybrał minę gospodarza teleturnieju i wskazał z dumą na aresztantów.
– Zobacz, Karotka, co złowiliśmy!
No ładny połów, trzeba przyznać: dwie wyrośnięte sztuki. Szczególną uwagę zwracała ta z prawej, przemoczony do suchej nitki ryś w granatowej, ziomalskiej bluzie z kapturem. Stał pośrodku szybko rosnącej kałuży. Gdyby go wyżąć, zostałoby tak z pół wiadra wody.
– Czyżby to był... imć pan Leigh Blynx?
– We własnej osobie!
– A co on taki mokry?
– Powiedzmy, że... nie chciał dać się zaaresztować – uśmiechnął się Nick. – Trochę musiałem się za nim nabiegać. No i, tak jakoś wyszło, wpadł biedaczyna do zbiornika przeciwpożarowego. Ech, żałuj, że cię nie było, pościg jak na filmie!
Blynx nie miał tików nerwowych. Popatrzyłam mu w oczy, żeby się upewnić: miał brązowe. Ryś chyba źle odczytał moje intencje i wziął to za wyzwanie na pojedynek spojrzeń, a że i trząsł się i drżał, wyglądał, jakby dostał ataku epilepsji.
Spojrzałam na jego towarzysza niedoli – ten dla odmiany był suchy. Jego też poznałam. Westchnęłam ciężko.
– Chris Peltney, jak sądzę? – spytałam cicho.
Było mi autentycznie przykro. Borsukowi chyba też, bo bardzo starał się nie patrzeć mi w oczy.
– A ja się zastanawiałam, z kim to Blynx rozmawiał wtedy przez telefon – pokiwałam głową. – W sklepie. „Ani słowa Snoutonowi". To on was poznał! Poznał was... ale łupami nie mieliście ochoty się z nim dzielić.
Oczywiście! Przy takim obrocie spraw kilka pozornie dziwnych detali nagle nabiera sensu. No bo: skąd Jim, pardon, skąd Leigh wiedział, że Peltney jak powietrza potrzebował pracownika? Jak to się stało, że bezawaryjnie dotąd działający system monitoringu nagle się popsuł? Kto unieszkodliwił broń? Mamy odpowiedź.
– Taak... I pomyśleć, że ja najzupełniej serio myślałam, że to twój ojciec to wszystko ukartował. Chyba będę musiała przemyśleć to jeszcze raz... Bo coś mi podpowiada, że on jest niewinny. Mam rację?
Niesamowite. Wcześniej mówiłam mu per „pan" a teraz jakoś tak ni stąd, ni zowąd przeszliśmy na „ty". Kajdanki to dziwna rzecz.
– Już wtedy powinnam się domyślić – ciągnęłam. – Kiedy mi powiedziałeś, że zdawałeś inżynierkę w innym terminie. Inżynierka – czyli polibuda. ZIT? Co studiowałeś, informatykę, elektronikę? Coś z tej beczki. Na pewno jesteś dobry into komputery. Skoro znasz sztuczki, żeby taki system kaputt machen... No i na pewno masz zapasowy klucz do sklepu, żeby wejść do niego po godzinach. Ostatniego dnia, kiedy zniknął Jim. Czy tam Leigh, jak wolisz. To było wtedy, tak? Wszedłeś i załatwiłeś monitoring... A twój ojciec myślał – myślał, że to sprawka rysia. I ta broń – to też twoje dzieło, prawda? Nie chciałeś, żeby ojciec zrobił w kumplu dziurę na wylot. Więc załadowałeś ją ślepakami.
– Jakimi znowu ślepakami? – zgłupiał Nick.
– Jak będziesz go przesłuchiwał, to się spytaj – powiedziałam, nie spuszczając Peltneya z oczu. – Ciekawe rzeczy ci opowie... Kiedy to było, Chris? Jakoś tuż przed napadem, prawda? Pewnie wczoraj wieczorem albo nawet dzisiaj rano. A potem z powrotem wsunąłeś ostre. Ale to już po tym, jak Hounds zdążył ją ostukać... Nic dziwnego, że wyszedł mętlik. Tylko po co właściwie był ten numer z zatrudnieniem Blynxa? Skoro... – urwałam, ale zaraz dopowiedziałam sobie resztę.
– Ach! No jasne! Zmyłka, zasłona dymna. Lekka charakteryzacja, kolorowe szkła kontaktowe i symulowanie choroby. Ryś po tuningu... Chciałeś, żeby ojciec się na niego napatrzył i go dobrze zapamiętał. A gliny niech sobie na zdrowie przetrząsają miasto w poszukiwaniu zielonookiego rysia z charakterystycznym kalectwem.
Przez moment smakowałam kunszt tej intrygi.
– Ciekawe, muszę przyznać. Trochę operetkowe, ale co tam. W każdym razie: nietrywialne. Założę się, że to ty byłeś mózgiem tego przedsięwzięcia – powiedziałam do Peltneya życzliwie. – Bo nie wierzę, że to wszystko wymyślił ten Napoleon zbrodni, co napadł na monopolowy w kartonowym pudle na głowie.
– Czy to ważne, kto to wymyślił? – wtrącił Nick, chyba nieco znudzony moim ględzeniem. – Ważne, że już po robocie. Został endszpil. Ale to jutro. Sorry. Jak chcesz ich przesłuchiwać teraz, to proszę bardzo, ja się nie piszę. Nalatałem się, nabiegałem, zarobiony jestem i w ogóle. Należy mi się fajrant. Dziękuję, dobranoc.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na aresztantów. Peltney zajęty był analizą stanu kafelków podłogowych. Ale mnie bardziej interesował Blynx. Stał i trząsł się, raz po raz pociągając nosem, woda spływała mu z sierści i odzieży. Więc tak wygląda. Więc tak wygląda ten słynny James Winters, za którym lataliśmy dzisiaj po całym mieście. Nie miał już tej paramilitarnej kurtki, pewnie pozbył się jej w ramach akcji zacierania śladów. Teraz tylko ta bluza z kapturem. Feniek pewnie po nadrukach umiałby odgadnąć jego ulubionych raperów. Przypominałam sobie szczegóły sprawy napadu i tylko kręciłam z niedowierzaniem głową. Mój Boże, czegośmy z Nickiem sobie o tym rysiu nie wyobrażali! Że sprytny, że przebiegły, że zawodowiec, że ma grande cojones... A figę! Żaden tam Pierwszy Kasiarz Zwierzogrodu – zwykły oprych do wynajęcia. Tylko że inny mózg myślał za niego. I teraz wszystko nabiera sensu. Nie odwaga i nie brawura – tylko solidnie przemyślany plan, i stąd te wszystkie dziwne wnioski... „Pierwszy Kasiarz Zwierzogrodu" wtem kichnął potężnie i usmarkał się obficie. Chciałam powiedzieć, żeby ktoś dał mu jakiś koc, czy coś, ale przypomniało mi się, że to właśnie on zrujnował mi dzisiejszy dzień, i postanowiłam, że niech się wypcha.
– A tak w ogóle... – mruknęłam. – A tak w ogóle to jak wy ich znaleźliście?
– Hę? To raczej ty ich znalazłaś, nie my. My tylko, o, pojechaliśmy i odwaliliśmy czarną robotę.
– To znaczy? U Blynxa obydwaj siedzieli?
– Nie. U Blynxa nikogo nie było.
– Więc jak? Serio. Jak wy żeście ich znaleźli?
Nick przymknął oczy, ziewnął i przeciągnął się porządnie.
– Dużo gaaaadać... Mhm. No więc najpierw pojechaliśmy na kwadrat do Blynxa, oczywiście nikogo nie było. W każdym razie nikt nie otwierał. Hugh już włączył tryb bojowy i chciał robić demolkę, ale go zastopowałem i postanowiłem – postanowiłem, że najpierw wpadniemy z wizytą do Mr. Snoutona. Aż sam byłem ciekaw, co to za jeden. No to poszliśmy. To po sąsiedzku, na tym samym osiedlu. Opisu ci daruję, niezbyt przystojna gęba. Do współpracy nie był jednak zbyt chętny. Odpyskiwał, machał łapami – ale jak Hugh zmaterializował mi się za plecami, to trochę zmiękł. Zapytałem go o Blynxa, gdzie też to on może się teraz podziewać. Najpierw rżnął głupa, że niby nikogo takiego nie zna. Ale jak mu powiedziałem, że jego, Snoutona, nazwisko przewija się w kontekście napadu na sklep – bo to zresztą jest prawda, nie? – i że być może podejrzewamy, że jest w to zamieszany, i dodałem jeszcze coś o recydywie, to pękł. Przypomniało mu się, że Blynx ostatnio dorabia – a to ci historia! – dorabia w takim jednym warsztacie samochodowym na Saharze. Ciekawe, nie? Sprawdziłem na mapie: rzut beretem od Mojave. Pojechaliśmy – i kto siedział na zapleczu? Bum! Podwójny aut i baza zdobyta. Jeden capnięty, drugi zdążył prysnąć. Ale nie uciekł daleko. Resztę znasz. Mhm. Jak tam, Ben, długo jeszcze?
– Już, już kończę! – odparł Clawhauser, nie unosząc wzroku znad papierów. – Pozycja w rejestrze, data... Który to dzisiaj mamy, dwudziesty piąty? Mhm.
– Ale broń, co z bronią! – przypomniałam sobie. – Z tym usypiaczem. Znalazł się? Przetrzepaliście ich?
A Higgins sięgnął do przepastnej kieszeni i wydobył... zawinięty w folię pneumatyczny pistolet STG-1.
– Nawet fajna rzecz, jak się umieć tym posługiwać – mruknął obracając go w paluchach.
– Nie nasz, nie – dodał szybko Nick. – Jakiś wojskowy, wnioskując po numerach. Trzeba będzie ustalić, skąd go wytrzasnęli, przecież nie kupili w sklepie z militariami... Ale najpierw niech wesoła kompania Houndsa zdejmie odciski. No i trzeba zanieść łupy do depozytu...
– Buch, pieczątka i finito! – oznajmił uroczystym głosem Clawhauser. – Dobra, chłopaki, są wasi. Możecie ich zabrać – dodał i skinął lekko dłonią, jak kapryśna księżniczka nakazująca wtrącić jakiegoś pechowego pazia do lochu.
– Okay, ja się tym zajmę – mruknął Higgins, chowając wykałaczkę. – I spluwą też. Co mi tam. Śmigajcie na fajrant. Walizki też wam odniosę, o, taki jestem miły. Jakiś dzień dobroci mam dzisiaj, kurde...
– Dzięki. Przypomnij się o to piwko któregoś razu.
– A pewnie, pewnie. Jak myślisz, wrzucić ich do celi z West Ramem czy Liverbullem? Te, miśki, za kim jesteście? Byki czy Barany? Powiedzcie, a już was dobrze ulokujemy. Pięć gwiazdek dostaniecie.
Nick podrapał się po podbródku.
– Wrzuć jednego tu, drugiego tu, i powiedz, że są neutralni. Zobaczymy, co się stanie.
– Hy, hy.
Hipopotam ochoczo zakasał rękawy i już-już miał odprowadzić ich do celi – ale wtem Peltney w końcu nie wytrzymał i pękł:
– Żebyś ty wiedziała! – zaszlochał. – Całe życie! Z nim! Z tym potworem! W tym pieprzonym, cholernym sklepie! Żebyś ty wiedziała! Cała moja młodość –
– Dobra, dobra. – Higgins klepnął go lekko w ramię, że ten ledwo ustał na nogach. – Swoim nowym kolegom się pożalisz. Chodź. Nowych piosenek się nauczysz.
I wziął ich za mordy i poszedł rzucić chuliganom na pożarcie.
– A jak ktoś ma pecha, to i na Saharze się utopi – mruknął Nick, odprowadzając całą trójkę wzrokiem.
Skrzyżowałam ramiona na piersi i popatrzyłam lisowi w twarz. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
– Zbiornik przeciwpożarowy.
On też się uśmiechnął.
– Znasz ten region, Mojave. Sahara Przemysłowa. Wąskie uliczki, hale fabryczne, suwnice, drabiny pepoż... Miejsce w sam raz do uprawiania le parkour. A że teraz pada i wszędzie jest ślisko... Cóż, o wypadek nietrudno.
– Wypadek, mhm. – Nie przestawałam się uśmiechać. – Niezainscenizowany. W ogóle. Wcale a wcale.
– A co to ja zawsze powtarzałem? – puścił oko. – Ucieczki nie wygrywa się siłą mięśni, tylko głową!
Spojrzał na zegarek.
– Ile to tam minęło? Dziewięć godzin? Dziesięć? No, nieco ponad. Zobacz, Karotka, wyszło nam śledztwo-instant! Zalać wrzątkiem i zamieszać! Opatentować i możemy sprzedawać.
Nie odpowiedziałam. W zamyśleniu popatrzyłam na Clawhausera. Gadał do radiostacji. Ktoś go wywołał i teraz ten zmęczonym głosem tłumaczył, że to nie była gandzia, tylko ulica Pandzia. Zacisnęłam wargi. Parę niuansów wciąż domagało się wyjaśnienia.
– Wciąż jednak nie rozumiem tego samochodu – mruknęłam.
– Masz na myśli Tundrówkę? Cóż... – Nick wzruszył ramionami. – Najwyraźniej przesiadł się do jakiegoś innego auta, które uprzednio zostawił pod „Buranem", i dlatego ślad się urwał, wielkie mi coś. Pewnie do fury Peltneya. A może pożyczył sobie samochód jednego z klientów warsztatu?
– Ja nie o tym... Mam na myśli kradzież tej nieszczęsnej nazki z Sahary. Sama już nie wiem, jak to było.
– Co? – zdumiał się. – No przecież sama to odgadłaś! Karotka!
– A ty mnie przekonałeś, że się myliłam.
– Hmm.
– Tak, tak. Raz mówiłeś, że to nie ma sensu, teraz mówisz, że ma. To kto tu jest bez sensu, co? Racz mnie oświecić.
– Ale już przecież sama to powiedziałaś!
– Co powiedziałam? Kiedy?
– Przed chwilą! Powiedziałaś, że to Peltney był od myślenia, a od roboty był ten tępak.
Znowu wiedział coś, czego ja nie wiedziałam, i bezlitośnie to wykorzystywał. Nie znoszę tego uczucia.
– I co w związku? – spytałam ostrożnie. – Jak to się ma do naszej nazki?
– Wprost. Pamiętasz, jak zastanawialiśmy się nad tym, dlaczego on ukradł właśnie ten samochód? Pamiętasz?
– No pamiętam.
– No więc właśnie tu jest odpowiedź! Nie dlatego, że jest sprytny i nie dlatego, że jest mściwy. Dlatego, że jest głupi! Na tym polega numer!
Milczałam wyczekująco.
– Dorabia sobie w warsztacie – ciągnął lis. – Dorabia, nie pracuje. Zna się trochę na samochodach, pewnie umie od biedy coś tam naprawić. Ale ukraść – nijak nie, to nie jego działka. A przynajmniej nie po cichu. Ale potrzebuje samochodu na akcję. Wszystko mu jedno, jaki to będzie, i tak puści go z dymem. Co więc robi? Wyszukuje sobie niedaleko pracy jakiś niemonitorowany parking. Warsztat, Mojave – to jakieś trzy minuty. Idzie na ten parking zrobić obczajkę. To było wczoraj wieczorem, jak go widziały te dzieciaki. Potem wraca tam w nocy. Wie, że żadnego samochodu nie rąbnie po cichu. No to co robi? Działa w swoim stylu, czyli brutalnie i na chama. Wybija szybę, odpala na krótko – to umie – raz-dwa podjeżdża do warsztatu, wymienia szybę, czeka na otwarcie sklepu i jedzie. Pewnie miał jakiś układ z właścicielem, milczenie w zamian za procent od zysku, czy coś. Miałaś rację. A dlaczego tę nazkę, a nie jakiś inny? Cóż... Może po prostu stała w najciemniejszym miejscu? Albo w najgęstszych krzakach? Któraś strona monety musi wypaść na dole, i tyle.
– Mhm. A co z alarmem?
Nick wzruszył ramionami.
– Wiesz, jak to starsze panie mają. Emerytka jeździła nim raz od święta. Może po prostu... zapomniała go włączyć?
– Pff! I co, to ma niby być wyjaśnienie? – żachnęłam się.
Westchnął i spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Nigdy nie zrozumiem kobiet. Ja jej przywiozłem głowy złodziei na złotej tacy, a ona narzeka. Przesłuchamy ich, to się dowiemy. Ale to nie dzisiaj. Chodź na fajrant. Miłego weekendu, Ben.
Clawhauser nie odpowiedział, pomachał nam tylko na pożegnanie. Zajęty był plotkowaniem z kimś przez radio. Patrzyłam na niego, jak trajkocze do mikrofonu, patrzyłam na tę jego szeroką, rubaszną twarz – i wtedy doznałam olśnienia: to on jest kretem! Pasuje jak ulał. W końcu zna tu każdego. Wie o wszystkim, co się u nas dzieje. Ma dojścia do samego komendanta. Wtyka idealna! Skumał się z Coone'em i przehandlował nas za karton donutów czekoladowych. Kto by pomyślał, że ten poczciwina, ten dobroduszny patałach prowadzi podwójne życie, że tak naprawdę –
– Karota! Idziesz czy nie?
Durny królik w akcji. Muszę wziąć się w garść i dać trochę po hamulcach, bo inaczej zacznę szukać tego kreta pod co większymi kamieniami. Tyle dobrego, że ani Clawhauser ani Nick nie byli świadkami tej feerii debilizmu.
Wyszliśmy. Zmierzch, ciemne chmury. W oddali wieżowce, światła i neony; deszcz ciągle jeszcze padał, ale już dogorywał, w ciągu kilku godzin przekręci się całkowicie. Gdzieś na mieście grała muzyka. Nick poprawił kołnierzyk. Jako że w polu widzenia nikogo nie było, uznałam, że to niezła chwila, żeby wyjaśnić sobie to i tamto.
– Poczekaj chwilę – mruknęłam, zanim wyszedł w deszcz.
– Hm? Co?
– Ja... Musimy pogadać.
– Uch – skrzywił się. Miał alergię na te słowa. – Nie możemy tego przełożyć? Na przyszły rok, powiedzmy? Taki piękny wieczór się zapowiadał...
– Nie utrudniaj. Raz w życiu. Okay? Skup się.
– Mam kłopoty?
– Jak nie przestaniesz się wydurniać, to będziesz miał, słowo daję.
Chyba wyczuł, że nie jestem w nastroju na żarty. Potarł podbródek.
– Dobra. O co chodzi?
Westchnęłam.
– Taaak... No więc, chodzi o to, że przez jakiś czas nie będziemy pracować razem. Nie wiem, jak długo – dodałam, widząc jego minę. – Może przez trzy dni, może przez miesiąc. Jakoś to musisz przeżyć.
– Co się stało?
– Eee... Będę mieć teraz nowe obowiązki.
– To znaczy? – Wlepił we mnie te swoje zielone oczyska. – Przenoszą cię?
– Nie, nie. Po prostu... przydzielili mnie do takiej jednej sprawy, i tyle. Ale... to tylko czasowe – plątałam się.
– O. Co za sprawa?
– Taka tam, głupota. Nie ma co gadać, naprawdę... Ale ktoś musi ją ogarnąć. Padło na mnie. Nikt nie pytał mnie o zdanie, po prostu mnie przydzielili, i już...
Spojrzał na mnie dziwnie. Stał i patrzył tak dłuższą chwilę, w milczeniu, wbiwszy ręce w kieszenie.
– Mhm – powiedział w końcu. – Mhm. Okay. Dziwne to trochę jak dla mnie, ale... Cóż, skoro tak mówisz. Mam się przejmować?
– Niee, daj spokój. Nie ma czym.
– Aha. No dobra. – Rozpogodził się nagle. – Whatever. Wszystko mi opowiesz przy kolacji. Teraz chodź, bo się spóźnimy. Do tego „Felicciano". A jeszcze musimy się ogarnąć.
Uśmiechnęłam się w duchu. Łatwo poszło. Bałam się, że będzie gorzej. Na szczęście jakoś to kupił. Może to przez tę kolację, Nick, kiedy jest na coś napalony, nie myśli o niczym innym... „Felicciano" – to właśnie tam idziemy. Fancy knajpa dla gości, co tapetują sobie mieszkania pięćsetkami. Świece, białe obrusy, mikroskopijne dania, których nie da się zjeść bez doktoratu z neurochirurgii, kryształu więcej niż w sowieckim metrze i rzępolący w tle kwartet smyczkowy. Pięć gwiazdek Goodyeara. Czy innego Dunlopa. Nigdy bym się nie spodziewała, że Nicka kręcą takie rozrywki. No ale skoro się uparł, to nie ma problemu. Tym bardziej, że on płaci. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, ile za to zabuli... Nagle dotarło do mnie, na co on popożyczał te wszystkie kwoty. Od Houndsa, od Hunta, od Delgato... Westchnęłam i pokręciłam z rezygnacją głową. Głupi, głupi lis. Mam nadzieję, że Hounds nie naśle na niego łamignatów. I mam też nadzieję, że nikt tam nas razem nie zobaczy. Tylko tego by mi brakowało do pełni szczęścia. Ale na to akurat chyba mogę liczyć, chłopaków z firmy raczej nie stać na takie rozrywki, musieliby chyba obrabować bank, żeby –
I wtedy – wtedy sobie przypomniałam.
I aż mnie ścięło.
Bo uświadomiłam sobie, że już mam zaplanowane na wieczór jedno spotkanie.
Z Deep Throatem.
– O, rety! Nick, ja...
– Co?
Nie odpowiedziałam. Nie mogłam. Przysięgłabym, że krajobraz wokół mnie ugiął się do wewnątrz i odjechał, jak na tym filmowym triku z „Vertigo", gdy oślepiająca eksplozja odpaliła mi się pod czaszką w nagłym przebłysku olśnienia. Wspomnienie tamtej rozmowy zwaliło się na mnie ze wszystkimi detalami i wybuchło w fuzyjnej reakcji z tym, co miałam na świeżo. Przypomniałam sobie wszystko, wszystkie starannie zapomniane szczegóły. Deep Throat. Bank Herds & Grazing. Smurfing i mikrotransakcje. Rzeka brudnych pieniędzy. Intrygi krwawych banksterów, międzynarodowe grupy przestępcze, mafie i terroryści.
I handlarze narkotyków.
Skowyjarze z Las Padas.
Douglas Coone.
– Karotka?
Douglas Coone. Morda szopa stanęła mi przed oczami w całym odrażającym spleenie i splendorze, przypomniała mi się wraz zresztą krwawych szczegółów tamtej historii. Ale już w zupełnie innym kontekście – teraz: czubek góry lodowej, trybik w maszynie, ogniwo w łańcuchu. Wpasowało się idealnie, jak magazynek do gniazda, i zatrzasnęło z suchym szczękiem metalu. Combo! – dzyngnęło mi pod czaszką jak w jednorękim bandycie. Dziesiątki pytań kłębiły mi się w głowie i dziesiątki kolejnych z nich wypływały, jedne rodziły kolejne, jak reakcja łańcuchowa w Wormsach. Ale jedno, podstawowe, wybijało się ponad resztę, rozbrzmiewało głośniej: Czy To Jest To? Czy to właśnie o Coone'a tu chodziło? Czy to właśnie jego Czarną Księgę Wstydu chciał mi Deep Throat sprezentować?
– Karotka?
Łup-łup, łup-łup, serce zasuwało mi jak u zawałowca. Las Padas. Gang handlarzy niebieskim. Sprowadzają towar z zagranicy i sprzedają na zwierzogrodzkich ulicach. Ale co robią z forsą? W jaki sposób wprowadzają ją do obiegu? Jeśli Coone chce sobie kupić, dajmy na to, daczę nad Jeziorem Michigan, to nie może sobie, ot tak, pójść do kupca z walichą narkodolarów i hura-wichura. Musi je wpierw jakoś wyprać. Jak?
Osiemnaście milionów, tyle mogę na tę chwilę udowodnić, ale tego jest więcej, znacznie więcej...
Mózg kręcił mi się jak Koło Fortuny i wypluwał kolejne cegiełki. Czy ten bank świadczy usługi również Coone'owi? Skąd Coone ma towar? Jak się nazywał ten statek? „Huang He". Skąd przypłynął? Pewnie z Azji. Pływa pod banderą wschodnioindyjską, mówił Hoover. A co powiedział Deep Throat? Że skąd płyną pieniądze?
Kraje Złotego Trójkąta, Syjam, Chiny, cały ten pieprzony opiumland...
Aż mnie dreszcz przeszedł. Czy To Jest To? Czy to właśnie o Coone'a tu chodzi? Jezu, co by to oznaczało. Cała jego buchalteria – w naszych rękach! Jego zyski i straty. Jego przychody i rozchody. Wszystko! Dowiedzielibyśmy się o nim wszystkiego. Komu płaci i kto płaci jemu. Kto jest z nim powiązany. A może i...
...a może i kto jest jego wtyką?
– Karotka!
Ruch przed oczami. To Nick zamachał mi dłonią.
– Karotka! Dobrze się czujesz?
– Co? Tak, tak, wszystko okay... – mruknęłam, trąc skroń. – Wybacz. Jakaś nieogarnięta dzisiaj jestem...
To zdecydowanie za małe słowo. To już nawet nie chwilowa pomroczność – no bo jaką gapą trzeba być, żeby umówić się na wieczór z dwoma facetami naraz? I to w dwóch różnych miejscach? W głowie wciąż mi się kręciło. Rozmowa z Deep Throatem ożyła wspomnieniem i teraz jej szczegóły tańczyły mi w głowie jak korowód złośliwych chochlików. Skakały i dokazywały radośnie: „Za-pom-nia-łaś! Za-pom-nia-łaś!". Aż nie mogłam uwierzyć. To aż bolało.
– A jak się spóźnię tak z dziesięć minut, to mnie zabijesz bardzo czy tylko trochę? – Uśmiechnęłam się najśliczniej jak umiałam i zatrzepotałam rzęsami.
– Hmm? Bo co?
– A bo muszę załatwić jedną rzecz. Niby nic, ale muszę to ogarnąć... Dziesięć minut, dosłownie – dodałam szybko, bo zobaczyłam, co się święci. – Dziesięć minut i idziemy jeść.
Nick umie robić taką specyficzną minę: patrzy na ciebie i niby nic nie mówi, ale z jakiegoś powodu na ten widok wszystkie szare komórki radośnie i z pełnym przekonaniem obwieszczają ci, że jesteś największym kretynem na świecie.
– I to koniecznie-koniecznie musi być teraz? – spytał z przekąsem. – Nie może poczekać do poniedziałku?
– Mhm, najwidoczniej... – bąknęłam.
– A co to w ogóle jest? O co chodzi?
– A, szkoda gadać... Takie tam, służbowe.
– Służbowe? – zdziwił się. – A co ty możesz mieć służbowego do załatwienia o tej porze?
Westchnęłam.
– Mówiłam ci. Będę miała teraz nowe obowiązki. Przez jakiś czas.
– I to niby – spytał z niedowierzaniem – to niby jest właśnie to? Tak?
– Mhm...
Żachnął się. Patrzył na mnie w milczeniu dłuższą chwilę. Spróbowałam rozładować sytuację uśmiechem; ale Nicka nie dało się tak łatwo kupić.
– O co tu chodzi? – spytał. – Co to za sprawa? W coś ty się tam wpakowała, Karotka?
– Ja... Nie mogę ci powiedzieć. Wybacz.
– Hę?
– No nie mogę, no. Podpisałam to i tamto.
– Co podpisałaś? – zdumiał się. – Lojalkę jakąś?
– Papiery o poufności. Tak.
Lekko go przytkało.
– I to ma być ta „głupia sprawa"?! – wykrztusił w końcu. – Głupia sprawa, a tobie każą jakieś UoP-y podpisywać? Jezu!
– No tak jakoś wyszło... – burknęłam, czując, jak płoną mi policzki.
Patrzył na mnie, jakby szukał potwierdzenia, że żartuję. Nie znalazł. Przeniósł wzrok na parking; gapił się tam dłuższą chwilę, w roztargnieniu bawiąc się krawatem. A gdy z powrotem spojrzał na mnie, miał w oczach tylko stal i lód. Nie spodobało mi się to. To bardzo nie-Nickowe spojrzenie.
– Dobra – spytał. – Co tu się dzieje? O co chodzi? W trzech słowach.
Spuściłam wzrok.
– Nie mogę – powiedziałam cicho. – Nie mogę powiedzieć. Już ci tłumaczyłam.
– No komu jak komu, ale mi to chyba możesz, nie?
Otóż to. To są właśnie te detale. Dla mnie „nie" znaczy „nie", a „tajemnica służbowa" to „tajemnica służbowa". A co nadto jest, od Złego pochodzi.
– Nie. I nie naciskaj, proszę. Nie mogę. Nie i już.
Odpuścił. Zacisnął wargi, odwrócił wzrok. Wyczuwało się, że ma to i owo do powiedzenia, ale tematu już nie podjął. Ja też zamilkłam. Staliśmy jak te dzięcioły i gapiliśmy się na ten przeklęty parking, wsłuchani w echa dalekiej imprezy, a ja zastanawiałam się, czy można było tę rozmowę spieprzyć jeszcze bardziej.
O telefonie od Deep Throata zapomniałam, najzwyczajniej w świecie zapomniałam, uczciwie się przyznaję. Wy zapewne pamiętaliście cały czas i teraz tylko zgrzytaliście ze złości zębami, czekając, kiedy w końcu ta durna Hopps zatrybi i doda dwa do dwóch. Sorki. Mam ograniczone moce przerobowe. Zerknęłam na Nicka. Stał, zagniewany, z rękami wbitymi w kieszenie, i patrzył gdzieś w dal. Westchnęłam ciężko. Tylko kłótni mi tu jeszcze brakowało. Ja wiedziałam, o co mu chodzi: nie o dziesięciominutową obsuwę, tylko o to, że robię tajemnicę z nie wiadomo czego. Bo tak to musiało wyglądać z jego perspektywy. Zła na siebie byłam, że tak schrzaniłam to wszystko. Ale nie mogłam, po prostu nie mogłam go wtajemniczyć, w żadnym razie. To by wszystko zepsuło. Gdybym mu powiedziała prawdę... Uch. To było najgorsze, co mogłabym zrobić. Już raz przecież napomknęłam mu o tym wszystkim i poznałam jego pogląd na sprawę. Gdyby dowiedział się, że na serio zamierzam iść spotkać się z Deep Throatem... Mogłam sobie wyobrazić, jaka byłaby jego reakcja. A byłaby taka: najpierw nastąpiłaby faza Niedowierzania. Złapałby się za głowę i zaczął wyzywać imienia Pana Boga nadaremno. Kiedy zaś by zobaczył, że mówię serio – przeszedłby do Negocjacji. Zacząłby tłumaczyć: że wariat, że paranoik, że schizofrenik, że się za dużo komiksów naczytał; czy coś w ten deseń. Może zaliczyłby i fazę Gniewu, kto wie. Niemniej na koniec, kiedy by zobaczył, że i to nie przynosi efektu, to – nie ma opcji – uparłby się iść tam ze mną. Na sto procent by tak było. A nie mogłam tam iść z nim, nie mogłam – przez Deep Throatową obsesję na punkcie tajności. Gdyby Deep Throat zobaczył, że przyszłam z obstawą, wziąłby to jak nic za złamanie warunków umowy i ulotniłby się. I z dealu byłyby nici. Deep Throat... Czy to naprawdę to? Czy jedno łączy się z drugim? Przygryzłam wargę w zamyśleniu. Coraz więcej szczegółów wracało mi z pamięci, coraz więcej mi się tu dodawało. A w każdym razie nic nie stało w jawnej sprzeczności. Nie powiem, żebym była pewna na sto procent, ale brzmiało mi to wszystko bardzo obiecująco. Nie ma bata – trzeba iść i przejąć te dowody, za wszelką cenę. Bo to może okazać się najwyższą w tej grze kartą. Przejąć, dorwać się do Coone'owej listy płac – i znaleźć kreta. Tak. Most Moosevelta o wpół do ósmej, o ósmej „Felicciano"... Zdążę. Będzie trochę opóźnienia, ale nic więcej. Dam radę i załatwię to. Nie iść nie wchodzi w rachubę – kąsek, który podsunął mi Deep Throat, jest tak apetyczny, że po prostu nie daje się przejść obok niego obojętnie. Nawet aż za bardzo apetyczny, bym powiedziała.
Taa. Aż za bardzo.
Hmm...
Ta myśl przyszła trochę nagle, a trochę nie. Coś jak bzycząca mucha w pokoju – niby rejestrujesz, że ona tam jest, ale dopóki nie skupisz na niej uwagi, to nie będzie ci przeszkadzać. Niemniej teraz... Dobra, podsumujmy. Noc, ciemne pustkowie. Pójdę tam sama. Tajność absolutna, nikt nie wie, gdzie idę. Czeka tam jakiś facet o Bóg wie jakich zamiarach. Most Moosevelta. A skoro most, to i rzeka, w sam raz na pozbycie się ciała... Potrząsnęłam głową. Nie. Nie dajmy się zwariować. Sprawa jest pewna, a sytuacja jest pod kontrolą. Przecież jestem, cholera, policjantką – nie mogę się zachowywać jak ostrożna kwoka. W dodatku będę miała broń. O, właśnie. Będę miała broń – i to mi wystarczy.
A więc – misja. Solowy quest. W sam raz na zakończenie tego porąbanego dnia. Odfajkować spotkanie z Deep Throatem i śmigamy na kolację. Może jeszcze zameldować Jaggary'emu, jaki to fajny prezent wpadł nam pod choinkę. Ale nic więcej. Nie dzisiaj. Mnie też się należy fajrant. Tylko Nicka trzeba będzie jakoś ugłaskać. Może to jakoś przełknie. Ale... ale jemu już chyba przeszło, o dziwo. Patrzył na mnie, ale już bez złości, ku mojemu zaskoczeniu. Teraz promieniował jakąś taką zmęczoną melancholią – jakby pogodził się z tym, że różne takie odpały są po prostu wliczone w koszty chodzenia z Hopps, i nic się z tym nie da zrobić. Zdobyłam się na przepraszający uśmiech i wzruszyłam ramionami. To co? Może obędzie się bez kłótni...? Nick patrzył mi w oczy i poruszył niemo ustami, lekko się uśmiechając. Nie zrozumiałam, co powiedział. Poprawił kołnierzyk, poprawił krawat i wyszedł w deszcz. Zrobiwszy kilka kroków, przystanął i obejrzał się. – Idziesz? Czy zostajesz? – A ja pokręciłam tylko głową, z niejakim z rozbawieniem. Będzie dobrze. Będzie dobrze.
Popatrzyłam w kierunku City. Dwadzieścia Sióstr lśniło neonowo na tle ciemnych chmur. Wiatr niósł odgłosy muzyki, póki co jeszcze ciche i nieśmiałe, stłumione umpa-umpa rezonujące między budynkami – ale już niedługo rozkręci się na całego. Mamy przecież piątek wieczór, a to dla zwierzogrodzian oznacza długo wyczekiwany, cotygodniowy festiwal samoupodlenia – proletariusze wszystkich krajów od zawsze łączą się pod tym znakiem, znakiem coweekendowej imprezowej rzeźni. Już pierwsze kreski niebieskiego w lokalach. Już brudna forsa przechodzi z rąk do rąk. Forsy, czy to brudnej czy nie, przejdzie przez City więcej niż z budżetu leci na program kosmiczny. Cała ta masa, co przez pięć dni kisiła się przy taśmie, wisiała na słuchawce tudzież przerzucała biurową makulaturę z punktu A do punktu B, wyjdzie celebrować swój sens życia: radośnie odurzona i zatankowana procentami, balować będzie do białego rana, będzie tańczyć, pić, jeść, prać się wzajem po pyskach i pieprzyć ukradkiem po ubikacjach. Z właściwymi temu skutkami ubocznymi. Może znowu zgarniemy kogoś za sikanie na Chomiczówkę, może znowu pijany imprezowicz obrzyga komuś mundur. Może znowu naćpany słoń stratuje jakiegoś malucha na śmierć, może znowu jakieś dwa samce alfa porżną się pazurami do krwi. Zapełnią się cele, wytrzeźwiałki i ostre dyżury. W klubowym kiblu znajdzie się ktoś, kto przedawkował, w krzakach za stacją benzynową – trup zadźganej prostytutki. Czy coś w tym stylu. Taka będzie ta noc, bo tak jest co tydzień, week by week, i tak będzie zawsze, long live Zootopia. A gdzieś tam, na drugim, trzecim planie, na jakimś poprzemysłowym wygwizdowie, pod sztandarem Zdrady, dokona się brudny, śliski interes: z rąk do rąk przejdą ociekające krwią materiały dowodowe, a jedyną za nie zapłatą będzie obietnica sądowego mordu. Oto jest Księga Grzechu, rzekł Deep Throat, oto są ich imiona i uczynki, wszystkie ich uczynki spisane są w tej księdze, i każdy niech będzie osądzony podług nich... Wrogowie Deep Throata nie są moimi wrogami, ale tam, gdzie dwóch się bije, tam – ha! – tam trzeci może skorzystać. Czy to naprawdę możliwe? Czy to właśnie bank H&G jest kluczem do rozwiązania tej sprawy? To by dopiero było! Jeszcze tej nocy wykryjemy kreta. I ukręcimy sprawie łeb. Tak! Dzień Sądu jest bliski, panie Coone! Czy jest pan gotowy na przyjęcie Baranka?
