Na stacji metra po raz kolejny przekonałam się, że nie ma zaiste wredniejszego zajęcia niż czekanie.
– Dwie torby aparatów. Dwie torby głupich aparatów. Syn obrobił ojcu geszeft. Co za parszywe czasy.
Na taką to modłę sobie biadoliłam, gdy czekaliśmy z Nickiem na pociąg – tak, o, żeby zabić jakoś czas.
– Żeby jeszcze chociaż o jakiś majątek tu szło – ględziłam. – To bym przynajmniej mogła jakoś zrozumieć. A ile nam tego wyszło? Sto patyków? Sto pięćdziesiąt? Na pół. I jeszcze dola dla mechanika. No skok stulecia po prostu, no! Chytry plan Chrisa. Wyrolować ojca... Zresztą ten jego ojciec to też niezły agent. Co za toksyczna, porąbana rodzinka! A podobno to nasz związek jest nienormalny.
Nick nie odpowiedział. Bardziej od wysłuchiwania moich jeremiad interesował go dalszy koniec peronu, gdzie u stóp ruchomych schodów, pod wielką reklamą piwa, zainstalowała się jakaś garażowa kapela. Dźwięki bluesa latały po stacji.
– I pójdą do paki na ładnych parę lat – przynudzałam dalej. – A w przypadku Blynxa dochodzi jeszcze recydywa. Więc bonus. Chrisa to może jeszcze potraktują ulgowo, ale jego... nie sądzę. Się dobrali jeden z drugim, Chris i Blynx...
Bla, bla, bla. Tak naprawdę to guzik mnie obchodzili Chris i Blynx. Guzik mnie obchodziła cała ta sprawa. Obchodził mnie tylko Deep Throat, i tylko on zaprzątał mi głowę. No, ale tego tematu poruszać za bardzo nie chciałam.
– Taak... Swoją drogą ciekawe, czy będą ich sądzić za usiłowanie morderstwa, czy tylko za rozbój? Jak myślisz? Przecież facet mógł się przekręcić.
– Nie przesadzasz aby? – odezwał się Nick. Pstrykał sobie palcami do rytmu.
– Mógł się przekręcić – powtórzyłam. – Gdyby dawka była za duża... mógłby już się nie obudzić. Wiesz w ogóle, co to jest etorfina?
– Wiem, wiem. Chociaż ich ostatnia płyta to straszna komercha.
Jakoś nie wyglądał na specjalnie przejętego. Po prawdzie to on rzadko kiedy wyglądał na przejętego czymkolwiek. Nick był niewolnikiem własnego ośrodka przyjemności – i było mu z tym dobrze.
– Nie takie rzeczy widziałeś, co?
– Ten na garach jest świetny.
– Hm? No niezły, fakt. Ale ten typek, co katuje rozstrojoną gitarę, trochę psuje efekt.
– Rozstrojoną?
– Nie słyszysz?
– Według mnie brzmi wspaniale. Aż tak się wyznajesz?
– Wiesz, te moje uszy nie są tylko do ozdoby.
– Są bardzo wrażliwe.
– Bardzo.
– Zwłaszcza u nasady. I tu z tyłu. A i jako ozdoba też świetnie się sprawdzają.
– Nie to miałam... A, zresztą. Mhm. Whatever...
Się nie kleiła rozmowa. Nie mogłam się skupić. Myśli o Deep Throacie krążyły mi po głowie jak muchy nad trupem. Nawet komplement nie podziałał... Na stacji było pustawo. Szczyt zdążył się już wypalić, o tej porze to już tylko imprezowicze wychodzą na żer, no, ewentualnie jeszcze jakieś dzbany jak my wracają z roboty. Zwierzogród po godzinach. Zebra w garniturze siedzi na ławce i scrolluje telefon. Jeleń w robociarskim kombinezonie zmywa podłogę. Wilk bez nogi żebrze pod ścianą. Na ścianach graffiti. Pomazane jest tu wszystko i wszędzie, to nieuleczalna bolączka stolicy. W bazgrołach odbijają się aktualne nastroje polityczne ulicy, strefy wpływów hoolsów poszczególnych drużyn, plebiscyty na najbardziej znienawidzone mniejszości. Zdawało mi się, że od wczoraj przybyło kilka kolejnych mazajów. Pokręciłam z rezygnacją głową. Rozbezczelnili się z tym graffiti już zupełnie, malują je już w biały dzień, nawet monitoring im niestraszny. Zerknęłam na tablicę odjazdów. Wisiała nad nią kamera.
– Jak myślisz – mruknęłam, zadzierając głowę – jak myślisz, o co im chodziło z tym monitoringiem?
– Hmm?
Odwróciłam się do Nicka.
– System CCTV w sklepie. Dopiero teraz to do mnie dotarło. Po co oni w ogóle go sabotowali? Wiem, że Chris to zrobił, ale... po co? Tak szczerze.
– Mhm, pewnie chcieli, żeby ktoś czegoś nie zobaczył.
– Tak, ja wiem. Ale czego? Blynxa dzisiaj rano? Toż przecież właśnie na tym powinno im zależeć! Żebyśmy obejrzeli go sobie na żywo i w kolorze. Co jeszcze bardziej by uwierzytelniło tę maskaradę. A tutaj – klops.
– Czy to naprawdę takie ważne? Posłuchaj lepiej, jak grają. Ten na bębnach. Bez jaj, to drugi Buddy Ratch!
– Chciałabym wiedzieć. Lubię wiedzieć różne rzeczy. W końcu to mój fach.
Westchnął, spojrzał na mnie.
– Karotka, zlitujże się! Fanty się znalazły? Znalazły. Sprawcy się znaleźli? Znaleźli. Przesłuchać ich i cześć, czołem. Dalej niech się prokuratura martwi. Czemu musisz robić z igły widły?
– Taa. Może masz rację...
– Pewnie, że mam rację. Musisz się odstresować. Za dużo pracujesz.
– Ogarniesz tę sprawę do końca?
– Pewka. To będzie formalność, jak rundka do bazy przy grand slamie. A, właśnie, idziesz ze mną na mecz w niedzielę? Poznasz Joego. Chociaż, jak go znam, to pewnie się rozmyśli –
– O, dobrze, że mi przypomniałeś! – wycelowałam z niego palec. – Mam z tobą do pogadania o tych twoich kumplach.
– Uch. Myślałem, że wyjaśniliśmy już sobie to i owo.
– Nie, dostałeś tylko odroczenie.
– Dobra. Na przyszłe stulecie, może być?
– Nie pajacuj. Przygotuj się na długą, poważną rozmowę. Nie odpuszczę ci. Nie tym razem.
Westchnął, zerknął na tablicę odjazdów: półtorej minuty.
– Okay. To o co ci tak konkretnie ci chodzi?
– Dobrze wiesz.
– Że poszedłem szukać informacji? O to? A mało to razy korzystaliśmy z moich kontaktów? Gdyby –
– Informacji. Kontaktów. Tak. Nie chodziliśmy grać z nimi w brydża.
– I to robi taką różnicę? Że jestem z nimi w przyjacielskich stosunkach?
– Nick, ja... po prostu boję się, że to się źle skończy. Nie chcę być wzywana do identyfikacji zwłok.
– Karotka, weź no pomyśl przez chwilę. Czy ja ci wyglądam na jakiegoś frajera, którego można, ot tak, załatwić? Czy gdybym naprawdę ryzykował życiem, to bym tam chodził? Jak sądzisz? Hmm?
Pokręciłam głową.
– Jesteś niemożliwy... I pomyśleć, że ja zupełnie serio myślałam, że ty się odciąłeś od tego towarzystwa już na dobre. A ty, okazuje się, przez cały ten czas –
– Nie no, nie przez cały, już nie przesadzaj – skrzywił się. – Po prawdzie to widuję ich raz na ruski rok, wiesz, jakieś karty czy mecz raz od święta. W porównaniu z tym, co było kiedyś... Od kiedy pewna piękna kobieta zakręciła mi w głowie, trochę zmieniły mi się priorytety w życiu.
Durna myśl z tyłu głowy: to Nick jest kretem. Kretem z przypadku. Rżnął w karty z jakimiś bandziorkami, niechcący wypaplał komuś o akcji Goatesa, a ten ktoś już doniósł do uszu Coone'a... Chyba muszę odpocząć.
– Mhm. A dzisiaj, na Saharze?
– Cóż mogę rzec... Ciągnie wilka do lasu. Byłem sam, bez munduru... Pomyślałem, że wpadnę na stare śmieci, zobaczyć, co się zmieniło.
Już miałam na końcu języka „Tyle dobrego, że wciąż pamiętasz, że nosisz mundur", ale przypomniało mi się, że dziadek mojej chrześniaczki też raczej nie dorobił się majątku na czymś, z czego odprowadza się podatki. Westchnęłam więc i bez słowa odwróciłam wzrok. Byłam zła na siebie. Byłam zła na siebie, że tego nie widziałam. Że on ciągle nie odciął się od tych swoich ziomków. Może nie chciałam tego widzieć... Wiem, że Nick, jak chyba każdy facet, ma potrzebę poprzebywania od czasu do czasu w męskim towarzystwie – ot tak, żeby pogadać o sporcie, o babach, o polityce, samochodach i innych takich; i ja to szanuję. Wiem też, że od kiedy zmienił zawód, ma zupełnie nowy krąg znajomych, tym razem w firmie. Wiara go lubi i on lubi ich. I spędza sobie z nimi czas. I gitara. Ale zawsze żyłam w przeświadczeniu, że od tych starych znajomości już się dawno odciął. A tu okazuje się, że – figę! Ciągle się z nimi zadaje, jak gdyby nigdy nic. A ja, durna, nie widziałam tego. Może nie chciałam widzieć... Niby jesteśmy razem nie od wczoraj, a tu okazuje się, że nie wiem o nim wielu podstawowych rzeczy. Za dużo tu motylków w brzuchu, za mało dialogu. Wychodzi mój brak otrzaskania w związkach. Pewne rzeczy trzeba będzie porządnie przerobić, i będzie to bolesne dla obu stron... Nie powiedziałam nic na głos, ale wiedziałam, po prostu wiedziałam, że ten temat wycieknie dzisiaj jeszcze przynajmniej z raz. Coś czuję, że przy kolacji porządnie się pokłócimy. I tak nastrój skwasił się na amen.
Tur, tur, tur, pociąg wturlał się na stację. Wsiedliśmy. Zainstalowaliśmy się przy drzwiach, koło ekranu z newsami. Gdy pociąg ruszał, rozejrzałam się jeszcze po wagonie: był pustawy, tylko kilku-kilkunastu pasażerów siedziało tu i tam, wszyscy z nosami w telefonach i tabletach; nikt nie zwracał na nas uwagi. Nick też wyłowił telefon i jął się nim bawić; mignął mi sajt z wiadomościami sportowymi. Pociąg jechał, stukając i łomocząc, a moje myśli znowu odleciały w kierunku Deep Throata. I banku H&G, sponsorze tytularnym Al-Kaidy. Teraz z jakiegoś powodu wszystko widziałam w czarnych barwach, całą tę sprawę. Deep Throat nie przyjdzie. Deep Throat się pomylił i nie ma żadnego spisku. Deep Throat da nam dowody, ale nic z nich wyciśniemy. Różne takie scenariusze krążyły mi po głowie, każdy gorszy od poprzedniego. Po raz wtóry przemknęło mi przez myśl, że może by jednak wtajemniczyć Nicka w to wszystko. Może to jednak zły pomysł, żeby odstawiać Zosię Samosię. Przecież zawsze raźniej iść we dwójkę... Ale nie, nie mogłam, wiedziałam, że nie mogę. To by wszystko zepsuło. Obiecałam przecież Deep Throatowi całkowitą anonimowość – gdyby zobaczył, że ktoś przyszedł ze mną, jak nic wziąłby to za zamach na swoją paranoję na punkcie tajności i ulotniłby się w mgnieniu oka. Tak samo jak nie mogłam – co też chodziło mi po głowie – powiedzieć o wszystkim Jaggary'emu. To też było wykluczone. Mogłam sobie wyobrazić, co by było, gdybym mu o wszystkim powiedziała. Najpierw bym została gruntownie przemaglowana i przepytana: kto to jest, o co mu chodzi, czemu zadzwonił właśnie do mnie, i tak dalej; sprawa zostałaby bezlitośnie wciągnięta w tryby policyjnej biurokracji, a w końcu – nie ma bata – Jaggary też by zadecydował, że idę z obstawą. A ja, jako młodsza stopniem, nie miałabym nic do gadania. Dalszy rozwój wypadków byłby trudny do przewidzenia, ale mogłabym się założyć, że coś by poszło nie tak, bo Prawa Murphy'ego sprawdzają się zawsze i we wszystkich możliwych wszechświatach... A więc nie ma bata – trzeba iść i załatwić to w pojedynkę. Tak i nijak inaczej. Postanowione. Następna stacja: Elvisa Bearsleya. Ktoś wysiadł, ktoś wsiadł, wturlał się chomik w kuli. Wsiadła – aż się obejrzałam – absolutna egzotyka: tygrys sumatrzański. Gatunek zagrożony wyginięciem – przetrzebiony przez wojny, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, powodzie, klęski głodu, tropikalne choroby, fale tsunami, komunistów, muzułmanów, japońską okupację i inne właściwe dla Dalekiego Wschodu rozrywki. Ciekawe, czy ma błękitny paszport Oenzetu. Przypomniałam sobie Tigburne'a. Pewnie dochodzi teraz do siebie po operacji, pewnie leży obandażowany i naszprycowany morfiną od ogona po koniuszki uszu, i śni sto pięćdziesiątą część koszmaru pod tytułem „Faceci z automatami". Westchnęłam w duchu. Nie ma to jak pierwszy tydzień na nowym stanowisku. Miał chłopina niebywałego pecha. Jakiś Palec Boży, jak nic... No, ale na szczęście nie ma tego złego – lada dzień się chłopak wykuruje i stanie na nogi, a za parę miesięcy będzie się już popisywał na imprezach swoją kombatancką opowieścią i szpanował blizną haremowi wygłodniałych samic. Będzie dobrze. Ogólnie z całą tą sprawą będzie dobrze. Złapiemy kreta, prędzej czy później, to nieuniknione – bo nie ma siły, żeby samotnik dał sobie radę z organizacją, jeżeli to jest jakaś poważna organizacja. A wiedziałam, że to samotnik; bo nie chciało mi się wierzyć, żeby więcej niż jeden gliniarz dał się skusić na trzydzieści Coone'owych srebrników. Zapewne przemawiało przeze mnie teraz frajerskie naiwniactwo, ale ja naprawdę wierzyłam, że on jest tylko jeden. Kurczę, szkoda, że nie mogłam powiedzieć Nickowi o tym wszystkim. On by na pewno umiał spojrzeć na problem z innej perspektywy. A może, kto wie, mógłby poszukać kreta niejako od drugiej strony. Szkoda, że nie wszedł w skład tej grupy śledczej.
A może – nie bez powodu nie wszedł?
Pociąg jechał, łomocząc i zgrzytając na zakrętach. Spojrzałam na Nicka: stał i znudzonym wzrokiem przeglądał coś na komórce. A ja czułam, jak pewna myśl wraca do mnie i wiąże mi żołądek na supeł. Bardzo niedobra myśl. Z nim w roli głównej.
Ale nie. To niemożliwe.
Prawda...?
Potrząsnęłam głową. Nie, niemożliwe. Przecież chodzę z nim czasami do tych jego źródeł i nigdy nie widziałam, żeby wymiana odbywała się w obie strony. On nic im nie mówi. I sam się oburzył, jak Antlerson go o to posądził.
Ale jednak...
Jak on to robi? Że tak sprawnie drenuje informacje z półświatka? Archie powiedział mi to, Joe powiedział mi tamto... Boże mój, myślałby kto, że oni tak na wyprzódki pędzą pozwierzać mu się na uszko! Jak naprawdę wygląda ten ich deal? Informacje w zamian... za co?
Nigdy nie chciał się przyznać. Nie raz i nie dwa próbowałam go o to przycisnąć, i zawsze się jakoś wyślizgiwał. Dałam więc za wygraną. I mam teraz za swoje.
A dzisiaj? Dzisiaj był sam. I okazuje się, że czasami spotyka się z nimi na stopie towarzyskiej. Jak on się zachowuje przy nich, kiedy mnie z nim nie ma?
Może: informacje małego kalibru. Co do których myśli, że nie są nikomu potrzebne. Albo przypadkiem – grał z nimi w bilard, w darta, wymsknęło mu się...
A może przez Feńka?
Czy on wiedział o tej nocnej zasadzce w porcie?
Dzisiaj rano – poleciał przecież do Narkotykowego, na ploteczki. Ma tam kumpli, Jaimego Herdy'ego na przykład. W innych wydziałach, na innych piętrach też. Nick to istota silnie społeczna, ma potrzebę posiadania dużego kręgu znajomych, ma potrzebę gadania z otoczeniem, wie o wielu rzeczach, które się u nas dzieją. Wiedział, co szykuje zespół Goatesa? I o czym dokładnie rozmawiał w tej tam knajpie? Kociak wisiał mi przysługę... Zmroziło mnie.
Zerknęłam na niego: nie patrzył na mnie, zajęty scrollowaniem telefonu. Przydusić go teraz? Słaby pomysł. Bardzo słaby. Ale coś mi przyszło do głowy.
Dotknęłam Nicka w ramię, a gdy spojrzał na mnie, gestem poprosiłam, by się nachylił.
– Hmm? Co tam?
– Nick, jedno pytanie. Chodzi mi o tych twoich kumpli... Och, nie uciekaj mi tu i nie rób takich min! Skup się.
– Karotka – powiedział zniecierpliwionym głosem. – Karotka. Rozmawialiśmy już o tym. Daruj. Proszę. Ja naprawdę nie mam ochoty –
– Jedno pytanie. Jedno pytanie i dam ci spokój.
Nie spodobało mu się. Zirytował się i było to po nim widać. Wiedziałam, że uderzyłam go w czułe miejsce, że stąpam po polu minowym. Jedno słowo nie tak i będzie kaplica. Patrzył na mnie długo.
– Jedno.
– Tak. No więc. Chciałam spytać... jak ty to właściwie robisz. To znaczy, jesteś policjantem, ale... No, wiesz. Jak uzyskujesz te wszystkie informacje od nich. Na jakiej zasadzie oni wciąż pozostają ci lojalni.
– A to jest moja prywatna sprawa i zachowam ją dla siebie.
– Okay. Ale powiedz mi tylko jedno. Ten wasz gentlemen's agreement – on działa tylko w jedną stronę, prawda? W sensie nie mówisz im niczego, co –
– Co?! Karota! Za kogo ty mnie –
– Ja wiem. Nie o mnie chodzi.
– A o co?
– O Antlersona.
Spuścił parę. Rozluźnił się.
– Mhm. I co z nim?
– Taak... No więc, sprawa wygląda tak, że facet oskarżył cię – może nie wprost, ale jednak – o to, że, mhm, handlujesz informacjami, którymi nie powinieneś. Tak należy na to patrzeć. A z drugiej strony – masz przecież te swoje źródła. I on wie, że je masz. No i stąd pytanie. Powiedzmy, że pójdę narobić dymu – albo sam pójdziesz, bez różnicy – powiedz mi, czy w razie czego byłbyś w stanie udowodnić, że ta wasza umowa działa tylko w jedną stronę? Że nic od ciebie, nawet słóweczko, nie idzie do nich? Nie dzisiaj oczywiście, bo dzisiaj to ten laptop był. Ale tak ogólnie. Byłbyś w stanie to udowodnić?
Nie odpowiedział. Odwrócił wzrok w zamyśleniu. Wyglądał, jakby uczciwie rozważał tę kwestię. Nie spuszczałam wzroku z jego twarzy, podkręciwszy emocjonalne wariografy na maksymalną czułość.
W końcu:
– Jakiego rodzaju dowodu oczekujesz?
– Żebym to ja wiedziała. Po prostu – czy byłbyś w stanie czarno na białym wykazać, że ten dupek myli się co do ciebie. Dałbyś radę?
– Nie wiem. Nie wiem, jak bym miał to udowodnić. Dowodzi się przecież winy, nie niewinności, nie?
– Mhm...
– No. Więc raczej nie. Ale tak, nic ode mnie do nich nie idzie. Nawet niechcący, bardzo się pilnuję, żeby przy nich czegoś nie chlapnąć... Ale udowodnić tego nie udowodnię, bo nie mam jak. Zostaje słowo przeciwko słowu. Tylko to mogę dać. Słowo. Słowo harcerza nawet. Ale to wszystko.
I wtem w jednej chwili zwaliła się na mnie fala ulgi, a z serca spadł ogromny kamień. Uwierzyłam mu. Bo powiedział: „Słowo harcerza". Słowo harcerza – i to mnie przekonało. Bo Nick wprawdzie harcerzem był niezbyt długo – mniej więcej tyle, ile zajmuje danie komuś w mordę – no, ale był. Był i to było dla niego święte. Uwierzyłabym mu teraz nawet, gdyby wykrywacz kłamstw jął rysować EKG zawałowca. To nie on.
Musiał to zobaczyć w mojej minie, w moich oczach. Ale nie zrozumiał.
– Co? – Też się uśmiechnął.
– Nic. Po prostu –
– Antlersonem tak się przejmujesz? – spytał z łagodnym zdumieniem. – To o to ci chodziło? Och... Wybacz. Nie pomyślałem. Debil ze mnie.
– Przez grzeczność nie zaprzeczę.
– Tak. Ale nie wtrącaj się, proszę, do tego. Okay? Sam to załatwię.
– Spoko. Masz jak w banku.
Patrzyliśmy na siebie, uśmiechając się lekko. Atmosfera się rozładowała, i dobrze. Może się jednak dzisiaj nie pokłócimy... Pociąg zwolnił, następna stacja: Hermana Moleville'a. Byliśmy pod Zagłębiem Wierszokletów. Westchnęłam głęboko, czując, jak coś w środku mnie skręca się w precla. Sprawa Peltneya przypomniała mi się ze wszystkimi fajerwerkami, zionąca nienawiścią gęba borsuka stanęła mi na powrót przed oczami, a wycedzone przez zaciśnięte zęby wyzwiska i obelgi rozbrzmiały pod czaszką całą orkiestrą trąb, tub i piszczałek. Patrzyłam na wsiadających-wysiadających pasażerów i delektowałam się wspomnieniem swojej słabości i upokorzenia. Na pewno przypomni mi się to wszystko jeszcze nie raz i nie dwa, w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach. Teraz to oczywiście byłam mądra po szkodzie, teraz to miałam już po dziesięć Ciętych Ripost na każdą borsuka odzywkę, inaczej bym pokierowała rozmową i wyszłabym z tej potyczki zwycięska. Może bym się nawet już wtedy kapnęła, kto naprawdę za tym stał, kto wie. Ciekawe, jaka była reakcja Peltneya na wieść, kto obrobił mu sklep. Albo jaka będzie; może jeszcze nie wie. Ciekawe, kto mu powie. Może zadzwoni do niego sam Christopher, wykorzystując konstytucyjne prawo do telefonu. A jak nie, to zrobi to Nick. Ale nie sądzę, żeby borsukowi się spodobało. Wyobrażam sobie, jak siedzi z telefonem na zapleczu, ze wzrokiem wlepionym sztywno przed siebie, z jedną ręką na Biblii, i cedzi: „Ja nie mam syna". Chociaż... Niby nie było wykluczone, że on też siedział w spisku, ale wiedziałam, że nie. Zbyt autentycznie wtedy zareagował, zbyt prawdziwie wybuchł oburzeniem; ja to w każdym razie kupiłam. Nie udawał i nie aktorzył, wszystko mówił od serca i na serio. Jak i to, że nienawidzę drapieżników. I że piekło im tam zgotowałam. A potem uciekłam sobie do mamusi. Czułam, jak płoną mi policzki. Może powinnam czuć odrobinę satysfakcji, takiej mściwej frajdy, że utarliśmy mu nosa. Może; ale nie czułam. W ogóle nic nie czułam. Było mi go tylko żal.
Pociąg jechał i jechał. Minęliśmy Plac Abrahama Lioncolna. Zerknęłam na zegarek. Czas okay. Powinnam zdążyć ogarnąć się ze wszystkim. Jeżeli wszystko pójdzie gładko, to nie spóźnię się nawet za bardzo do tego „Felicciano". Ciekawe, w ogóle czy dam radę skupić się na kolacji i na Nicku. Może jak już będę miała te dowody, to uchylę mu rąbka tajemnicy. Jezus Maria, żeby tylko Deep Throat naprawdę nie przyszedł w masce i pelerynie, jak mu radziłam. To już by było ponad moje siły... Nagle moją uwagę przyciągnął ekran z newsami: leciały migawki ze Stadionu Farkása, pokazywali trybuny, wyglądały jak po przejściu huraganu Britney. „Ponad stu pseudokibiców zatrzymanych po nocnej zadymie", przewinęło się na pasku. Po raz wtóry maglowali dzisiejszy priorytet numer jeden, wyciskali ostatnie soki, doszli do fazy liczenia strat i szukania winnych. Pisali o prawdopodobnych konsekwencjach całej tej awantury, o karze finansowej dla klubu, o możliwych wyrokach i zakazach stadionowych. „Według niepotwierdzonych informacji wśród aresztowanych znalazł się między innymi syn burmistrz Bullins", przeczytałam z niedowierzaniem.
I w mig przypomniałam sobie poranną wizytę naszej imperatrycy w firmie i organizowaną na hura konferencję. I rozmowę z Huntem na stołówce. Czy to właśnie to był prawdziwy powód spotkania Bullins-Bogo? Czy to właśnie po to przyjechała spotkać się z komendantem w cztery oczy? Pod płaszczykiem konferencji – chciała synowi załatwić zwolnienie z aresztu? Albo zaczarować, żeby sprawa nie wydostała się do mediów? Na romans w wyższych sferach to to nie wyglądało... No tak, wybory za niedługo, a aresztowany w kibolskiej rozróbie synuś raczej nie przysporzy zbyt wielkiego poparcia. Takie proste by to było? Tak proste, że aż prostackie... Swoją drogą ciekawe, czy Bullins też jest zamieszana. W tę historię z Deep Throatem.
Dobra, Judy, ćwiczenie. Spróbuj przez pięć minut nie myśleć o Deep Throacie. Okay? Skup się. Dasz radę. No, może trzy na początek.
La la la la la... Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Na ekranie newsy. Ciągle międlili krajówkę. „Władze Chomiczówki, by chronić rynek nieruchomości, rozważają wprowadzenie zaporowych ceł na domki dla lalek dla dużych ssaków". Przeniosłam wzrok na podsufitowe panele. Na pierwszym był plakat filmowy, jakiś rom-kom, zakochana para tuli się w sielskiej scenerii, bleh. Po sąsiedzku – reklama środka na pasożyty. Czy istnieje we wszechświecie rzecz, której nie byłaby w stanie reklamować półgoła seksbomba? Dalej ogłaszało się Centrum Psychoterapeutyczne Zwierząt Bezpłodnych „Hybrid": „Muły, tigony, lygrysy i inni. Psycholog, terapie par, grupy wsparcia". Niżej, na szybie, plakat jakiejś kampanii społecznej o kieszonkowcach, obowiązkowo z ubranym na czarno facetem z czarną chustką z dziurami na oczy na twarzy. Przypomniałam sobie Blynxa.
– A może on tam kradł? – mruknęłam. – Kiedy jeszcze tam pracował?
– Co? – Nick oderwał się od studiowania jakiejś wlepki z sierpem i młotem.
– Nie, nic... Ciągle mi ten monitoring nie daje spokoju. Pomyślałam sobie, że może Blynx coś buchnął z kasy, jak Peltney nie patrzył. Albo upychał towar za koszulą. Sama już nie wiem.
Nick pokręcił głową, ale już bez irytacji. Raczej z rozbawieniem.
– Ten twój pracoholizm bywa nawet atrakcyjny, wiesz? Dopóki nie jest dla otoczenia męczący.
– To nie pracoholizm, to ambicja. Lubię wyjaśniać sprawy do końca. Będzie mnie to teraz męczyć... – zamilkłam na moment. – A może to po prostu przypadek? Jak myślisz?
– Będziesz mi tak truć cały wieczór? Nie odpuścisz, prawda?
I wtedy mnie olśniło.
– Ty wiesz!
Nick błysnął kłami.
– Raczej: domyślam się.
– Powiesz mi?
– Eee.
– No, teraz to już na pewno nie odpuszczę.
– Karotka, jest fajrant. Weź no zainteresuj się czymś oprócz roboty. Na przykład pewnym lisem, z którym nie widziałaś się cały dzień.
– Pewnym lisem, powiadasz? Da się zrobić...
Nie dotknęłam go nawet. Tylko wyciągnęłam ręce w kierunku jego boków – a on i tak gwałtownie się spiął i przycisnął ramiona do tułowia, odruchowo wstrzymując oddech. Zrobiłam niewinną minkę.
– Jesteś paskudnym, okropnym królikiem – burknął.
– Czyżby?
– Jesteś paskudnym, okropnym królikiem i za karę pójdziesz do króliczego piekła, gdzie przez wieczność będziesz pilnować parkometrów, a wszyscy będą ci mówić per słodziak.
– Tak, tak się pewnie stanie... ale za jakiś czas. To co, jak będzie?
Lis wzniósł oczy ku sufitowi.
– Przy tobie to i święty by zwariował... Dobra, powiem. Ale pod jednym warunkiem: przez najbliższe... czterdzieści osiem godzin, tak, przez najbliższe czterdzieści osiem godzin, mhm, nie chcę słyszeć ani słowa o rysiach, borsukach, monitoringach ani niczym innym w tym guście. O moich kumplach też nie. Deal?
– Deal. Gadaj.
– Okay. Peltney ci zeznał że, ryś, który u niego pracował, cierpiał na nerwowe tiki. Tak?
– Tak.
– Blynx udawał chorobę, żeby sprowadzić śledztwo na manowce. Tak?
– Tak. Nawet nieźle mu wyszło, trzeba przyznać.
– A jak sądzisz, dlaczego wybrał właśnie tiki?
– Cóż, ciężko jest udawać jednorękiego albo jednookiego. Wybrał sobie kalectwo, które można symulować.
– No właśnie – wcale nie byłbym tego taki pewien.
– Co masz na myśli?
Milczał dłuższą chwilę.
– Ci, którzy naprawdę na to cierpią – powiedział w końcu – na tę chorobę... Kurde, zapomniałem, jak to się nazywa. Jest na to nazwa, Zespół Taboreta, czy jakoś tak. Nieważne. W każdym razie – oni robią te wszystkie miny i grymasy półświadomie. Nie kontrolują tego. Mam takiego znajomego. Żeby udawać takie coś... Przecież to wymaga niewyobrażalnej wręcz koncentracji, samozaparcia i siły woli! Spróbuj sama – po trzydziestu sekundach się zmęczysz. A mówimy tu o nie o trzydziestu sekundach, a o ośmiu godzinach, w czasie których trzeba obsługiwać klientów, przynieść towar z zaplecza, zetrzeć podłogę czy ogarnąć dostawę. Ciężko jest wypaść przekonująco. Zapomnisz się na moment – i cała intryga wali się w gruzy.
– I że niby –
– W obecności Peltneya zapewne się pilnował. Ale gdy mu na chwilę znikał z pola widzenia... sama rozumiesz. Stawiam dychę, że gdyby przejrzeć te stare nagrania, to by się okazało, że wcale taki chory nie był. Musiały zatem zniknąć. Już się Chris o to postarał.
– Mhm.
– Specjalisty to by pewnie nie przekonał. Ale zapracowanego, zestresowanego sklepikarza wystarczyło.
– Plac Jimiego Hyendrixa! – zagdakało z głośnika. – Drzwi otwierają się po lewej stronie.
Pociąg zwolnił, za szybą rozbłysły światła stacji. Nick westchnął melancholijnie. To była jego stacja, przesiadał się tu na tramwaj.
– Czy detektyw Karotka jest teraz ukontentowana?
– W zupełności. Szczwany lisie.
– No, to gra muzyka – uśmiechnął się. – Cynobrowe, mówiłaś?
– Co?
Szarpnęło, zatrzymaliśmy się, zasyczały pneumatyczne siłowniki drzwi. Nick nachylił się ku mnie.
– Załóż tę czarną, proszę – szepnął. – Wiesz, którą. I zamów sobie taryfę na mój koszt. Widzimy się na miejscu. – Podrapał mnie lekko za uchem, jak wiedział, że lubię, i poszedł.
Obiecałam, że nie będę go już męczyć, ale nie wytrzymałam i na do widzenia zadałam mu To Pytanie:
– A gdyby ten Blynx był jakimś twoim znajomkiem, to dałbyś mu uciec?
Nie odpowiedział. Już myślałam, że mnie zignoruje, ale nie – na peronie przystanął na moment, a gdy się odwrócił, miał do gęby przylutowany ten swój firmowy cwaniacki uśmiech, cały wręcz promieniował tym chłopięcym, lisim urokiem, w którym zabujałam się po koniuszki uszu. Ręce w kieszeniach, oczy zmrużone, łobuzerski uśmiech na twarzy. Ni stąd, ni zowąd zaczęłam się zastanawiać, ile kobiet przede mną na to poleciało.
– Ale nie był! – powiedział wesoło. – Trzymaj się, piękna.
